Blog (nie)codzienny - 2016-2017
Hits: 8326

Piszę kiedy mam czas i dostęp do internetu. Brak wpisów oznacza że albo ugrzęzłam po uszy w pracy, albo jestem gdzieś z dala od cywilizacji :).

Na zdjęciu - Przylądek Horn, który na rumuńskim jachcie "Phoenix" opłynęłam 26 stycznia 2016 r. (to po raz drugi; pierwszy raz byłam tam w 2003 r.)

Bardziej na bieżąco niż blog jest obecnie mój facebook - tutaj.



22 lutego, późnym wieczorem, w namiocie
Przy rechocie żab

Ale mam nocleg… Chciałam się rozbić przy plaży, ale lokalsi sugerowali że to niezbyt dobry pomysł, bo plaża to ulubione miejsce dla narkotykowo-alkoholowych imprez. Szukając jakiegoś lepszego miejsca weszłam na posesję z jakimś wydawało się że opuszczonym budynkiem, a tu nagle pojawił się jakiś żul i zapytał czego szukam. Żul okazał się właścicielem miejsca (nie wiem czy rzeczywistym czy samozwańczym) i w sumie miałam się wycofać, ale facet okazał się w sumie miły więc słowo do słowa i się „zakumpliliśmy”. Z propozycji przespania się w budynku nie skorzystałam, natomiast po rozmowie z sąsiadką, która uspokoiła mnie, że facet jest wprawdzie drobnym pijaczkiem, ale spokojnym i nie mam się czego obawiać, uzgodniliśmy, że namiot w zarośniętym ogrodzie jednak rozbiję. Nie minęło 10 minut, jak Angela, czyli owa sąsiadka, zaprosiła mnie a) na kawę, b) do skorzystania z prysznica c) dała wodę   d) obiecała rano śniadanie.  Ja z kolei obiecałam jej dzieciakom poranną sesję zdjęciową przy namiocie.
Mój gospodarz chyba jest dumny, że gości cudzoziemkę, bo oprowadził mnie po wiosce chwaląc się mną wszystkim spotkanym kumplom, a choć sam niewiele ma, w sklepie w centrum „metropolii” postawił mi lemoniadę. Przy okazji pogadałam z ludźmi z wioski o polityce. Oj, narzekają na ten swój kraj. Że ciężko, że korupcja, że cała infrastruktura to jeszcze pozostałość po Brytyjczykach, a nowych inwestycji nie widać. Równocześnie widać ich dumę z niepodległego kraju. Już któryś raz zauważyłam, że wystarczy że powiem: Gujana Brytyjska (dla odróżnienia od Francuskiej), a od razu jestem poprawiana, że już nie Brytyjska, bo od 1966 roku niepodległa.

Dobra, późno już… Idę spać. Tym razem mam dźwiękową składankę: 1) rechotu żab (ale nadają!)   2) świdrujących uszy odgłosów cykad  3) pisko-świergotu jakiegoś ptactwa 4) odkręconej na cały regulator muzyki z któregoś z okolicznych domów.  



22 lutego, po południu, wioska Meten-Meer-Zorg
Jak pech, to pech

Dziś mam jeden z tych dni, które chciałabym żeby się już skończyły. Wychodzi na to, że złapana na wjeździe do Gujany guma i stwierdzenie współpasażerów, że to zły omen, zadziałało.
Zły dzień zaczął się od porannego smarowania krost – efektów pogryzienia przez pluskwy, które zgodnie z moimi przewidywaniami – faktycznie były. Jak na złość po wyjściu na ulicę okazało się, że zaledwie 200 metrów dalej jest jednak jakiś normalny guest house, gdzie za taką samą cenę oferuje się pokoje czyste i bez pluskiew w pakiecie.

Ze zwiedzaniem wystartowałam wcześnie rano , bo chciałam wpaść do ogrodu botanicznego i przylegającego do niego zoo. Szczerze mówiąc to chciałam zobaczyć leniwce (czy jak to mówią Francuzi: leniwe barany, bo tak brzmi tłumaczenie ich wersji nazwy tego zwierzęcia), ale okazało się, że nic z tego, bo zoo jest nieczynne, a sam ogród botaniczny delikatnie mówiąc nie powala.
Humor po mało udanym początku dnia poprawiło mi śniadanie czyli buła z bananami plus woda, ale żeby nie było za dobrze – jak wracałam do hotelu odebrać zostawione rzeczy (niemiła pani zapowiedziała mi, że jak się spóźnię to zapłacę jak za kolejną dobę hotelową), zaczęło lać.  Tu jak leje, to już na dobre – robi się istna ściana wody, zaś  ulice zamieniają się w wartkie strumienie. Próbowałam przeczekać, ale nie było rokowań, że ulewa szybko minie, a płacić ekstra za hotel nie zamierzałam.  Finał – do hotelu dotarłam wyglądając jak ostatnie nieszczęście, ociekając wodą jakbym wyszła spod  prysznica, pocieszając się że przynajmniej w tej temperaturze nie mam szansy się przeziębić.

Pani hotelowa już czekała przy drzwiach mojego pokoju, licząc zapewne że się spóźnię, no ale się rozczarowała (było 5 minut przed 11-tą), ja natomiast uzbrojona tym razem w zostawione w plecaku przeciwdeszczowe poncho, pognałam ze wszystkimi betami do Muzeum Narodowego. A tam… Kolejna bariera, znaczy się władcza baba z nadąsaną miną, która rzuciła mi tylko, że mają „school day”. To, że nie wiedziałam, co ma na myśli, tylko ją wkurzyło, ale szybko się domyśliłam, bo dostrzegłam jakąś małą grupkę dzieciaków w szkolnych mundurkach. Zaczęłam tłumaczyć, że przecież ja im przeszkadzać nie będę, oni mnie tym bardziej, że przyjechałam z dalekiej Polski i to chyba dobrze, że czegoś chcę się o jej kraju dowiedzieć. W odpowiedzi babsztyl zmierzył mnie okiem bazyliszka i tonem sprowadzającym mnie do parteru powtórzył:
-School day!

Już miałam się wynieść, gdy przybiegła młoda dziewczyna, też pracownica muzeum, która przysłuchując się rozmowie, na babsztyla naskoczyła, wyzwała ją jakoś po kreolsku, po czym kazała jej na chwilę wyjść, a mnie pokazała że mam wejść do muzealnych sal. Nie powiem, zaskakujący obrót sytuacji… Tak na marginesie to muzeum jest dość słabiutkie, ale hitem jest to, że nie można fotografować eksponatów, ale bez problemów można robić zdjęcia siebie przy eksponatach. Na nic zdało się wyjaśnianie, że ja nie potrzebuję zdjęć z sobą, że istotne są dla mnie opisy (już pal sześć te eksponaty). Pilnująca pani zapytała o który opis mi chodzi, a jak pokazałam to kazała mi stanąć przy tabliczce i strzeliła mi fotę.

Po muzeum, jako że była pora obiadowa, zapragnęłam coś zjeść.  I wtedy przyszedł punkt kulminacyjny. Usłyszałam pisk opon, zorientowałam się że jakiś szalony kierowca zaraz mnie rozjedzie, wskoczyłam na chodnik (szłam poboczem ulicy, bo tak się tu chodzi), a tam z kolei zahaczyłam o wózek i wyrżnęłam jak długa. Oczywiście wywaliłam się w kałużę, bo nieszczęścia – jak mawia jeden z moich kumpli - chodzą nie parami, a stadami. Wyglądało to chyba groźnie, bo zrobiło się zamieszanie, uczynne ludziska pomogły mi się pozbierać, a że byłam nieco pokrwawiona, zorganizowano bandaże i plastry. Ale co tam ja, najgorsze było odkrycie, że rozstrzaskał się mój kochany aparat! Dramat, bo aparat z tych nietanich, a poza tym jak tu teraz robić foty?

Można sobie wyobrazić mój stan ducha… Potem na wyjeździe z Georgetown do miejsca gdzie teraz jestem, kierowca mnie orżnął i skasował na podwójną cenę. Płaci się wysiadając, tak więc stojąc już na ulicy podałam mu przez uchylone okno kasę, czekam na resztę, a ten po prostu ruszył. Przeboleję, niech mu tam, ale po prostu przykro…  Obserwujący to z pobocza facet zapytał ile zapłaciłam, potwierdził że kierowca mnie oszukał, po czym stwierdził: - No tak, ci Afrykanie… Szczerze mówiąc  ja do przybyszy z Afryki nic nie mam, ale to już nie pierwszy raz, gdy słyszę, jak rodowici Gujańczycy zarzucają Afrykanom niezbyt etyczne zachowania.
A co do dnia, to cóż, raz na wozie, raz pod wozem. Dzisiaj „pod”…



20 lutego, wieczorem, w Georgetown (Gujana - dawniej brytyjska)
Powitalne pluskwy

Dzisiejszy nocleg ma szansę dołączyć do moich nie tylko najdroższych noclegów (20 dolców) – w skali moich wszystkich podróży, ale równocześnie – najgorszych. Okej, wśród najgorszych ciągle nr 1 plasuje się moja całonocna walka z armią pluskiew – to w Etiopii, no ale tam płaciłam chyba 3 dolce, więc coś za coś. Tu te 20 dol. to już po długich negocjacjach, bo okazuje się, że spanie w Georgetown to dość kosztowny „luksus”. Za wspomnianą cenę mam klitkę a`la cela z łóżkiem zasłanym prześcieradłem na pewno wielorazowego wcześniej użytku, do przykrycia nie ma nic (ręcznika, papieru toaletowego, też rzecz jasna nie), to że ogólny syf i kurz to chyba jasne, ale najciekawszy element to zdechła mysz jaka czekała na mnie na wejściu. Pani dająca mi klucze od razu wspomniała, że żadna podmiana na inny pokój nie wchodzi w grę, bo nic wolnego nie ma, a na moją uwagę że mogłaby przynajmniej tę mysz usunąć, chyba nie za bardzo wiedziała, o co biała się czepia.

Fakt, jestem tu jedyną białą, bo i dzielnica jest delikatnie mówiąc – „szemrana”, no i sam obiekt też. Piętro niżej jest sala hazardowa, konkretnie pomieszczenie z ekranami na których transmitowane są różne mecze i gonitwy koni wyścigowych, a podnieceni emocjami faceci obstawiają zakłady. Ulica przy której budynek stoi składa się głównie z barów, takich typowo męskich, choć oczywiście panie „do towarzystwa” też się tam kręcą. Uprzedzono mnie, że lepiej żebym po zmroku nie wychodziła, tak więc siedzę w tej celi, piję już drugie piwo, bo uznałam że bez „znieczulenia” będzie ciężko i zastanawiam się czy to że się zaczęłam drapać, to komary czy lubiące mnie pluskwy. W każdym razie zdecydowałam że jutro stąd spadam – wyjadę za Georgetown i postawię na wersję: namiot.

 Szczerze mówiąc to już większość miasta zwiedziłam. Poszłam sobie nad ocean, gdzie jest latarnia morska, a po drodze trochę zabytkowych budynków z dumą miasta – wybudowaną w 1894 roku katedrą, zaliczaną do grona najwyższych w świecie (!) wolnostojących obiektów drewnianych. Miasto na kolana nie rzuca, a na dodatek liczne tutejsze menele, w przeciwieństwie do surinamskich, są dosyć natrętni. Zresztą nie tylko menele – dzisiejszy kierowca z granicy też był nachalny, a jeden z pasażerów, mam wrażenie że będący na haju koleś z dredami, wprost mnie zapytał czy chcę jego numer telefonu, i wyglądał na zdziwionego, że nie chcę. Zdaje się że jak to w Ameryce Południowej, panowie czują się mocno macho…  Dzisiaj chodząc po Georgetown w kilku miejscach widziałam rozwieszone płachty materiału z napisem „Nie dla wykorzystywani gender”.

A jak z drogą? Ogólnie to ciekawa droga była… Odcinek surinamski co prawda przespałam (trudno żeby nie, skoro musiałam być już o 3.30 przed hotelem, czekając na taksówkę która spóźniła się dobre pół godziny), ale potem była około 50 minutowa przeprawa promem przez rzekę. Podobnie jak i w okolicach Cayenne, tutaj też wody rzek są zamulone, brązowawe (typowe dla Amazonii), a że po zetknięciu z wodami morskimi wtłaczanymi do rzek przez przypływ, długo nie mieszają – tworzą na rzece swoiste wzory wyraźnie wskazujące gdzie jest jaka woda (morska jest ciemniejsza, bardziej granatowa).  A tak w ogóle to przez cały czas pokonywania rzeki płynął przy nas przypominający pływający złom kuter. Otóż jak się okazało, nasz prom w zbyt dobrym stanie nie jest, tak więc niby-złom stanowi obstawę, „gdyby coś”. Ciekawe tylko ilu pasażerów z wielkiego promu mógłby ten malutki złom przyjąć, bo na pewno nie wszystkich…
Po stronie gujańskiej i dość chaotycznej odprawie granicznej czekały na nas lokalne mikrobusy. „Na nas” czyli mam na myśli pasażerów. Z białych turystów poza mną i zajętej sobą holenderskiej pary, nie widziałam nikogo… Ponieważ nasz kierowca był najbardziej zaradny, najszybciej wypełnił sobie busa, co było chyba powodem kłótni z innymi kierowcami, no i jakoś tak się dziwnie złożyło, że kiedy ruszył, okazało się że ma przebitą oponę. Jak widać międzyludzka życzliwość to domena nie tylko Polaków . A właśnie – jeszcze po stronie surinamskiej były dwa wątki polskie! Najpierw pan wydający bilety, patrząc na mój paszport uśmiechnął się i krzyknął:
-Polska? Lech Walesa!!!
a potem w sklepie wolnocłowym wyczaiłam na półkach dobrze znajome butelki z napisami: Sobieski, Chopin, Belvedere…
Pierwsze wrażenia z Gujany? W miarę dobre drogi, przyzwoite zabudowania, sporo koni (wykorzystuje się je zarówno na wyścigach, jak i do ciągnięcia wciąż popularnych wozów) i jeszcze więcej szwendających się samopas osłów. No i szaleni kierowcy z naszym na czele. Chłopak chyba koniecznie chciał być „królem szosy” – pędził jak opętany, w ogóle nie patrząc na jakiekolwiek ograniczenia, wyprzedzał nawet już nie na trzeciego, a na czwartego, wymijał się z innymi szaleńcami niemal na grubość lakieru, a ja w tym czasie plułam sobie w brodę, że usiadłam na przednim siedzeniu, z szansą wylecenia w razie czego przez przednią szybę. Oczywiście pasy nie nadawały się do użytku, szybkościomierz też nie działał, miałam tylko nadzieję, że przynajmniej hamulce są sprawne i kierowca nie jest już po kilku piwach (jak to było w Gujanie Francuskiej). Zawsze mówię, że owszem, zagrożenie na moich wyprawach górskich jakieś jest, ale jeszcze większe w czasie podróży drogowych…


19 lutego wieczorem, w Paramaribo (Surinam)
Karaibska Holandia

Noc w hamaku minęła całkiem fajnie – hamak się kołysał, co przyśpieszyło zaśnięcie, potem w nocy było przebudzenie na zmianę pozycji i założenie cienkiego polara, a rano o 6-tej obudziły mnie psy (trącały mnie nosem, chyba chcąc się bawić). Tarantula chyba w nocy nie wyszła ze swojej sieci, tzn. wyglądała z niej, może mnie obserwowała, ale bliższymi kontaktami ze mną zainteresowana nie była.
Kolega Francuz deklarował się, że około 7-mej wstanie i pójdzie ze mną do miasta, ale trochę po 8-mej jak już się zrobiło naprawdę gorąco, uznałam że chyba dosyć tego czekania i postanowiłam pójść sama. Właśnie byłam w trakcie pisania kartki z podziękowaniami, gdy Francuz się pojawił, ale w takim stanie ciała i umysłu, że przekonałam go, że ja tam gdzie chcę, jednak trafię, a on niech póki co trafi jeszcze do łóżka.

Do miasteczka było jakieś 3 km, co można byłoby nazwać przyjemnym spacerem, gdyby nie ciężki plecak i solidnie palące słońce. Miasteczko całkiem ładne, bo z wieloma zabytkowymi domami, o dziwo – z tablicami napisanymi po angielsku! Zobaczyłam sobie Camp Transportration – dawny obóz z czasów gdy Gujana była jeszcze kolonią karną, do którego trafiali przywożeni statkami więźniowie i w którym rozstrzygały się ich losy, co dalej.

Przez rzekę graniczną przeprawiłam się z rybakami. Dobrze że się zorientowałam, że to chyba niezbyt legalna przeprawa (nawet jakoś dziwnie tanio mi się wydawało – 3 euro za taki „międzypaństwowy” transport) i załatwiłam sobie wcześniej pieczątkę wyjazdową z Gujany, a z kapitanem łodzi umówiłam się że przywiezie mnie pod Imigration surinamskie. Bogu dzięki, bo po drodze do stolicy był posterunek gdzie sprawdzali paszporty - jeśli nie miałaby pieczątki wjazdowej, miałabym kłopoty.

Podoba mi się Surinam! Szczerze mówiąc bardziej niż Gujana Francuska, choć do Gujany będę miała sentyment ze względu na Irene i Luca, za ich gościnność i bezinteresowną uczynność.
Inna sprawa że Surinam jest dużo bardziej turystyczny i jak nie trudno zgadnąć – większość oferty robiona jest pod Holendrów. Katalogi organizatorów wycieczek są po holendersku  (niderlandzku), w ofercie – oczywiście nie brak różnych wariantów wycieczek rowerowych…  W hostelu do którego najpierw przyszłam (nie było miejsc, więc musiałam znaleźć inny, bo nie było miejsc) – tłum holenderskiej młodzieży, rzecz jasna przy holenderskim piwie (a jakże, Heineken). Samo Paramaribo – całkiem przyjemne: sporo zieleni, ładnie utrzymane stare, drewniane domy (to dzięki nim centrum surinamskiej stolicy znalazło się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO). Zaskoczył mnie za to lewostronny ruch (szczerze mówiąc zorientowałam się dopiero jak prawie nie wpadłam pod samochód), no ale potem się doczytałam, że w historii kraju najpierw było tak, że była to kolonia brytyjska, a dopiero potem Brytyjczycy odsprzedali ten teren Holendrom.



19 lutego, około północy w Saint-Laurent-Du-Maroni
Noc z tarantulą

Ale mam farta! Miałam nocować w Kourou, umówiłam się już nawet z gospodarzami „hamakowni” (miejsca gdzie można przenocować w hamaku), że rozbiję obok swój namiot, a tymczasem trafiłam na uczynnych Francuzów, którzy okazało się, że jeszcze dziś jadą do Saint Laurent (czyli tam, dokąd ja miałam jechać rano) i na dodatek mogę u jednego z nich przenocować. Nocleg jest specyficzny, bo umówiliśmy się, że mam do dyspozycji hamak na tarasie. Dom przypomina jakąś komunę hipissowską, z mnóstwem włóczących się samopas zwierzaków, a „porządek” jest taki, że już wiem, że to co u siebie w domu określałam „bałaganem”, w stosunku do tego jest sterylną czystością. Ale nie ważne – najważniejsze że chciałoby się powiedzieć: „jest dach nad głową”, choć raczej sensownie powinno być „moskitiera nad głową” (bo hamak ma też moskitierę). Czyli mam szansę zasypiać wpatrzona w gwiazdy i wsłuchana w niezwykłe odgłosy cykania (świerszcze), świergotania (ptaki), bzyczenia (komary), miauczenia (koty), tudzież piania (koguty – kurcze, one pieją o północy???). Oj, chyba żadnego wsłuchiwania się jednak nie będzie, bo nie zasnę – przyjmę wersję nieromantyczną, czyli koreczki w uszach. Aaa, zapomniałam jeszcze, że na ścianie siedzi potężna tarantula! Tylko trochę mniejsza od mojej dłoni. Zakładam, że woli polowanie na owady niż spacer po mnie. [ps. nie znam się na pająkach. Może to nie tarantula, tylko np. jakiś ptasznik?)

No dobrze, a jak z karnawałem w Kourou? Impreza mocno amatorska, choć może właśnie dlatego, sympatyczna. Główną ulicą miasta paradują w przebraniach i oczywiście przy wtórze muzyki różne organizacje, szkoły, kluby, czy choćby ludziska z jakiegoś osiedla. Trochę wkurzali mnie biali „Indianie” wmieszani w grupy faktycznych Indian, za to podobało mi się dumne pokazywanie swojej kultury przez różne grupy narodowościowe, przy jednoczesnym podkreślaniu akceptacji tego, że są imigrantami przyjętymi przez inny kraj.  Przykładem Brazylijczycy trzymający flagi – brazylijską i francuską, w strojach będących kopiami tych z Sambodromu na karnawale w Rio. Przebrania były różne – szły zastępy jaguarów, Robin Hoodów, rolkarze (ci nie szli tylko jechali), panie w eleganckich sukniach, i bez sukni (to Brazylijki, chętnie epatujące nagością). Co ciekawe, było sporo na pierwszy rzut oka zgrabnych, wysokich dziewczyn, które po dokładniejszym przyjrzeniu, okazywały się facetami.  To znowu Brazylijczycy, bo to u nich popularne. Tak na marginesie, to z podziwem patrzyłam jak ci faceci chodzą na szpilkach, a właściwie super-szpilach!

Po paradzie przyszedł czas pożegnania z Irene i Luc`kiem… Smutno mi się trochę zrobiło, bo bardzo ich polubiłam. Taka moja tutejsza „rodzina”, fantastyczni, niezwykle gościnni ludzie. Niestety - tak już jest w podróży - ledwo się kogoś polubi, czas się rozstawać :(


19 marca, Cayenne
Tajemnicze nieznajome :)

Ale szalona noc! Niestety, teraz moja głowa odczuwa jej skutki, ale trudno żeby było inaczej, jak się idzie spać o 4 rano. Zaczęło się od propozycji Luca przy kolacji, czy nie chcę zobaczyć „touloulous”. Co to takiego wyjaśnię za chwilę. Oczywiście chciałam, tak więc około 22-ej zebraliśmy się i pojechaliśmy „w miasto”. Na ulicach tłumy, co było zrozumiałe bo 1) wieczór (jak to w tropikach – życie zaczyna się o zachodzie słońca)  2) weekend  3) karnawał.
Po tym jak dołączyli do nas znajomi Luca  wycieczkę „Cayenne by night” zaczęliśmy od Chicago. W dzień tam odradzano mi iść, a teraz zjawiłam się tam w nocy! (pisałam wcześniej – taka trochę „szemrana” dzielnica zamieszkała głównie przez gorącokrwistych Brazylijczyków). No ale teraz byłam z lokalsami, mówiącymi po kreolsku (a propos – „jak się masz” w tutejszej wersji kreolskiego slangu to: Como to fica”, czytaj: komo to fika). Wypiliśmy po piwku (Heineken, bo jest tańszy od lokalnych piw; co ciekawe – sprzedaje się go w malutkich buteleczkach 0,25 l), popatrzyliśmy na uliczne tańce Brazylijczyków, no i potem wylądowaliśmy już na głównej ulicy miasta. Tam dla odmiany celem były wspomniane na początku Touloulous – przebrane kobiety, idące na specjalny karnawałowy bal. Przebranie jest niezwykłe – robione własnoręcznie lub wypożyczane długie suknie w stylu dawnej arystokracji, maski, nawet kominiarki i rękawiczki – żeby nie było szans na rozpoznanie osoby. Mało tego – Touloulous (czytaj: tu-lu-lu) zakładają sobie nawet soczewki zmieniające im kolor oczu, a niektóre – dochodzą do perfekcji w zmienianiu głosu.  Na balu o którym mowa (przebrane kobiety wchodzą za darmo, panowie płacą) zasadą jest że panowie stoją pod ścianami i czekają czy któraż z touloulous ich poprosi. Jak poprosi, odmówić nie mogą. Zazwyczaj po jednym tańcu panie porzucają partnerów podchodząc do kolejnych, aż w końcu trafiają na tego, z którym… No właśnie, co dalej, nikt nie wnika, ale z rozmów z lokalsami wynika że wiadomo jaki jest dalszy ciąg. Dla pana adrenalina jest chyba niezła, bo do końca nie wie, kto się kryje pod przebraniem (może żona? :) ).  W każdym razie zaskoczenie może być miłe, albo wręcz przeciwnie, ale wiadomo, no risk, no fun. Rynek aborcyjny kwitnie, AIDS się szerzy, ale tradycja jest tradycją.

Pytałam kim są zwykle touloulous… Nie ma reguły – młode, starsze, białe, czarne…  Są też podobne bale gdzie głównymi bohaterami są przebierający się panowie – tzw. tololos, ale nie budzi to już tyle zainteresowania co w wersji przeciwnej.

 

 18 lutego, Cayenne (Gujana Francuska)
Trochę inna Francja

Cały dzień szwendałam się po gujańskiej stolicy. Z liczącej 230 tys. ludzi populacji całego kraju, w Cayenne (po polsku chyba mówi się: Kajenna) mieszka ok. 55 tys. Zaczęło się od plaży – w ramach wyprowadzenia na spacer Pinokia (pies Irene) poszłyśmy (a właściwie pojechałyśmy, bo tu chyba miejscowi mało chodzą) na pobliską plażę. Plaża jak plaża, do polskiej z okolic Łeby się nie umywa (temperatury morza nie porównuję), ale ważne jest to, że na wiosnę przychodzą na nią wielkie żółwie (największe mają nawet 180 cm długości) i składają jaja. Na brzegu było trochę rozbitych skorupek – nie wiem z jakiego powodu, ale ponoć w Gujanie żółwie są jednak pod troskliwą opieką (przynajmniej od niedawno, odkąd zrezygnowano z ich zjadania).

Potem pojechałyśmy z Irene na targ. Lubię bazary, bo to zawsze namiastka lokalnego życia. Potem Irene wróciła do domu, a ja realizowałam indywidualny tok zwiedzania. Zaczęło się od próby kupienia bananów – próby, bo szef stoiska, chłopak z Gujany Brytyjskiej, nie chciał żadnych pieniędzy, a jeszcze wybrał mi najlepsze smakowo owoce (nie żadne tam duże, żółte banany, tylko malutkie, długości palca, rzeczywiście rewelacyjne). Posilona chciałam pochodzić po Chicago – jak się tu nazywa slumsowaty rejon zamieszkały głównie przez Brazylijczyków, ale po dwóch ostrzeżeniach, że to jednak nie najlepszy pomysł, zwłaszcza jeśli nie chcę stracić aparatu, roztropnie odpuściłam. Chyba  z tym Chicago to rzeczywiście tu nie najbezpieczniej, bo mój drugi „ostrzegacz” wprawdzie zgodził się żebym podeszła zrobić zdjęcie jednego z niepodległościowych malowideł na murze, ale obserwował z samochodu czy nikt mnie nie zaczepia i dopiero jak zawróciłam, odjechał.

No właśnie, jak z tą niepodległością… Gujana Francuska to terytorium zamorskie Francji i z tej racji jest to teren Unii Europejskiej. Większość mieszkańców dostrzega plusy – choćby możliwość bezwizowego dostania się do Europy, no ale tacy, którzy woleliby Gujanę niepodległą, też są. Prawda jest taka, że Gujana sama się raczej nie utrzyma – owszem, ma trochę złota, drewno z amazońskich lasów, no ale to jednak za mało aby utrzymać ekonomię na jakimś przyzwoitym poziomie. Oczywiście Francja też nie będzie chętna, aby z Gujany zrezygnować – centrum kosmiczne wystrzeliwujące rakiety z satelitami, to dla nich kosmiczne (w przenośni i dosłownie) dochody.  Za oddzieleniem się od Francji na pewno też nie będą liczni w Gujanie emigranci. Mam wrażenie że rodzimych lokalesów jest tu bardzo niewielu – większość to Indianie w dżungli. Dominują napływowi Francuzi plus liczne grono przybyłych w poszukiwaniu lepszego życia, czyli Brazylijczycy, Surinamczycy, Peruwiańczycy i trochę innych nacji. W każdym razie każdy emigrant wie, że lepiej zarobi u Francuzów, niż w młodym państwie nie mającym pomysłu na swoją przyszłość.

Przekrój narodowy emigrantów świetnie było widać na bazarze. Najwięcej jest Chińczyków którzy opanowali prowadzenie sklepów (w tym supermarketów) oraz Wietnamczyków, udzielających się m.in. w branży kulinarnej (dziś na bazarze poszłam na wietnamską zupę, co zresztą jest chyba najtańszą opcją obiadową w całym Cayenne). Wenezuelczycy i Surinamczycy obstawiają połowy ryb i krewetek, bo ponoć obywatele Gujany Francuskiej tego typu pracą zajmować się nie zamierzają. Szczególny temat stanowią Brazylijczycy. Usłyszałam np. że Brazylijki chętnie ustawiają się życiowo podrywając miejscowych facetów, którzy dla urodziwych małolat zostawiają swoje żony i dzieci. Swoją drogą masowo kwitnie też proceder przyjeżdżania ciężarnych kobitek na porody w Gujanie, czego celem jest oczywiście zorganizowanie dzieciakowi francuskiego obywatelstwa (związanymi z tym zapomogami mamusie się chętnie zajmą).

A jak z Brazylijczykami-facetami? Część rzecz jasna uczciwie pracuje, ale nie brak takich, którzy zajmują się głównie handlem narkotykami. Z kolei w rejonach przygranicznych wielu Brazylijczyków wchodząc na tereny gujańskie, nielegalnie szuka złota. To właśnie m.in. po to w Gujanie stacjonują liczne oddziały Legii Cudzoziemskiej – mają tu dobry (ciężki) poligon, pilnują Centrum Kosmicznego, no i tropią tych Brazyliczyków przywłaszczających sobie gujańskie złoto.

To jeszcze o jednych emigrantach powinnam powiedzieć. Mam na myśli przybyszy z południowo-wschodniej Azji, z Laosu i Kambodży. Uciekając przed prześladowaniami w swoim krajach (Czerwoni Kmerzy itp.) dostali propozycję osiedlenia się w Gujanie. Klimat podobny, oni – nacja pracowita… Dostali trochę ziemi koło miasteczka o jakże ładnej nazwie Cacao, no i rzeczywiście osiedli, a wręcz – świetnie sobie poradzili. Uprawiają różne owoce, potem je sprzedają, ale dzięki utrzymywaniu swojej tradycji, są też swoistą atrakcją turystyczną. Co ciekawe – świetnie się zaaklimatyzowali w tutejszym społeczeństwie, są cenieni i lubiani.

Wracając do Cayenne… Gdzie jeszcze byłam? Na wzgórzu z którego jest fajny widok na miasto, w informacji turystycznej, gdzie na pytanie o oficjalny kemping, pan odesłał mnie na plażę, w katedrze (nie powala) i na cmentarzu (nie żebym była jakąś nekrofilką, ale cmentarze to w końcu część miejscowej kultury). Próbowałam jeszcze dostać się do Ogrodu Botanicznego, ale akurat dzisiaj był nieczynny, za to zaliczyłam całkiem ciekawe muzeum. Najciekawsza była część „biologiczna” – niesamowite motyle, pająki większe od mojej dłoni, embriony pancerników, pokazanie komara który roznosi dengę (myślałam że większy, a to takie złośliwe maleństwo). Wkurzające jest jednak to, że wszystkie opisy są po francusku – rozumiem że to w sumie Francja, ale w końcu my w Polsce nie oczekujemy od przyjezdnych, by znali polski. Z braku informacji w zrozumiałych językach poszłam nawet do księgarni ale gdzie tam – poza książkami po francusku nie ma nic. A co do francuskiego, którego zasadniczo nie znam – trochę potrwało zanim zorientowałam się że „Hotel de ville” to nie żaden miejski hotel, tylko ratusz :)

 

 

 

7 listopada, Bielsko-Biała (chwilowo)
Po długiej przerwie...

Nim się obejrzałam, a tu już prawie końcówka roku.  Zaległości na blogu straszne, ale obiecuję trochę częstsze wpisy. Niestety, próba prowadzenia bloga w Afryce zakończyła się fiaskiem”
- raz - ze względu na awarię mojego laptopa (chyba nie polubił wilgotności panującej w dżungli)
- dwa – że nawet jak był dostęp do komputerów w kafejkach internetowych, to cholery dostawałam przy francuskim systemie klawiatury (bo podróżowałam po Afryce gł. „francuskiej”), a jak już nawet udało się coś nastukać, to resztki cierpliwości zabierały mi wyjątkowo wolne łącza.

Co by dużo nie mówić, wyprawa  (mowa o moim  wypadzie w lipcu i sierpniu) była udana. Tym razem nie włóczyłam się sama - towarzyszył mi mój kolega, Marek. Jedynym krajem który mnie zawiódł była wyjątkowo niegościnna i wymagająca wszędzie łapówek Gwinea Równikowa – to jedyny kraj w świecie, do którego na pewno nie chciałabym wrócić. Dla odmiany hitem, czyli jak najbardziej pozytywnym zaskoczeniem okazała się Angola – kraj cudownych ludzi i fantastycznych widoków, tani i pod każdym względem – fajny.

Może dla podsumowania – co w tej dwumiesięcznej prawie podróży najbardziej mnie zaskoczyło...

... na plus:
- ludzie którzy nam pomagali! Ci którzy nas zaprosili na noclegi, choć właściwie nas nie znali, zabierający nas na stopa i pomagający w różny inny sposób
- po 2 dniach wyczerpującej wędrówki po dżungli Gabonu - wytropienie dzikich goryli
- bliskie spotkania z szympansami i mandrylami w rezerwacie Lekedi
- pustynia i wąwozy na południu Angoli
- wodospady Kan… - też w Angoli, ponoć III co do wielkości w Afryce
- rejon królestw w środkowym Kamerunie  - ciekawe kulturowo
- bezpieczeństwo – okej, może super bezpiecznie też nie było, ale na pewno było dużo lepiej niż myślałam. Nawet z rozbijaniem namiotu na dziko nie było problemów.



... na minus:
- łapówkarstwo i arogancja ludzi związanych z władzą w Gwinei Równikowej
- opowieści o nielegalnych polowaniach na goryle i szympansy, w dużej mierze zjadane jako tzw. bush meat
- ceny noclegów i wynajęcia przewodników w parkach narodowych, ceny w supermarketach (drogo!!!)
- Pont Noire w Kongo – wg przewodnika miała być to „perła” tamtejszego wybrzeża, było przeludnione miasto bynajmniej z „perłą” się nie kojarzące
-  terroryzm uprawiany przez Boko Haram – organizację w Europie opisywaną jako muzułmańską, choć miejscowi muzułmanie się od niej odcinają zwracając uwagę, że to oni są zwykle ofiarami. Informacje o atakach bombowych sprawiły, że musieliśmy odpuścić północ Kamerunu.

No ale to już przeszłość, i to dość odległa, bo z tej swojej „globtroterskiej” Afryki wróciłam dobre 2 miesiące temu. W międzyczasie zdążyłam jeszcze raz do Afryki wrócić, choć tym razem w wersji „wycieczkowej” (prowadząc grupę), na już typowo turystyczną trasę (RPA, Namibia, Botswana, Zimbabwe, Zambia). W przerwach w kraju też trochę pojeździłam: Żagań, Wschowa, Gorzów Wielkopolski, Zakopane, Lądek Zdrój, Łódź, Bydgoszcz, Katowice, a teraz piszę ten post w Bielsku-Białej. Jak widać, mam powody by się  z pisaniem na stronie nie wyrabiać. Niemniej obiecuję poprawę :)

 

3 sierpnia, Lope (Gabon)

Randka z gorylami

Widzieliśmy goryle! Fantastyczne przeżycie. Ktoś może popukać się w czoło – tyle zachodu, trudów podróży, poniekąd i pieniędzy, żeby zobaczyć dwa goryle tak naprawdę z daleka, skoro w zoo można je oglądać z odległości kilku metrów. Ale to jednak różnica, i to ogromna różnica – zobaczyć zwierzaka w zoo i wytropić go w naturze.

Złazilismy się strasznie. O 6-tej śniadanie, i w busz. Około 14 udało się wreszcie wytropić te fantastyczne zwierzaki, ale o tym opowiem już kiedy indziej.

W drodze powrotnej zgubiliśmy drogę. A dwie godziny wcześniej pytałam naszego przewodnika, czy zdarzyło mu się kiedyś w tej gęstwinie zabłądzić. Uczciwie odpowiedział, że tak, ale oczywiście uznałam to za stwierdzenie, które nas nie dotyczy. Tymczasem minęło pół godziny, godzina, a my ciągle byliśmy – chciałoby się powiedzieć w czarnej…, choć tu akurat nie wypada używać takich porównań. Po półtorej godzinie zaczęliśmy brać pod uwagę, że może trzeba będzie w dżungli przenocować. Marek przypadkowo miał ze sobą latarkę, przewodnik miał maczetę, która by się przydała do przecinania lian z których po przecięciu wypływa woda, wszyscy mieliśmy kurtki przeciwdeszczowe, więc byłoby zabezpieczenie żeby nas nie zżarły komary, jednym słowem można byłoby jakoś przetrwać. Na pomoc chyba trudno byłoby liczyć, ale w sumie miałam zegarek z kompasem, więc w ostateczności idąc na wschód po jakiś 20 km dotarło by się do drogi po której coś tam jeździ. Przedzieraliśmy się przez busz, mijała kolejna godzina i coraz mniej prawdopodobne było, że przed zmrokiem z tego gąszczu wyjdziemy.

- Typowy facet – błądzi i błądzi, ale o drogę nie zapyta… - stwierdził Marek, choć przecież po drodze nie było żadnej żywej [ludzkiej] duszy.

c.d.n.

 

31 lipca, późnym popołudniem, Libreville [Gabon]

Na plaży słońce praży

Nie mam czasu i możliwości wybrać się na plażę nad polskim morzem, ale na gabońską jednak dotarłam. Ale jak to tutaj wygląda - uzupełnię później.

 

30 lipca wieczorem, Libreville [Gabon]

 

30 lipca, 8 rano, Bata (Gwinea Równikowa]
zaraz po wylądowaniu z Malabo

Noc na lotnisku okazała się super konfortowa. Rozłożyłam sobie karimatkę w nieczynnym po północe barze, zgasiłam ten ryczący telewizor i do 5-tej całkiem dobrze pospałam.
Teraz już znowu na kontynencie. I znowu kontrole. Sieci internetowej jakoś nie mogą tu rozwinąć (na lotnisku też nie działa), ale za to maszyny do pobierania odcisków palców są na każdym kroku. Oczywiście na dzień dobry „atakuje” mnie prezydent – jego portrety są wszędzie. Czuję się jak w domu Wielkiego Brata, no ale na szczęście za kilka godzin już zmieniam kraj. Teraz kierunek Cogo, przeprawa pirogą przez rzekę, no i witaj Gabonie!

ps. Właśnie przyszła obsługa lotniska i znowu zaczęło się… Dlaczego siedzę tu za laptopem, a co piszę, a po co, a jaki mam zawód (oczywiście nie przyznaję się że jestem dziennikarką). A siedzę tu bo mam chwilę luzu i mogę podłączyć się do kontaktu (mój laptop wymaga stałego podłączenia do elektryczności). Tym razem jednak sugestii łapówki nie było.

 

29 lipca, Malabo (Gwinea Równikowa)

Banany i pancerniki na haku i prezydent-dyktator, czyli dookoła wyspy Bokio

Jestem już na lotnisku – czeka mnie długie czekanie, bo do odlotu samolotu mam dobre 11 godzin. Uznałam jednak, że skoro odprawa na samolot rozpoczyna się o 5 rano, a ceny hoteli w mieście są jakie są, czyli drogie, najlepszą opcją będzie przetrwanie nocki na lotnisku. Tylko nie wiem czy da się tu wyspać ze względu na ryczący w niebogłosy telewizor. Aktualnie leci na nim teledysk, w którym jakaś lokalna gwiazda śpiewa, a w tle widać migawki z „typowej” lokalne wioski – radosne, uśmiechnięte, czyste dzieci, które wyglądają trochę inaczej niż małe obdartuski którym wczoraj robiłam zdjęcia.

Bogu dzięki jutro już do Gabonu. Nie żal mi będzie wyjeżdżać z Gwinei, mało tego – to pierwszy w mojej karierze podróżniczej kraj, do którego za żadne skarby nie chcę wracać. Dziś w przewodniku wyczytałam, że na liście 186 krajów sklasyfikowanych niedawno pod kątem przyjaznego ‘klimatu’ przy zakładaniu firmy, rozkręcania biznesu, Gwinea zajmuje 3 miejsce od końca. Z taksówkarzem który wiózł mnie na lotnisko rozmawiałam, że z kolei na turystach też im nie zależy. Mają ropę, to po co im turyści. Tyle że z ropy korzyści ma rząd, w osobie prezydenta i wiernych mu kacyków, obywatele już nie… Na turystach zarobili wszyscy, także ci podrzędni obywatele.

Niestety, nic nie wskazuje na to, by dało radę obalić rządzącego od 1979 roku prezydenta, jakim jest Teodoro Obiang Nguema Mbasogo. Dziś znowu trafiłam na jego przejazd – akurat wjeżdżaliśmy na rondo, gdy w okamgnieniu, nie wiadomo skąd, wskoczyli ludzie z karabinami i wstrzymali ruch powodując olbrzymi korek. Ponieważ byliśmy przy zmianie pasa, zatarasowaliśmy rondo w poprzek, ale policja nie pozwoliła nawet trochę przesunąć samochodu. Niedługo potem nadjechała kolumna ze 30 samochodów i obstawą z działkami przygotowanymi do strzału.

A jak dzień? Dość ciekawie. Postanowiłam przejechać się dookoła wyspy. Droga do miasteczka Luba przebiegła o dziwo bez komplikacji, to znaczy tylko raz wyciągałam paszport, mało tego – kierowca minibusu sam pokazywał różne ciekawe miejsca sugerując że powinnam je sfotografować. Miasteczko na kolana mnie nie rzuciło – najciekawszy okazał się kolorowy gekon któremu zrobiłam całą serię fot i dzieciaki, które same podbiegały i pozowały do zdjęć. No i jeszcze stragany z „busz meat” czyli zwierzakami złapanymi w lesie w sidła. Najwięcej wśród nich wielkich leśnych szczurów (wyglądają jak nutrie) oraz pancerników. Wygląda to makabrycznie – wiszą te zwierzaki zawieszone na hakach, oblepione muchami, które sprzedające je matrony co jakiś czas odganiają czymś w stylu miotły. Pytałam ile taki pancernik – 20 000 franków, czyli jakieś 37 dolców.

Resztę pętli po wyspie trzeba było już jechać autostopem. Okazało się to wcale nie proste, bo po drodze przecinającej wyspę ogólnie mało co jeździ. Pierwszy samochód przyjechał po półtorej godzinie – kierowcą był Antonio, jak go określiłam w swoich myślach - „uroczy staruszek”. Tyle że dość szybko okazało się, że ów „staruszek” jest zaledwie 5 lat starszy ode mnie! No cóż, pozory mogą mylić. Inna sprawa, że w kraju gdzie przeciętna życia wynosi czterdzieści kilka lat, te 55 lat to już solidnie podeszły wiek.

Antonio był na tyle miły, że zawiózł mnie nawet na punkt widokowy z którego nic nie było widać, a następnie nadłożył drogi, by pokazać mi ładny kościółek. I to był nasz błąd! Ledwo wyjęłam aparat by kościółek sfotografować, pojawili się żołnierze. Na nic zdały się tłumaczenia że przecież fotografowałam kościół, a że z zupełnie innej strony (kompletnie za mną) jest posterunek (znaczy się buda ze szlabanem),nie miałam pojęcia. Miałam powtórkę z wczorajszego dnia: najpierw kilka minut wydzierania się na mnie dowódcy, potem dowódca wsiadł na Bogu ducha winnego Antonia, a następnie zaczęło się przeglądanie zdjęć w aparacie. Tym razem najbardziej problematyczne okazały się portrety dzieciaków (na nic zdały się tłumaczenia, że to dzieci prosiły o fotki) oraz… gekon! I podobnie jak wczoraj usłyszałam, że „grande problema”, do tego doszedł „karcel” na 14 miesięcy, zamieniony ostatecznie na „konfiskatę aparatu”, a na koniec coś tam powiedziano do Antonio, po czym Antonio wziął mnie na bok i wyjaśnił że trzeba będzie dać im kasę. Tylko że w tym kraju nikt się nie zadowoli głupim dolarem, a żołnierzy było czterech. Poza tym kasy z założenia dawać nie zamierzałam. Pytano, gdzie mam ukrytą kasę – powiedziałam że jadę do Gabonu, gdzie czeka na mnie kolega i to on ma kasę (tak naprawdę miałam ją ze sobą, ale nie znaleźli). Powiedziałam że jedyne co mogę im dać to 2 pudełka papierosów. Okazało się że nie palą. Minął kwadrans i oddano mi paszport (aparat zabrałam im wcześniej). Mało tego, zwrócono także papierosy.

Z Antonio dogadałam się, że mogę z nim jechać do Malabo. Nie wzięłam pod uwagę jednego – że droga która normalnie trwa godzinę, z Antonio będzie trwała 5 godzin. Ale za to było ciekawie, bo miałam namiastkę lokalnego życia. Okazało się że samochód Antonio ogólnie służy do przewozu bananów, ale najpierw musimy te banany załadować. Lokalne kobiety już je pocięły, co jak mniemam stanowi bardzo ciężką pracę, bo tutejsze bananowce są dużo większe niż gdziekolwiek indziej (całkiem potężne drzewa), a na dodatek nie rosną na zorganizowanych, uporządkowanych plantacjach, tylko w buszu, w stanie pół dzikim. W każdym razie zostawione przy drodze kiście bananów (nie wiedziałam że one takie ciężkie!) trzeba było pozbierać do auta. Ale właściwie to nie tyle banany, co platany – czyli takie zielone banany, w tym przypadku ze 3-4 razy większe od tych które znamy w Polsce, nie jadane na surowe, za to świetne do pieczenia czy gotowania (tutaj podaje się je jako dodatek do dań – mięsa czy ryb, w zastępstwie ziemniaków czy ryżu).

Oczywiście zaofiarowałam pomoc, czego szybko pożałowałam, bo już po 5 minutach byłam totalnie brudna (moje świeżo uprane spodnie wyglądają gorzej niż przed praniem) i z wątpliwościami, czy zaraz nie strzeli mi coś w kręgosłupie. Powiem szczerze – od tej pory jedząc banany będę miała w pamięci trud ich pozyskiwania. Nie wiem jak jest w innych krajach, ale tutaj żadnych maszyn się nie stosuje, cały zbiór odbywa się ręcznie.

Załadunek bananów zajął dobre półtorej godziny po czym wylądowaliśmy w wiosce, gdzie miejscowi faceci zaprosili mnie do wioskowego baru (czytaj: szopa). Przy okazji przeszłam instruktaż, że tu w przeciwieństwie do innych krajów regionu, lokalsi gustują nie tyle w piwie, co właśnie w koniakach. Całkiem miło by się przy tym koniaku biesiadowało, gdyby nie pojawienie się dziwnego gościa wyglądającego na miejscowego mafioza (dobry samochód z napędem na 4 koła, złoty albo pseudozłoty zegarek na ręku), w koszuli w portrety z prezydentem plus jakimiś górnolotnymi hasłami. Kiedy wszedł do baru wszyscy zamilkli i zaczęli się ulatniać, natomiast gościu zaczął się do mnie przystawiać, a słysząc że jadę do Malabo, bez ogródek stwierdził, że świetnie, pojadę z nim. Ja na to, że jadę z Antonio, a mafiozo na to, że nie, mam się przepakować do niego. Sytuacja robiła się nieciekawa, bo facet nie krył swoich męskich, dość obcesowo czy wręcz chamsko wyrażanych sympatii, a z drugiej strony musiałam uważać, by po przejściach z wojskowymi nie narobić Antonio kolejnych problemów. Jakoś w końcu udało mi się niechcianego amanta pozbyć. Do Malabo wróciłam samochodem Antonio, wlokąc się 30-40 km na godzinę, czując się jak ogórek w kanapce, bo oprócz bananów zabieraliśmy jeszcze ludzi z wioski na targ. Tak na marginesie to kiedy w Kamerunie myśleliśmy że jazda w cztery dorosłe osoby na dwóch przednich siedzeniach jest nie do pobicia, to się myliliśmy – wczoraj jechaliśmy w piątkę!
A co do poczciwego Antonio, to nie wziął ode mnie żadnych pieniędzy (zazwyczaj autostop w Afryce nie oznacza wcale podróżowania za darmo). To najmilszy Gueńczyk (nie wiem czy dobrze, ale jak nazwać tutejszych obywateli?) jakiego w tym kraju spotkałam. Ratuje honor swoich rodaków, których w ogólnej skali zaliczyć do najmilszych narodów świata jednak nie mogę.

 

28 lipca, Malabo (Gwinea Równikowa)


Lot z Bata, miasta na kontynencie, stolicy ekonomicznej Gwinei do faktycznej stolicy, położonego na wyspie Biokio miasta Malabo, trwa zaledwie pół godziny. Niewiele było z góry widać, nawet zajmujący większość wyspy, mający 3 tys. metrów wysokości szczyt Pico Basile tonął w chmurach Dokładnie to ma 3011 m, jest najwyższy w kraju, przy czym… wjeżdża się na niego samochodem. To znaczy to teoria – da się wjechać, jest droga, ale że na szczycie są jakieś instalacje militarne, w praktyce wjechać mogą ci, którym uda się załatwić specjalne zezwolenie.
Zaczęłam od scysji z taksówkarzami. Najpierw iluś rzucało mi mocno wygórowane ceny (normalnie przejazd kosztuje 2000 CFA, oni chcieli 5000), a jak już znalazłam takiego za 2 tysiaki, to przywiózł mnie do miasta w zupełnie inne miejsce niż chciałam. Po awanturze że korki, że nie ma innych klientów (bo tutaj też taksy zbierają klientów po drodze), w końcu wysadził mnie przy poleconym w przewodniku hotelu, który podejrzewam jest najtańszym w mieście (w przewodniku określają go jako „poniżej dolnej granicy”). Hotelik mimo niskiej jak na Malabo ceny (wg mnie wcale nie takiej niskiej – 17 dolców, mocno powyżej planowanego budżetu) okazał się bardzo fajny, no i czysty, a że miałam go na cały dzień i noc, zaryzykowałam Wielkie Pranie.
Zwiedzanie miasta zaczęłam od bazaru, stwierdzając że faktycznie tu drożyzna. Awokado które w Kamerunie kosztowało 100 franków, tu kosztuje 1000! Z kolei za sztukę pomidora płaci się 200 franków (ok. 1,7 zł), podczas gdy w Kamerunie za tyle była cała kupka pomidorów. Przejazd po mieście zbiorową taksówką też jest tu dwa razy droższy niż w stolicy Kamerunu. A pomyśleć że Kamerun z Malabo widać – wybrzeże wyspy od wybrzeża Kamerunu dzieli przysłowiowy „rzut beretem”.

Trudno zaliczyć Malabo do najpiękniejszych miast świata. Poza kilkoma kolonialnymi budynkami i katedrą z początków XX wieku, ponoć z wpływami sztuki Gaudiego (gdybym tego nie przeczytała, nie wpadłabym na to) nie za wiele jest tu do oglądania. Okej, jest jeszcze dzielnica zwana Malabo II – tam architektura jest rzeczywiście nowoczesna, ulice szerokie i z imponującymi przystankami, z których nikt nie korzysta (bo jeździ się taksówkami). Najbardziej zadziwiły mnie śliczne ławeczki ustawione na wąskim pasie między dwoma pasami autostrad. Poszło na to zapewne mnóstwo kasy, ale kto marzy o przesiadywaniu w spalinach? Ławeczki stoją puste…

Przy katedrze złapał mnie deszcz. Ponieważ naprzeciwko jest hotel Sofitel, obok Hiltona najlepszy w całym kraju (najtańsze pokoje za 450 dolców za noc), poszłam tam przeczekując ulewę, a przy okazji podszywając się pod hotelowego gościa – skorzystać z internetu. Internet okazał się na tyle powolny, że nie było szansy, aby cokolwiek wrzucić na bloga, facebook jak się okazało w tym kraju nie działa, za to udało mi się przejrzeć newsy z kraju i połączyć na Skypie z Pawłem. Co ciekawe, przy okazji zwróciłam uwagę że na kwicie z internetowym loginem widnieje: Hotel Sofitel – Presidential Palace. Szczerze mówiąc pomyślałam że to zaanektowany na hotel stary pałac prezydenta, zwłaszcza że po drodze z lotniska taksiarz pokazywał mi zupełnie inny, dużo nowszy. A że pałac wyglądał na najładniejszą w mieście budowlę, to poszłam go obfotografować. Właśnie przymierzałam się do całkiem udanego kadru, kiedy podjechał jakiś samochód, jakiś facet w garniturze zaczął coś wykrzykiwać, po czym z budy na która wcześniej nie zwróciłam uwagi, wybiegło kilku żołnierzy z karabinami.
W ciągu kolejnych 3 godzin spędzonych przy owej budzie dowiedziałam się że: 1) budynek jest jak najbardziej czynnym Pałacem Prezydenckim 2) facet który zawołał żołnierzy to prezydent 3) za zrobienie zdjęć pałacu grożą mi 2 lata więzienia 4) wpakowałam się w Grande Problema 5) powinnam zadzwonić do swojej ambasady i powiedzieć że mam Grande Problema. Dowódca żołnierzy najpierw strasznie krzyczał, ale jak już się tym krzyczeniem zmęczył to dał mi dojść do słowa i wyjaśnić że: 1) ambasady Polski w Gwinei nie ma 2) nigdzie nie zadzwonię bo nie mam jak 3) skąd mogłam wiedzieć że to należy do Pałacu Prezydenckiego skoro to przecież hotel 4) nie ma żadnych znaków że to należy do prezydenta i nie można fotografować. W miarę upływu czasu dowódca przestał się do mnie odzywać, w końcu sobie poszedł, a został ze mną bardzo sympatyczny żołnierz, który wyraźnie był po mojej stronie. Po 2,5 godzinach dowódca znowu się pojawił znowu zaczynając że moja sytuacja jest fatalna, że na razie zabierają aparat i że wyląduję w więzieniu. A na koniec podsumował to pytaniem-stwierdzeniem, że przecież u siebie w kraju bym Pałacu Prezydenckiego nie fotografowała. A ja na to, że tak, jak najbardziej każdy może to zrobić. Dowódcę zamurowało – to co, on tez by mógł? Ja mu na to, że jak najbardziej. No i konsternacja. Po chwili dowódca zaczął coś że Grande Problema da się rozwiązać. Padło słowo „tomar”. Wiem że to zwyczajowe określenie pieniędzy do kieszeni, ale po hiszpańsku (Gwinea Równikowa jest oficjalnie hiszpańskojęzyczna) to dosłownie: pić. Udałam że nie rozumiem - pić to pić, podałam mu butelkę z wodą. No i znowu konsternacja. No to dowódca że „dineros para comida” czy jakoś tak (kasa na jedzenie). To ja znowu – że pieniędzy nie mam, ale dam mu banana. Chyba się załamał niekumatą blondynką. Oddał mi paszport, aparat, a ten miły żołnierz który był po mojej stronie wcisnął mi jeszcze numer swego telefonu.

Najciekawsze było to, że nawet nie skasowano mi zdjęć!
Zaledwie kwadrans później znowu się zaczęło, choć tym razem poszło łatwiej. Wiedząc że fotografowanie ładnie wyglądających obiektów lepiej sobie odpuścić, chciałam sfotografować brzydko wyglądający pomnik. Tym razem podkablowali mnie okoliczni żule, którzy pobiegli do wcale nie widzących mnie ochroniarzy z pobliskiej fabryczki. Znowu zrobiła się afera, pytanie o jakąś autoryzację, milion problemów. Skończyło się na wykasowaniu zdjęć, po czym… żule sami zaproponowali że może sobie zrobimy zdjęcie z pomnikiem w tle! Na pamiątkę miłej rozmowy jeden z nich gdzieś tam pobiegł i przyniósł mi jeszcze muszlę. Dziwny ten kraj, dziwni ludzie. Najpierw donoszą, potem przepraszają :)

 

27 lipca – Bata (Gwinea Równikowa)

Ale mnie pożarły! Mowa o pluskwach z ostatniego kameruńskiego hotelu. Cieszyliśmy się że tani hotel (po 3 dolce na głowę), no to mam pamiątki. Biegającymi tam karaluchami monstrualnych rozmiarów specjalnie się nie przejmowałam, ale pluskw nie lubię. Z ich ugryzieniami w swoim podróżniczym życiu miałam już dużo doświadczeń, tak więc wiem że to one. A zresztą jak wytrzepałam swój śpiwór (coś mnie tknęło), jedna wypadła. Duża, opita moją krwią. Zemsta z mojej strony była okrutna – zakończyła żywot pod moim keen-em [sandałem].
A skoro mnie już dopadła żądza krwi to urządziłam jeszcze polowanie na komary, których jest tu zatrzęsienie. Niestety to rejon mocno malaryczny. Oczywiście biorę tabletki antymalaryczne (nie zawsze w Afryce biorę, ale uznałam że tu ryzyko jest zbyt duże), co nie znaczy że mam populacji przeciwnika nie redukować.

Okej, teraz o Gwinei zwanej Równikową, choć paradoksalnie równik wcale przez nią nie przebiega (jest ciut niżej; przecina Gabon). Oj, niełatwo było się do niej dostać. Pomijam problematyczną w załatwieniu wizę [jedna z najtrudniej uzyskiwanych wiz] – mam na myśli faktyczny wjazd. Ale może od początku…

Poranne wyjście z hotelu poszło wyjątkowo szybko, bo spakowałam się już wczoraj, a z kranu nie popłynęła ani jedna kropla wody, tak więc odpadło mycie. Na dworzec autobusów odprowadził mnie Marek (nie jedzie do Gwinei – rozstajemy się na kilka dni), usiedliśmy sobie, gadamy, ale nasz niepokój wzbudziło to, że jakoś dziwnie nie było żadnych ludzi. Okazało się, że do granicy wcale nie jedzie się z dworca, tylko zbiorową taksówką z obrzeży miasta, po 30 km dojeżdża się do przygranicznego miasteczka i tam jeszcze, żeby przebić się przez potężny bazar, trzeba jeszcze przesiąść się na motorek. Myślałam że z tak wielkim plecakiem nikt mnie nie zabierze, ale okazuje się że to akurat nie problem.
Na granicy urzędnicy z jednej i drugiej strony dali mi do zrozumienia, kto tu rządzi. „Comissier” po stronie francuskiej widząc mnie złapał za słuchawkę telefonu i przez 15 minut gadał, wystawiając moją cierpliwość na wysoką próbę. Po stronie gwinejskiej było nie lepiej. W sumie pokonanie granicznego szlabanu zajęło mi bite 2 godziny, ale honor i nie)cierpliwość schowałam do kieszeni, woląc udawać grzeczną niż zostać cofniętą przez jakiegoś gbura, albo wpakować się w łapówki. O łapówkach dawanych gliniarzom i urzędnikom słyszałam od wielu osób a na granicy widziałam – policjanci kameruńscy mają na ten cel specjalną szufladę, bo kto idzie to daje im zwinięty banknot (z tego co zauważyłam to przeciętnie 2 tysiaki = 3,5 dolara). Swoją drogą w przewodniku Bradta ostrzegają, że wielu cudzoziemców zostaje z granicy cofniętych, za przysłowiowe „bo zupa była za słona”. Na cofanie załapywali się nawet Amerykanie, którzy nie potrzebują wizy do Gwinei.

Ostatecznie wjechać do Gwinei się dało. Potem jeszcze taksa do dworca, i w końcu bus już do celu, czyli Baty (ekonomiczna stolica tego kraju, największe miasto).
Pierwsze wrażenia? Super że to kraj w którym mówi się po hiszpańsku – po francuskim Kamerunie gdzie było ze względów językowo ciężko, wreszcie mogę się dogadać. Poza tym, w stosunku do takiego Kamerunu, jest tu bardzo czysto. No i wyraźnie widać, że ludziom żyje się tu lepiej – domy są solidniejsze, ładniejsze, drogi – rewelacja (nawet autostrady), samochody też niczego sobie. Jakby nie było Gwinea ropą, złotem i innymi bogactwami stoi, a to jednak widać.
Rozmowa z taksówkarzem który wziął mnie do portu (sprawdzałam czy zamiast samolotem nie dam rady dostać się do stolicy na wyspie statkiem. Niestety jest tylko 2 x w tygodniu i właśnie dziś odpłynął) pokazała że nie jest wcale tak różowo. Mieszkańcy wkurzają się, że jest drogo, że nie ma pracy, że nie mają wolności, a demokracja to fikcja, bo dyktator swą władzę opiera na wojsku i policji. To, że jest to państwo policyjne widać choćby po licznych posterunkach – w czasie 3 godzinnej podróży z granicy do Baty było ich kilkanaście, czasem nawet co 2 kilometry. Na każdym sprawdzano dokumenty, a chyba 3 czy 4 razy trzeba było w ogóle wysiadać, bo jeszcze sprawdzano autobus.

Prezydent Gwinei rządzi już nieprzerwanie chyba 38 lat. Pokazywano mi jego pałac – zdjęć nie mam, bo nie wolno robić, ale wielki ogromnie! Albo osiedle rodziny prezydenckiej… Ponoć w czasie kiedy naród w … roku przymierał głodem, prezydent wypłacał sobie roczną pensję w wysokości 10 mln dolarów.

Połaziłam dziś trochę po Bacie. Byłam przy katedrze, przy pomniku rewolucji i obelisku upamiętniajcym wizytę Jana Pawła II (ale z papieżem mało kto tu nasz kraj już kojarzy, teraz hasłem nr 1 jest Lewandoski!), a także na nadmorskim bulwarze i przy ciekawej architektonicznie Wieży Zegarowej. Przy fotografowaniu owej wieży dopadł mnie jakiś ambitny gliniarz władczym tonem żądający zezwolenia na zdjęcia. To właśnie jest Gwinea – nawet robić zdjęć dowolnie nie można. Ale mimo takiej czujności wojska i policji, ponoć bezpiecznie tu nie jest. Ileś osób mówiło mi dzisiaj, bym po zapadnięciu zmroku nie włóczyła się po mieście (rozboje), więc grzecznie siedzę w hotelowym pokoju. Dziś chyba pluskw nie ma, ale mimo że to najdroższy z moich afrykańskich hoteli (18 dolców) czystosć pościeli jest bardzo dyskusyjna. Zwróciłam uwagę niemiłej pani z recepcji (niemiłej bo przeszkodziłam jej w oglądaniu jakiegoś serialu), że moim zdaniem pościel nie była zmieniana, bo pełno na niej włosów. Pani popatrzyła, wzruszyła ramionami i stwierdziła że to sprzątaczki. Ciekawe, co robiła sprzątaczka, skoro te włosy to głównie łonowe? W każdym razie niemiły babsztyl w końcu jakieś tam prześcieradło przyniósł i z gestem wkurzenia rzucił mi je, żebym sobie posłała.

ps. Zapomniałam wspomnieć o bush meat [mięsie dzikich zwierząt], na które poluje się w tutejszych lasach [rezerwatach też] i sprzedaje się choćby przy drogach. Najwięcej widziałam dziś pancerników – nawet w naszym autobusie gościu wiózł ich w worku na dachu ileś – chyba nawet jeszcze pół żywych.

 

26 lipca – Ambam [Kamerun]

I znowu w drodze… Według rozkładu mamy przed sobą 5 godzin jazdy. Miło, bo Adam, odprowadził nas na dworzec, co było istotne, bo oczywiście wszelkie informacje dotyczące odjazdów autobusów podawane są po francusku. Wcześniej jeszcze byliśmy z Adamem na lokalnym bazarze. Rzeczywiście takim dla lokalsów, na obrzeżach co by nie mówić – slumsów, żadna tam wersja dla białasów. Ogólnie syf, smród, ale ciekawie. Co prawda na sprzedaż małpiego mięsa nie trafiliśmy (nielegalny proceder, ale tajemnicą poliszynela jest że mięso z goryla czy szympansa jak najbardziej jest do dostania), za to widzieliśmy oprawionego już, pozbawionego skóry jeżozwierza (też zwierzę chronione). Zdjęć za bardzo nie narobiłam, bo ludzie na targu nie za bardzo byli nam przychylni. Szczerze mówiąc dobrze że byliśmy z Adamem, bo nie jestem pewna czy to akurat miejsce gdzie biali mogą się włóczyć samodzielnie. I tak na końcówce musieliśmy zmienić trasę, znaczy się wycofać, bo lokalsi nie byli wcale tacy przyjaźni.

Co do Adama to muszę powiedzieć że niesamowity chłopak. Jako pobożny muzułmanin, wstał już o 6-tej rano, na modlitwy, ale wyszedł w tym celu na zewnątrz domu, żeby nas nie budzić. Potem zrobił śniadanie – omlety z frytkami plus herbata, jak to tutaj – czarna z dodatkiem skondensowanego mleka. Jeśli chodzi o gościnność to Adam przechodzi sam siebie. Dlatego też zszokowała nas informacja o tym jak został potraktowany przez jednego z Polaków, któremu też pomagał w ramach couchsurfingu. Adam sam z siebie pewnie by się nie poskarżył, ale zadaliśmy pytanie, czy już miał do czynienia z kimś z Polski. Już nie będę się tutaj rozpisywać co i jak – w dwóch słowach tylko: wstyd mi że mianem „podróżników” określają się roszczeniowe typy, które po prostu wykorzystują dobre serce i chęć pomocy ze strony lokalsów, psując opinię innym podróżnikom. Za punkt honoru postawiłam sobie kolegę-rodaka znaleźć i powiedzieć mu wprost, co myślę o reprezentowanym przez niego sposobie poznawania świata.

 

Wieczorem

Dociera do mnie, że nasza kameruńska przygoda dobiega końca. Dotarliśmy do Ambam – miasteczka położonego przy granicy. Jutro rano wsiadamy już w różne autobusy – ja wjeżdżam do Gwinei Równikowej, Marek do Gabonu.
Pozytywnym zaskoczeniem w Ambam okazał się hotel za jedyne 4 tys. CFA, czyli 3 dolary (za dwie osoby). Oczywiście nie ma w nim wody (żadnej, bo o ciepłej to już w ogóle nie marzę), ale to przecież żadne zaskoczenie. Pan z recepcji mówił, że nigdy nie było w nim żadnych Polaków – no to możemy poczuć się jak prekursorzy :).
W ramach kolacji zjedliśmy bagietkę ze świeżym awokado i szprotkami, ugotowaliśmy sobie herbatę (dobrze że wzięłam grzałkę – przydaje się bardzo), a zaraz rozpijemy pożegnalne piwo.

 

 

25 lipca – Yaounde [Kamerun]

W skrócie, bo nie mam warunków do pisania….
Dzień minął na poznawaniu stolicy Kamerunu. Spacer jedną z głównych ulic miasta, zatłoczoną ulicą Kennedy’ego Marek przypłacił utratą komórki (konkretniej – ktoś mu ja zwinął z kieszeni).
Zaraz potem przypałętała się do Marka prostytutka, ale z żalu po telefonie Marek nie był w stosunku do niej zbyt grzeczny (no, niegrzeczny też nie…). Taksówkarz nam potem zdradził, że za numerek lokalsi płacą jakieś 2000 tys. CFA (4 dolce), za usługi dla cudzoziemców panie liczą sobie 5000 CFA (10 dolarów). A tak na marginesie to przeciętna pensja w tym kraju to 100 dolarów za miesiąc.
Śpimy u poznanego na portalu couchsurfingowym Adama – fantastycznego Kameruńczyka pochodzącego z północy kraju, studiującego obsługę ruchu lotniczego. Adam jest muzułmaninem, świetnie mówi po angielsku (po francusku też) i ogólnie ma bardzo szeroką wiedzę. Zaprosiliśmy go na kolację – fajny wieczór z tego wyszedł. Nie wiem, czy mamy szczęście do fajnych ludzi, czy ogólnie Kameruńczycy są tak sympatyczni. Co do Adama to powinnam jeszcze dodać, że nie ma kompletnie warunków do przyjmowania gości – jego jedyny pokój służący zarazem jako kuchnia to z 6 metrów kwadratowych, albo i mniej, tyle by mieściło się piętrowe łóżko, mini-biurko i kuchenka. Warunki Adam nadrabia gościnnością i dobrym sercem.

 

 

Noc z 24 na 25 lipca – z Bamendy do Yaounde


Ale to była noc! Przyjechaliśmy na dworzec 10 minut przed 21, czyli przed planowaną godziną odjazdu naszego autobusu, zestesowani że nie zdążymy i autobus odjedzie. Wchodzimy do autobusu, a w środku puchy. Dobra nasza – myslimy sobie – przynajmniej się wyśpimy, bo będziemy mieli miejsca leżące. Nawet spodobało nam się, że tutaj w rzędzie układ siedzeń jest 3+2, bo wynikało że taka trójka jest idealna aby się położyć.
O może nawet nie ludzka, ale europejska naiwności! Minęła 21 – autobus nie ruszył, mało tego, nawet kierowcy w nim nie było, o 21.30 autobus stoi, tyle że przyszło trochę pasażerów, o 22.00 – nadal stoimy, 22.30 – stoimy ale coraz mniej miejsc pustych, o 23-ej gdy nas już cholera brała że już 2 godziny obsuwu, na starcie- autobus się zapełnił i pojawił się kierowca. Oczywiście do tego czasu już żadnego miejsca wolnego nie było, a te trójki okazały się tak ciasne, że mimo że czułam się jak sardynka w puszcze – wciśnięta między Marka i jakiegoś spoconego typa.
Ledwo ruszyliśmy kierowca włączył muzykę. Akurat padnięta po trudach dniach zaczęłam przysypiać, a tu na cały regulator – łupanina kameruńskiego disco-polo. Bogu dzięki miałam pod ręką stopery, więc coś tam mimo wszystko przysnąć mi się udało. Trochę pospałam a tu nagle jak obuchem w głowę – obudziło mnie zapalenie światła i okrzyki ‘cabbage, cabbage”. Otwieram zaspane oczy, stoimy w jakimś mieście, a tu ileś osób nad głową z kapustami. Widocznie jakieś warzywnicze zagłębie, a każda okazja do handlu, choćby w środku nocy, jest dobra.
Szczerze mówiąc musiałam być solidnie zmęczona, skoro nie licząc iluś przebudzeń w celu wyprostowania ścierpniętych nóg czy odklejenia się od lepiącego się sąsiada, tudzież rzucenia kilku przekleństw w kierunku złaknionego głośnej muzyki kierowcy, na dobre postawiło mnie na nogi potrząsanie mnie za ramię z informacja że już dojechaliśmy. Nie ma to jak przyjechać w ciemnosciach do obcego, uśpionego miasta, bo była 5-rano, godzinę przed czasem. Niedługo potem byliśmy w miejscu, w którym umówiliśmy się z Adamem – biedny chłopak wstał specjalnie o tej barbarzyńskiej porze, by nas doholować do siebie do domu. Mieszkanie ma malutkie – raptem jeden pokój plus łazienka, trudno więc pojąć dlaczego

 

24 lipca – Bamenda – Wodospady Menchum-Bamenda

 

23 lipca, Bamenda – Bafut- Bali – Bamenda
Z królem i królową

Ten dzień był dowodem na to, że w Afryce trudno coś planować. Według pierwotnych zamierzeń mieliśmy jechać do wodospadów i tam przenocować w namiocie, ale rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
Rano, o umówionej 7.30, przyjechał po nas Frederick i zabrał nas do swojego domu na śniadanie. Super śniadanie, bo nasyciło nas na cały dzień: ciemna fasola z jakimiś dodatkami (tak jak nie przepadam za fasolą, ta była naprawdę smaczna), do tego pieczone banany, coś w stylu frytek i awokado. Przy okazji poznaliśmy rodzinę Frederika – jego sympatyczną żonę i sześciu synów, z których najmłodszy, który prawie cały czas przesiedział Markowi i mnie na kolanach, miał dwa latka.
Około 10-tej wyruszyliśmy „w trasię”. Zaczęliśmy od B… gdzie jest pałac tamtejszego fona (króla). Oprowadzała nas po nim jedna z jego dwudziestu żon – bardzo fajna babka, taka z typu tych co nie znoszą sprzeciwu i są urodzone do rządzenia, ale z poczuciem humoru. Pokazała nam mnóstwo ciekawych rzeczy. Na przykład kamienie do egzekucji. Jeden dla kobiet, drugi dla mężczyzn. Cała wioska schodziła się na „widowisko”, no i zaczynano… Najpierw kawałek jednej ręki, potem drugiej, potem noga jedna, następnie druga, a głowa dopiero na końcu… Z niegrzecznymi i niepokornymi radzono sobie czasem także tak, że sprzedawano ich handlarzom niewolników. Jak z tego wynika – w królestwie był porządek… Na koniec wylądowaliśmy u króleowej w domu – duży pokój, fotele, duży telewizor – ogólnie standardowe mieszkanie zupełnie przeciętnej rodziny… Królowa służących nie ma, bo twierdzi że lubi sama wszystko robić. Zapytałam ile król ma dzieci. Ponoć to temat tabu – ogólnie wiadomo że dużo, ale przyjęło się że wszystkie dzieciaki mówią do króla „tato” a on je traktuje niczym ojciec, żadnego nie wyróżniając. Na koniec obejrzeliśmy jeszcze tańce zwycięskich wojowników – w maskach, z kijami, z grzechotkami z nasion na zakładanych na nogi bransalotkach.

Od królowej pojechaliśmy w kierunku Wodospadów Menchum, ale nie dojechaliśmy, bo utknęliśmy gdzieś tam po drodze, gdzie nic nie jechało. Uświadomiono nas, że ludzie na tej trasie jeżdżą rano, jesteśmy po prostu za późno. Skoro tak, to stwierdziliśmy że okej, spróbujemy następnego dnia rano, a teraz odbijemy do położonego w bok miasteczka Bali.
W Bali chcieliśmy zobaczyć kolejny pałac, kolejnego fona. Tyle że tym razem udało nam się z królem zobaczyć. I to w jaki sposób – na audiencji! Najpierw pan odźwierny poszedł porozmawiać z żona króla, która następnie wyszła do nas przepytać nas kim jesteśmy, po co przyjechaliśmy itp., po czym kazano nam czekać. Mineły z trzy kwadranse i pojawiło się trzech ubranych w długie togi facetów (jeden z piórem we włosach) – zrozumieliśmy że jakiś notabli lub reprezentantów przybocznej gwardii. Przeszkolili nas, że najpierw trzeba będzie poklaskać, potem jak król będzie wchodził – wstać, potem powiedzieć „Ciao”, a potem w ważniejszych momentach znowu klaskać. Król okazał się fantastycznym, mądrym gościem w mniej więcej moim wieku, zajmującym także stanowiska Ministra Spraw Zagranicznych. Mówi biegle po angielsku i po niemiecku, bo w Niemczech studiował, a poza tym z Niemiec pochodzi jedna z jego 9-ciu żon (jest lekarką). Z zadań dla swoich „poddanych” postawił sobie za punkt honoru zapewnić ludziom wodę, choć stawia też na edukację i lecznictwo. Podobało mi się, jak mówił, że pałac w którym mieszka, to nie jego pałac – to pałac wszystkich jego obywateli, tak więc każdy może do niego przyjść. Aaa, co jeszcze ważne – król do niedawna grywał w piłkę nożną! W każdym razie była to przesympatyczna rozmowa na koniec której król obiecał że jak będziemy następnym razem w Bamendzie, to możemy przenocować w jego pałacu, ja z kolei zaprosiłam króla do Polski (zaskakujące że on tak dużo o naszym kraju wiedział).

Teraz już jesteśmy znowu na naszej kwaterze ża 5 dolców na terenie Misji Prezbiteriańskiej. Zjedliśmy sobie kolacje (bagietki z polską szynką konserwową) a na deser kupionego na targu ananasa! Tu nawet zielone ananasy są dojrzałe i soczyste tak, że leje się z nich sok. Ale uznaliśmy, że najlepsze owoce świata to wcale nie są. Co do owoców to lokalsi zajadają się tu takimi niebieskimi śliwkami które jedzą na surowo albo pieczone na grillu. Lokalsom smakuje, u nas te śliwki budzą odruch wymiotny. Sprawdziliśmy też kameruńskie wino – te może być. Butelka za 3,5 dolara, może na kolana nie rzuca, ale nie jest złe.

ps. Co do języków… Ze względu na układ dawnych kolonii (wpływy brytyjskie i francuskie, choć swoje trzy grosze wtrącały tu też Niemcy) część Kamerunu jest francuskojęzyczna, część angielsko. Limbe w którym byliśmy wcześniej i Bamena gdzie jesteśmy teraz, są akurat angielskie, Douala, Yaounde i inne – frankofońskie. Dla lokalsów to spory problem. Rozmawiałam dzisiaj z dziewczyną, która bardzo dobrze mówi po angielsku, plus w języku swojej grupy etnicznej, ale po francusku nic. Jak jedzie do Douali, mimo że jest w swoim kraju, w wielu sprawach nie dogada się! Z kolei z punktu widzenia turystów też nie liczmy że się tu ze wszystkimi po angielsku dogadamy. Miejscowi mają zwyczaj mieszać języki – początek jest po angielsku, zaraz potem przechodzą na swój, potem znowu coś wtrącą po angielsku i znowu po swojemu. Istna wieża Babel.

 

22 lipca, z Bandjoun do Bamendy
Namiot się znalazł!

Zastanawiamy się, czy kameruński transport jeszcze jest w stanie nas czymś zaskoczyć. Już na dojeździe z Douali przekonaliśmy się, że jeśli myślimy że jest już tyle pasażerów, że więcej upchnąć się nie da, kierowca staje i udowadnia nam, że owszem, się da. Dzisiaj też tak było. Wyobraźcie sobie samochód osobowy, popularny tutaj Peugeot, wykorzystywany jako tzw. busz taxi (czyli zbiorowa taksówka). Mają te busz taxi swoje trasy, stoją w miejscach lokalsom znanych i jak tylko zbiorą komplet pasażerów, to odjeżdżają. Jak się ma szczęście, zaczniemy podróż po minucie, jak się nie uda, możemy czekać i 4 godziny. Pytanie jednak co znaczy komplet pasażerów. No więc w naszym mniemaniu jest to pojazd 4-osobowy, tak więc widząc że w środku siedzi już dwójka pasażerów, mówimy kierowcy że przecież nas jest dwójka, i to z wielkimi plecakami. A kierowca że no problem. Okej, skoro tak, to ładujemy się – Marek na przód, na miejsce koło kierowcy, ja do tyłu, na trzecią. Tymczasem podbiega jeszcze jeden pasażer, więc kierowca wskazuje nam, że ja z Markiem mamy siedzieć na przodzie. Patrzymy po sobie, średnio nam się pomysł podoba, ale okej, traktujemy to jako lokalny folklor, zwłaszcza że zależy nam żeby jak najszybciej jednak jechać. A tu nic… Kierowca stoi. Z tyłu 3 pasażerów, z przodu dwóch plus kierowca, czyli już w sumie jest nas szóstka. Ciasno, ruszyć się trudno, zaczynamy lekko psioczyć (my, bo Kameruńczycy siedzą cicho jak trusie). W końcu podchodzi jeszcze jeden pasażer – siada do tyłu, na czwartego, co sprawia że im tam z tyłu współpczujemy i cieszymy się, że u nas jednak w porównaniu z tym co za nami – luz. A tu podbiega dziewczyna. Siada na miejscu kierowcy, co traktujemy jako dobry żart, śmiejemy się, przez moment nawet myślę, że to ona będzie kierowcą. O ludzka naiwności! Chwilę później pojawia się kierowca i wciska się na połowę swojego fotela (drugą połowę zajmuje dziewczę). W ten to sposób jest nas na dwóch przednich siedzeniach czwórka. Źe ciężko manewrować kierownicą? Źe nie ma jak wciskać pedałów? Że są problemy ze zmianą biegów, bo wajcha jest dokładnie między moim kolanem a kolanem czarnoskórnej piękności? Dla kierowcy który chce zarobić to naprawdę mały problem. W każdym razie tak to w 4-osobowym samochodzie przejechalismy w 8 rosłych osób ok. 50 km wertepiastej drogi. To że mam obolałą nerkę w którą wbijała mi się torba czarnoskórej piękności, i że ścierpły nam nogi, to drobiazgi. Najważniejsze że dojechaliśmy do celu, cało i zdrowo, nie zatrzymywani przez policję, która na tak zapchany samochód zupełnie nie reaguje.

Inna sprawa że o kameruńskiej policji nie mogę złego słowa powiedzieć, bo dziś mi chłopaki zaimponowali. Zaczęło się od tego, że rano, po wymeldowaniu się z naszego hoteliku, ja poszłam do kafejki internetowej (musiałam wysłać do jednej redakcji zdjęcia), a Marek na policję, zapytać jak tam z naszym poszukiwanym namiotem. Właściwie to na ten namiot już nie liczyliśmy – chodziło tylko o zaświadczenie do firmy ubezpieczeniowej. A tymczasem, po odczekaniu na posterunku dwóch godzin, Marek wrócił. Bez namiotu, ale z dobrą nowiną, że namiot się znalazł! Do odbioru w jakiejś tam miejscowości na naszej trasie!
Szczerze mówiąc woleliśmy się za szybko nie cieszyć, bo w końcu jak niby oni (policja) mogli tak szybko ten namiot wytrzasnąć? Przyjeżdżamy do tej wioski po drodze, a tu na posterunku rzeczywiście ten namiot leży. Nie muszę chyba opisywać naszej radości. Ale szacun dla kameruńskich policjantów mam ogromny. Podejrzewam że w Polsce, gdzie mamy super działające środki takie jak maile, internet itp., byłby z taką akcją problem, a w Kamerunie – proszę!


Co do policji to na posterunku przyuważyłam plakaty ostrzegające przed terrorystami z Boko Haram. Ponoć jest z nimi na północy Kamerunu coraz większy problem, zwłaszcza z coraz częstszymi zamachami bombowymi. Perfidne, że wykorzystuje się do tego dzieci. Opasuje się je ładunkami i każe ruszać w tłum. Niestety, nie ma pomysłu jak ten problem rozwiązać. Nie wiadomo przede wszystkim kim są ci ludzie. Nie ma jak ichskontrolować, bo przez zieloną granicę przechodzą między Czadem a Nigerią, nie wiadomo też, o co im chodzi, bo przecież nie jest to żaden ruch separatystyczny, ani też polityczna opozycja.
Tak na marginesie to drugi rodzaj plakatów jaki od czasu do czasu spotkamy, to plakaty ostrzegające przed wirusem e-boli. Ale z tym to chyba takie jak najbardziej słuszne chuchanie na zimne…

Co do końcówki dnia, to w końcu jakoś dotarliśmy do Bamendy, o której mysleliśmy że jest małym, prowincjonalnym maiasteczkiem, a tymczasem okazała się metropolią na 400 tys. osób. Bałam się że będzie problem z noclegiem, ale nie – wylądowaliśmy na poleconej w przewodniku misji prezbiteriańskiej, gdzie za 3000 CFA (5 dolców od osoby) mamy całkiem przyjemny pokoik w którym jest nawet woda - oczywiście tylko zimna, ale nie narzekam, bo muszę być szczęśliwa że w ogóle jest . :)

 

19 lipca, Limbe (Kamerun)
Odwiedziny u kuzynów, czyli z gorylami za pan brat

Dzień z typu tych dość intensywnych. Zaczęliśmy od Ogrodu Botanicznego, który według przewodnika miał być rewelacyjny, a w praktyce okazał się przeciętny. Ale za to można było w miłych okolicznościach przyrody zjeść śniadanie, które wypadło nam ok. 1-ej (wcześniej jakoś nie było czasu), a na które składały się banany i kupiony po drodze jogurt. „Śniadanie na trawie” - jak na słynnym obrazie Moneta, tyle że mniej elegancko, za to bardziej swojsko.

Dużo fajniejsze były małpy. Można je zobaczyć w takim tutejszym niby-zoo, choć pracownicy podkreślają że to nie żadne zoo tylko ośrodek rehabilitacji i ratowania zwierząt. Faktycznie, spotkani wolontariusze z Francji i Szwecji potwierdzali, że o zwierzaki tu się dba,a które można - przygotowuje się do powrotu do lasu i ich adaptacji do "dzikich" warunków. Większość mieszkańców ośrodka (kilkanaście gatunków różnych małp) została odzyskana z rąk przemytników (łapią zwierzaki do prywatnych kolekcji), albo też są to sieroty po rodzicach zabitych np. na mięso. Najbardziej podobały nam się goryle (nizinne, górskich w Kamerunie nie ma), choć np. szympansy czy mandryle też były niczego sobie.




18 lipca, Douala – Limbe (Kamerun)
Z widokiem na Ocean i Mt Cameroon


Skoro byliśmy już w Douali, miasta uważanego za ekonomiczną stolicę Kamerunu (tą oficjalną jest Youndee, gdzie będziemy później), postanowiliśmy coś w mieście zobaczyć. Niewątpliwie nie jest to najładniejsza metropolia świata, ale to co nas urzekło, to ludzie. O Aurelii już pisałam, bardzo ją polubiliśmy, ale dzisiaj sporo swojego cennego czasu poświęcił nam też …. . Chłopak wywodzi się z jakiejś tam małej wioski, ale dzięki swojej pracy i determinacji zdobył dobre wykształcenie i mimo młodego wieku (około 30-tki) jest szefem sporem firmy. Pomógł nam bardzo, bo woził nas dzisiaj swoim ładnym autkiem, pomógł załatwić karty SIM na internet i lokalne telefony, no i w jego biurze mogliśmy zostawić plecaki.

Miasto nie różni się od większości innych afrykańskich metropolii. Ogólnie – afrykański nieład i swoisty syf, mnóstwo samochodów (słabo funkcjonujący transport publiczny wspomagają tanie taksówki – za dolara od osoby można przejechać całkiem spory kawałek drogi), no i ciekawi ludzie. Ciekawi pod względem fizjonomii (przekrój ras), fryzur (tutejsze kobiety prześcigają się w ich orginalności) czy ubioru (sporo biedaków, ale też mnóstwo eleganckich ludzi, przy czym wiele kobiet jest w kreacjach, w których spokojnie mogłyby iść w gości na wesele). Co do fryzur to pytałam Aurelię ile trwało zaplatanie jej misternnych warkoczyków – mówi że spędziła na fotelu 7 godzin!!!

Chodząc po centrum Douali „zaliczyliśmy” ratusz, zabytkowy w sumie, wybudowany w pruskim stylu dawny urząd gubernatora, z daleka popatrzyliśmy na katedrę (Kamerun to katolicki kraj) i zwiedziliśmy Muzeum Morskie, które zdaje się jest dumą miasta. Mieliśmy farta, bo dziś poniedziałek i muzeum oficjalnie jest zamknięte, ale życzliwa obsługa nas jednak wpuściła, a dodatkowo dostaliśmy jeszcze przewodnika. Nie wiem, czy mamy takie szczęście do fajnych ludzi czy rzeczywiście w tym kraju jest tak wiele ludzi rzeczywiście dobrze wykształconych, że tak powiem „wysokiej kultury”, z którymi można sobie ciekawie pogadać. W muzeum najfajniejsza była symulacja sztormu – wsiada się do łódki, która po puszczeniu trójwymiarowego filmiku zaczyna się kiwać, skakać na niby falach, a jeszcze co jakiś czas dostaje się wodą (niby falą) w twarz. Z interesujących faktów: ponoć w XIX wieku negocjatorem pomiędzy lokalsami a niemieckimi kupcami którzy tu przypływali był jakiś pan Rogoziński, Polak. Z kolei przy okazji pokazania statków przewożących niewolników Marek zahaczył o temat, czy obecne społeczeństwo wciąż „kultywuje” w pamięci zło, jakiego doświadczyli od białych w czasach niewolnictwa. Okazuje się że przeciętny Kameruńczyk, taki z tych mniej wykształconych, o niewolnictwie często nie wie! Nie jest to temat którym się „katuje” młodzież, nie wzbudza emocji, a na pewno nie powoduje niechęci do białych.

Popołudnie zajęło nam wydostawanie się z Douali, co łatwe nie było. Najpierw czekaliśmy na samochód który na zasadzie zbiorowej taksówki obsługuje to połączenie. Dobrze że nas … do tego miejsca dowiózł, bo nie jest to żaden dworzec czy widoczny przystanek – po prostu punkt na ulicy, gdzie przecież „wszyscy” wiedzą, że się czeka na przejazd. Jak już rozwalający się, mocno wyeksploatowany pojazd podjechał i się do niego władowaliśmy, tłocząc się w 3 osoby na tyllnym siedzeniu, zaczęło się przebijanie przez korki. W każdym razie z zapowiadanej godziny jazdy zrobiły się 3.

Teraz jest już wieczór. Siedzimy sobie na tarasie przepięknie położonego hotelu "LK Bonadikombo”   i delektujemy się widokiem. W oddali mamy ocean i góry, wśród których jest niestety tonący w chmurach najwyższy w tym kraju Mt Cameroon (4095 m, swoją drogą jeden z najwyższych afrykańskich wulkanów).  W międzyczasie delektujemy się też kolacją, jaką sobie zamówiliśmy w ramach zestawu dnia. Bardzo dobra zupa rybna, krewetki z sosem czosnkowym i ananas. A do tego piwo, którego w Kamerunie jest mnóstwo rodzajów i co nam się podoba – w butelkach po 0,66 litra za dolara.
 

17 lipca, Douala
Pierwsze godziny w Kamerunie
No i pierwsze godziny w Kamerunie mamy za sobą. Na lotnisku widać było, że boją się eboli – wszędzie "straszą" porozwieszane plakaty edukacyjne, a do tego przechodzi się też przez punkt pomiaru temperatury (rzecz jasna o temperaturę pasażerów chodzi).

Z dojazdem do Aurelii, z którą  umówiliśmy się na nocleg w ramach couchsurfingu (goszczenie za darmo podróżników przez zgłaszających taką chęć zwykle nieznajomych ludzi, a pośredniczą w tym specjalne portale) było trochę zamieszania, bo zapłaciliśmy kierowcy taksówki za kurs, po czym okazało się że sprytny kierowca wydębił jeszcze umówioną kwotę od Aurelii.
Aurelia okazała się uroczą dziewczyną, mówiącą świetnie po angielsku (jesteśmy w kraju francuskojęzycznym, więc ten angielski to tu rzadkość), a na dodatek mającą całkiem ładne mieszkanie w apartamentowcu. Wyciągnęła nas na kolację ze swoimi przyjaciółmi – fajnie, bo dzięki temu mieliśmy okazję zobaczyć trochę życia nocnego, z którego Douala słynie. Ku naszemu zaskoczeniu, knajpki były pełne, a jak się okazuje na niedzielne kolacje przychodzi się tu dość późno (21-22 to norma).


22 maja, Warszawa
Trzy lata po "moim" Evereście

"Za pieniądze wniosą cię na Mount Everest" - taki tytuł wpadł mi dziś w oko, a dotyczył artykułu na portalu Interia.pl. Zajrzałam i zaraz potem trafiłam na taki akapit: "Nazywanie zdobywcami Himalajów osób, które zostały na szczyt wniesione w lektyce..." - dalej już mi się nie chciało czytać...

Nie chcę gloryfikować Everestu (i jego zdobywców), ale nie mogę pojąć skąd się biorą takie opinie, jak te tutaj przytoczone. Rozumiem, że coraz częściej artykuły piszą stażyści, którzy odgórnie mają przydzielony temat, o którym nie mają pojęcia, a rolą redaktorów serwisu jest odpowiednio podkręcić tytuł czy treść, żeby osiągnąć lepsze wyniki klikalności, no ale jakieś granice choćby zdrowego rozsądku chyba są? No bo na logikę: jak tu z taką lektyką poruszać się na grani, gdzie z jednej strony ma się przepaść 2,5 tys. metrów, a z drugiej 3 tysiące? I w ogóle - jak w ogóle kogoś wnosić w warunkach tak rozrzedzonego powietrza, gdzie nawet Szerpowie mają problemy z oddychaniem , w terenie który nie bez powodu nazywa się "Strefą Śmierci"? Po prostu nie ma takiej opcji, ale oczywiście różni "mądrzy", którzy nigdy w wysokich górach nie byli, wiedzą lepiej.

Znalazłam ten artykuł przypadkiem, właściwie tylko dlatego, że szukałam aktualnych newsów z Everestu. Na najwyższej górze świata trwa akurat kilkudniowe okno pogodowe - te kilka dni w CAŁYM roku, na które czekają wszyscy chętni do wspinaczki na ten szczyt. Z tego co wiem, w tym roku od strony nepalskiej wydano zezwolenia dla 298 zachodnich wspinaczy. Ile osób wytrwało do ataków szczytowych nie wiem (góra weryfikuje chętnych, część się sama wykrusza), ale z różnych newsów wynikało, że jest to raczej dobry sezon. W każdym razie kto nie zdobył Everestu przedwczoraj, wczoraj, albo nie wejdzie dzisiaj, pewnie pojutrze ma już z głowy, tzn. będzie musiał poczekać do kolejnej wiosny.



Niestety, dziś w nocy Everest zabrał życie dwóm osobom. Jedną z nich była 30-letnia Australijka, drugą 35-letni Holender, który ponoć od dzieciństwa marzył o Evereście, a nad łóżkiem od lat miał powieszony plakat z tą górą. Obydwoje zdobyli szczyt, ale niestety, przypłacili to życiem, bo w drodze powrotnej zabiła ich wysokość i wyczerpanie. Z tego co się doczytałam, dla Holendra była to już piąta wyprawa na Everest - w końcu mu się udało wejść, no ale z finałem tragicznym. Niestety to i tak niejedyne tegoroczne ofiary Everestu - kilka dni temu poręczując drogę na Lhotse (ośmiotysięcznik sąsiedni z Everestem, ale do ostatniego obozu droga jest wspólna), spadł jeden z Szerpów. Z kolei od strony nepalskiej zginął wspinacz z Włoch, ale szczegółów nie znam.

Kibicuję wszystkim everestowcom. Z Polaków udało się wejść Januszowi Kochańskiemu (wspinał się z rosyjskim 7 Summits Club) - gratulacje! Innym, którym wejść się nie udało, też gratuluję, bo dokąd by nie doszli, i tak doszli wysoko. No ale w górach już tak jest - trzeba pogodzić się z tym, że góry nie zawsze są dla nas łaskawe. Zawsze powtarzam, że dla mnie większym bohaterem jest ten, co umie podjąć rozsądną decyzję o odwrocie, niż ten co pchany ambicją, szczyt zdobędzie i na nim zostanie.

Nie kryję, że cieszę się że ja już Everest mam za sobą, choć za jakiś czas mam zamiar tam wrócić (nie tyle na Everest, co na te sąsiednie Lhotse, ale jak już wspomniałam, droga jest w 3/4 wspólna). Właśnie teraz (23 maja) mija kolejna rocznica jak stanęłam na najwyższym punkcie Ziemi. Z perspektywy czasu zauważam, że cieszę się tym bardziej teraz, niż wtedy. Może dlatego że wtedy było mi zimno i że mówiłam sobie, że to jeszcze nie czas na radość, bo o sukcesie można mówić jak się zejdzie bezpiecznie do bazy. 

Co mi dał Everest? Materialnie - długi :), ale w ogólnym rozrachunku - dużo. Przede wszystkim wiarę w siebie i świadomość że można, że nic nie przychodzi łatwo, ale drobnymi kroczkami można dojść do wymarzonego celu. Że marzenia się spełniają, ale trzeba na to zapracować. Ale nawet gdybym Everestu nie zdobyła, i tak byłaby to udana wyprawa, po której szczerze pokochałam tę Górę i wiem, że wcale nie jest ona taka "zła" (w znaczeniu "komercyjna" - ulubione słowo mediów) jak niektórzy o niej mówią :).

Ps. Okazuje się, że wczoraj na Evereście zmarły nie dwie, a trzy osoby, bo życie stracił jeszcze chłopak z Indii... Na dodatek te dwie były z ekipy prowadzonej przez mojego znajomego, Arnolda C., którego zawsze uważałam za jednego z najlepszych przewodników jakich znam (mimo że nigdy nie byłam w jego grupach). A jeszcze kilka dni temu pisałam mu na facebooku życzenia, żeby wszystko poszło dobrze... Nie poszło :(

 

15 maja, Warszawa
Przemyślenia w przerwie w pracy...

"Walczę" z książką - do jej oddania do wydawnictwa mam jeszcze 2 tygodnie, a tu końca nie widać (jeśli to czyta koleżanka z wydawnictwo to uspokajam: Don`t panic, dam radę! :) ). I tu usprawiedliwienie - to właśnie z tego powodu mnie "nie ma", nie daję się wyciągnąć na kawę, odmawiam wyjazdów, ograniczyłam odbieranie telefonów i odpisywanie na maile... Mam nadzieję że wybaczycie. Nieliczne przerwy jakie robię, to - głównie z rozsądku i tzw. higieny psychiczno-fizycznej - bieganie, choć i tak są to krótsze biegi niż dawniej (czyli każdorazowo robię 6 km a nie 10).

No ale skoro już się dorwałam do bloga, to pokrótce o tym i owym...

- Z newsów ogólnopolskich/ogólnoświatowych to właśnie przed chwilą podano, że Legia została Mistrzem Polski. Piłka nożna mnie niespecjalnie interesuje, ale to news  dla mnie ważny, bo mieszkam w pobliżu stadionu Legii, więc pewnie będzie się przed blokiem, oj, działo :) . A tak w ogóle to choćby przez to sąsiedztwo zawsze jakoś tam Legia miała moją sympatię. Miała, w czasie przeszłym, bo to do jednego z ostatnich meczów, kiedy kibice tego klubu wywiesili skandaliczny transparent o treści: "KOD, Nowoczesna, GW, Lis, Olejnik i inne ladacznice - dla was nie będzie gwizdów, będą szubienice". Sorry, ale trudno się z czymś takim utożsamiać.

Skoro jednak zeszło na politykę, to tydzień temu byłam na Marszu KODu. Nie będę pisała jak było, bo kto był, to wie, a kto nie był to albo - jeśli myśli podobnie do mnie, to niech żałuje, a jak myśli inaczej, to i tak będzie wiedział swoje. W każdym razie co do liczby uczestników to było nas naprawdę duuużo. Myślę że liczba 240 tysięcy wcale przesadzona nie była, a przecież nie wszyscy byli na całym marszu (mój brat ze swoją żoną i dwójką dzieci ze względu na dzieciaki był tylko na początku). Dość powiedzieć, że stałam przez bite półtorej godziny na Nowym Świecie (stałam bo robiłam zdjęcia i bawiłam się przy fajnie grającej Orkiestrze KODu), a tymczasem całą szerokością ulicy płynęła rzeka ludzi. Do jej końca nie doczekałam - dałam się w końcu "rzece" porwać, bo przecież punktem docelowym marszu był nie Nowy Świat, a Plac Piłsudskiego. W każdym razie wrzuciłam kilka zdjęć na Facebooka i... od razu myślący inaczej odebrali mi kilka lajków :). Specjalnie się tym nie przejęłam - wolę mieć w swoim otoczeniu ludzi, z którymi odbieram na podobnej fali lub takich, którzy mając inne poglądy akceptują mnie taką, jaką jestem. Rozumiem że zdjęcia z KODu mogły im się nie spodobać, ale nic obraźliwego tam nie było, a 99% innych zdjęć przeze mnie zamieszczanych pokazuje przecież neutralne w odbiorze podróże.


Co do tego internetowego lubienia bądź nie - przy tym wątku się zatrzymam.  Bo czegoś nie rozumiem... Mam wśród swoich znajomych ludzi różnych religii, kolorów skóry, orientacji seksualnej też, no i poglądów politycznych. Nie przeszkadza mi że mamy różne zdania, pod jednym jednak warunkiem - że umiemy o tym rozmawiać kulturalnie, bez zacietrzewiania  i słuchamy drugiej strony. Niestety, coraz częściej mi się zdarza że muszę czyjeś posty usuwać, a nawet, że muszę usunąć kogoś z listy znajomych. Ale w przeciwieństwie do tego co pisałam powyżej o odbieraniu mi lajków - w moim przypadku jest to nie dlatego, że ktoś ma inne zdanie, co toleruję i szanuję, ale dlatego,że nie chcę mieć na swoich stronach pyskówki, chamstwa, rasizmu i skrajnego nacjonalizmu.

A właśnie, teraz co do nacjonalizmu... Uważam się za prawdziwą patriotkę, czego nie należy mylić z nacjonalizmem. I przykro mi, że teraz, kiedy tylko sięgam po moją ulubioną czarną koszulkę z orzełkiem w koronie i ze stylizowaną biało-czerwoną flagą, kończy się jednak na innej wersji ubioru. Tylko dlatego że nasi nacjonaliści sprawili że narodowe symbole zaczynają się źle kojarzyć -nie z  patriotyzmem, a z osiłkami z nacjonalistycznych bojówek. Widziałam takie nacjonalistyczne grupy 1 sierpnia na Powązkach i szczerze mówiąc wolę się trzymać od nich jak najdalej...

Oj, coś chyba nam się w tej Polsce poplątało. Czy o to nam chodzi?

 

ps. A tak na zakończenie, z innej beczki... Początek maja spędziłam na rajdzie swojego koła przewodnickiego (SKPB Warszawa) w Beskidzie Niskim. Było fantastycznie - fajna ekipa, dzikie góry, błoto po kostki, ale czasem i głębiej i krzale po pas, spanie pod namiotem, długie nocne siedzenie przy ognisku i śpiewanie niemal zapomnianych piosenek... Bardzo mi tego brakowało! No i podtrzymuję swoją "od zawsze" wygłaszaną opinię, że nasze góry wcale nie są gorsze niż Himalaje!
 

 

 

 

12 kwietnia, Szanghaj
Chińskie zmiany

Szanghaj to chyba najbardziej dynamicznie rozwijające się miasto Chin. Oficjalne statystyki mówią o 25 mln jego mieszkańców, nieoficjalne o 40 mln. Ma to swoje plusy i minusy. Fakt, zarabia się tu więcej niż w innych częściach Chin bo przeciętna pensja to równowartość 1000 dolarów (przykładowo: taksówkarz zarabia mniej więcej 1200 dol., obsługa w restauracji – 800 dol., przy czym minimalna zapłata to 400 dolarów), ale kupić sobie mieszkanko to ho, ho, problem nie lada. Mieszkania w apartamentach blisko centrum (kilkudziesięciopiętrowe wieżowce) są liczone po 20 tys. dolarów za metr kwadratowy, ale widzieliśmy osiedle, gdzie płaci się i 60 tys. dolców (uściślam ponownie – za metr kw.). Dodam jeszcze, że jak ktoś kupuje mieszkaniem to takie min. 80-100 m kw. Mało tego – ceny mieszkań idą w górę niesamowicie (wg naszego interesującego się ekonomią przewodnika od X.2015 do III.2016 nastąpił ich 25% wzrost), a chętnych jest tyle, że rząd ogranicza handel mieszkaniami poprzez zastosowanie 2% podatku przy transakcjach kupna jeśli ktoś już jedno mieszkanie posiada.

Posiadanie mieszkania to ponoć podstawa dla chłopaka który pragnie się ożenić. To on, a właściwie jego rodzina zwyczajowo zapewnia przy ślubie, przy czym może być ponoć super inteligentny, przystojny itp., ale jak mieszkania nie ma, to dziewczę na niego nie spojrzy. Za to rodzina dziewczyny nie szczędzi trudu i nacisku, aby w akcie własności mieszkania współwłaścicielką była też i ona. To ważne bo rozwodów jest tu teraz mnóstwo (wg przewodnika rozlatuje się ponad 50% par).  Inna sprawa, że jest też trochę rozwodów „wymuszonych przepisami” – to w przypadku par które chcą zainwestować w kolejne mieszkanie, a nie chcą płacić tych wspomnianych 2% podatku.

A tak na marginesie, to jest w Szanghaju jeden park, gdzie w weekendy przychodzą na spacery rodzice czy dziadkowie chcący zeswatać swoje latorośle. Chodzą po tym parku ze zdjęciami chłopaków i dziewczyn, a oprócz zdjęć mają jeszcze tabliczki z informacjami ile latorośl ma lat, z jakiego rejonu pochodzi (ważne ze względów kulturowych), jakie ma wykształcenie i jaką pracę wykonuje. Oczywiści jeśli ma mieszkanie – też się to wpisuje, bo to przecież ogromny atut. Szkoda, że tam nie pojechaliśmy, no ale nie było weekendu. Na to konto zobaczyliśmy park założony pierwotnie przez Francuzów (kiedyś mieli tu nawet swoją "francuską dzielnicę"). Park jak park, ale w jego centralnej części stoi pomnik Marksa i Engelsa! Co ciekawe - nie widzieliśmy żadnego pomnika Mao, ale ponoć przywódca komunistycznej partii nie był w Szanghaju nigdy popularny. Od "zawsze" lubiano za to Czang Kai Szeka - tego, który założył niezależne od Pekinu państwo chińskie na Tajwanie, a który z Szanghaju pochodził.

Na zdjęciu obok: Turyści chińscy przyjeżdżający do Szanghaju, fotografujący się przy słynnym obecnie, stojącym na nabrzeżu rzeki posągu byka. Taki sam byk stoi przed nowojorską giełdą - obie rzeźby to dzieła tego samego, włoskiego artysty. Prawda jest taka, że ten chiński powstał wcześniej, ale nikt się nim specjalnie nie interesował, dopóki na Wall Street nie postawiono jego brata-bliźniaka. Skoro ten amerykański zyskał sobie szybko uznanie, Chińczycy docenili też i swojego :).

 

11 kwietnia, Pekin (Chiny)
Krzaczki spod pędzla

W ramach wdrażania się w chińską kulturę, mieliśmy lekcję kaligrafii.  Nie odkryłam wprawdzie u siebie powołania w tym kierunku, ale okej, beztalenciem zupełnym też chyba nie jestem, bo swoje imię w wersji „krzaczkowej” pisać się jakoś nauczyłam.

W języku chińskim (mam na myśli obowiązujący w całym tym kraju jego wariant: mandaryński) jest około 50 tys. znaków („krzaczków”), z czego po szkole podstawowej młodzi Chińczycy znają około 500.  Nasz lokalny przewodnik (bo prowadzę tu grupę) mówił nam, że mówić po chińsku jakoś tam w ciągu roku pewnie byśmy się nauczyli, ale z pisaniem są już prawdziwe „schody”. On sam opanował około 3000 znaków.

Jeśli chodzi o kaligrafię to podstawą jest w niej odpowiedni pędzel (z włosia jelenia, kozy, wilka, zająca, borsuka, a są też nawet z... mysich wąsów) oraz tusz - obecnie w wersji takiej prosto ze sklepu, choć dawniej, w wersji tradycyjnej, robiono go z rozkruszonej pałeczki sadzy sosnowej, kleju i wody.

Trzymanie pędzla różni się od tego, jak trzyma się np. długopis – to zupełnie inny „chwyt”, a po za tym musi być on w pozycji do papieru prostopadłej (można też malować np. na jedwabiu). Zdziwiłam się, jak wielkie znaczenie ma kolejność stawianych kresek i to, w jakim kierunku ruszamy pędzlem – nie jest tak że możemy sobie mazać znak w dowolnej sekwencji ruchów. Siwowłosy Mistrz, który udzielał nam lekcji podkreślał również, że ważny jest przy tym stan ducha i to, żeby maksymalnie się skupić na tym co piszemy. Niestety, moje ADHD szybko mnie pokonało – z tym skupieniem jakoś mi nie szło i szybko doceniłam co znaczy pisać „normalne” litery.  A właśnie – ciekawe jest jak Chińczycy piszą smsy! No więc wpisują na klawiaturze fonetyczne brzmienie danego słowa czy nazwy, a mądry program w telefonie od razu sugeruje im odpowiednie „krzaczki”.

A tak przy okazji to poniżej wersja chińska napisu "Polska". Tego już nie opanowałam :) .

I jeszcze... Na facebooka kilka dni temu wpisałam różne chińskie przysłowia, a tu - jakoś zapomniałam. Już nadrabiam... Niektóre z nich są mądre, inne – kontrowersyjne.
Oto kilka z nich:

 Mobilizujące
•    Ten, kto przeniósł górę, zaczął od małych kamyków . –
•    Jeśli się nikogo o nic nie prosi, wszyscy wydają się uczynni.

Mądre:
•    Człowiek, który mówi: tego się nie da zrobić, nie powinien przeszkadzać TEMU, który TO robi. – słusznie!
•    Kto szuka przyjaciela bez wad, pozostanie bez przyjaciela
•    Piękne słowa nie są wiarygodne, wiarygodne – nie są piękne.
•    Należeć do rodu ludzkiego jest łatwo. Być człowiekiem jest trudno.
•    Kto pyta, jest głupcem przez pięć minut; kto nie pyta, pozostaje nim do końca.
•    W dniu twych narodzin wszyscy byli weseli, tylko ty płakałeś. Żyj tak, by w twej ostatniej godzinie płakali wszyscy inni, a ty jeden byś się śmiał serdecznie i łzy nie miał w oku.
•    Róża jest piękniejsza niż kapusta, lecz zupa z róży jest gorsza niż kapuśniak.
•    Są dwa rodzaje ludzi dobrych: ci, co umarli, i ci, co się jeszcze nie narodzili.
•    Słowa raz powiedzianego nie cofniesz nawet zaprzęgiem czterech koni. 

Seksistowskie (dyskusyjne :):
•    Język jest bronią kobiet, nigdy nie pozwalają jej zardzewieć.
•    Mądry mężczyzna potrafi zbudować miasto, mądra kobieta jest zdolna doprowadzić do jego upadku.
Mężczyzna uważa, że wie, ale kobieta wie lepiej.
•    Bij swoją żonę raz na dzień. Jeżeli ty nie wiesz za co, ona na pewno wie. – to przysłowie znam też w wersji z dzieckiem.

 

10 kwietnia, Pekin (Chiny)
Chiny XXI wieku

Wiem, mam długą przerwę w blogu, ale ze względu na zbitkę wyjazdów po prostu się wyrabiam. W ostatnim miesiącu zaliczyłam dwa wyjazdy do Wietnamu, teraz zaś przyszedł czas na Chiny, a właściwie na kolejną moją wizytę w Państwie Środka.

Za każdym razem jak tu jestem, nie mogę się nadziwić jak niesamowicie się ten kraj zmienia. Na dobre i złe. W Pekinie – korki takie że się w głowie nie mieści. Okej, rozumiem, że miasto liczy 25 mln mieszkańców i że jest tu 10 mln samochodów (dane od naszego przewodnika), ale to naprawdę koszmar, do którego mam nadzieję że w Warszawie nie dojdziemy. Postęp technologiczny widać m.in. po ludziach z prowincji, którzy przyjeżdżają zobaczyć stolicę, widać że to dla nich pierwsza wizyta w stolicy i że reprezentują raczej te dolne warstwy społeczne, ale uwieczniają się oczywiście nowoczesnym tabletem. Swoistym przykładem zmian jest też odejście rządu od polityki „jednego dziecka” i zezwolenie na posiadanie drugiego. Inna sprawa że nasz przewodnik pochodzący z jakiejś wioski 400 km od Pekinu, jest przykładem że owe ograniczenie do 1 dziecka nie u wszystkich działało, bo on ma jeszcze brata i siostrę. Ponoć rodzice (niebogaci, utrzymujący się z roli) zostali za to obciążeni karą 1200 dolarów od każdego nadprogramowego dziecka (w czasach gdy pensja wynosiła wtedy pewnie z jakieś 20 dolarów miesięcznie), ale zapłacili (nie mieli wyboru – inaczej dziecko nie miałoby wydanych dokumentów) i wychowali potomstwo „na ludzi”.

W kwestii spraw społecznych – dowiedziałam się też że w Chinach na 100 kobiet przypada 190 chłopaków, co oznacza że jest tu cała rzesza zdesperowanych szukaniem żon singli. Nasz przewodnik dziewczynę ma (i bardzo ją chwali), ale nie kryje swojego niezbyt dobrego zdania o większości młodych rodaczek  - że kryterium w ocenianiu faceta stanowi dla nich kasa, że poza materializmem, rządzi nimi snobizm i zmanierowanie.

Czego się jeszcze dowiedziałam? Ano że może jest szansa że pojawi się w Chinach facebook bo 2 tygodnie temu założyciel facebooka był w Pekinie na rozmowach z rządem. Nie zmienia to faktu, że fb póki co w kraju tym nie działa, podobnie zresztą jak Google czy You Tube (mają za to chińskie odpowiedniki tych portali, bo jak podrabiać, to już wszystko :)).

 

 

 

 

23 lutego,Warszawa
Nie łatwe życie "pisarki" :)

 Oglądaliście "Dzień Świra"? Ostatnio na którymś tam telewizyjnym kanale powtarzali, więc sobie odświeżyłam. I ze zdziwieniem odkryłam, że to film poniekąd o mnie...

Ale po kolei... No więc  piszę książkę (II część "Gór z duszą"). Żeby pisać, muszę się skupić. Najlepiej pracuje mi się w nocy, bo wtedy nikt nie dzwoni i jest cisza, ale jeśli siedzę do 3-4 w nocy, trudno się dziwić że nastawiam budzik na powiedzmy 9-tą. A tymczasem...
Godzina 7.40 - budzi mnie przychodzący sms. "Miłego dnia Moniko" - z radością życzy mi kolega, z którym od pół roku nie dawał znaku życia.
Teraz??? Przecież jest dopiero 7.40!!! No cóż, kolega jest już w drodze do biura i w metrze nie ma co robić. Wybaczam i próbuję dospać.
Ledwo usypiam - telefon. -Dzień dobry, chcieliśmy panią zapoznać z naszą ofertą... - słyszę i od razu mną rzuca, bo na akwizytorów mam alergię.
Wrrr...  Gdybym była jakimś gustującym w ludziach potworem - zagryzłabym... Rozłączam się i próbuję jeszcze dospać. Nie udaje się.
Okej, skoro tak, to wstaję, wypijam kawę i odpalam komputer. Zaglądam do poczty - znowu ileś tam maili.
"Zapewnij swojej kobiecie rozkosz! Męskość dłuższa nawet o 7 cm"- czytam
W szczegóły już nie wchodzę, a zresztą i tak bym nie mogła, bo dzwoni telefon.
- Czy ma pani dzieci? - pyta głos.
- Nie, nie mam... - mówię zgodnie z prawdą.
- To nic, ale posłuchać pani może... - głos nie jest wcale zbity z pantałyku i zaczyna nawijanie typowe dla nawiedzonego akwizytora.
Rozłączam się i wracam do pisania.
Mija 5 minut - dzwonek do drzwi.
- Dzień dobry, my do pani... - w domofonie słyszę nawet dość sympatyczny głos.
- Do mnieeee? - nie przypominam sobie żebym z kimś się umawiała.
- Tak, bo chcemy pani wyjawić jedyną prawdę...
No tak, to z kolei Świadkowie Jehowy. Upodobali sobie nasz blok. Wracam do książki...
Telefon... Numer się nie identyfikuje, a ktoś po drugiej stronie nie widzi powodów żeby się przedstawić. Nawija jak najęty.
- Przepraszam, ale z kim rozmawiam? - próbuję się dowiedzieć.
- Nie wiesz? No to zgadnij!!! - słyszę, że osoba po drugiej stronie słuchawki ma dużo czasu z którym nie wie co zrobić.
Zabawa w zagadki jest ostatnią rzeczą, na którą mam teraz ochotę. Mam pisać książkę, nie spalać się na rebusach z kimś, kto nie rozumie, że przecież nie muszę mieć w telefonicznych "kontaktach" dosłownie wszystkich. -No jak to, nie poznajesz? Waldek z twojej grupy, którą pilotowałaś przed 10 laty! - Waldek którego nie pamiętam dziwi się, że go nie pamiętam.
Po tej rozmowie wyciszam telefon. Teraz nic mi już nie przeszkodzi, cisza totalna - łudzę się.
Mija minuta i nagle... Zza ściany słychać dźwięk trąbki. No tak, przecież sąsiad uczy się grać na trąbce! Uczy się, czyli fałszuje wnieibogłosy!
Jejuuuu! Zwariuję!
I nie napiszę tej książki....
Nie, no dobra, jakoś napiszę :)

ps.  Z tą "pisarką" z tytułu posta to żartuję... Nawet przy kilku książkach jakoś mi do mnie to sformułowanie nie pasuje :)


15 lutego, Warszawa
Koty i Rolling Stones czyli  Pałac Kultury inaczej

Wybraliśmy się wczoraj (ale nie z okazji Walentynek – termin był przypadkowy) do Pałacu Kultury (tego w Warszawie). Na zwiedzanie, bo choć nad urodą Pałacu można by dyskutować, obiekt to słynny, a teraz już zabytkowy. 60 lat, jakie ma, to już bardzo przyzwoity wiek, a ponoć kiedy go wznoszono zakładano że ma postać co najwyżej 30.  Jak wiadomo, był to powojenny prezent od Związku Radzieckiego, ale ciekawe, że w pierwszej wersji proponowano Polsce do wyboru: osiedle mieszkaniowe, metro albo coś tam jeszcze, a dopiero później wymyślono wzorowany na wysokościowcach moskiewskich Pałac im. Stalina (tak się początkowo zwał). Przyznam, że robi wrażenie fakt, że budowa tak wielkiego budynku trwała zaledwie 3 lata (1952-55), zwłaszcza że były to czasy kiedy jednak nie było takiej techniki jak obecnie. Ilu ludzi przy tym zginęło? Oficjalnie mówi się o 12.

Ciekawych historii się w czasie wycieczki dowiedziałam (bo to regularna grupa z przewodnikiem była). Na przykład o koncercie Rolling Stones którzy w 1967 roku zagrali w Sali Kongresowej. Problem zrobił się z płatnością, bowiem były to czasy PRLu, więc nie można było muzykom zapłacić w dolarach, a otrzymanych złotówek też wywieźć w tak dużej ilości nie mogli (zresztą co by z nimi zrobili?). Ostatecznie złotówki zamienili na wagon polskiej wódki, co pozornie miało sens, ale tylko pozornie, bo nikt nie przewidział że naliczone cło akcję tę robi zupełnie nieopłacalną. W rezultacie wyszło na to, że Stonesi zagrali za darmo, a wieść winna niesie, że najbardziej skorzystali na tym pałacowi pracownicy, którzy dzięki pokątnej sprzedaży wódeczki zdeponowanych gdzieś tam flaszeczek, dorabiali sobie drugie pensje. Tak na marginesie to jest w zbiorach pałacowych zdjęcie pewnej leciwej już pani, która jako mała dziewczynka wręczała wtedy Stones`om kwiaty – czerwone goździki które Mick Jagger… zjadł. Jak się okazało spotkanie z muzykiem było dla owej pani takim przeżyciem, że już jako 60 czy 70 letnia dama, wytatuowała sobie na nodze, nie, nie Jaggera, ale Pałac Kultury!

Albo historie o pałacowych kotach, dzięki którym nie ma problemu z myszami… Dawniej było ich dużo więcej, bywało że i 60, teraz są cztery! Hołubione, dokarmiane (w podziemiach gdzie przechodziliśmy co i rusz czekają na nie wystawione kuwety oraz miski z karmą), i – uwaga – z przydzielonymi etatami (!), niczym pracownicy, co gwarantuje im w budżecie kasę na utrzymanie. Do najsłynniejszych pałacowych kotów należy jeden, który jeszcze w latach 60-tych wystąpił na scenie z samą Marleną Dietrich. Towarzyszył jej przez cały koncert, co zaowocowało tym, że w relacjach z wydarzenia tylko trochę pisano o artystce, dużo więcej o muzykalnym zwierzaku (co rzecz jasna panią Marlenę mocno obraziło). Czasem koty były też sprawcami niezłego zamieszania, bo zdarzało się, że zapewne niechcący, ale grasując po dyspozytorni, wyłączały przycisk zasilania prądu. W każdym razie jeśli w całym Pałacu nie było światła, zwykle była to wina kotów. Specjalizował się w tym niejaki kot Kazimierz, który skończył żywot kiepsko, bo za ogon wciągnęło go w wentylator.

A co do tych podziemi, już nie ze względu na koty, będące obecnie pałacowymi maskotkami… Otóż krążyły kiedyś legendy, że są tam (w tych podziemiach) schrony, albo stacja z której można dojechać pociągiem do Moskwy… To akurat nieprawda, za to jak się okazuje prawdą jest, że prowadzą stamtąd 3 tunele: jeden do gmachu dawnego KC, drugi na miejsce dawnej trybuny honorowej (tej z której przywódcy pozdrawiali naród w czasie np. pochodów 1-majowych), a trzeci do tunelu średnicowego (czyli jakiś związek z pociągiem jednak jest).    

Z licznych w Pałacu reprezentacyjnych sal zajrzeliśmy m.in. do Sali Mickiewicza, w której często bywałam jako dziennikarka na konferencjach prasowych, a nie wiedziałam że są tam na ścianach ślady szampana po jakichś dawnych libacjach. Co istotne – tuż obok znajduje się były apartament Leonida Breżniewa (bez okien bo wódz miał obsesję dotyczącą bezpieczeństwa, ale z sypialnią i łazienką). Pierwszy raz natomiast byłam w Sali Warszawskiej, gdzie odbywają się ważne sesje Rady Warszawy. A że tuż po sąsiedzku jest kino, ponoć nasi notable skarżą się, że trudno im się skupić, gdy czują wszędzie zapach pop-cornu.

Rozpisałam się, choć i tak  poruszyłam to tylko część Pałacowych historii. Nie będę wszystkiego zdradzać – wybierzcie się do Pałacu na tę wycieczkę, bo warto (biuro organizatorów znajduje się w wejściu głównym po prawej stronie. Cena wraz z wjazdem na Taras Widokowy na 30 piętrze – 60 zł).


 

 

28 stycznia
W Kanale Beagle`a
No i koniec rejsu…

To już ostatnie godziny żeglowania na „Phoenixie”. Choć może „żeglowania” to za dużo powiedziane, bo od 6 rano, kiedy to podnieśliśmy kotwicę wykorzystując totalny sztil, grzejemy na silniku. Początkowo kompletnie nic nie wiało, morze było tak gładkie, że trudno było uwierzyć, że takie w tych rejonach może być, no a teraz już wieje, całkiem przyzwoicie, tyle że prosto w dziób.
Właściwie to mamy pierwszy słoneczny dzień. Upału nie ma, ale sam fakt, że słońce się w pełni pokazało, to już coś. Próbuję wysuszyć przemoczone wczoraj ciuchy i kalosze, ale chyba aż tak mocno to nie grzeje.

Widzę, że słońcem cieszy się cała tutejsza natura. Delfiny skaczą, gęsie mamy uczą swoje maluchy fruwać – w takim towarzystwie pokonanie przewidzianych na dzisiaj około 70 mil mija w miarę szybko.

Minęliśmy po drodze Puerto Toro – będę bardzo miło wspominać to miejsce, poniekąd ze względu na sympatycznego Ceasara (szefa lokalnej Armady de Chile). Zaraz za wysepkami zwanymi Trzema Braćmi, powitał nas oglądany już wcześniej wrak. Dopiero teraz doczytałam się, że był to statek Logos, wynajęty jako „statek wolności” przez jakąś sektę religijną, która się chyba bardziej bawiła niż modliła. W każdym razie Tuż przed wejściem do Puerto Williams.kiedy pilot wprowadzający ich w styczniu 1988 roku do Ushuaja nakazał zrobić im jakieś manewry, pijane towarzystwo stwierdziło, że nie ma ochoty pilota słuchać. Jaki był finał świadczy rdzewiejący wrak.

Podpłynęliśmy też do Wyspy Pingwinów – nie zupełnie blisko, bo leży ona już w granicach argentyńskich wód terytorialnych, ale coś tam widzieliśmy. Tym razem chodzi o pingwiny Magellana, takie małe, biało-czarne. Często widzimy je w wodzie, jak żerują pływając koło jachtu, choć jak tylko wezmę aparat fotograficzny, to znikają.

No ale oto przed nami już Puerto Williams z charakterystycznymi skalnymi „zębami” (tak się nazywają te szczyty) w tle. Czas szykować cumy i odbijacze! Koniec rejsu!



27 stycznia
Caleta Martial – Horn – Caleta Lenox
Horn po raz drugi (dla mnie raczej - trzeci :))

Zrobiliśmy „poprawkę” Hornu. Wykorzystując dobrą pogodę (jak nam powiedziano na Hornie, w latarni , to jeden z zaledwie kilku takich dni w roku!), zabraliśmy rano na pokład Hansa i cofnęliśmy się 10 mil do Calety Leon z której można przeprawić się na Przylądek pontonem. Ruszyliśmy bladym świtem, punkt 5-ta podpływając do katamaranu i zabierając na nasz pokład Hansa  i ok. 7-mej zameldowaliśmy się w Zatoce Leon, tuż przy Hornie. Ponieważ nie jest to dobre kotwicowisko (narażone na rozfalowanie, a poza tym w locji ostrzega się, że rzuconej kotwicy można nie wyciągnąć – trzeba odcinać łańcuch) umówiliśmy się, że najpierw Mario zostanie na jachcie który będzie krążył w zatoczce z silnikiem na mała naprzód, a potem wymieni go Hans, ja zaś będę kursowała na pontonie jako pomoc w pagajowaniu.


Wycieczka na Przylądek była ciekawsza niż przypuszczaliśmy. Oczywiście zrobiliśmy sobie foty przy pomniku Albatrosa, chociaż na mnie większe wrażenie zrobił skromny kamienny pomniczek upamiętniający żeglujących w tych okolicach kapitanów. Odwiedziliśmy też latarnie morską w której można wstemplować sobie do paszportów specjalną pieczęć z Przylądka. Są też dwie kapliczki – jedna większa, Stella Maris i malutka, w skale, z Matką Boską rozumiem że chroniącą ludzi morza.

Aktualnie na Przylądku trwają prace związane z planowanymi na piątek (za 2 dni) uroczystościami z okazji 400-lecia pierwszego opłynięcia Hornu. Ciekawa jestem czy Seniora Presidenta dotrze helikopterem, czy statkiem, ryzykując chorobę morską? W każdym razie póki co żołnierze Armady uwijają się jak w ukropie, malując co się da, próbując zamontować wielką, nową flagę powiewającą nad Przylądkiem (tak się starają, że aż im się nieco podarła), tylko jakoś o przyzwoity pomost nikt nie zadbał. Lądując naszym pontonem na plaży pomoczyliśmy się totalnie, no ale widać jakaś ofiara na rzecz Przylądka musi być.

Teraz jest już wczesny wieczór – za jakąś godzinę powinniśmy być w Caleta Lenox, gdzie zamierzamy przenocować. Na przeskoku przez Bahia Nassau całkiem solidnie wiało – 25 węzłów (prognozy mówiły o 10), ale co tam, po Hornie już nie miało to znaczenia. Mario poszedł w międzyczasie trochę pospać, ja wachtowałam na deku obserwując przy okazji skaczące wokół jachtu pingwiny. Teraz wiatr już siadł, a że w międzyczasie wpłynęliśmy między wyspy, czuję się trochę jak na skandynawskich szkierach.

 


26 stycznia
Przylądek Horn, Caleta Martial
Horn już za nami!

Wcale nie było tak spokojnie jak zapowiadały prognozy pogody. Znaczy się, Horn przyjął nas tak, jak na Niego przystało, czyli wiatrem i może nie solą, ale słoną wodą w bryzgach fal jakie co jakiś czas dostawaliśmy. Wiatr był w okolicach 25 węzłów ze szkwałami do 40 węzłów i całkiem przyzwoitą falą robiącą spore zamieszanie w naszym kambuzie.


Najważniejsze, że się udało. Z emocji i niepewności co nas czeka, prawie nikt z nas nie przespał dobrze tej nocy – ja zrywałam się ileś razy, bo myślałam, że już czas wstawać. W końcu o 6-tej rano Mario jednoznacznie dał sygnał, że „pora” – chwilę potem już wybieraliśmy kotwicę, tzn. potem kwadrans zajęło mi obcinanie maczetą tych okropnych wodorostów które kotwicę oplotły, no i - wkrótce opuściliśmy naszą przytulną zatoczkę. Na wyjściu żegnały nas delfiny – tym razem nie chciały nam towarzyszyć w drodze, widocznie uznając że na rozfalowany ocean tylko idioci i tacy zapaleńcy jak my, się pchają.

Mimo że dla mnie był to już drugi raz na Hornie, przeżywałam wcale nie mniej niż ten pierwszy raz. I powiem szczerze – teraz warunki na morzu były trudniejsze. Inna sprawa że wtedy byliśmy 200 mil od brzegu, tak więc gdyby coś, trudno byłoby liczyć na jakąś pomoc, a teraz, okrążając wyspę Horn w odległości z pół mili, byliśmy pod stałym nadzorem Armady de Chile.

Fajnie było zobaczyć Horn z bliska. Okej, zgadzam się, że są w świecie dużo ładniejsze skały niż Przylądek Horn, ale Horn to Horn i zwłaszcza na żeglarzach robi wrażenie. Z licznych zdjęć doskonale wiedziałam jak wygląda, ale i tak wpatrywałam się w potężną skałę jak zahipnotyzowana, nic nie mówiąc, bo trudno było te emocje zamienić w słowa, a jedyne co jeszcze byłam w stanie zrobić (oprócz wybrania żagla) to nastrzelanie z pół tysiąca zdjęć.

Po zakotwiczeniu zgodnie z planem w Caleta Martial (jedna wyspa dalej, na północ od Wyspy Horn), padliśmy – zmęczenie i emocje wzięły górę, tak  więc dwie godzinki pospaliśmy. Obudziło mnie wołanie przez UKFkę Hansa – niedługo potem był już u nas na jachcie z szampanem dla uczczenia opłynięcia Hornu, podczas gdy Mario  z czeluści zakamarka rufowego, wyciągnął schowaną specjalnie na ten dzień szkocką whisky. Po kolacji (kaczka z puszki przyrządzona przez Catalinę) wybraliśmy się z Hansem na brzeg. Tutaj o tyle nietypowy, że jest to piaszczysta plaża, taka z miałkim, żółtym piaskiem i tylko chłód i brak palm sugeruje, że to jednak nie tropiki. Celem plażowego spaceru było znalezienie dyżurnego pingwina – jest tu ponoć taki jeden jedyny samotnik z gatunku pingwinów królewskich, ale nie wiem czy już spał, czy wypłynął w morze na kolację, w każdym razie ku mojemu lekkiemu rozczarowaniu nie udało nam się na niego trafić.

A tak w ogóle to znowu mamy tłoczno w zatoczce! Tym razem oprócz nas i katamaranu Hansa stoi jeszcze statek Armady de Chile i fiński jacht „Manta”, który znamy z Puerto Toro. „Manta” miała płynąć na Antarktydę, ale jak nam powiedzieli przez radio, długo przygotowywana ekspedycja wzięła w łeb, bo wysiadł im autopilot. Żal mi ich strasznie, bo to miła załoga, ale jakoś nie mogę zrozumieć – to co, bez autopilota nie mogą płynąć? Wychodzi ze mnie stara, polska szkoła żeglowania, w której człowiek stał za sterem godzinami i do głowy mu nie przychodziło, że może być inaczej. Jestem pewna że większość polskich załóg jeśli miała by do głowy zrezygnować z długo przygotowanych planów, na rzecz marznięcia przy sterowaniu, bez wahania, z determinacją wzięłaby po prostu ster w ręce, bo drugiej okazji często nie ma. Szczerze mówiąc ja dopiero teraz, po raz pierwszy w swojej żeglarskiej „karierze”, mam do dyspozycji autopilota – na wszystkich wcześniejszych rejsach na wachtach swoje za kółkiem sterowym musiałam przestać. Podobnie jest z mapami papierowymi – żeglowanie na polskich jachtach nauczyło mnie przywiązania do takich map – nawet jak jest na jachcie ileś tabletów z mapami komputerowymi, na wszelki wypadek lubię jak jest „papier”, m.in. dlatego, że elektronika zawsze może zawieść. Tymczasem coraz trudniej znaleźć mi jacht (mówię o nie polskich) gdzie są mapy papierowe (nawet nie na wierzchu – mogą być schowane). Pozytywnym wyjątkiem był ten niemiecki jacht Dagmar Aaen, ale gdy pytam na innych jednostkach o mapy papierowe, patrzy się na mnie jakbym z Księżyca się urwała. No cóż, może jestem tradycjonalistką, może przesadzam, ale już tak mam. I powiem szczerze – lubię te żeglowanie, może nie jak za Kolumba, ale jak za moich młodych lat.

 


25 stycznia
Port Maxwell
Towarzysko-trekkingowo

Niemiecki jacht Dagmar Aaen. Naprawdę śliczny - i z zewnątrz, i wewnątrz, w dodatku z fajną załogą.Całkiem aktywny dzień dziś miałam. Najpierw, około południa, wybraliśmy się z Hansem w odwiedziny na stojący po sąsiedzku jacht Dagmar Aaen. Wcześniej oczywiście wywołałam ich przez radio i kurtuazyjnie zapytałam, czy nie będą mieli nic naprzeciw – na szczęście nie mieli. Szczerze mówiąc to liczyłam trochę że może jest z nimi Henio Wolski – nasz polski polarny kapitan który na Dagmar Aaen wielokrotnie pływał, no ale Henia nie ma (podobno jest w okolicy pracując na jakichś wycieczkowcach), za to kapitan niemieckiego jachtu powiedział, że są dobrymi przyjaciółmi.

Muszę powiedzieć, że bardzo mi się Dagmar Aaen podobał – drewniany, utrzymany w tradycyjnym stylu, choć w sumie w środku dość komfortowy. Taki jacht „z duszą”, na co niewątpliwy wpływ ma osoba kapitana, a zarazem właściciela jednostki, który zakupił tę łódź bodajże w 1991 roku. Oryginalnie był to mocno zniszczony duński kuter rybacki, wybudowany w latach 30-tych z duńskich dębów (zdziwiłam się, bo przecież w Danii za bardzo lasów nie mają, no ale śmieliśmy się, że może wszystkie zostały wycięte na budowy łodzi). Mogę sobie wyobrazić ile pracy i determinacji wymagało osiągnięcie takiego wyglądu, jaki łódź ma obecnie! Co ciekawe, nie jest to jednostka nastawiona na komercyjne rejsy, tak jak większość spotykanych tu jachtów – Dagmar Aaen to jacht ekspedycyjny, realizujący projekty naukowe i wykorzystywany przy kręceniu filmów podróżniczo-eksploracyjnych, przy czym jego załoga to głównie znajomi kapitana. Aktualnie pływa na nim 9 osób – naprawdę fajni ludzie, głównie Niemcy. Tak się fajnie gadało przy herbacie w kubryku, że aż nie chciało nam się od nich wychodzić :).

Po południu, z racji wypogodzenia się, poszliśmy z Hansem na trekking, tym razem na najbliższe otaczające nas wzgórza. Oczywiście ledwo przeprawiliśmy się pontonem na brzeg, znowu zaczęło padać i padało dokładnie do momentu powrotu na jacht. Widoki jakieś tam jednak były, w każdym razie zatoczkę z naszymi jachtami obfotografowałam ze wszystkich stron, a że wróciłam przemoczona, to już inna sprawa.

Najważniejsze że ucichł wiatr. Tak zresztą zapowiadały prognozy. Jutro rano Wielki Dzień! Właściwie to Dzień Ostatniej Szansy, bo już lepszych prognoz mieć tu chyba nie można. Planujemy wstanie skoro świt, podnosimy kotwice (z tym będzie na pewno trochę problemów z uwagi na te okropne wodorosty które trzeba będzie odcinać maczetą) i płyniemy na spotkanie z Panem Hornem. Jest tak blisko, ale czy dopuści nas do siebie? Wróciła atmosfera godna ataku na Everest. Ładujemy aparaty i kamerki Go Pro, przygotowałam polską flagę... Nie powiem – emocję są! :)



24 stycznia
Port Maxwell
Szkwały i chleb

Skoro Mario puścił w ramach pobudki Boba Marleya, znaczy się że jest niedziela! To na Phenixie rytuał, niezależnie od tej porannej kawy nastawianej rano przez Maria w specjalnym naczyniu, której zapach jest dla mnie znakiem, że czas wyłazić ze śpiwora.

Ale ziąb! Uświadomiłam sobie, że dokładnie miesiąc temu była Wigilia, o tyle pamiętna, że spędzona w obozie bazowym pod Mt Vinson na Antarktydzie. Nie wiem gdzie było cieplej – chyba tam, na Antarktydzie. Z drugiej strony nie ma co narzekać – nie udało nam się wprawdzie naprawić ogrzewania wewnątrz jachtu, ale zawsze mogę założyć na siebie dodatkowy polar. Najważniejsze, że jest sucho.

Morze nam nie popuszcza. Wieje i wieje. Na morzu przyzwoite 8-9 Beauforta, w zatoczce gdzie stoimy, niby osłoniętej, też wcale nie jest spokojnie. Co chwila przywala w nas szkwał – dostajemy takie pełne furii uderzenie, po którym następuje raptowny przechył kadłuba. Mimo zamkniętej zejściówki słychać wycie wiatru i czuć drżenie napiętych lin stabilizujących nas z lądem, które swoją drogą wydają dźwięk przypominający pracę silnika (tu oprócz kotwicy, czy nawet dwóch kotwic, zakłada się jeszcze jedną lub dwie liny wywożone pontonem na ląd i przywiązywane np. do drzew). Na dodatek wciąż pada i jest ponuro, ale trudno żeby było inaczej przy takim głębokim niżu.

Dzień był jednak udany. Przedpołudnie spędziłam na wiązaniu węzłów. Zmobilizowało mnie do tego to, że Mario kiedyś tam rzucił mi linę i kazał zawiązać „bulinę”, a ja za cholerę nie wiedziałam o co mu chodzi. Teraz wertując angielską książkę z węzłami doszłam, że chodziło o bowline (poprawna pisownia), czyli coś co u nas nazywa się węzłem ratowniczym, a co w mojej drużynie każdy harcerz musiał wiązać w 3 sekundy. Krótko mówiąc węzeł znałam, ale jego angielskiej nazwy już nie. Przy okazji wdrażania się w wiedzę z książki o węzłach, dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy, np. jak wygląda „węzeł prawdziwych kochanków”, że źle zawiązany węzeł prosty (tak się nazywa go u nas), to w terminologii angielskiej „złodziejski”, przypomniałam też sobie, jak się splata efektowną kulę, czym po powrocie mam zamiar zaimponować swojemu chrześniakowi.

Po południu robiłyśmy z Cataliną chleb i pizzę, na którą do naszej "Pizzeria Cabo de Hornos" został zaproszony także Hans. Wieczór uprzyjemniły jeszcze 3 butelki wina, przy których opowiadaliśmy Hansowi jak wyglądało życie w komunizmie (przy tej trzeciej flaszce to szary PRL zrobił się całkiem wesoły). Przy okazji dowiedziałyśmy się od Hansa, że wśród jego znajomych jak ktoś jedzie do Europy Wschodniej, to radzi mu się zabrać łańcuch (przed złodziejami),  natomiast my z Cataliną zrobiłyśmy Hansowi wykład geograficzny z informacjami, że już od iluś lat nie ma takiego kraju jak Czechosłowacja i jak nazywają się stolice naszych krajów.



23 stycznia
Puerto Maxwell
Kotwiczna adrenalina

Ale obrzydliwy dzień! Mam na myśli pogodę – leje, leje i leje, co ma ten plus, że korzystając z plastikowej rurki podpiętej do dachu nadbudówki, nałapaliśmy deszczówki już cały baniak – słodkiej wody na małym jachcie nigdy dosyć. Barometr leci na łeb na szyję (zgodnie z prognozami, które mówią, że będzie można ruszyć się stąd dopiero za 4 dni), chmury zasnuły niebo stwarzając atmosferę polskiego listopada w najgorszym wydaniu, do tego nie za bardzo mogę wysuszyć swoje przemoczone wczoraj rzeczy (ogrzewanie na jachcie teoretycznie jest, ale w praktyce - zepsute).

Na jachcie totalna cisza – Mario i Catalina śpią, ja zaś słuchałam sobie audiobooków i szant (pytałam jak tam z szantami w Rumunii. Okazuje się, że piosenki żeglarskie zupełnie tam nie występują). Poranek jednak był dość aktywny, bo przyszedł bardzo silny wiatr z północy (z północy bardzo rzadko coś tu wieje, a akurat na tę stronę otwarte jest nasze kotwicowisko) i zaczęliśmy mieć obawy, że nasze oba jachty zdryfuje na brzeg. Na wszelki wypadek Mario wywiózł na pontonie jeszcze jedną, drugą kotwicę, a potem pomogliśmy zakotwiczyć awaryjnie jeszcze katamaran Hansa. Kiedy już skończyliśmy, jak się okazało mocno czasochłonne w tych warunkach prace, w zatoczce pojawiła się kolejna jednostka – zrobiony w stylu retro niemiecki jacht Dagmar Aaen.

Zapomniałam! Rano mieliśmy sympatyczne odwiedziny. Na brzegu naprzeciwko nas pojawiła się rodzinka „carancas” – tak po tutejszemu nazywają się te ptaki, których angielska nazwa to „kelp goose” czyli w tłumaczeniu „gęś wodorostowa”. Bialutki, elegancki gęsi tata rozsiadł się jak basza na skałce stanowiącej punkt obserwacyjny na okolicę, podczas gdy czarno-plamiasta mamusia (jej barwy stanowią doskonały kamuflaż wśród nabrzeżnych kamieni) ogarniała gromadkę szarych, dość pokracznie poruszających się póki co pisklaków. Niestety, wypłoszyły ich dość szybko nasze manewry związane z kotwiczeniem – gęsia rodzinka odpłynęła w siną dal i mam obawy, że szybko nie wróci.

 

 


22 stycznia,
Caleta Maxwell
Stary człowiek i morze. Stary człowiek, ale jeszcze może!

Chyba się starzeję :). Wczoraj przy kotwiczeniu i wybieraniu stabilizujących nas lin zaciągniętych pontonem na brzeg, coś mi strzyknęło w dolnej części pleców no i teraz ruszam się jak mocno wiekowa paralityczka. Wprawdzie na noc Catalina przylepiła mi jakiś przeciwbólowy plaster, ale poza przyjemnym ciepłem za wiele mi nie dał. Na szczęście od takich boleści się nie umiera – mam nadzieję że szybko przejdzie.

Rano zakładałam że pośpimy, ale gdzie tam – coś koło 7-mej pojawiła się łódź rybacka, która też postanowiła zakotwiczyć po sąsiedzku z nami, ale jej trajkocący silnik stanowił skuteczny budzik. Swoją drogą skoro rybacy szukają schronienia w zatokach, to znaczy że na morzu fajnie nie jest.

Około południa stwierdziłam, że może z tą wspomnianą na początku starością to bez przesady, a zamiast zastanawiać się że coś mi strzyka, lepiej się po prostu ruszyć. Wywołałam przez radio Hansa, zapytałam, czy nie chce zdobyć ze mną pobliskiej góry, a że na szczęście chciał, to się szybko zebraliśmy i pontonem Hansa przeprawiliśmy się  na drugą stronę zatoczki.

Góra okazała się całkiem niezłym wyzwaniem. Nie specjalnie wysoka – z mapy wynika że ma 450 m wysokości (ale od poziomu morza!), ale problemem okazała się roślinność. Najpierw gęsty las, czy raczej drzewiaste krzaczory, a potem całe połacie czegoś co z góry wygląda jak podłoże porosłe mchem, a w rzeczywistości jak się na to stanie,  okazuje się, że to korony innego rodzaj krzali, w które wpada się niczym na lodowcu w szczelinę. W każdym razie szansa na złamanie nogi, całkiem spora. To że w międzyczasie ileś razy przechodził deszcz, to drobiazg, za to solidnie dał się nam we znaki porywisty wiatr, który momentami miałam wrażenie że ma szanse mnie po prostu zwiać w dół, z lądowaniem w oceanie. Nagrodą za trudy „wspinaczki”, były widoki na cały archipelag tutejszych wysepek, zatoczkę w której stoją nasze jachty, a także na widniejącą w oddali wyspę Horn.

Wróciliśmy z wycieczki zmęczeni, przemoczeni (na powrocie trzeba było płynąć pontonem pod fale, a przy tym wietrze było to kolejne wyzwanie), ale zadowoleni. Catalina w międzyczasie ugotowała gar soczewicy, Mario zaprosił Hansa na uczczenie pierwszego polsko-szwajcarskiego zdobycia góry flaszeczką pisco (na pewno nikt z Polski na tej górze  nie był), Hans przyniósł jeszcze butelczynę wina, no i tak to wieczorem umacnialiśmy międzynarodową przyjaźń ludzi morza.



21 stycznia, wieczorem
Caleta Maxwell
12 mil od Hornu

Już widzieliśmy słynne skały Hornu! I nawet przecięliśmy ich południk (co równocześnie oznacza że z wód Atlantyku weszliśmy na Pacyfik), no ale zrobiliśmy to od północy, czyli „nie liczy się”. Korciło nas żeby od razu, tak z marszu, tam – znaczy się na Horn - popłynąć, jednak zwyciężył rozsądek: że jesteśmy zmęczeni, że możemy nie zdążyć przed nocą, że skoro mamy kilka dni rezerwy, to lepiej poczekać i popłynąć bez pośpiechu, jak się uda – schodząc nawet na ląd i odwiedzając tamtejszego „latarnika” (tak naprawdę to latarnia działa automatycznie, ale jest tam gościu, który nadzoruje sytuację).

Płynęło się całkiem fajnie. Nie było wprawdzie tak lajtowo z wiatrem jak wskazywały prognozy pogody (podawano wiatr o sile 15 węzłów, było 25), ale bez problemów przeszliśmy tę problematyczną dla nas wcześniej zatokę Bahia Nassau. Potem, po wejściu w archipelag wysepek hornowych, obawialiśmy się jeszcze w Kanale Bravo tzw. williwaws – chodzi o niespodziewane szkwały o sile nawet 100 węzłów które trwają wprawdzie krótko, po kilkanaście sekund, ale są w stanie taką łódkę jak nasza przyłożyć masztem do wody. Na szczęście nie doświadczyliśmy niczego takiego.

Ciekawe, bo widzę tu sporo analogii do żeglowania u wybrzeży Alaski czy na Aleutach (arktyczne wyspy między Alaską a Rosją). Tam też były ostrzeżenia przed williwaws (tam były nawet silniejsze – 150 węzłów), też były prądy, też trzeba było uważać na skupiska wodorostów, no i brzegi są podobne! Okej, tu jednak jest trochę drzew (najbardziej typowe to tzw. arbol banderra, zdeformowane wiatrami tak, że przypominają powiewającą flagę), w arktycznej części Alaski i na Aleutach drzew nie ma, ale ogólnie krajobraz jest zbliżony.

Z urozmaiceń dzisiejszej żeglugi (wyszliśmy z Puerto Toro o 7-mej, zakotwiczyliśmy ok. 18) to znowu były delfiny. Towarzyszyły nam przez większą część drogi – ścigały się, wyskakiwały przed dziobem, odstawiały swój zwyczajowy spektakl częsty przy spotkaniach z jachtami. Uwielbiam delfiny – to takie bratnie dusze żeglarzy. Mówi się, że albatrosy to dusze żeglarzy którzy zginęli na morzu, a ja mam wrażenie, że delfiny to z kolei dusze dzieci. Swoją drogą albatrosa, ptaka kojarzonego z Hornem, też już dzisiaj widziałam. Na razie tylko jednego – dostojnie szybującego, zachwycającego elegancją. Występują tu ich 4 podgatunki – największy to „albatros królewski”, którego rozpiętość skrzydeł dochodzi do 3,5 metra!

Zacumowaliśmy w Caleta Maxwell. Nie wiem kim był ów pan Maxwell,  ale na pewno jakiś zasłużony Anglik. Nazwę tę nadał brytyjski żeglarz, James Wedell, który odkrył w 1823 roku tę zatoczkę w czasie swojej podróży do Antarktyki.  W każdym razie ładne miejsce, w miarę dobrze chronione przez okoliczne wzgórza. Oprócz nas stoi tu też katamaran Hansa, który dopłynął tu dwie godziny przed nami (przed wyjściem z Puerto Torro umawialiśmy się na wspólne kotwiczenie w tym miejscu).

Póki co to właśnie co zeszłam właśnie z pokładu z sesji przepięknego zachodu słońca, który niestety nie wróży wcale dobrej pogody na jutro. Trochę wcześniej zameldowaliśmy Armadzie de Chile naszą pozycję – każą to robić codziennie o 20-tej, więc robimy, choć szczerze mówiąc wcale nie mamy pewności czy ktoś tego słucha (zazwyczaj nie ma żadnej odpowiedzi, więc mówi się jak do ściany). W ogóle z łącznością z Armadą to jakoś to dziwnie – nikt od nich nie używa angielskiego, choć wypadałoby aby ludzie do  kontaktów z obcymi jachtami międzynarodowy język przynajmniej trochę znali. Dziś na kanale 16tym słyszeliśmy jak ktoś z Armady chciał się chyba wykazać że coś tam po angielsku kuma, bo przy łączności z Hansem Hans się zapomniał i mówiąc coś tam po hiszpańsku wtrącił nagle:
- Repeat, please! (powtórz proszę)
Na co z drugiej strony rozległo się:
- Repeat please!
No to się panowie dogadali… Ogólnie obowiązuje zasada – chcesz pływać po tych wodach, to dla swojego dobra poducz się hiszpańskiego. Nie rozumiesz – twój problem. Nawet prognozy pogody podaje się wyłącznie po hiszpańsku i żadnego tam zwalniania z potokiem słów ze względu na cudzoziemskich żeglarzy.


20 stycznia, wieczorem
Puerto Toro
Szykujemy się!

W miarę dobre prognozy pogody na jutro utrzymują się – szykujemy się do zmagań z Hornem. Nie tylko my – taki sam zamiar ma Hans (okazało się, że to my mówimy o nim: Mark, a tak naprawdę to Hans :) ) z katamaranu oraz fińska „Manta”, która dopłynęła dzisiaj. Tym razem atmosfera przygotowań do „ataku” zelżała – owszem, przygotowujemy się (znowu wyciągnęłam na wierzch kalosze i bojową wersję sztormiaka), ale w stosunku do pierwszej próby, tydzień temu, teraz już z większym luzem (choć  może ten luz, to zasługa pisco której wypiliśmy w ramach toastu „aby się udało”?). O 6-ej rano jesteśmy umówieni z Hansem, że przyjdzie z załadowanymi świeżymi prognozami pogody, no i zaraz potem ruszamy! Ahoj Przygodo!

ps. W międzyczasie nasz optymizm osłabiło nieco przybicie „Patagonii” – jachtu żeglującego z chilijską rodzinką (aż miło patrzeć jak te nastolatki radzą sobie z obsługą jachtu – rodzice tylko nadzorują). Poznaliśmy ich kilka dni temu jak weszli na noc do Puerto Toro, ale rano już ich nie było. Popłynęli na Horn, no i dzisiaj wrócili. Oczywiście im pogratulowaliśmy, a oni że nie, nie ma czego, bo Hornu nie opłynęli! Czekali 3 dni w jednej z zatok i odpuścili. Kurcze, jak oni z takim jachtem (dwa razy większy od naszego i na dodatek stalowy), przy tak doświadczonej i sprawnej załodze nie dali rady, to jak będzie z nami?



20 stycznia
Puerto Toro, ale może już ostatni dzień?
Powiew optymizmu

Z prognoz wynika, że jutro znowu możemy spróbować – na dojściu do archipelagu Hornu powinno zrobić się okno pogodowe. Skoro tak, to spróbujemy je wykorzystać.

Póki co zawiesiłam pod salingiem polską flagę. Najpierw musiałam ją jednak zrobić, bo flaga którą przywiozłam ze sobą porwałaby się przy pierwszej godzinie wystawienia ją na tutejsze wiatry. Ze zrobieniem kłopotu nie było, bo tak się składa, że flaga chilijska jest biało-czerwona z dodatkiem niebieskiego kwadratu z gwiazdą. W tym układzie jeszcze w Puerto Williams zakupiłam  banderkę chilijską, po czym niebieską cześć odcięłam, no i mam dumnie powiewającą biało-czerwoną.

Z wydarzeń dnia – „uczłowieczyłam się”. Znaczy się – wzięłam prysznic. Prawdziwy! Inicjatorem tego Wielkiego Wydarzenia naszej załogi (bo wszyscy skorzystaliśmy z okazji) był Cesar, znaczy się lokalny przedstawiciel Armady de Chile, z którym się bardzo polubiliśmy, a który wczoraj przyniósł nam świeżo wypieczone bułeczki, przy okazji proponując skorzystanie z łazienki. Mogę mieć tylko nadzieję że zaproszenie Cesara wynika z tego, że chłopak zna rzeczywistość załóg małych jachtów (znaczy się – brak łazienki i oszczędzanie wody), a nie dlatego, że tak powiem – wonieliśmy.

Na kąpieli wyłącznie się nie skończyło, bo Cesar wraz ze swoją żoną jeszcze nas sympatycznie ugościli – kolejnymi świeżo upieczonymi bułeczkami z pysznym dżemem rabarbarowym (specjalność południowego Chile. Te bułeczki to Cesar sam, własnoręcznie wypieka! Jeśli tak ma większość Chilijczyków, to polecam jako materiał na mężów! :). W każdym razie pachnący i czyści, możemy płynąć na Horn!



19 stycznia
Puerto Toro
Morze i góry uczą cierpliwości, no ale ile można…

Zgodnie z naszą nową świecką tradycją, Mario rozpoczął dzień tekstem: „I kolejny dzień w  raju!”

Zaczynamy się zastanawiać, czy skoro się tak tu zasiedzieliśmy, to Puerto Toro nie przyzna nam lokalnego honorowego obywatelstwa? Albo sami poprosimy o prawo stałego pobytu. Śmiejemy się, że zaczniemy wtedy organizować tu wakacje dla tych, którzy chcą czegoś innego niż all inclusive na Dominikanie czy Malediwach. „Takiego spokoju jak tutaj nie zaznasz nigdzie indziej…”, „Tylko tu odpoczniesz od cywilizacji…”. Grunt to marketing.

Ale cywilizacja XXI wieku tak naprawdę tutaj też jest. Odkryłam w wiosce na przykład dwa samochody. Nie wiem gdzie jeżdżą, bo najdłuższy dystans w tej metropolii wynosi jakieś 100 metrów, no ale może pojazdy stanowią symbol władzy (jedno auto należy do Armady de Chile, drugie do carabinieros). No a wczoraj przyleciał helikopter! Malutki, wojskowy, ale zawsze…

Z innych spraw to powinnam się pochwalić, że byłam na katamaranie Marka. Pomogłam mu przecumować jacht, no i potem zostałam zaproszona na zwiedzanie tego pływającego salonu. Ale tam przestronnie! Łóżko Marka ma taką powierzchnię, jak nasza cała mesa! A w jego łazience zmieściłoby się naszych 10! (u nas jest tylko kibelek, umywalki brak, a u niego - nawet prysznic!). Ładny ten katamaran, jestem pełna szacunku dla Marka że go sam wybudował i teraz sam prowadzi, ale powiem szczerze, wolę takie małe, kameralne, swojskie łódeczki. Inna sprawa, że z prysznica to bym skorzystała! Na razie nie jest źle – 10 dzień bez mycia (nie licząc użytku z chusteczek).

I jeszcze w ramach chwalenia się – zrobiłam dziś dobry uczynek. Ponieważ w ciągu dnia zgłodniałam, zrobiłam sobie na szybko Travelluncha – liofilizowane jedzonko które normalnie jem w górach, ale po Antarktydzie zostało mi kilka sztuk, więc zabrałam je na rejs. Przygotowałam sobie nie byle co, tylko kurczaka w ziołach, z ryżem – pycha! No ale zobaczyłam na nabrzeżu mojego przyjaciela – bezdomnego psiaka, który jak schodzę z jachtu wszędzie mi towarzyszy, no i mimo że miałam na kurczaka ogromną ochotę, większą część porcji czworonogiemu kumplowi sprezentowałam. Ale się cieszył! Uznałam, że dla widoku tak szybko merdającego ogona, do kolacji mogę już być głodna.

Ps. Robię postępy w znajomości rumuńskiego. Jednym ze słów które szczególnie często padają na jachcie jest „dupa”. Teraz już wiem, że to po prostu… „potem, po czymś”. Mamy też jednak trochę słów o takim samym znaczeniu. Na przykład: "czajnik"!



18 stycznia, rano
Puerto Toro (nadal :(()
Test cierpliwości

Z moim ADHD nie łatwo mi wytrzymać tyle dni w jednym miejscu. Locję (mądrą książkę o lokalnej nawigacji) znam już niemal na pamięć, w szczegółach przerobiłam instrukcję do kamerki GoPro (w lądowym życiu nigdy nie miałam na to czasu), no ale chętnie już bym  wypłynęła, a przynajmniej zmieniła miejsce.

Nadzieja jednak jest, bo przy rytualnej na  naszym jachcie porannej kawie (Catalina jest mistrzynią w jej przyrządzaniu) pojawił się Mark z tabletem na który ściąga  prognozy pogody. Tym razem Mark przyszedł z dobrymi newsami – wygląda na to, że w czwartek mamy szansę na krótkie okno pogodowe pozwalające do przeskoczenia do kotwicowisko w grupie wysp koło Hornu. Jeśli pogoda by się utrzymała, po tym krótkim czasie dobrej pogody (wiatr 15 węzłów, o dziwo – z północy, co tu nie jest częste, za to dla nas bardzo korzystne), przyjdzie krótki sztorm, po którym znów powinno być okno pogodowe pozwalające na opłynięcie Hornu i szybki powrót do Wyspy Navarino, na której jest m.in. Puerto Williams.
Pozostaje trzymać kciuki aby rzeczywiście tak było.

A w ogóle to dziś imieniny mojego Taty. Henryk :). Tato! Całusy i najlepsze życzenia. M.in. takie byś na mój powrót zrobił swoje pyszne naleśniki! :)


18 stycznia, wieczorem
Puerto Toro
Jak miło pogadać po polsku!

Ale niespodzianka! Siedzimy na jachcie, gadamy,  a tu nagle z radia ustawionego jak to zwykle na morzu na kanał 16 rozlega się wywołanie  po hiszpańsku że jacht Selma Expedition zgłasza coś tam. Co konkretnie nie słyszałam, ale nazwa „Selma” od razu postawiła mnie na nogi, bo przecież to dobrze znajomy mi polski jacht, pod dowództwem przeważnie Piotrka Kuźniara pływający często w tych rejonach. Skoro tak, to jak tylko Selma skończyła oficjalne rozmowy, zaraz Piotrka wywołałam, zmieniliśmy kanał (16-tka jest kanałem ratunkowym i do krótkich rozmów), no i ucięliśmy sobie sympatyczną pogawędkę po polsku. Niestety spotkać bezpośrednio się nie uda – Selma płynie do Ushuaja, na wymianę załóg, a w Puerto Williams będzie, ale już po moim wylocie. Szkoda, ale i tak jakoś miło mi się na sercu zrobiło, że wreszcie mam w pobliżu rodaków.

Z innych newsów to dołączyły do nas dwa kolejne jachty – Polarwind z czarterową załogą niemiecko-szwajcarską i jakiś argentyński. Obydwa miały w planach Horn, ale ze względu na prognozy i ograniczony czas odpuściły – jutro wracają do Puerto Williams. Wszyscy psioczą, że ten rok na Hornie jest wyjątkowo niekorzystny. Podobno efekt „El Nińo”.

 

17 stycznia
Puerto Toro
Ponoć niedziela…

Portowa kapliczka dedykowana sw. Piotrowi jako opiekunowi ludzi morza.Straciłam już kompletnie poczucie czasu, ale podładowałam trochę swoją komórkę (właściwie tylko dla funkcji alarmu),a tam wyraźnie stoi że dziś niedziela. Skoro tak to zafundowałam sobie prysznic (czytaj: zużyłam pół paczki chusteczek nawilżających) i założyłam czyste ciuchy.

Przy śniadaniu zgadało się, że może w kwestii wpływu na poprawę pogody pomogłoby pójście do portowej, stojącej na brzegu kapliczki i prośba o wsparcie u jej patrona św. Piotra, jakby nie było człowieka morza (choć właściwie to rybakiem to był on na jeziorze). Poszłam zobaczyć kapliczkę już wczoraj – jest tam miniaturowa łódź na której stoi figura św. Piotra i wymowny obraz pokazujący świętego jak niby pomaga sterować płynącemu w sztormie marynarzowi.
Niedziela niedzielą, ale rano, przy śniadaniu Mario zapytał grzecznie czy jeśli nie mam innych planów, to może pomogłabym mu zreperować generator (elektrownię wiatrową). No i tak to spędziliśmy kilka godzin nad kablami i śrubkami ze zdjętego z góry wiatraka, co nie powiem by było jakąś moją wymarzoną pracą, ale skoro nie mogę iść na zakupy do centrum handlowego… J  (żartuję rzecz jasna).

W międzyczasie pojawił się Mark, nasz nowy znajomy ze stojącego po sąsiedzku katamaranu, no i jakoś tak mile się gadało, że zaprosiliśmy Marka na kolację. Catalina przygotowała fasolkę po bretońsku (właściwie to chyba po rumuńsku?), Mark przyniósł wino, no i tak to spędziliśmy wieczór na opowieściach z rejsów po morzach dalekich i bliskich. Żal mi trochę Marka, widać że jest cholernie samotny. Z tego co mówi wynika, że rozstał się z żoną, która chyba nie była zainteresowana ani życiem na morzu, ani ciągłą nieobecnością męża, no i w rezultacie cały dobytek Marka stanowi teraz potężny katamaran, na którym żegluje sam, choć jak sam mówi, dla jednej osoby łódź to zdecydowanie za duża. Z drugiej strony Mark do swojego katamaranu żywi specjalne uczucie, choćby z racji tego, że go sam zbudował, za cenę jak określił – trzech przyzwoitych domów, a o owym  uczuciu świadczy nazwa łodzi „Mi Corazion” („Moje serce”). Póki co przyżeglował samotnie z Australii, chce opłynąć Horn,  a co dalej – jeszcze nie wie.

Wielki katamaran Marka.W ramach rozmów o życiu żeglarzy zeszło też na stacjonującą w marinie w Port Williams rodzinę niejakiego Jamesa. James to Amerykanin mający za żonę Kambodżankę, mają trójkę małych dzieci plus czwarte w drodze, a mieszkają na jachcie. Nie jest to jednak szczęśliwa historia, raczej tragiczna… W każdym razie kiedy James & family płynął na swojej regatowej jednostce (ogólnie wszyscy którzy ten jacht widzieli, zgodnie stwierdzali, że nie jest to jacht do rodzinnego pływania), złamali maszt, a że nieszczęścia chodzą parami, to jeszcze zepsuła się im odsalarka. Po iluś dniach dryfowania w wizji śmierci z pragnienia (słonej wody nie da się pić), uratowała ich chilijska marynarka wojenna. Finał jest taki, że rodzina Jamesa nie ma pieniędzy na nowy maszt, czyli nie ma jak dalej żeglować, nie ma ponoć żadnych oszczędności, nie ma na stałym lądzie żadnego domu, nie ma też nikogo kto mógłby im pomóc. Od półtora roku stoją w marinie w Puerto Williams za darmo, James ma tam niby jakąś namiastkę pracy, ale tak naprawdę można im tylko współczuć. Z drugiej strony znam też historie żeglarskich rodzin dowodzących że jednak można udanie rodzinnie żeglować. Tak jak znajomi Austriacy z „Maktaka”, jachtu który znam z Przejścia Północno-Zachodniego. Super udana para z dwoma fajnymi, dobrze wychowanymi chłopakami, szczęśliwa z takiego nomadzkiego, żeglarskiego sposobu na życie. Czy ja chciałabym wieść wyłącznie morski żywot? Trudne pytanie… Jako przygoda na jakiś czas – tak, na stałe – nie. Mimo wszystko zbyt ważne są dla mnie więzi rodzinno-przyjacielskie, a mądre powiedzenie mówi, że „kto dużo podróżuje, ma wielu znajomych, a mało przyjaciół”.

 

16, 17 stycznia
Puerto Toro
Tragiczne historie dawnych marynarzy

Postoj przy nabrzezu w Puerto ToroNo i znowu czekamy na pogodę. W zatoce gdzie jesteśmy teoretycznie wygląda że jest okej, no ale to osłonięte miejsce, a trochę dalej wiatr 30 węzłów prosto w nos, co dla nas oznacza brak szans. Zastanawiamy się, czy nie przeskoczyć przynajmniej na kotwicowisko na następnej wyspie – Lenox. Zawsze to jeszcze bliżej Hornu, choć z drugiej strony tamtejsza zatoczka nie daje już takiego komfortu postoju (rozfalowanie, niepewność czy kotwica trzyma). Nie jesteśmy już tu sami – wczoraj dołączył do nas wielki katamaran, na którym płynie samotnie Mark – Szwajcar z Australii, też mający w planach opłynięcie Hornu. W przeciwieństwie do nas Mark ma na jachcie połączenie z internetem, tak więc obiecał, że będzie dzielił się z nami prognozami pogody.

W ramach wykorzystania dnia w towarzystwie jednego z bezdomnych psiaków wybrałam się na wycieczkę na pobliski półwysep. Co się okazało – aż roi się tam od bunkrów! Solidnych ziemnych bunkrów, z okienkami wycelowanymi w kierunku morza, z którego rozumiem miałby przybyć argentyński desant. Już widzę tych czterech tutejszych karabinieros którzy nudzą się jak mopsy na swoim posterunku, jak nagle mieliby chwycić za broń i obstawić te liczne tutejsze umocnienia.

Miejscowe bunkry.Ogólnie dzień minął nam głównie na czytaniu. Moją ulubioną lekturą stała się locja tutejszych akwenów (Nautical Guide) w której oprócz wiadomości przydatnych w żegludze, jest też sporo ciekawostek m.in. historycznych. W opisach tutejszych wysp aż roi się od dramatycznych historii żeglarzy którzy zostali tu na zawsze. Nie zawsze ginęli w sztormach czy rozbici na wrakach. Jest w okolicy np. mała wysepka Isla Ormeńo, której nazwa upamiętnia tragiczne wydarzenie z 1919 roku. Otóż w czasie wypadu zwiadowczego na ląd, z chilijskiego oddziału wojskowego zawieruszył się jeden z marynarzy. Przez całą noc szukała go ekipa 8 kolegów pod dowództwem niejakiego Ildefonso Ormeńo Bravo. Nad ranem poszukiwanego znaleźli – w kiepskim stanie, ale jakoś przeżył. Niestety dla dowódcy cała akcja była ponad siły – wycieńczony został jedyną śmiertelną ofiarą owej historii  - pochowano go na wyspie, która od tej pory uwiecznia jego nazwisko.

Albo inna historia, dotycząca wyspy Picton którą mamy naprzeciwko. W 1850 roku wraz z kilkoma kolegami wysiadł  na niej z płynącego z Europy statku niejaki Allen Gardiner, brytyjski misjonarz, który postanowił szerzyć tu chrześcijaństwo. Miejscowi Indianie, mający już niezbyt dobre doświadczenia z białymi przybyszami, no i wcale nie zainteresowani nową religią, przywiali ich bynajmniej nie przyjacielsko, a że Gardiner i towarzysze mieli ze sobą broń, ale zapomnieli zabrać do niej amunicji, bronić się nie mieli jak, przez co w trybie pilnym musieli się ewakuować uciekając szalupami  do innej zatoki. Tam znowu zaatakowali ich Indianie, tak więc znowu musieli „spływać” (w tym przypadku dosłownie), a że zrobiło się sztormowo, to wiatr i prąd zniosły ich gdzieś daleko, wyrzucając na brzeg, gdzie szanse przetrwania dała im znajdująca się tam jaskinia. Niestety, nie przetrwali – morze zabrało im beczki z zapasami jedzenia, zaś zostawione w różnych miejscach napisy na skałach i listy w butelkach (z nadzieją, że ktoś z załóg przepływających statków je dostrzeże), zostały odnalezione dopiero 9 miesięcy później, po tym, jak nieszczęśnicy zmarzli z wyziębienia i głodu. Brr… Straszna śmierć…


15 stycznia
Puerto Toro
Nieudany „atak”

Pisanie bloga w plenerze.Tym razem piszę bloga w niezwykłym, znaczy się przepięknym miejscu. Na wzgórzu, gdzie jak okiem sięgnąć żadnych oznak cywilizacji (położonej ok. 2 km dalej wioski nie widać). Jest cudownie - śpiewają mi ptaki, z oddali dobiega szum morza które leniwie zalewa w przypływie (fachowo: przy wysokiej wodzie) kamienistą plażę (o ile tak można nazwać tutejszy brzeg), a w ramach doznań „węchowych”, roznosi się wszędzie delikatny zapach ziół. Dookoła jak okiem sięgnąć jest albo zielono (trawa i drzewa), ew. –  szaro (pnie drzew), no i niebiesko (ocean  i niebo ). Jest super widoczność – horyzont przesłania jedynie wyspa Lenox na której pewnie wkrótce będziemy kotwiczyć. Przepiękny dzień, pierwszy tak ciepły ze mogę siedzieć praktycznie tylko w podkoszulku (aczkolwiek podkoszulek jest z wełny merynosów. Tak na marginesie – tu zrobię ukłon w kierunku sponsora mojej bielizny – wszystko co mam na wersję „blisko ciała”, to super spisujące się rzeczy firmy  naszej rodzimej firmy Brubeck, Made in Poland).

Ale to tu jest tak ładnie. Rano było zimno i wietrznie, choć mowa o warunkach na morzu. Tak jak się wczoraj umówiliśmy,  wstaliśmy w środku nocy, dokładnie o 1.30, oddaliśmy cumy i popłynęliśmy. Początek był rewelacyjny – rozgwieżdżone niebo z moim ulubionym pasem Oriona (charakterystyczny rządek trzech gwiazd), no i oczywiście Krzyż Południa. Do tego stosukowo mała fala, łagodny wiatr. W nagrodę za wczesne wstanie, około 4-ej mieliśmy przepiękny wschód słońca – spektakl kolorowych, żółto-czerwonych chmur. Tyle że potem już przestało być fajnie – wzmagający się wiatr sprawiał, że mimo pełnej mocy silnika płynęliśmy coraz wolniej i wolniej, aż w końcu Widziane po drodze :)kiedy prędkość spadła do zaledwie mili na godzinę, będąc 18 mil od Puerto Toro, zdecydowaliśmy że nie damy rady – trzeba było zawrócić. Do Hornu jest jakieś 60 mil, niby nie dużo, ale problemem stało się przeskoczenie tzw. Bahia Nassau – szerokiej zatoki na której wiadomo było że będzie wiało solidnie, niestety prosto w dziób, co może dla większych łodzi nie stanowiłoby takiego problemu, nas  natomiast zostawia bez szans.

Powrót był szybki – na rozwiniętym tylko foku, bez silnika, grzaliśmy 6-7 mil na godzinę. Na pocieszenie po drodze minęliśmy kolejną już wyspę z kormoranami i uchatkami (niektórzy mylą je z fokami), a o 11-tej zacumowani do znajomego już pomostu w Puerto Toro jedliśmy normalne śniadanie.

No cóż, niemiły jest smak porażki, ale z drugiej strony tak jak i w górach uważam, że trzeba mieć czasem odwagę się wycofać. Poza tym co innego jest pływać na dużych jednostkach, co innego na małych łupinkach (nawet Cesar, tutejszy „szef portu” powiedział, że tak małego jachtu tutaj jeszcze nie widział).

Po śniadaniu padliśmy… Ścięło nas jeśli chodzi o sen – 3 godziny spaliśmy jak zabici. Po południu jednak się zwlokłam z koi, tzn. podróżnicza ciekawość sprawiła, że poszłam powłóczyć się po okolicy. Za radą Cesara zrobiłam sobie trekking do malowniczego jeziorka, choć powiem szczerze, łażenie po bagnistym, mocno błotnistym podłożu wymaga całkiem sporo samozaparcia. Przy okazji zahaczyłam o jak tu mówią: „stary cmentarz”, choć tak naprawdę jest na nim jeden krzyż, na grobie w którym pochowany jest ponoć jakiś pierwszy Tutejsze okolice - uschniete lasy to zasluga bobrow.osadnik, a potem zrobiłam sesję zdjęciową przy „suchym lesie” – obumarłych drzewach, co jest „zasługą” licznie tu żyjących bobrów. To prawdziwa plaga – sprowadzili te zwierzaki z Kanady Argentyńczycy, no ale że bobry granic nie respektują, no to pojawiły się też na brzegach chilijskich wprowadzając w lokalnym ekosystemie dużo niekorzystnych zmian. Ponoć lokalesi na nie polują i je jedzą.  

Co do tych lokalesów to za dużo ich tu nie ma. Aktualnie 3 rodziny plus 4 carabinieros (żołnierze), w sumie ok. 15 osób. Potem, po wakacjach będzie ciut więcej, zwłaszcza jak jesienią rozpocznie się sezon na połowy krabów, ale nawet w „szczycie sezonu” wioska nie przekracza liczby 30 mieszkańców, w większości przysłanych na terminowe kontrakty (wspominany już Carlos przyjechał tu na rok, ale przynajmniej jest z rodziną). Tak jak już pisałam, Puerto Toros chlubi się tym, że jest najbardziej na południe wysuniętą osadą świata (nie licząc Antarktydy rzecz jasna), ale powiem szczerze, życie tu nie jest łatwe. Nie działają telefony komórkowe, a jedyna możliwość komunikacji ze światem to telefon i jedyny na wioskę komputer z internetem na posterunku carabinieros. Nawet sklepu nie ma – zaopatrzenie przywożą rybacy, sporadycznie okręty Armady de Chile, czasem coś tam sprezentują załogi jachtów (u nas też Catalina dała dzieciom torbę owoców i słodyczy). Dzieciaki mają tu szkołę, ale  powiedzmy sobie szczerze, co to za nauka jeśli jest tylko szóstka dzieci, w różnym wieku, i jeden nauczyciel. Podobno na Cabo de Hornos przez cały rok mieszka jedna rodzina z dzieckiem uczonym przez własnego ojca. A wracając do szkoły – do wzywania na zajęcia służy wiszący przed wejściem dzwon okrętowy J.



14 stycznia

Z Puerto Williams do Puerto Toro
Cumy rzucone!

Toast na wyplynieciu - za udany rejs!Dziś rano ślęcząc nad internetowymi mapami pogody i symulacjami co się może synoptycznie zdarzyć, wymyśliłam że może zamiast płynąć „normalną” drogą na Horn, popłyniemy kanałami na zachód i tam wyskoczymy na morze mając od rufy zachodnie  wiatry, które są tu swego rodzaju jeśli nie regułą, to największym prawdopodobieństwem. Mariusowi bardzo pomysł się spodobał, po czym pełni zapału poszliśmy do biura Armady de Chile z prośbą o tzw. autoryzację (inaczej mówiąc – zezwolenie na płynięcie tę trasą). Armada nas jednak szybko zgasiła – oficer dyżurny owszem, nawet zgodził się z naszymi uwagami, że tak bezpieczniej, zwłaszcza dla małego jachtu lepiej itp., no ale dał do zrozumienia że ma konkretne procedury, a te oznaczają że „Ruta de Hornos” jest tylko jedna. Cóż było robić – wypełniliśmy zgłoszenie wyjścia na Ruta de Hornos, zatankowaliśmy wodę, Catalina zrobiła jeszcze jakieś zakupy, i trochę przed 16-tą oddaliśmy cumy patrząc na znikające w oddali maszty jachtów z mariny. Oczywiście aby tradycji stało się zadość, zaraz po wypłynięciu wznieśliśmy toast za udany rejs. Z braku rumu było pisco – typowa chilijska wódka z winogron, przy czym pierwszą szklaneczkę wyleliśmy za burtę, dla Neptuna, no bo wiadomo, nie zaszkodzi zadbać o jego przychylność. J

Płynęło się całkiem fajnie – przyjemny bajdewindowo-połówkowy wiaterek pozwolił na rozwinięcie foka, co jakiś czas przed dziobem pokazywały się pingwiny (jak tylko wyciągałam aparat by je sfotografować od razu nurkowały, jakby się wstydząc fotek), latały klucze kormoranów, raz nawet pojawiły się delfiny , więc ogólnie było ciekawie. Poza tym były fajne widoki – ośnieżone góry, zarówno na brzegu argentyńskim jak i chilijskim, co i rusz pojawiały się jakieś wysepki, no i spotkaliśmy się z jachtem należącym zdaje się do argentyńskiej marynarki wojennej. Co do wysepek to m.in. minęliśmy wyspę Picton przy której notabene stał pordzewiały wrak statku. Nie dziwię się – tutejsze wody są bardzo zdradzieckie, bo raz że pogoda, prądy, ale też mielizny – np. koło mijanej wyspy Snipe, ok, pół mili od lądu w otoczeniu kilkudziesięciometrowych głębin, jest miejsce gdzie jest raptem 1,5 m głębokości.

Co do wyspy Picton to jeszcze do chyba zeszłego roku były na niej miny po nie tak dawnym konflikcie argentyńsko-chilijskim. Podobno marynarka chilijska zaminowała też wtedy Przylądek Horn. Nie jest żadną tajemnicą że oba te kraje za sobą nie przepadają.

Po kilku godzinach płynięcia i zrobieniu ok. 27 mil, zacumowaliśmy w spokojnej zatoczce zwanej Puerto Toro. Jest tu kilka domów na krzyż plus pusty obecnie pirs, wybudowany z myślą o łodziach rybackich (akurat jest przerwa w sezonie połowów). Ku naszemu miłemu zaskoczeniu lokalny przedstawiciel Armady de Chile przyniósł wydruki prognoz pogody, które są wyjątkowo dla nas korzystne – w tej sytuacji spróbujemy  dopłynąć do Hornu już jutro. Teraz jest trochę po 22-ej - nastawiliśmy budziki na 1.30 i ruszamy! Atmosfera na jachcie przypomina tą, jaką miałam przed atakiem szczytowym na Everest – przygotowania, adrenalina, emocje… Po doświadczeniach dzisiejszego płynięcia wyciągnęłam dwie dodatkowe pary skarpet (w kaloszach które mam marzną mi nogi), lepsze rękawiczki, kominiarkę którą używałam na Antarktydzie…  Do tego szelki asekuracyjne (wożę swoje sprawdzone, prywatne),  bojowy sztormiak, polską flagę…

Wracając do Puerto Toro - to ponoć najbardziej na południe wysunięta wioska świata. Wygląda jak istny koniec świata – kilkanaście domków w miejscu kompletnie oderwanym od cywilizacji. W ramach komitetu powitalnego pojawił się odbierający od nas cumy „szef portu” (wcześniej poinformowaliśmy go o zamiarze wpłynięcia przez radio), kilka zaciekawionych, mocno zapchlonych psów, a wkrótce potem przyszedł jakiś lokales z pytaniem czy nie mamy papierosów (ma pecha – nikt z nas nie pali). Poszłam na chwilę się przejść – otoczenie trochę jak na Mazurach, do tego te spokojne, osłonięte wody zatoki. Kto patrząc na zdjęcia uwierzy mi, że jesteśmy przy Hornie?

 

11 stycznia
wciąż Puerto Williams
Śnieg w środku lata

Koniczyna w śniegu.Ponoć mamy tu środek lata… Tak przynajmniej wynika z południowoamerykańskiego kalendarza i tak sugerowałyby kwitnące kwiaty. Ale klimat Ziemi Ognistej zmienny jest, tak więc dziś od rana sypie śniegiem. Niby mokry to śnieg i zaraz topniejący, tak więc do warunków jakie miałam na Antarktydzie daleko, ale kolorowa koniczyna przysypana białym puchem wygląda nieco dziwnie.

Pogoda się trochę poprawia. Dziś o świcie wyszedł z portu katamaran który stał naprzeciw nas – jak na 30 milowy przeskok do położonego po drugiej stronie kanału Beagle Ushuaia, warunki wiatrowe ma wystarczające. My jeszcze musimy poczekać – to co jest na otwartym morzu na mapkach synoptycznych wciąż wygląda nieciekawie. Póki co zdecydowaliśmy że jutro jednak Puerto Williams opuścimy, tyle że zrobimy wypad do jednego z pobliskich lodowców.

Z ciekawych rzeczy, to dostaliśmy list. Nie byle jaki – od samego prezydenta Chile! Okej, tak naprawdę to urzędowa sztampa rozdana dla List od prezydenta Chile :).załóg iluś jachtów które są w tym rejonie, no ale zawsze to list w pewnym sensie „specjalny”. W skrócie – Pan Prezydent zaprasza na uroczystości z okazji 400-rocznicy pierwszego opłynięcia Hornu, czego dokonał 29 stycznia 1616 roku kapitan Willem Cornelisz Schouten. To on właśnie skalistą wysepkę stanowiącą jak się okazało – najbardziej na południe wysuniętą częścią Ameryki Południowej, nazwał mianem swojego rodzinnego miasta, którym był położony w Holandii Hoorn, a zresztą tak samo nazywał się jeden z jego niestety utraconych żaglowców. Z czasem uproszczono zapis, tzn. wyrzucono jedno „o”, no i mamy Horn.

Co do tych uroczystości rocznicowych to zbiegają się one dokładnie z moim wylotem z Puerto Williams. Czyli ręki prezydent mi nie uściśnie :).
Okej, muszę kończyć, bo Mario mówi, że musimy coś tam pilnie zrobić z naszymi cumami. Czyli – do roboty!

 

 

10 stycznia
Puerto Williams
Poznawanie okolicy

Lokalne obrazki.Z prognoz pogody wynika, że jutro też w morze nie wyjdziemy, tak więc z racji niedzieli zrobiliśmy sobie dziś dzień wolny od prac (popracujemy jutro). Skoro tak, to wykorzystałam ten czas na powłóczenie się po okolicy.

Położone na wyspie Isla Navarino Puerto Williams to dość senne miasteczko (czy może wioska?) liczące oficjalnie 2,5 tys. mieszkańców.  Ludzi na ulicach prawie nie ma, samochodów jest kilka na krzyż, za to nie brak koni (bynajmniej nie mechanicznych, pasących się wszędzie wokoło). Jedyny kontakt komunikacyjny z resztą świata zapewnia pływający raz na tydzień prom (połączenie z Punta Arenas – ten trzydziestokilka godzinny rejs z którego i ja korzystałam) oraz raz na kilka dni - mały samolocik, też do Punta (będę nim wracać, bo udało mi się kupić na niego bilet po cenie paradoksalnie o połowę tańszej niż prom). Dawniej były jeszcze promy do argentyńskiego Ushuaia, ale z jakichś powodów ich nie ma, z czego korzystają „przemytnicze jachty” po drakońskich cenach podrzucające na kontynent nie mających się jak wydostać  z tego krańca świata zdesperowanych turystów.

Właściwie wszystko w Puerto Williams kręci się wokół Armady de Chile, czyli chilijskiej Marynarki Wojennej, która ma tutaj bazę obsługiwaną właśnie przez miejscowych. Baza może duża nie jest, no ale zawsze to jakaś demonstracja siły  (Puerto Williams to ważny punkt strategiczny, a z położoną po drugiej stronie Kanału Begle Argentyną, Chile się za bardzo  nie kocha).

Jak widać - górą polskie miasta! :)Z ciekawostek jest w „centrum” (kilka sklepów i nieczynnych w większości knajp) słup. A na słupie drogowskazy podające jak daleko jest do różnych miejsc na świecie. Jest tam Tokio, Nowy Jork, Rio de Janeiro i inne metropolie, a na szczycie – Tczew (!) – 14 430 km, a tuż pod nim (!) Kraków – 13 750 km. Widać nasi tu byli!  No dobra, skoro już jest aglomeracja „Tczew”, to Warszawy już wpisywać mi nie wypada :) (przy okazji – pozdrawiam znajomych z Tczewa!).

W ramach rozruszania się, obeszłam też zatokę w której stoimy. Trochę dla widoków na ośnieżone góry, ale głównie żeby zrobić zdjęcia naszego jachtu od strony wody. Jest tam klub żeglarski w którym dzieciaki pływają na Optymistach. W gablotce klubowej są zdjęcia jak zimą pośród bloków lodowych brodzą w wodzie wyciągając łódki (żadnego pomostu nie ma).

Najwięcej czasu zajęło mi dziś muzeum. Tak naprawdę dlatego, że to chyba jedyne na całej wyspie miejsce, gdzie jako tako działa Wi-fi. Teoretycznie jest darmowy i ogólnodostępny, w praktyce – aby się zalogować trzeba wpisać dane z chilijskiego dokumentu tożsamości. W rezultacie nikt z cudzoziemców zalogować się nie może, choć ja akurat miałam farta, bo poznałam lokalesa który udostępnił mi swoje dane personalne. Ale swoją drogą muzeum warto było zobaczyć, zwłaszcza dla zdjęć Indian z plemienia Selk`nam i Yamana, którzy tu kiedyś żyli. To właśnie od ognisk które tu rozpalali, żeby się ogrzać (chodzili nadzy, albo co najwyżej okryci skórami zwierząt), ten najbardziej na południe wysunięty zakątek Ameryki Południowej nazwano Ziemią Ognistą. Czytałam dziś o nich w pewnej mądrej, anglojęzycznej książce. Załoga statku „Fitzroy”, który dotarł w te rejony w 1830 roku zabrała czwórkę Indian (trzech dwudziestolatków i 9-letnią dziewczynkę) do Anglii, gdzie przez rok byli poddawani „cywilizowaniu”, czytaj: europeizacji, co znaczyło że chodzili ubrani w stylu angielskim, no i przymusowo ich ochrzczono i uczono religii. Po dwóch latach zabrano ich z powrotem do ich rodzinnych stron, bo zamysł był taki, aby w ten sposób zbliżyć obie kultury (indiańską i angielską). Przywiózł ich tu w 1833 roku, w ramach swojej drugiej ekspedycji statek „Beagle”, na którym notabene płynął młody Karol Darwin. Rok później znowu dotarł tu żaglowiec Indianie z Ziemi Ognistej. Niestety, już  ich nie ma...”Fitzroy”, no i  doszło do spotkania z jednym z owych „europeizowanych” Indian. Okazało się, że kontakt z „cywilizacją” za bardzo mu się nie przydał - znowu był zarośnięty, praktycznie nagi. Mówił że pozostali zabrali mu wszystko co miał i że cała czwórka wróciła do życia zgodnie z indiańską tradycją. Jak widać, nie ma sensu narzucać swoich zasad plemionom, które sobie tego nie życzą. A co do Indian, żadnych tu już nie ma – część z nich została zabita przez białych kolonizatorów, do unicestwienia pozostałych przyczyniły się przywleczone przez Białych choroby i alkohol.

A tak na marginesie to jest już noc i leżę w koi, kołysana przez bujający się na fali jacht. Spędziliśmy bardzo przyjemny wieczór – przy argentyńskim winku pooglądaliśmy zdjęcia Mariusa i Cataliny (Marius to zawodowy fotograf, więc zdjęcia są super). Przy okazji pogadaliśmy o żeglarskich tradycjach. Jak się okazuje, w Rumunii też jest zwyczaj niewychodzenia w trudniejsze rejsy w piątek (pięć minut przez północą w czwartek jest okej, podobnie godzina 0001 w sobotę). Natomiast nie ma takich zwyczajów jakie polscy żeglarze wiążą z Hornem. Czyli np. że Kaphornowcy, ci co opłynęli Horn, mogą gwizdać na pokładzie. Dowiedziałam się za to, że jest zwyczaj, stosowany przez żeglarzy różnych nacji, że po opłynięciu Hornu robią sobie w uchu dziurkę i noszą kolczyk. No to się pośpieszyłam – ja już kolczyki mam od wielu lat.

9 stycznia, ok. godz. 23
W marinie w Puerto Williams
Horn znaczy: cierpliwość

Kocham żeglowanie!Znowu jestem w swoim żywiole. Okej, jedną z dwóch moich głównych pasji są góry, ale nie ukrywam że pół oczka wyżej jest żeglarstwo. Każda marina, każdy jacht wywołuje we mnie niezwykłą tęsknotę za morzem, a jak już faktycznie zaczynam rejs, dostaję taki zastrzyk energii, że po prostu mnie nosi ze szczęścia.

Wydarzenia ostatnich dni w skrócie: prom którym płynęłyśmy z Cataliną z Punta Arenas dotarł do Puerto Williams około 1-ej w nocy, czyli po 32 godzinach. Z nabrzeża odebrał nas Francesco, przesympatyczny chłopak, który tu mieszka, a który jest jakimś dobrym znajomym Mario.  Po dotarciu do mariny powitanie z Mario nieco się przeciągnęło, bo wiadomo, trzeba było pogadać, czemu sprzyjała wyciągnięta przez gospodarza butelka pisco (chilijski alkohol robiony z winogron).

Muszę powiedzieć, że w zasadzie nie widać niepełnosprawności dłoni Mario. Rozmawiałam na ten temat już wcześniej z Cataliną, tak więc byłam przygotowana na to co mnie czeka (pokazałam jej zdjęcia Maria zaraz po wypadku, wkrótce po jego wyjściu ze szpitala). Owszem, nie ma kawałka nosa, ale można uznać że po prostu taka jego uroda, a co do brakujących palców, to tak wykorzystuje dłonie, że praktycznie nie zwraca się na to uwagi. Okej, raz dzisiaj wyszedł problem zamknięcia szekli, którą podał mi Mario – minęło kilka sekund zanim gapa, zorientowałam się, że przecież dla Maria przy braku palców, jest to problem.

A to nasza 10,5 metrowa łódeczka którą wybieramy się na Horn.Dostałam koję na rufie, ale trudno powiedzieć że jest tylko moje królestwo – koje są tylko trzy, a na morzu w zależności od halsu, jedna z tych które są w mesie będzie nie do użytku (przy przechyle będzie się z niej wypadać). Z tego powodu na morzu koje będą przechodnie, czyli na zasadzie: jedna osoba i tak jest na wachcie, a ta co schodzi zajmuje koję która jest wolna i w miarę wygodna. Póki co problemu nie ma – kołysana bujaniem się jachtu spałam jak zabita.

Poranek okazał się dobrą okazją do  integracji z sąsiadami – mam na myśli żeglarzy z innych łódek. W związku z zapowiedzią wiatrów o sile 50 węzłów (krótko mówiąc: sztorm!), nikt w morze nie wychodzi, za to zabrakło w marinie miejsc. Położona w dobrze chronionej zatoczce marina jest niewielka, ale i tak stoi w niej obecnie 41 jednostek plus kilka na kotwicy. My, jako najmniejsza ze wszystkich łódek, cumujemy na końcu, co oznacza, że aby się do nas dostać, trzeba przejść przez pokłady 6 jachtów.

W każdym razie ledwo skończyliśmy śniadanie, okazało się, że w ramach przygotowań do silnego wiatru, trzeba jachty trochę poprzestawiać i lepiej powiązać. Francuzów przecumowano do innego rzędu, do nas wpasowano Nowozelandczyka, w każdym razie zamieszania i związanej z tym pracy wszystkich załóg było na tyle dużo, że zdążyłam z częścią z nich się zakumplić. Podoba mi się taka przyjacielska atmosfera niezależnie od noszonej bandery.

Międzynarodową atmosferę widać też w klubowo-barowej części mariny, gdzie całe wnętrze obwieszone jest różnymi proporczykami, koszulkami, flagami, a nawet... majtkami (z wpisami załóg). Polskich śladów też tu trochę jest, choć tak sobie pomyślałam, że część z  nich to także nasze żeglarskie tragedie. Na przykład tabliczka załogi jachtu „Nashachata” - wkrótce potem wysztrandowali na brzegu w tutejszym Kanale Beagle, co zakończyło się śmiercią kapitana i jeszcze jednej osoby. Albo bandera "Bona Terry" - jacht ten zatonął na Hornie w 2008 roku. No i pechowy "Polonus", który z kolei miał kłopoty w Zatoce Admiralicji na Antarktydzie i też wylądował na brzegu. Z tych którym się nic nie przydarzyło, jest proporczyk z „Panoramy”, „Selmy” i poloniijnego "Nektona". Na zakończenie rejsu dowieszę swoją flagę – malutką, ale zawsze… Teraz jeszcze za wcześnie, bo nie wiadomo co na niej wpisać. Celem jest Horn, ale kto wie, czy się uda? Jak na razie trzeba cierpliwie czekać na lepsze warunki pogodowe, a potem jak z górami, liczyć że groźny Przylądek będzie łaskawy.

Resztę dnia spędziłyśmy z Cataliną na zakupach (wszystko tu droższe niż w Punta) i na przegadaniu z Mario taktyki płynięcia. Widać, że Mario to dobry żeglarz – w swoim wokółziemskim rejsie jest  od 7 lat – a zbudował ten jacht 20 lat temu (konstrukcja drewniana, wzmocniona tworzywem). Żegluje spokojnie, z rozwagą, w bardzo przemyślany sposób, a w kanałach Patagonii które łatwe do żeglowania nie są (porywiste wiatry, silne prądy) jest już od 3 lat. Traktuje mnie jako co-skippera, mam nadzieję że go nie zawiodę!


8 stycznia, godz. Ok. 22
Na promie z Punta Arenas do Puerto Williams
Prawie jak na Alasce

Nasz prom po dotarciu do Puerto Williams.To już 18 godzina naszego płynięcia. Po lewej burcie właśnie mijamy Ushuaja (my mówimy „uszuaja”, natomiast obsługa promu, jakby sepleniąc: „usuaja”). Tak czy owak wkrótce (planowo za 2 godziny) dopłyniemy do Puerto Williams, gdzie czeka na mnie mój nowy, pływający, trzytygodniowy pewnie „dom”.

Piszę w liczbie mnogiej, czyli „my”, bo na promie jestem z Cataliną, partnerką Maria. Poznałyśmy się przedwczoraj w Punta Arenas, zaraz po przylocie Cataliny, a pożegnaniu z moją dotychczasową, górską ekipą. Catalina okazała się super fajną babką – po jednym dniu mam wrażenie jakbyś znały się przez wieki. Z opowieści wynika że sporo z Mario pływała, choć jak sama się śmieje, żeglarka z niej żadna, ale będzie nam gotować :). Nie ukrywam że to super układ – ja tam zdecydowanie od wacht kambuzowych wolę wachtowanie na deku czy w nawigacyjnej.

Co do promu to kiedy go w porcie w Ushuaja zobaczyłam, wmawiałam taksówkarzowi, że na pewno się pomylił i nie do tej części portu nas Widoki z promu. Lodowce, mnóstwo lodowców!zawiózł. Bo prom to malutki, wydawało się że poza miejscem na kilka samochodów już nic więcej na nim nie ma, ale jak się okazało – pozory mylą. W niepozornej części dla turystów jest 44 miejsc z fotelami rozkładającymi się do poziomu, niczym łóżka. Nie rozkłada się jedynie 45 miejsce, przy drzwiach do toalety, no i niestety okazało się, że to właśnie miejsce dla mnie. No ale nie mam co narzekać – jeszcze do 4 stycznia byłam na liście rezerwowej, nie wiedząc czy popłynę, a skoro się udało załapać, to trzeba było brać to co jest.

W sumie to całkiem pracowity dzień miałam – posegregowałam sobie zdjęcia z Antarktydy, porobiłam trochę notatek. Co jakiś czas kapitan informował, że a to wieloryby przed dziobem, a to z którejś burty, a to spektakularny lodowiec. Widoki rzeczywiście były super, bo lodowców na wejściu do Kanału Beagle było zatrzęsienie. Szczerze mówiąc trochę przypominają mi te krajobrazy południową Alaskę, okolice Seward, gdzie robi się drogie rejsy z oglądaniem lodowców i wielorybów. Z tą różnicą że tu lodowce lepsze, a rejs jednak tańszy.

Back to top