Sandałowi ulubieńcy
Odsłony: 671

Nie przypominam sobie wyjazdu w cieplejsze strony bez tych sandałów. Charakterystyczna cecha ich wyglądu to zalane gumą przody. Dodatkowe zalety: oj, długo by wymieniać.

 

Produkty: Sandały trekingowe
Firma: Keen
Model: Evofit, Clearwayter, Venice, Uneek
Miejsce i czas testów:  od wielu lat na wyprawach w przeróżne zakątki świata, w zwykłych podróżach, ale też w górach czy na rejsach
Cena ze strony producetna: od 200 do 550 zł


Markę Keen (czytaj: kin) poznam już od bardzo dawno, ale pierwszy raz buty z ich logo kupiłam dopiero 10  lat temu (a trzeba było wcześniej J ). Choć w swej ofercie Keen ma przeróżne buty (górskie, miejskie, zimowe i inne), w mojej podświadomości zawsze łączyłam tę firmę z sandałami, konkretnie "wyprawowymi" sandałami. To co je wyróżniało to zasłanianie palców (chodzi o specjalne zalanie gumą czubka buta). Jakie to ma znaczenie wie każdy, kto kopnął w konar lub kamień, nadział się stopą na patyk ewentualnie zaliczył każde podobne, równie nieprzyjemne zetkniecie paluchów z zewnętrzną przeszkodą. Dodatkowym atutem zakrycia przodu sandała jest też i to, że ogranicza się wpadnie pod stopę małych kamyków, co może groźne specjalnie nie jest, ale przyjemność chodzenia zdecydowanie odbiera. Jeśli dodać do tego że mają bardzo przyczepną, vibramową podeszwę (istotne jak trzeba wejść po mokrych głazach czy jakimś innym niepewnym podłożu gdzie lepiej się nie ślizgać), no i to, że są po prostu wygodne, trudno się dziwić że w kategorii sandałów trekingowych, to buty wręcz idealne.

Jako fanka Keenów mam ich już kilka par. I nie chodzi o to, że różnią się kolorami, więc mogę je sobie dobrać do  koszulki :). Różnice dotyczą głównie konstrukcji buta, co ma przełożenie na stopień "zabudowania" stopy, ale też na wygląd (smukłość) czy wagę sandała. O tym co daje zaawansowana technologia materiałów z których sandały są robione, też można pisać wiele. Przykładem specjalna membrana odprowadzająca wilgoć z pocącej się stopy i z kolei działająca wodoodpornie jeśli wilgoć lub wręcz woda atakuje nas z zewnątrz (np. chodzimy po zroszonej łace). Albo powłoka blokująca rozwój mikrobów tworzących nieprzyjemne zapachy (w gorącym klimacie to szczególnie ważne, bo wiadomo jak odór spoconych stóp może być niemiły nawet nie tyle dla nas, co dla współtowarzyszy). Są też w tych butach patenty takie jak specjalny system wiązania (a raczej szybkiego i łatwego ściągania specjalnych sznurków), łatwa do umycia warstwa wierzchnia, czy niebrudząca podłoża podeszwa (tu zachwyceni będą właściciele jachtów , którzy chorobliwie nie znoszą załogantów chodzących po pokładzie w butach zostawiających ślady). Bardzo istotny jest też but z punktu widzenia stopy. Uwzględniając warunki anatomiczne nogi, dopasowana i wyprofilowana jest tak, że stopa się w bucie nie tylko nie ślizga, ale jest po prostu stabilna. Tak na marginesie, to są modele Keen`ów-sandałów pozwalające na wyjęcie specjalnej wkładki na której spoczywa stopa, która w przypadku przepocenia czy zabrudzenia, łatwo daje się wyprać.

Jeżdżę w opisywanych sandałach praktycznie wszędzie (rzecz jasna tam gdzie jest ciepło). Przemierzyłam w nich Afrykę, Azję, Amerykę Południową, ale też Polskę i dużą część objeżdżanej latem Europy. Często zabieram je też w góry - są dla mnie obuwiem na zmianę, po tym jak już ściągnę ciężkie buciory trekingowe i chcę dać nogom odpocząć, albo gdy potrzebuję buty na chodzenie po schronisku. Świetnie nadają się też do aktywności wodnych - na kajak, rafting czy jacht, gdzie klapki wcale nie są wskazane(łatwo się potknąć, a w wodzie mogą spaść), a obuwie na nogach lepiej mieć, bo bosą nogą po niewiadomym dnie lepiej nie chodzić.

Owszem, minusem sanadałów Keen dla wielu osób może być cena. Argument istotny, ale warto śledzić promocje, bo zwłaszcza po sezonie można je kupić z dużym rabatem. To co jest plusem to  rozmiarówka - Keen ma w swej ofercie także "połówki", tak więc można sobie te buty dość precyzyjnie dopasować (aczkolwiek dobrze jest przymierzyć, bo w zależności od budowy naszej stopy różne modele różnie się dopasowują).

Na koniec przyznam ze skruchą J, że moje pierwsze "keen`y" "Keen`ami wcale… nie były. Byłam w Katmandu, mieście pełnym sklepów z podróbkami, i sobie takie tamtejsze "pseudo-keeny" kupiłam. Kosztowały z 15 dolarów, wyglądem przypominały prawdziwe… Chodzić się w nich dało, ale dopiero potem, gdy miałam już oryginały, zrozumiałam że słowa tanio i jakość przynajmniej w przypadku tych butów, po prostu się wykluczają.

 

Back to top