Lhotse – szczęście i tragedia
Odsłony: 1678

Lhotse to sąsiadka Everestu – niższa, ale bardziej wymagająca technicznie. Może dlatego zdecydowanie mniej osób wybiera ten ośmiotysięcznik za swój cel? W ciągu całego 2019 roku zezwolenia na wspinaczkę na Everest otrzymało ponad 450 osób, podczas gdy na Lhotse – 110, z czego szczyt zdobyło zaledwie 36.


Dziwne nieco, że czwarta co do wysokości góra świata, nie miała swojej lokalnej nazwy. Dopiero w 1921 roku Brytyjczyk Charles Howard Bury, będący na wyprawie rekonesansowej przed pierwszą próbą zdobycia Everestu, użył nazwy „Lhotse”, co po tybetańsku znaczy „Południowy Szczyt” (bo w stosunku do Everestu faktycznie jest na południe).
Uprzedzano mnie, że łatwo z Lhotse nie będzie. I… nie było. Zdecydowanie z moich dotychczasowych wypraw na ośmiotysięczniki (przed Lhotse zdobyłam Everest, Manaslu, zaś na Broad Peaku – wycofałam się z ataku szczytowego z powodu załamania pogody), ta była najtrudniejsza. Nie tylko fizycznie...


W doborowym towarzystwie

Właściwie ¾ drogi, aż do ostatniego obozu atakujących Lhotse, jest dla obu tych gór wspólne, co oznacza, że planując wyprawę wiem co mnie czeka. Wspólny jest też Base Camp. Melduję się w nim 19 kwietnia, ale przedtem, można powiedzieć po drodze, w ramach aklimatyzacji wchodzę na liczący 6183 m Island Peak. Uznaję że zdobycie jeszcze jednej góry jest samo w sobie ciekawe, no i bezpieczniejsze niż chodzenie góra-dół po stanowiącym przepustkę do obozu I icefallu, gdzie w każdej chwili może zejść lawina czy zawalić się jakiś serak (przejścia po icefallu tak czy owak muszę zaliczyć, ale przynajmniej jedno mniej).

Z racji tego, że jestem sama,  dołączam do międzynarodowej zbieraniny w obozie nepalskiej agencji Seven Summits Treks. Jest nas kilkadziesiąt osób, jednak dla prawie wszystkich celem jest Everest. „Everest przyciąga marzycieli, oraz tych, którzy chcą budować swoje ego, Lhotse zaś to góra dla tych, którzy chcą się naprawdę powspinać, na dodatek kameralnie” – podsumował  któryś z Szerpów. Fakt, na Lhotse wybiera się nas tylko garstka, ale za to – jaka! Wszyscy mają już za sobą inne ośmiotysięczniki, a i kondycyjnie też wszyscy są solidnie przygotowani. Po sąsiedzku w bazie mam namiot Ali Sadpary - Pakistańczyka, który był jednym z trójki pierwszych zdobywców zimowej Nangi Parbat, trochę dalej mieszka Sergi Mingote – Katalończyk, który jest w połowie swojej Korony Himalajów i Karakorum bez wspomagania tlenem z butli, potem zjawia się też Nims czyli Nirmal Purja, słynący z projektu zaliczenia wszystkich 8-tysięczników w 7 miesięcy. Miotam się z myślami, ale patrząc na kolegów i wiedząc o swoich zdrowotnych ograniczeniach (problemy z sercem i płucami), tym razem inwestuję w Szerpę w układzie 1:1 (na Evereście prywatnego Szerpy nie miałam). Rima, jest bardzo silny, jest jednak bardziej partnerem niż tragarzem – od początku daje mi do zrozumienia, że w noszeniu pomagać mi nie będzie, bo ma do wynoszenia sprzęt agencyjny. Za to w kwestiach wspinaczkowych jest naprawdę świetny.


Aklimatyzacja ważna rzecz

Przepustką do rozpoczęcia akcji górskiej jest pudża, buddyjska ceremonia ku czci górskich bogów.  Los chce, że dzień jej odprawienia pokrywa się z niedzielą Wielkanocną tak więc na ołtarzu z buddyjskimi chorągiewkami, obok składanych w ofierze ciasteczek, owoców, ryżu i nieodzownego na pudży alkoholu (tak, tak!), stawiam też moja „święconkę”: za koszyczek służy kask, w środku kładę rzecz jasna pisanki (jajka w bazie były, a ozdobiły je przywiezione  z Polski kalkomanie), baranka też mam, dołączam jeszcze kabanosy i… batony energetyczne. Lama święci to z życzliwym uśmiechem, a w konsumpcji pomagają mi przypadkowi polscy trekerzy.

Dzień później zaczynamy wspinanie. Plecak mam na tyle ciężki, że icefall okazuje się drogą przez mękę. Równocześnie – to najbardziej widowiskowy odcinek. Drabinek jest więcej niż w roku 2013 (wtedy właśnie zdobywałam Everest), za to są krótsze. Najbardziej stresujące okazuje się  przeskakiwanie przez szczeliny – niektóre całkiem spore.

W obozie I gapię się na „moje” Lhotse. Faktycznego wierzchołka wprawdzie nie widać, ale góra robi wrażenie, zwłaszcza jej zbocze zwane Ścianą Lhotse. To i tak północna, łatwiejsza strona tego ośmiotysięcznika, bo  trudniejsza, ta na której w 1989 roku zginął Jerzy Kukuczka, jest z drugiej strony (ku pamięci: z Polaków na Lhotse zginęli, jeszcze przed Kukuczką, także Rafał Chołda, Czesław Jakiel i Stanisław Latałło).

Przecinająca Kocioł Zachodni droga z jedynki do dwójki to już niby łatwizna, bo różnica poziomu wynosi zaledwie 500 m, ale dłuży mi się strasznie, a na dodatek jest strasznie… gorąco. Zapominam że o poranku miałam na sobie cały zestaw moich puchów - już o 10-tej idę jedynie w lekkiej bluzie, przeklinając że szczeliny które co i rusz trzeba obchodzić chyba nigdy się nie skończą.

Za to w obozie II (6400 m) zostaję na całe 3 dni, z wyjściem w międzyczasie do trójki (to już 7000 m). Czuję się bardzo dobrze, no może poza kaszlem, który zawsze mnie na wysokości męczy i spaloną od słońca twarzą. Na szczęście jestem już z powrotem w bazie, gdy nadchodzą bardzo silne wiatry, pochodna szalejącego na północy Indii cyklonu. -Camp 1 i 2  zniszczone – przekazują sobie wszyscy z ust do ust. W rzeczywistości dotyczy to tylko słabiej rozbitych obozów – mój przetrwał bez szwanku, ale znajomi Rosjanie tracą nie tylko namioty, ale całą zostawioną w nich zawartość.  

W bazie cieszę się namiastką normalności. Kąpiel, pranie, internet (choć ten strasznie drogi – 50 dolarów za przesłanie 1 GB, a i tak co chwila zrywa łącza), no i życie towarzyskie. Jak się okazuje w różnych obozach jest też kilku Polaków – trzech z myślą o Evereście, jeden – o Lhotse. Ostatecznie cel osiągnie z nich tylko Wojtek Falkowski wspinający się na Everest.

Kapryśna pogoda
W ramach restu robię wypad do Pangboche, wioski położonej 1,5 tys. metrów poniżej base campu. Ku mojemu zaskoczeniu prawie nikogo ze wspinaczy po drodze nie spotykam. Owszem, część moich kolegów restuje w bazie, ale większość po prostu leci w dół. „Leci” jak najbardziej dosłownie. Helikoptery kursują na okrągło –  jeśli miałabym określić dźwięk kojarzący mi się teraz z Everestem i Lhotse, będzie nim właśnie hałas helikopterów.

Po kilku dniach wracam do bazy, bo zaczynają się przymiarki do ataków szczytowych. Problem w tym, że w prognozach pogody nie widać klarownego, jednoznacznego okna pogodowego – u góry jest zimno i wietrznie, ale nic nie wskazuje że będzie lepiej. Ale… 15 maja wiatr ma nieco osłabnąć, więc właśnie na ten dzień szykuje się do wejścia ekipa Szerpów poręczujących. Skoro tak, to reszta kandydatów na zdobywców Lhotse postanawia zaatakować 16 maja, ze świadomością że w miarę dobre warunki są tylko do południa, a potem wiatr ma wzrosnąć do 50 km/h. Dalekie to od ideału, ale boję się czekać – lepiej może już nie być, a nawet jeśli, to przecież zostając sama, w razie czego nie dam rady choćby z torowaniem. Oczywiście mam też świadomość, że łatwo o mogący nas wyeliminować z walki o  szczyt falstart  – na dojście z bazy do obozu czwartego, z którego idzie się na atak szczytowy, liczymy 4 dni (po drodze jedynkę pomijamy, za to w dwójcie zakładam dzień restu) , a przez ten czas pogoda może się zmienić. Czekać dłużej na wysokości nie bez sensu, bo to osłabia, schodzenie do bazy i ponowne wyjście w górę, to także marnotrawstwo sił.

Na szczęście wszystko idzie tak, jak sobie zaplanowaliśmy, czyli 15-tego na Lhotse stają Szerpowie poręczujący, następnej nocy ruszamy my. Jedynie z pogodą gorzej – z prognoz wychodzi na to, że silny wiatr przyjdzie wcześniej – zakładam sobie że jak nie wejdę do 11-tej, trzeba będzie zdroworozsądkowo zawrócić. Jak na złość na wyjściu mamy w namiocie małą scysję – powodem jest śpiący z nami Hiszpan, który grzebiąc się niemiłosiernie skutecznie utrudnia nam przygotowanie do wyjścia (swoją drogą Hiszpan wyrusza, ale szybko się wycofuje). W rezultacie wychodzimy ze sporym obsuwem (o 2.30), ale na szczęście idzie zupełnie nieźle. Jest zimno, nawet bardzo zimno (prognozy zapowiadały temperaturę odczuwalną na szczycie -41 stopni), ale przestawiam się na dość skuteczny trans: przesunięcie jumara, krok, jumar, krok, myśli „po jaką cholerę mi to” starając się ograniczyć do minimum. Niezapomnianym jest wschód słońca z widokiem na Everest – najwyższy szczyt świata wydaje się niemal na wyciągnięcie ręki. Gorzej, że bez patrzenia na wysokościomierz, uprzytamnia mi też, ile jeszcze mam do pokonania (znaczy się – dużo). 

Płacz na szczycie

Wejście w słynny kuluar na Lhotse przyjmuję początkowo z ulgą (bo cieplej), ale szybko go przeklinam – to ze względu na lecące nim kamienie. Im słońce mocniej operuje, tym kamieni jest więcej, istne Rolling Stones (z ang.: rolujące kamienie). Czasem są malutkie, ale lecące bardzo szybko, z olbrzymim impetem, rykoszetem odbijające się od skał, zupełnie nieobliczane, czasem są to głazy wielkości telewizora. Odruchowo poprawiam kask i modlę się by mnie nie trafiło, choć potem, już po zejściu do bazy okazuje się że inni mieli mniej szczęścia – jeden z kolegów ma podejrzenie o złamanie żebra, a Ali Sadpara wraca z rozkrwawionym czołem.
Im wyżej tym coraz trudniej się idzie. Owszem, idę na tlenie, ale dość skąpo odkręconym (na max. 2 litry na minutę). Walczę o każdy krok, dawkę mobilizacji dostarcza mi schodzący już ze szczytu Sergio: -Już niedaleko! Potem okazuje się, że to jeszcze godzina, ale od tego momentu już nie mam wątpliwości że się uda.

Tuż pod szczytem zaliczam przykre „spotkanie”. W sumie to jestem na nie przygotowana - chodzi o Czecha, Milana Sedlacka, który zmarł z wyczerpania w roku 2012 i tak, siedząc przy poręczówkach, pozostał. Dziwne że nikt go nie przeciągnął choćby kilka metrów w bok, albo chociaż nie przykrył mu twarzy. Zmumifikowany chłopak ma twarz skierowaną do słońca, a każdy z przechodzących musi na niego spojrzeć, bo akurat przez niego przebiegają liny poręczowe, a przejść z boku nie ma jak.

Ostatni odcinek jest najbardziej „techniczny” – wymaga skalnego wspinania, a na dodatek skały są zlodzone. Sam wierzchołek jest jednak w śniegu. Patrzę na zegarek – jest za pięć jedenasta. Po raz pierwszy zdarza mi się na szczycie płakać ze szczęścia – nawet na Evereście tego nie miałam. Robię zdjęcia – jeszcze z błękitnym niebem, ale za kilka minut, dokładnie tak jak było w prognozach pogody, zrywa się wiatr i otaczają nas chmury. Na szczycie jest też Ivan Tomov – Bułgar, z którym zaprzyjaźniłam się na dole. Ivan robi mi swoim telefonem zdjęcie, więc rewanżuję się tym samym, mówiąc że w bazie się tymi fotami wymienimy. Ivan przytakuje i schodzi, ja jeszcze zostaję, bo oto  pojawia się Ali Sadpara, prosząc o zrobienie zdjęć z kolei jemu. Potem, na zejściu, ze 100 metrów niżej, spotykamy Brazylijczyka – to Moeses Fiamoncini, który jak się okaże, chwilę później zawróci, rozsądnie uznając że w pogarszających się z minuty na minutę warunkach, to jedyna słuszna decyzja. 

Chwilę później wpadamy na Ivana. Odpiął mu się rak, nie może sobie poradzić z jego ponownym założeniem, więc mu pomagam. Mój Szerpa krzyczy na mnie, że przez to moje gadanie z każdym po drodze możemy wpędzić się w kłopoty, ale przecież nie zostawię Ivana z problemem. Pytam czy z nim okej – przyznaje że jest zmęczony, co przecież nie dziwne, ale twierdzi że spokojnie da radę zejść. Drugi rak poprawia Bułgarowi Rima, a ja robię im zdjęcie. Wtedy jeszcze nie wiem, że to ostatnie zdjęcie w życiu Ivana…


Tragiczne wiadomości

Po dojściu do obozu czwartego korci mnie, by w nim zostać, przespać się, odpocząć. Wiem że to złudne – odpocząć na takiej wysokości za bardzo się nie da, a zresztą mój mąż smsami satelitarnymi mobilizuje mnie, bym schodziła w dół, bo wiatr będzie cały czas rósł. W tej sytuacji gotuję sobie tylko szybko jakąś zupę (Rima je coś u swoich kumpli z namiotu obok), pakujemy się i idziemy do dwójki. Kiepska pogoda nam paradoksalnie pomaga – po drodze pustki, tak więc miejsca gdzie zwykle są „korki” wspinaczy, teraz pokonujemy bardzo szybko. Praktycznie cały czas zjeżdżam na ósemce – na zlodzonej Ścianie Lhotse (zjawiskowy, niebieski lód) to zresztą jedyna możliwa metoda.

Do obozu drugiego dochodzimy już do zmroku. Ktoś przynosi mi herbatę, ale jeszcze nie zdążę jej wypić, ba, nawet nie zdążę zdjąć uprzęży, gdy przychodzi informacja: w everestowym obozie czwartym zaginął Noel Hanna, jeden z Irlandczyków. Nie możemy uwierzyć, bo jak to, dopiero 2 dni temu wszyscy sobie w tym miejscu, w obozie drugim mówiliśmy: do zobaczenia, a tu teraz chłopaka nie ma? Godzinę później sprostowanie: to chyba nie Noel, tylko jego zawsze uśmiechnięty kumpel, Séamus >Shay< Lawless, też Irlandczyk. Ale… właściwie to nie wiadomo. Totalny chaos informacyjny tylko potęguje emocje, tak czy owak, dopóki do popołudnia kolejnego dnia ekipa everestowa nie zejdzie w dół, nie możemy z Szerpami ustalić, co i komu się właściwie stało. W końcu mamy już pewność – życie stracił życie Séamus. Chciał się załatwić i poleciał. Mimo długich poszukiwań nie został odnaleziony.

Niestety i tak to dopiero początek fatalnych emocji i tragedii. Rano, przy śniadaniu, kiedy zjawiam się w mesie jako tako już wypoczęta po ataku szczytowym, chociaż z objawami lekkiej ślepoty śnieżnej (bez dwóch par okularów i ciągłego zakrapiania oczu nie mogę chodzić), przychodzi kolejna tragiczna wiadomość: w everestowym obozie czwartym zmarł we śnie Hindus Ravi Thakar. Był najmłodszym z nas (miał 28 lat), zawsze wesoły, niezmiernie uczynny, pełen energii, trudno nam więc w ten news uwierzyć. Płaczą nawet najbardziej twardzi koledzy, a kiedy zakładamy że to za dużo nieszczęść na zaledwie kilkanaście godzin, dociera kolejna informacja: w obozie IV, tym razem dla Lhotse, zmarł Ivan! Wkrótce po zejściu do namiotu miał objawy obrzęku płuc, i choć Moeses i Sergio próbowali go ratować, zmarł im dosłownie na rękach.
Wychodzi na to, że w ciągu 24 godzin straciłam trzech kolegów. Nie mogę się po tym otrząsnąć. Trudno się nawet cieszyć ze swojego szczytu.

Bilans  sukcesów

Dwa dni później jestem w bazie. Ostatnie zejście przez icefall (ale się zmienił przez te kilka dni! Niektóre seraki zawaliły, powstały nowe szczeliny), a w bazie - radość z powrotu do własnego namiotu, tradycyjny tort dla zdobywców szczytu (oczywiście dzielimy go na wszystkich) i wiele czasu na rozmyślania. Po około tygodniu drugie okno pogodowe jednak się tworzy, a korzysta  z niego kilka osób które robią trawers Everestu i Lhotse, czyli Elisabeth Revol, Nims  (zaraz po zejściu przeskakuje jeszcze na Manaslu by w ciągu 5 dni zrobić w sumie 3 ośmiotysięczniki) oraz Mingma Dorchi Sherpa, który ustanawia rekord przejścia miedzy szczytem Everestu i Lhotse (6 godzin 1 minuta). Ostateczna liczba wejść na Lhotse zamyka się w roku 2019 liczbą 36 wpinaczy, wśród których znalazło się 7 kobiet, a do których należy jeszcze doliczyć 29 Szerpów. Co ciekawe, tylko 4 wejścia były bez dodatkowego tlenu.

 

 

 



INFORMACJE PRAKTYCZNE

Kiedy:
Główny sezon na zdobywanie Lhotse pokrywa się z sezonem na Evereście, co oznacza miesiące kwiecień-maj (w kwietniu – aklimatyzacja, na początku maja rest, około połowy maja i w drugiej jego połowie – ataki szczytowe)

Organizacja wyprawy:
Tego typu wypraw nikt nie organizuje zupełnie samodzielnie, bo po prostu jest to nieopłacalne i niewykonalne (nie zaniesiemy sobie sami sprzętu i jedzenia na ileś tygodni). Wszyscy korzystają z usług lokalnych agencji – w moim przypadku była to nepalska Seven Summits Treks (nie mylić z bardzo drogą, znaną z ekskluzywnych warunków podobnie brzmiącej agencji rosyjskiej). Na całość wyprawy trzeba liczyć około 2 miesięcy.

Koszty wyprawy:
Ile zapłacimy zależy oczywiście od układów z agencją i tego, co mamy w pakiecie, niemniej standardowo za opcję all-iclusive (formalności, hotel w Katmandu, treking do bazy, transport ekwipunku, pobyt w bazie, jedzenie w górze, prywatny Szerpa, namioty) musimy liczyć mniej więcej od 15 tys. USD. Do tego trzeba dodać 120 USD za wizę nepalską (musimy wziąć jej opcję 3-miesięczną), przelot (przeciętnie 3500 zł + ew. nadbagaż), ubezpieczenie (od tysiąca złotych wzwyż), koszty, summit bonus dla Szerpy jeśli wszedł z nami na szczyt (min. 1200 USD), napiwki dla obsługi bazy (ok. 250 USD), ew. wyżywienie i noclegi w czasie zejścia na rest, wyżywienie w Katmandu.

Rozkład obozów:
Standardowo zakłada się 4 obozy, w tym 3 pokrywające się z tymi, z których korzystają wspinacze idący na Everest. Dopiero od C4 następuje rozdzielenie dróg na Lhotse i Everest. Układ obozów wygląda następująco:
- Base Camp          ok. 5300 m
- Camp 1                6100 m
- Camp 2                6400-6500 m
- Camp 3                7000 m
- Camp 4                7650-7700 m

RAMKA
LHOTSE W LICZBACH – dane do końca roku 2019
Liczba zdobywców: 568 wspinaczy (w tym 73 kobiety) + 284 Szerpów
Liczba osób, które wyszły z bazy z zamiarem zdobycia góry: 1842 osoby (w tym 156 kobiet) + 979 Szerpów
Ofiary śmiertelne: 17 wspinaczy, 4 Szerpów
Polacy na szczycie Lhotse: 23 osoby, w tym 6 kobiet (na 104 osoby próbujące), z czego bez dodatkowego tlenu 8
Pierwsze zdobycie szczytu: 18 maja 1956 (Szwajcarzy Ernst Reiss i Fritz Luchsinger)

 

Back to top