Dzień z życia w bazie pod Everestem
Odsłony: 710

Mówi się: baza pod Everestem, choć w rzeczywistości to znajdujące się na wysokości ok. 5300 m n.p.m. wielkie namiotowe miasteczko obsługuje także wyprawy na inne okoliczne szczyty: Lhotse (8516 m), Nuptse (7861 m) i Pumori (7161 m).


Jeśli chcecie zobaczyć słynny Everest Base Camp nie jako puste miejsce, ale bazę z namiotami, przyjdźcie do lodowca Khumbu (dojechać się nie da) w kwietniu lub maju. Jest jednak pewne ale... Zwykli trekerzy, na wstęp bazy wchodzić nie powinni (na wejściu jest zwykle napis o tym informujący). Przyjęte jest że patrzą na obóz z miejsca oznaczonego stosownym kamieniem i po zrobieniu zdjęć wracają do najbliższej wioski (Gorak Shep) oddalonej od bazy o dwie godziny drogi. Baza jest tylko dla jej mieszkańców, zdradzimy jednak jak wygląda na co dzień bazowe życie.

 

Godz. 7.30 - Bo nowy dzień wstaje...

Lodowcowa toaletaBudzi mnie osuwający się z namiotu śnieg. W Katmandu upał jak diabli, podczas gdy na tej wysokości śnieg to normalka. Tymczasem wychodzące zza gór słońce oświetliło namiot, co oznacza że żeby nie wiem co, i tak już dłużej nie pośpię, bo choć na zewnątrz wciąż jeszcze rześko, zaraz w namiocie zrobi się sauna. Zresztą nie pośpię też z innego powodu - nacisku na pęcherz, a tzw. pee bottle (butelka na siki) już od trzech godzin stoi pełna. Ech, z tym sikaniem to zawsze w wysokich górach problem - żeby się aklimatyzować, trzeba dużo pić (dobowa norma to 4-5 litrów), no a potem są skutki. Z drugiej strony nikt z namiotu wychodzić po nocy nie będzie, bo po co się wyziębiać, tracić energię, nie mówiąc o tym, że w wyższych obozach może być to niebezpieczne. Sytuację ratują wynalazki takie jak butelka i dedykowany dziewczynom lejek. W dzień co innego - potrzeby fizjologiczne załatwia się w namiotach toaletowych do wkopanej w lodowiec beczki (baza znajduje się na lodowcu - pod warstwą kamieni jest żywy lód). Kiedy beczka się zapełni, któryś z tragarzy znosi ją na dół, do utylizacji. Od pewnego czasu w Nepalu bardzo się już czystości bazy pilnuje.

Tymczasem baza tętni już życiem na całego. Świadczą o tym odgłosy muzyki - Szerpowie uwielbiają puszczać głośno swoje piosenki, więc jeszcze trochę i będę znała ich słowa na pamięć. Ale wolę to Szerpa-disco niż warkot helikopterów, które przy dobrej pogodzie kursują niemal na okrągło (w bazie są 3 lądowiska). Okej, czas wygrzebywać się ze śpiwora!


Godz. 8  - Ech, znowu ten poridż

Osobliwy gong (czytaj: walenie kucharza w pusty garnek) obwieszcza że śniadanie już gotowe. Zanim wejdziemy do mesy musimy dokładnie umyć ręce. Baniak z ciepłą wodą jest przygotowany, obok leży mydło, a na "deser" jeszcze odkażacz spirytusowy, no i wszyscy grzecznie z tego korzystają. A co jeśli ktoś zapomni? Ano zaraz inni mu o tym przypomną. Dbanie o nieprzenoszenie zarazków jest we wspólnym interesie, bo przecież nikt nie zamierza wyeliminować się ze zdobywania góry przez prozaiczną biegunkę czy katar.
Chwilę potem wjeżdża śniadanie - omlet albo jajko sadzone (nie pamiętam dnia w bazie bez jakiejś formy jajek), tosty, ale przede wszystkim - owsianka! Od przedszkola jej nie znoszę, ale tutaj nie ma zmiłuj się - owsiany "porrige" to potrawa którą wszyscy cenią, bo jest bardzo pożywna. Najlepiej wchodzi mi z miodem, ale tradycyjnie ten rano jest zawsze zamarznięty i wymaga wkładania go do miseczki z gorąca wodą.

Śniadanie urozmaicają rozmowy i żarty. Ekipę mamy międzynarodową - są Amerykanie, Brytyjczycy, Hiszpanie, Irlandczycy, Chilijczyk, Hindusi, Brazylijczyk i dziewczyna z Botswany (dwa tygodnie później przyzna że to jednak nie jej bajka, zimna nie polubi i wróci do Afryki). To nic że się wcześniej nie znaliśmy - przyjaźnie zawarte w górach utrzymują się długo, także w dolinach. Jest beztrosko, wesoło, gadamy o naszej górskiej pasji. Do głowy nam nie przyjdzie, że dwie osoby z tego grona z ataku szczytowego nie wrócą.

Godz. 9.30 - Kawa z widokiem na Icefall

To nasz bazowy rytuał - razem z kolegami z Kanady i Brazylii parzymy sobie kawę (tak, tak, wiemy - odwadnia więc na wysokości nie wskazana) i siedząc na kamieniach gapimy się na góry. Co ciekawe, Everestu z bazy nie widać. Pozostają inne, nie mniej piękne szczyty, no i Icefall. Najeżony serakami lodospad wygląda magicznie. Czasem sobie gadamy, a czasem tylko słuchamy. Najwięcej uwagi poświęcamy walącym się serakom i lawinom - patrzymy czy przypadkiem nie jest to w rejonie, gdzie mogą być jacyś ludzie. Na ogół jest to jednak z boku. Tak czy owak respekt dla siły natury taki widok wzbudza. Nasze ulubione odgłosy to dzwonki jaków. Wprawdzie coraz częściej zaopatrzenie do bazy dolatuje helikopterem, ale wykorzystywanie jaków jako środka transportu wciąż jest na porządku dziennym. Ludzi zresztą też. Niesamowite jak wielkie i jak ciężkie ładunki noszą na swoich barkach tragarze, przy tak skromnych pensjach jakie za to dostają.

Godz. 10 - Pora na prysznic

Poranki w bazie są zwykle ładne. Wykorzystujemy je w różny sposób. Dziś część ekipy poszła na prowadzący do obozu icefall na ćwiczenia wspinaczkowe, Amerykanin ostrzy raki, reszta zrobiła sobie "dzień gospodarczy". Mój sąsiad z namiotu obok (swoją drogą słynna postać - Ali Sadpara, jeden z trójki pierwszych zimowych zdobywców Nangi Parbat) robi pranie (ręcznie, w zabranej z kuchni misce), ja postanowiłam wziąć prysznic, czyli inaczej mówiąc: poprosiłam kucharza o nagrzanie przyniesionej z lodowcowego jeziorka wody i w specjalnym namiocie polewam się wodą czerpaną kubeczkiem z wiaderka. Prawda jest taka, że nikt w tych warunkach codziennie się nie kąpie - to raczej przyjemność "od święta", bowiem zakłada się że ważniejsze od sterylności jest to, żeby się nie przeziębić.

Potem mamy czas na relaks, co oznacza że się opalamy czyli kładziemy na karimatach, przy czym co niektórzy z kolegów ściągnęli nawet koszulki. Na krótko. W samo południe przychodzą chmury i każdy łapie za puchowe kurtki.

Godz. 13 - Pizza? Wszystko da się zrobić!

Obiad to zawsze popis umiejętności naszego kucharza. Nie mogę wyjść z podziwu, jak w takich, w sumie polowych warunkach, chłopak umie wyczarować takie dania, a czasem upiec nawet tort. Jest i zupa, danie główne i coś na deser. Kucharz jest w każdym obozie - w bazach pod ośmiotysięcznikami nikt nie gotuje sobie sam, bo byłoby to po prostu nieopłacalne. Co innego tam u góry - tam w zależności od umowy, gotują albo towarzyszący wspinaczom szerpowie, albo gotuje się samemu, rzecz jasna najpierw wytapiając śnieg.

A tak swoją drogą każdy spacer między namiotem i mesą większość z nas przypłaca zadyszką. Trudno się dziwić - to już spora wysokość i skutki niedotlenienia odczuwają wszyscy, nawet Szerpowie (wiem o tym, bo niektórzy przychodzą do mnie po tabletki od bólu głowy). W ramach kontrolowania na ile dobrze się aklimatyzujemy, każdego dnia przy obiedzie przynoszę swój zabrany z Polski pulsoksymetr i wszyscy sobie sprawdzają poziom tzw. saturacji.

Po obiedzie - Wycieczka po bazie

Większość moich kolegów wykorzystuje ten czas na sjestę w namiocie, zwykle spanie, dla mnie z kolei to czas na odwiedzanie znajomych, których mam w base campie całkiem sporo. Zasadą każdego obozu jest to, że nieważne kim jest gość - zaprasza się go do mesy, proponując herbatę, kawę, jakieś przekąski. Stoły i tak są zawsze zastawione, bo regułą jest, że wspinacze mogą przyjść do mesy o każdej porze i zawsze znajdą tam termosy z napojami, jakieś słodycze czy orzechy.
Base Camp to właściwie wiele obozów należących do różnych agencji organizujących wyprawy. Oprócz banerów z nazwą agencji, a czasem także ze zdjęciami i nazwiskami wspinaczy (bardzo pomocne, gdy się kogoś szuka), w każdym obozie są też ołtarzyki z kolorowymi chorągiewkami modlitewnymi. To znak odprawionej pudży - buddyjskiej ceremonii za pomyślność wyprawy, bez której zwyczajowo nie rozpoczyna się akcji górskiej.

Żadnych budynków w bazie nie ma - z jednej strony chodzi o względy ekologiczne, z drugiej pragmatyczne - na pracującym, wciąż zmieniającym układ lodowcu, i tak by nic na stałe nie przetrwało. Za to namiotów jest mnóstwo, bo każdy wspinacz dostaje lokum tylko dla siebie (wyżej u góry już tak dobrze nie jest). Standardem jest, że są już w nich materace, choć są też obozy gdzie są też nawet łóżka, dywaniki, szafeczki czy nawet oświetlenie i ogrzewanie (to już wersja z tych dość kosztownych).
Obozy ciągną się wzdłuż lodowca przez ponad kilometr - nic dziwnego, bo przez dwa miesiące mieszka w nich około półtora tysiąca ludzi (w 2019 roku zezwolenia na zdobywanie Everestu dostało ponad 400 wspinaczy, do tego dochodzą wspinacze z pozwoleniami na inne góry, rzesza tragarzy, przewodników wysokogórskich i obsługi bazy plus mnóstwo ludzi, takich jak dziennikarze, lekarze, naukowcy i inni, którzy nie mają zamiaru się wspinać, ale w bazie jednak są). Dość powiedzieć, że przejście z jednego krańca bazy na drugi, zajmuje przeciętnie około 40 minut.

Godz. 18 - Szachy czy internet?
Kolacja jest wprawdzie o 19, ale wszyscy zbiegają się do mesy wcześniej, wraz z uruchomieniem generatora (słychać po warkocie silnika). Powody są dwa: oznacza to, że można podłączyć do ładowania swoją elektronikę (gniazdek jest zwykle mniej niż chętnych na prąd) no i to, że został odpalony piecyk, czyli można się ogrzać. To ważne, bo po zachodzie słońca robi się już naprawdę bardzo zimno - część z nas przychodzi w ubraniach przeznaczonych na szczyt. W butach zresztą też, bo właśnie stopy najbardziej przy takim kilkugodzinnym siedzeniu marzną.
Przy kolacji rytuał stanowi sprawdzanie pogody. Kto w ciągu dnia miał szczęście zalogować się do internetu (mimo że kod na przesył 1 GB kosztuje aż 50 dolarów, to i tak z podłączeniem do sieci jest problem), zdradza co pokazały mu pogodowe serwisy. Jak już temat okien pogodowych i strategii ataku wyczerpie się, a kolacyjne talerze zostaną sprzątnięte, zaczynają się rozrywki towarzyskie - gramy w karty, szachy albo oglądamy wyświetlany na laptopie film.

Godz. 21- Kasłanie versus lawiny

Wraz z wyłączeniem generatora życie w bazie zamiera. Ciszy zupełnej jednak nie ma - z namiotów dobiega kasłanie (męczący, suchy kaszel wysokogórski to zmora wielu osób, moja także). Dygoczę z zimna - w nocy w namiocie temperatury są minusowe (-10 to norma, ale to i tak nic w stosunku do tego co mamy potem w obozach wyższych). Szczerze mówiąc sama sobie jestem winna - dano mi do wyboru dwa namioty i pokusiłam się na większy, podczas gdy w mniejszym może nie jest tak przestronnie, ale na pewno cieplej. Zanim położę się spać, wszystkie baterie, zegarek, telefon itp. wrzucam do puchowej rękawicy aby uniknąć ich szybkiego rozładowania. Potem nur do śpiwora i  czas na korespondencję przez satelitarny komunikator sms-owy - kontakt z rodziną, znajomymi, a na koniec chwila na literaturę - ostatnio żeby oszczędzać miejsce i ciężar, w wersji audiobookowej.
Kończę kolejny bazowy dzień. Myślami wybiegam już w górę. Wiem, że z kolei tam wysoko, nie raz będę marzyć o powrocie  do bazy. Baza to miejsce dające poczucie spokoju i bezpieczeństwa, a małe namiotowe M-1 to namiastka domu.

Back to top