BIEL PO HORYZONT
Odsłony: 893

Mający 4892 metry Mt Vinson, najwyższy szczyt Antarktydy, nie jest wspinaczkowo bardzo trudny. Problem w jego zdobyciu stanową ekstremalne temperatury (w środku lata minus 40 stopni to standard) i jego odizolowanie od cywilizacji. Najbliższe miasto znajduje się w odległości... 4 tys. kilometrów!

PRZYGOTOWANIA

1 dzień
Punta Arenas - Union Glacier

Wysokość: 0 m - 750 m n.p.m.
Miejscem "zbiórki" naszej międzynarodowej ekipy (jej trzon stanowią moi polscy koledzy, poznani na innych wyprawach) jest położone na południu Chile Punta Arenas. To właśnie z tego miasta od czasu do czasu wylatuje samolot na Antarktydę, a dokładniej do Union Glacier, gdzie znajduje się letnia baza prowadzona przez międzynarodową ekipę, której trzon stanowią Amerykanie i Kanadyjczycy. Samolot jest nie byle jaki - wynajmowany od Rosjan potężny Ił-76, jeden z największych samolotów transportowych świata. Trzeba przyznać że maszyna robi wrażenie - z zewnątrz, bo faktycznie to kolos, wewnątrz, bo wszędzie wiszą jakieś kable, śmierdzi naftą, a na dodatek jest dość ciemno (potężną przestrzeń rozświetlają tyko cztery malutkie okienka). Główny ładunek stanowi zaopatrzenie znajdujących się na Antarktydzie stacji, ale jest jeszcze 50 miejsc pasażerskich przeznaczonych dla obsługi baz, turystów lecących docelowo na biegun i nielicznych w sumie wspinaczy.

Po około 4,5 godzinach lotu lądujemy - służy do tego 6 km pas gładkiego lodu, wypolerowany tak, że mógłby się nadawać do zawodów łyżwiarskich. W międzyczasie ubieramy się - wsiadaliśmy do samolotu przy plus 20 stopniach Celsjusza, tutaj mamy minus 20.

2 - 9 dzień
w BAZIE UNION GLACIER
wysokość 750 m n.p.m.

Dotarcie do Union Glacier to dopiero pierwszy odcinek jaki mamy do pokonania. Drugi, do położonego w górach obozu bazowego, pokonuje się malutkim samolocikiem na płozach, pod warunkiem że jest tzw. lotna pogoda. Czekamy na nią dobry... tydzień. W międzyczasie zamieszkujemy w rozbitych na śniegu namiotach, ale na szczęście możemy korzystać z dobrodziejstw bazy (prysznice, toalety, stołówko-świetlica). Początkowo trudno nam się przyzwyczaić do białych nocy i tego, że jakoś dziwnie słońce najmocniej świeci zwykle o... północy. Czas wykorzystujemy przede wszystkim na górskie szkolenia - nasi przewodnicy, czy Vernon Tejas (to do niego należy światowy rekord zdobywania Korony Ziemi - zaledwie 134 dni!) oraz Lakpa Rita Sherpa (pierwszy Nepalczyk, który zdobył Koronę Ziemi) ćwiczą nas w technikach autoasekuracji, symulacjach wychodzenia ze szczelin lodowcowych, wiązaniu węzłów użytecznych przy ciągnięciu sanek czy w budowaniu stanowisk, choćby przy użyciu... termosu (po zakopaniu z zamocowaną do niego odpowiednio liną, służy jako rodzaj kotwicy). Wolny czas mija nam na grze w siatkówkę na śniegu (nasza polska ekipa należy do faworytów rozgrywek), wycieczkach rowerowych (w bazie są jednoślady wyposażone w szerokie opony do jazdy po śniegu), albo na rozmowach ze wspinaczami z innych krajów.

Mijają dni, w bazie nam dobrze i ciepło, ale chcemy już w góry! Na tablicy ogłoszeń w stołówce kilka razy dziennie wypisywane są komunikaty pogodowe. Najczęściej pojawia się "bez szans na loty". Po kilku dniach jest w końcu powiew optymizmu: "Jutro - maybe!": Udaje się dopiero w siódmym dniu pobytu w bazie. -Zwijajcie namioty. Za godzinę lecicie!- dowiadujemy się.

 

 

ZDOBYWANIE GÓRY

9 dzień
Z UnioNION GLACIER DO VINSON BASE CAMP

Wysokość:  z 750 m na 2400 m n.p.m.

Lot targanym turbulencjami Twin Otterem na płozach trwa około pół godziny. Spędzam ten czas z nosem przy szybie. Bezkresne, białe pustkowie, z którego wyrastają Góry Ellswortha, bez żadnych drzew i oznak cywilizacji, działa na mnie hipnotyzująco. Dopiero teraz dociera do mnie że najbliższe normalne miasto oddalone jest o ponad 4 godziny lotu.

Po wylądowaniu na lodowcu szybko się wyładowujemy, a do samolotu wskakuje ekipa, która czekała na tę chwilę dobre 9 dni. My się cieszymy, że wreszcie jesteśmy w górach, oni że wreszcie odlatują. Po rozstawieniu obozu mamy osobliwy wykład: jak i gdzie się załatwiać. W skrócie: sika się do butelek (stanowią obowiązkowy ekwipunek każdego wspinacza), które opróżnia się wyłącznie w wyznaczonych miejscach, za to na "grubsze" sprawy służą specjalne torebki które każdy z nas dostaje z nakazem zniesienia ich (z zawartością) z powrotem do bazy (potem, z Union Glacier zabiera się je, razem ze wszystkimi nieczystościami i śmieciami do Chile). Trzeba powiedzieć że na Antarktydzie naprawdę restrykcyjnie dba się o ekologię. Z kolei przed wylotem na Antarktydę, żeby nie przywieźć przypadkowo jakichś nasion czy w ogóle - organicznych cząstek, musieliśmy obowiązkowo czyścić szczoteczkami podeszwy butów i wytrzepywać kieszenie.

10 dzień
Z VINSON BASE CAMP DO Low CAMP

Wysokość:  z 2150 m na 2750 m n.p.m.

Odcinek jaki mamy do przejścia w tym dniu, wynosi zaledwie 9 km, ale trzeba pokonać go niosąc plecak i ciągnąc załadowane sanki. Ze względu na ryzyko wpadnięcia w lodowcowe szczeliny, idziemy powiązani liną, w ręku trzymając gotowe do użycia czekany. Rozbijanie obozu trwa, bo najpierw trzeba ubić głęboki śnieg, a potem namioty umocnić tak, aby na silnym wietrze nie odleciały (oprócz przysypania śniegiem jego dolnej części, wykorzystuje się m.in. tak zwane szable śnieżne). Uzgadniamy, że skoro się nie ściemnia, to "noc jest wtedy, kiedy namioty są w cieniu góry". W efekcie umawiamy się, że pobudka następnego dnia jest dopiero o 10, wychodzimy o 14, i wspinamy się choćby i do północy.

11-12 dzień
Z LOW CAMP DO HIGH CAMP

Wysokości: z 2750 m na 3670 m n.p.m.
Tego dnia mamy do pokonania stromą ścianę (tzw. head wall), ale nie jest źle, bo są poręczówki, do których w ramach asekuracji można się wpiąć. Na szczęście utrudniające marsz sanki zostawiliśmy wraz z depozytem niepotrzebnych rzeczy w Low Campie, ograniczając się jedynie do ładunku w plecakach. We znaki daje nam się natomiast zimno - ręce grabieją co utrudnia pracę na linie, no i coraz bardziej odczuwamy wysokość. Ostatni rozbijany obóz niby nie wydaje się położony bardzo wysoko (niecałe 3700 m), ale zdaniem naszych przewodników w przypadku Antarktydy trzeba przy określaniu wysokości dodawać kolejne tysiąc metrów i to dopiero wskazuje "poziom odczuwalny". W każdym razie informacja że robimy sobie dzień odpoczynku, czyli tak zwany rest, nikogo z nas nie martwi.

13 dzień
Z HIGH CAMPU NA SZCZYT, POWRÓT DO HIGH CAMPU
Wysokość: z 3670 m na 4892 m n.p.m., powrót na 3670 m n.p.m.
 
Do ataku szczytowego wyruszamy pełni entuzjazmu, zwłaszcza że prognozy pogody są nadspodziewanie dobre. Owszem, wspominają coś o minus 35 stopniach, ale za to ma być bezchmurnie i tylko słaby wiatr. Do przejścia mamy 14 km, z pokonaniem 1120 m różnicy wysokości. Nasza kanadyjska koleżanka mająca problem z aklimatyzacją decyduje się zostać w obozie, po drodze wycofuje się jeszcze jeden z kolegów, pozostała część ekipy około godziny 16 staje na wierzchołku Mt Vinson. Cieszymy się, zwłaszcza że zrobiliśmy wejście w bardzo dobrym czasie, bijąc wcześniejszy rekord należący do ekipy rosyjskiej. Ściskamy się, robimy sesje zdjęciowe, podziwiamy widoki. Za to droga powrotna do obozu dłuży się niemiłosiernie. Po 9 godzinach od wyruszenia na szczyt, znowu jesteśmy w namiotach, racząc się nagrodą w postaci gorącej czekolady. Już w śpiworze zastanawia mnie znaczna różnica w pomiarach góry - kiedy zmierzono Mt Vinson po raz pierwszy, a było to w roku 1959, podano że jego wysokość to 5140 m, podczas gdy teraz wskazuje się na 250 m mniej. A swoją drogą warto wiedzieć, skąd się wzięła nazwa góry? Nadano ją dla uczczenia jednego z amerykańskich kongresmenów, Carla Vinsona (1883-1981), któremu zawdzięcza się kluczowe decyzje związane z finansowaniem amerykańskich badań antarktycznych.

14-15 dzień
Z HIGH CAMPU DO BASE CAMPU

Wysokość: z 3670 m n.p.m. na 2400 m n.p.m.
Dystans, który pod górę zajął nam 2 dni, bez problemów pokonujemy w jeden. W międzyczasie psuje się pogoda - ostatnie trzy godziny idziemy w kompletnej mgle, a ja zaliczam wpadnięcie w szczelinę (na szczęście nie dużą). W Low Campie robimy sobie przerwę na jedzenie i wykopanie przysypanego śniegiem depozytu, tak więc przy dalszym marszu znowu przeklinamy ciągnięte sanki, nie zawsze chcące się nas "słuchać". Do Base Campu przychodzimy zmęczeni, zmarznięci (w międzyczasie spada znacznie temperatura) i z marzeniami o prysznicu, bo to już kolejny dzień bez mycia się (doraźny ratunek przynoszą nawilżone chusteczki). Nasze marzenia żeby jak najszybciej załapać się na samolot do Union Glacier przewodnicy szybko rozwiewają - czekanie na okno pogodowe może potrwać... niewiadomo ile. No cóż, góry uczą pokory i cierpliwości. Ale co tam... Następnego dnia znowu roznosi nas energia którą wykorzystujemy na budowę igloo! Wycinanie śnieżnych bloków (mamy specjalną piłę) i ich odpowiednie układanie trwa kilka godzin, ale efekt warty jest wysiłku. Właśnie rozważamy pomysł przespania się w śnieżnej chatce, kiedy dostajemy informacje, że chcąc wykorzystać krótkie okno pogodowe, piloci z Union Glacier już do nas lecą! Odstawiamy niedopite herbaty (wiadomość zaskakuje nas przy kolacji) i wpadamy w szał pakowania. Jestem pełna podziwu dla siebie, bo na zwinięcie całego majdanu, wystarcza mi zaledwie kwadrans :).

 

POWRÓT

16-22 dzień
Z BASE CAMP DO UNION GLACIER, POWRÓT DO PUNTA ARENAS
Wysokość: z 2400 m n.p.m. na 750 m i ostatecznie na poziom morza

Po dotarciu do bazy Union Glacier przede wszystkim się kąpiemy! Po kilku dniach czekania na wylot (tym razem zamiast siatkówki śniegowej ćwiczymy jazdę na nartach śladowych), pakujemy się do wielkiego, dobrze już nam znanego Iljuszyna, który zabiera nas na południowoamerykański kontynent. A tam - wiosna! Sami jesteśmy zaskoczeni, jak wielkie wrażenie po 3 tygodniach w bieli mogą zrobić: zieleń trawy i kolorowe kwiaty. I jeszcze ich zapach. Następne zdziwienie to odkrycie, że radość sprawia również deszcz. Z drugiej strony stwierdzamy, że chociaż fajnie znowu cieszyć się cywilizacją (największy entuzjazm budzi internet, od którego na Antarktydzie byliśmy odcięci), ale już paradoksalnie za Antarktydą tęsknimy.

 

INFORMACJE PRAKTYCZNE

Organizacja wyprawy
Na Mt Vinson nie ma możliwości wynajęcia tragarzy czy przetransportowania sprzętu - wszystko trzeba nosić samemu. Mimo że oficjalnie nie ma obowiązku wynajmowania przewodnika, w praktyce mieć go musimy - bez lidera zaakceptowanego przez firmę Antarctic Logistics & Expeditions (monopolista jeśli chodzi o przeloty do bazy Union Glacier), nie zostaniemy zabrani do samolotu.

Kiedy: Wyprawy mogą odbywać się tylko antarktycznym latem (naszą zimą, od końca listopada do końca stycznia). Warunkuje to pogoda, czas trwania dnia polarnego i związane z  tym loty. W innych terminach nie da się dolecieć samolotem, a nie ma szansy dotarcia do masywu Vinsona na piechotę np. z wybrzeża.

Za ile
Mt Vinson to najdroższa góra świata. Najtańsze wyprawy kosztują ok. 40 tys. dolarów. Strona agencji, która nam pomagała w organizacji: www.alpineascents.com

 

RADA AUTORKI
W czasie wspinaczki na Mt Vinson nie ma dostępu do elektryczności. Jeśli mamy do ładowania jakiś sprzęt (np. aparat fotograficzny, którego baterie na zimnie szybko wysiadają), nie zapomnijmy o ładowarkach słonecznych.

Nie ma sensu brać na Antarktydę latarki. Ze względu na "białe noce" na pewno się nie przyda.

Back to top