NORTH-WEST PASSAGE DZIEŃ PO DNIU
Pięć osób, 14-metrowy jacht (s/y "Solanus") i wielkie wyzwanie. Trasa, którą płynęliśmy - od Grenlandii na Alaskę, w lodach ponad północną Kanadą, uważana jest za najtrudniejszy na świecie szlak żeglarski. Do tej pory były tam tylko nieliczne jachty, w tym jedynie dwa polskie ("Stary" i "Nekton"). Dołączyłam do załogi 10 lipca 2010 roku w stolicy Grenlandii lipca, opuściłam pokład "Solanusa" 23 września 2010 roku w Nome na Alasce po przepłynięciu prawie 4,5 tys. mil morskich. Przejście Półnono-Zachodnie zostało "pokonane", chociaż wcale łatwo nie było...
Uwaga! Jeśli ktoś nie rozumie niektórych z pojawiających się w tekście terminów żeglarskich, na końcu zamieszczam słowniczek.
Zainteresowanych zdjęciami z Grenlandii zapraszam do galerii na swojej głównej stronce - tutaj.
Uwaga! ZA JAKIŚ CZAS UKAŻE SIĘ KSIĄŻKA, OPARTA W DUŻEJ MIERZE NA NINIEJSZYM BLOGU, UZUPEŁNIONA O RÓŻNE CIEKAWE MAM NADZIEJĘ FAKTY. KIEDY TO NASTĄPI, POINFORMUJĘ ZARÓWNO NA TYM BLOGU, JAK I NA MOJEJ OFICJALNEJ STRONIE www.monikawitkowska.pl
Zdjęcie obok to moje ostatnie zdjęcie Solanusa - z portu w Nome na Alasce, zrobione w dniu wylotu do kraju.
To już koniec bloga rejsowego. Jak wyglądała podróż do Polski (po drodze zahaczyłam o Anchorage i Chicago) i co się dzieje u mnie w moim normalnym, „lądowym” życiu, można przeczytać na blogu „codziennym” na mojej stronie internetowej www.monikawitkowska.pl, albo klikając tutaj. Co się natomiast dzieje z "Solanusem" i jego załogą, można śledzić na oficjalnej stronie rejsu: www.solanus.bydgostia.org.pl
25 września, 79. dzień poza domem Nome, wylot do kraju Pożegnanie z "Solanusem"
W nocy właściwie nie spałam. Po pierwsze – nie za bardzo było kiedy. Wieczorem byłam zaproszona do domu Beaty i Adriana, poznanych tutaj Polaków, ale w międzyczasie przyszła do nas na jacht Deb ze swoimi córkami, więc w gości do rodaków trochę się spóźniłam. Ładne mieszkanko mają – na zewnątrz te miejscowe domki wyglądają dość niepozornie, ale wewnątrz są naprawdę komfortowe i przestronne.
Około północy Rafał, który także z nami był (ten od resocjalizacji miejscowych więźniów), podwiózł mnie samochodem do centrum, gdzie chciałam zobaczyć słynne tutejsze życie nocne. Zaliczyłam w sumie kilka lokalnych pubów, wybierając oczywiście największe speluny, takie, w jakich przesiadują miejscowi. Nie to, żebym chciała się napić (bo tu w przeciwieństwie do północnej Kanady nie ma problemów z kupowaniem alkoholu), chodziło o miejscowe „klimaty” i kontakty z ludźmi. Te akurat (kontakty znaczy się) nawiązać było dość łatwo, bo siedzący przy barze, na ogół rodowici Inuici, byli bardzo komunikatywni (procent alkoholu we krwi na pewno im tą komunikatywność ułatwiał) i sami wręcz dopytywali się skąd jestem, jak mam na imię itp. Trzeba przyznać że hasło „jestem z jachtu” robiło na nich wrażenie, a dodanie że „z Polski” wywoływało reakcję podobną do takiej, jaką byłaby informacja „ pochodzę z Księżyca”.
Główna rozrywka w pubach, to (poza żłopaniem alkoholu rzecz jasna) granie w bilard, oglądanie meczy wyświetlanych na wielkich ekranach (są to na ogół mecze futbolu amerykańskiego) i słuchanie nieśmiertelnych hitów (Bob Dylan na przykład) odtwarzanych z autentycznej szafy grającej. Zdziwiłam się, że mimo środka tygodnia i późnej pory jest tak dużo ludzi, ale to ponoć i tak nic w porównaniu z dniami, kiedy wypłaca się lokalesom ich udziały w dochodach danego terenu. Podobno każdy kto tu dłużej mieszka, dostaje raz lub dwa razy do roku sporą całkiem kasiorę stanowiącą część zysku, jaki ma dany region choćby z bogactw mineralnych. Wielu Inuitów swoje zyski najnormalniej w świecie przepija. Że jest to tutaj duży problem widać choćby po rozwieszonych plakatach odnośnie przemocy w rodzinie, alkoholizmie i karach jakie grożą np. za molestowanie seksualne nieletnich. Otóż według prawa Alaski za to ostatnie grozi kara nawet 99 lat więzienia! Co ważne – podkreśla się, że nie musi wcale dojść do stosunku. Po lekturze ulotki doszłam do wniosku, że część gier z moich harcerskich czasów śmiało można byłoby zakwalifikować na Alasce jako przestępstwo. Aaa, i jeszcze jedno! Doczytałam się też z ogłoszeń, że za sprzedanie alkoholu młodzieży poniżej 21 roku życia, grozi kara więzienia do lat pięciu, a do tego grzywna nawet 50 tys. dolarów!
Po powrocie na jacht chciałam cichaczem skończyć pakowanie, no bo z samego rana wylot, a ja ogólnie jeszcze niepozbierana. Chłopcy spali jak zabici, ale żeby mimo wszystko ich nie obudzić, postanowiłam zamknąć drzwi do mojej kajutki. Nigdy tego wcześniej nie robiłam (ba, wcześniej nawet nie wiedziałam że miałam jakieś drzwi!), przez co dobra w intencjach akcja zakończyła się nad wyraz efektownie: drzwi wyleciały z zawiasów z takim rumorem, że oczywiście całą ferajnę przebudziły. Mocno speszona ideę nocnego pakowania porzuciłam – grzecznie poszłam do koi, ale i tak nie mogłam spać, w obawie że zaśpię na samolot.
Nie ma co kryć, że szkoda było rozstawać się z Solanusem i naszą załogą, z którą spędziłam 2,5 miesiąca. Nie było jednak czasu na roztkliwianie się, bo zaraz po wcześniejszym niż zwykle śniadaniu przyjechał Igor, poznany wczoraj Rosjanin (czy raczej Estończyk) i zabrał nas (tzn. mnie i Damiana) na lotnisko. Z okna samolotu mieliśmy okazję ostatni raz spojrzeć na port i punkcik, który był naszym jachtem. A jakiś czas potem wyłoniły się wielkie, ośnieżone góry – masyw McKinleya na który zamierzam niebawem wejść (6194 m n.p.m.- najwyższa góra Ameryki Północnej). Potem zaś pojawiły się lasy! Pierwsze normalne drzewa które zobaczyłam po trzech miesiącach!!! Niedługo później znowu byliśmy w cywilizacji, największym mieście Alaski: Anchorage.
24 września, 78. dzień poza domem W Nome ”Przystanek Alaska”
Nome ma w sobie całkiem sporo obrazków znanych mi z filmu „Przystanek Alaska”. Mieszka tu około 3,5 tys. ludzi, wszyscy się znają, a choć miasto jest dość rozciągnięte, życie biznesowo-kulturalno-rozrywkowe skupia się przy głównym placu i nadmorskiej ulicy. Plac zdobi pomnik poszukiwacza złota plus niby-kościół, a raczej budynek z krzyżem który kiedyś owszem, kościołem katolickim był, ale nieliczna parafia przeniosła się do innego budynku, a ten opisywany oddała (czy pewnie – sprzedała) władzom. W każdym razie teraz w dawnym Domu Bożym organizuje się różne mniej lub bardziej poważne imprezy i wszyscy są z tego faktu bardzo zadowoleni.
Tak na marginesie to różnych kościołów jest w Nome jakoś niesamowicie dużo. Odnosi się wrażenie, że chyba każda rodzina może tu mieć własne wyznanie, przy czym większości nazw owych wyznań nigdy wcześniej nie słyszałam. No cóż, demokracja…
Co do głównej ulicy Nome to zabudowana jest ona domami w charakterystycznym, typowo westernowym stylu, choć równocześnie jest w miasteczku sporo domów o wyraźnie rosyjskich (syberyjskich) wpływach. Jeśli chodzi o ulice, to tutaj jest już asfalt – dla nas to pierwszy asfalt od półtora miesiąca! Drzewka też się pojawiły, choć na ogół chodzi o mikre choinki przypominające drzewka trzymane u nas w mieszkaniach na Boże Narodzenie. Z innych charakterystycznych elementów miasteczka, wszędzie stoją skutery śnieżne albo quady, na domach zawiesza się rogi karibu albo jakieś inne, a z nowości, czego nie było we wcześniejszych portach - co i rusz widać transparenty świadczące o politycznych preferencjach. Najczęściej widać: "Lisa Murkowski - U.S. Senat". Pytałam czy pani Murkowski, senatorka, jest może polską emigrantką, ale to polskie nazwisko to ponoć pozostałość po jakichś bardzo dawnych przodkach. Oczywiście jak to w Ameryce, wsżędzie też powiewają flagi USA plus stanu Alaski, czyli umieszczony na granatowym tle żółty gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy (inaczej mówiąc: Wielki Wóz) plus Gwiazda Polarna.
Główne centrum to oczywiście ratusz – drewniany budynek, wypisz-wymaluj jak z filmów o Dzikim Zachodzie, przy którym stoi popiersie Amundsena (był w Nome w 1906 roku), a z drugiej strony jest brama pod którą odbywają się zakończenia najdłuższego i najtrudniejszego na świecie wyścigu psich zaprzęgów czyli słynnego „Iditarod” odbywającego się co roku w marcu między Anchorage i Nome na dystansie 1150 mil (1850 km).
Mimo, że do Nome nie da się z cywilizacji dojechać drogami, czyli ma się do wyboru jedynie transport morski lub powietrzny (wielu lokalesów ma własne samoloty, co widać na miejscowym lotnisku), jest to już miejsce w miarę rozwinięte turystycznie. Dowodem tego choćby drogowskaz stojący przy jednym z hoteli, wskazujący ile dokąd jest mil (ach, te mile – na kilometry trzeba pomnożyć razy 1,6, bo to mila lądowa, nie morska). I tak: Honolulu – 3000, Syberia – 164, Londyn – 4376, Krąg Arktyczny – 141, Biegun Północny – 1759, Sydney – 7181, Nowy Jork – 3758, Moskwa – niewiele tylko dalej, bo 4032.
Jeśli ktoś będzie w Nome to polecam jeszcze wizytę w miejscowym muzeum – wejście gratis, a ekspozycja ciekawa. Są tam m.in. buty Amundsena (ale nogę facet miał!), maski inuickich szamanów, bransoletki ze szczęk krabów (!), zaś w ekspozycji o wyścigach psich zaprzęgów – sporo ciekawych zdjęć plus wypchany bohater wielu zawodów i nieprzeciętnie ponoć inteligentny psiak o imieniu Fritz.(żył przez 17 lat, do roku 1930).
O dziwo, tym razem jakoś wyjątkowo szybko poszło załatwianie spraw jachtowych. Wodę obiecał załatwić Arlo – chłopak z kapitanatu portu, który w 2006 roku płynął z Nome na „Starym”. Paliwo zamówiłam osobiście na stacji benzynowej o wdzięcznej nazwie „Bonanza” (chyba mało kto wie, że po angielsku oznacza to nic innego jak „szczęście”), choć za nic nie mogłam przeliczyć ile to galonów ropy potrzebujemy, a pani w kasie nie rozumiała co to znaczy 300 litrów. Po doświadczeniach z Tuk trochę się tego tankowania obawiałam, ale zupełnie niepotrzebnie, bo o umówionej godzinie podjechała do nabrzeża cysterna i błyskawicznie sprawa była załatwiona. Prysznice dla odmiany zaklepał mi telefonicznie pan z „Visitor Center”, a jedyne z czym jak się okazało jest problem, to wymiana dolarów kanadyjskich na amerykańskie, czego lokalne banki o dziwo nie chcą robić (w końcu jednak się udało). Przy okazji namierzyłam też pracującą w bibliotece Polkę – ma na imię Basia, a na moje „dzień dobry” aż zaniemówiła z wrażenia! W każdym razie umówiłyśmy się na wieczór…
Kiedy wróciłam na jacht mieliśmy gościa: siedział w mesie i wcinał mielonkę niejaki Igor. Igor jest Estończykiem, ale teraz mieszka w Seattle, a na Alaskę przyjeżdża na cztery miesiące w roku jako nurkujący poszukiwacz złota. Z jego opowieści wynikało, że przez te cztery miesiące zarobił 40 tys. dolarów. Muszę się zastanowić, czy nie przyjechać na tego typu saksy. Kobiety też się tym zajmują, przy czym jak zapewniał Igor praca nie jest ani ciężka, ani niebezpieczna. Pytałam jak ze znalezieniem pracy na krótki czas, np. dwa tygodnie (w sumie to bardziej chodzi o przygodę niż zarabianie za wszelką cenę). Wyszło na to, że skoro mam uprawnienia nurkowe (nie jest to wcale konieczne, ale daje gwarancję, że wiem jak sobie pod wodą radzić) to nie powinno być problemu.
Tak sobie miło w języku rosyjskim gawędziliśmy, kiedy Igor zaproponował, że zabierze nas na wycieczkę. Wkrótce potem podjechał rozklekotanym pick-upem, na którego pace siedziały dwa wielkie psy, a do środka wcisnęliśmy się my. Co do psów, to Igor je od kogoś tam odkupił, bo żal mu się zrobiło, że takie sympatyczne psiska są uwiązane na łańcuchach; postanowił zmienić ich życie zabierając ze sobą do Seattle. Na naszej wycieczce Sasza i Miszka (tak się czworonogi wabią) były po raz pierwszy spuszczone ze smyczy. Aż miło było patrzeć jak cieszyły się z tego, że mogły się do woli wybiegać. Opowiedziałam Igorowi historię swojej Czatki – bądź co bądź ja też odmieniłam jej życie, przywożąc nielegalnie kudłatą znajdę z Kamczatki i z bezdomnego psiaka robiąc salonową suczkę, która do tej pory, choć już dwa lata nie żyje, wspominana jest przez całą moją rodzinę jako najmądrzejszy i najwierniejszy pies świata.
Ok, wracając do Alaski… Celem naszej „wyprawy” było jedne z okolicznych wzgórz, na które Igor uparł się wjechać, co nas przyprawiało o zawroty głowy i niezłą adrenalinę, bo kilka razy omal nie wylądowaliśmy w rowie. Igor jest ogólnie luzakiem i auto prowadzi z dużą fantazją, a tym razem jeszcze co chwila oglądał się na psy, które zdecydowanie bardziej go absorbowały niż sama droga. Jak się potem okazało każdy z nas prawie myślał wtedy o tym samym, tzn. że głupio byłoby żeglarzowi uczestniczącemu w ekstremalnym rejsie, zginąć w głupim wypadku samochodowym.
Jakoś jednak szczyt wzgórza, a jakże, samochodem zdobyliśmy, wypatrując po drodze wołów piżmowych, które się w tych okolicach szwędają, choć akurat tego dnia nie raczyły nam się pokazać. Widoczek był niczego sobie – z jednej strony pofałdowane przestrzenie z osiedlami pracowników kopalni złota, z drugiej – Nome, pas wybrzeża i Morze Beringa. A tuż obok nas, na owym szczycie, wielkie betonowe bloki postawione w dawnych czasach, w trakcie Zimnej Wojny, jako część stacji Systemu Szybkiego Ostrzegania. Oczywiście ostrzegania przed rosyjskimi rakietami, które miałyby lecieć na wrogie USA.
Wycieczkę skończyliśmy dość nietypowo, bo w drodze powrotnej okazało się, że Igor zapomniał zatankować paliwa, a te właśnie się skończyło. Na szczęście było z górki. Stresujący był jedynie ostatni odcinek, na dojeździe do miasteczka, gdzie się wypłaszczało. Na szczęście starczyło nam siły rozpędu i doturlaliśmy się na stację, zatrzymując się dokładnie przy dystrybutorze. Wtedy dla odmiany okazało się, że Igor zapomniał również pieniędzy, a naszych dolarów kanadyjskich nikt nie chce. Na szczęście to już nie był problem, bo ostatecznie udało się Igorowi wziąć paliwo „na kreskę”.
Mając znowu paliwo Igor obwiózł nas jeszcze po miasteczku, obiecując pokazać „swoju daczu”. Dacza była równie oryginalna jak sam Igor – stanowiła ją mocno zweteraniona przyczepa campingowa przed którą stał śmieszny samochód z… konikiem na dachu. Konik taki jak na biegunach, tylko bez tych biegunów – dzięki niemu wszyscy w miasteczku wiedzą, że zbliża się auto Igora. Swoją drogą Igor jest dumny, że ma działkę tuż przy morskim brzegu. Zapłacił za nią 12 tys. dolców (teren coś chyba 30 x 60 m), a mimo że to już teren poza miasteczkiem, zakłada że będzie to dobra inwestycja na przyszłość.
Na koniec wycieczki Igor poznał nas jeszcze ze spotkanym na ulicy Polakiem (pracuje w miejscowym sklepie) i pokazał Velveta – oswojonego renifera mieszkającego w domku będącym większym odpowiednikiem budy dla psa. Niestety Velvet nie raczył do nas podejść, mimo że obiecywałam mu że zostanie gwiazdą polskich mediów.
Następnym punktem programu dnia była kąpiel, czyli możliwość skorzystania z pryszniców w tzw. Rec-Center (czyli Recreation Center – taki wielki kompleks sportowy). Tu znowu pojawił się problem kasowy – za prysznic trzeba było zapłacić 5 dolców od osoby (w tej cenie można było jeszcze skorzystać z sauny i siłowni), ale znowu - naszej waluty kanadyjskiej nie chciano, a kart nie przyjmowano. Mieliśmy jednak sporo szczęścia, bo recepcjonistą był Adrian, kolejny Polak mieszkający w Nome, a prywatnie mąż poznanej w bibliotece Basi, no i tak w ramach pomocy rodakom pozwolono nam na darmowy wstęp do łazienek.
Co znaczy kąpiel po dwóch tygodniach na morzu, nie muszę chyba mówić. Stałam pod tym prysznicem, stałam, zużyłam chyba tyle wody ile mogą pomieścić zbiorniki „Solanusa” i pewnie stałabym dłużej, gdyby nie to, że wypadało wrócić na jacht na kolację. A tam - znowu mieliśmy gościa! Był nim kolejny Polak zamieszkujący w Nome, Rafał, pracownik lokalnego więzienia. Większość podopiecznych Rafała to ci, którzy arktyczne chłody nadmiernie próbują rozgrzać alkoholem – ponoć wynikająca z tego przestępczość, gwałty, przemoc w rodzinie jest tu rzeczywiście nagminnym problemem. W ramach resocjalizacji Rafał organizuje więźniom zajęcia sportowe, chodzi z nimi na ryby… Coś mi się wydaje, że niektórzy mają w więzieniu lepiej niż w domu…
A póki co zabieram się do pakowania. Rano wylot, a ja mam jeszcze plany nocne… :-)
22 września, 77. dzień poza domem Dochodzimy do Nome O porcie poszukiwaczy złota
Dzisiaj cały dzień płynęliśmy już blisko brzegu. Niezwykły jest tutejszy krajobraz – iście księżycowe góry, które bardziej kojarzą mi się z krajobrazami znanymi mi z Półwyspu Arabskiego (choćby z Omanu) niż z moimi wyobrażeniami o Alasce. Owszem, jest różnica klimatu, ale i tu, i tam jest dziko i pustynnie.
Ta bliskość brzegu została w sumie wymuszona przez prąd (nie elektryczny, tylko morski). Ponieważ w nocy ciągle walczyliśmy z przeciwnym prądem, a do tego wiatr odkręcił się na wschodni, czyli w tym momencie dla nas niekorzystny, zaczęliśmy kombinować jak ten prąd ominąć. Przy brzegu zanikł, więc nam pasuje. Z smsa od „Ariela” wynikało, że mieli takie same problemy, bo pytali gdzie jesteśmy, jaki mamy prąd oraz wiatr. Ale tak w ogóle to tym razem wcale mi się nie spieszyło się do portu - żal było myśleć, że to moje ostatnie godziny wachty i żeglowania na "Solanusie" w tym rejsie.
Wejście do portu w Nome jest nieco skomplikowane, bo płytkie – w jednym miejscu tylko 2 metry! Już na główkach portu machała do nas jakaś pani z samochodem opatrzonym emblematem Kapitanatu Portu i pokazywała jak płynąć, i gdzie stanąć. Potem się okazało, że wiedziała, że wpływamy "podsłuchując" na kanale 16-tym moje próby skontaktowania się przez radio z mijanym po drodze statkiem amerykańskiego Coast Guardu. Chciałam ich zapytać, jak z odprawą graniczną, bo Nome to pierwszy (i ostatni) port USA do którego wchodzimy, ale nie odpowiedzieli. Za to pani z kapitanatu okazało się bardzo obrotna – ledwo sklarowaliśmy cumy, zapytała czy już dzwoniliśmy do biura Imigration, a widząc moje zdziwienie (nie przyszło mi do głowy, że trzeba zapowiadać się telefonicznie, a zresztą i tak nie miałam ich numeru) – sama po nich zadzwoniła.
Kwadrans później na jachcie pojawił się potężnych rozmiarów Robinson – Inuita z biura Imigration, bardzo miły zresztą, po czym dał do wypełnienia mnóstwo różnych kwitów, podstemplował paszporty i zezwolił na wyjście do miasta. Ponieważ był to upragniony moment, wyczekiwany przez Damiana i Bronka którzy już od dłuższego czasu marzyli o papierosach, więc chwilę później już ich na jach cie nie było.
W międzyczasie pojawiły się też dziewczyny z cumującego naprzeciw nas jachtu, który już na wejściu do portu wzbudził nasze zainteresowanie. Myśleliśmy że to brytyjski „Young Larry”, którego tak chcieliśmy dogodnić, ale nie. Jak się okazało „Young Larry” owszem, w Nome był, ale kilka godzin przed nami, wypłynął. Zielony kadłub który cumował przy pływającym pomoście okazał się drewnianym (!), amerykańskim jachtem o zaskakującej nazwie "Precipice" (w tłumaczeniu: "przepaść, urwisko"!), na którym żegluje i mieszka przesympatyczna i nieco szalona rodzinka złożona z Deb (oficjalnie Deborah - to właśnie ona do nas przyszła), jej męża Rollanda (nie poznaliśmy bo chwilowo wyjechał) i ich dwóch nastoletnich córek - Jannelle i Blanki, które wyglądają bardziej jak siostry Deb niż jej latorośle. "Precipice" zrobił Przejście Północno-Zachodnie w ubiegłym sezonie, dopłynął na zimowanie do Nome i… już tu pozostał, bo Deb i jej mąż znaleźli w miasteczku dobrą pracę, a dziewczynki poszły do miejscowej szkoły. Oczywiście w miarę wolnego czasu żeglują nadal – latem byli w rosyjskiej Prowidenii na Czukotce, ale niestety ze względu na skomplikowane formalności rosyjskie, do innych tamtejszych portów już nie weszli.
Deb okazała się super miłą i uczynną osobą – od razu zaproponowała że mnie obwiezie po mieście swoim samochodem, abym wiedziała, co gdzie w mieście się znajduje. Wycieczka była rzeczywiście przydatna, bo po zrobieniu kółka po głównych ulicach miałam już rozeznanie we wszystkich 3 supermarketach, bankach, pubach, możliwości wzięcia prysznica itp. Byłam też na jachcie Deb – przyznam że jestem pełna podziwu, bo warunki mieszkaniowe mają tam dużo skromniejsze niż na Solanusie, a przecież to ich praktycznie stały dom! Dziewczynki akurat odrabiały lekcje – na kolanie, bo na kilku metrach kwadratowych biurka wstawić się przecież nie da. Dzielna rodzina…
Przy okazji wizyty na "Precipice" spotkałam też faceta-autentycznego poszukiwacza złota! Właśnie schodził z łódki i pokazał swój dzienny urobek. Jeśli ktoś myśli że w tutejszych, słynących ze złota okolicach, wciąż się wypłukuje cenny kruszec siedząc w rzece z wielkim talerzem, to się grubo myli (no, chyba, że jest się to turystą). Teraz złota szuka się… pod wodą! Port Nome oprócz łodzi rybackich (no i razem z "Solanusem" dwóch jachtów) wypełnia mnóstwo dziwnie wyglądających, płaskodennych pływadeł, z przypominającymi odkurzacze rurami. Załogę tych oryginalnych łódek stanowią nurkowie, choć to może zbyt szumne określenie, bo schodzi się pod wodę na zaledwie kilka metrów, czyli nie ma dekompresji, a zadanie polega na wysysaniu tymi rurami piasku z morskiego dna. Właśnie w tym piasku, nanoszonym przez wody wpływającej w Nome do morza Rzeki Wężowej (Snake River) jest złoto i to w całkiem sporych ilościach. Facet którego spotkałam, szacował że w ciągu jednego dnia zarobił około 400 dolców!
21 września, 76. dzień poza domem, druga w nocy Morze Beringa, na trawersie Cape Douglas pozycja na godzinę 0200 – 64 st. 59`N, 167 st.10`W Pożegnanie z Arktyką
Wszystko wskazuje na to, że ostatnia moja nocna wachta. Przepiękne pożegnanie zrobiła mi arktyczna, czy już raczej podarktyczna noc. W wodzie błyskają fosforyzujące drobinki planktonu, na niebie pełno gwiazd, księżyc z jednej strony, zorza z drugiej. Już nawet nie wybrzydzam, że wolałabym rzadką czerwoną zorzę, a jest zielona – jest prześliczna, a jej zmieniające się co chwila kształty, przypominają szarfę poruszaną ręką jakiejś niewidzialnej postaci.
Wiem, że tu wrócę („tu”, czyli do Arktyki). Jeśli wszystko wypali, to za rok… Zakochałam się w arktycznym żeglowaniu, lodach, zorzach, inuickich tradycjach o których ciągle tak mało wiem, więc tym bardziej muszę je poznać. Po wczorajszym dniu wiem już nawet w które zatoczki kiedyś muszę wejść i które górki w tych okolicach zdobyć. A widziałam raptem malutki kawałek alaskańskiego lądu… Inna sprawa że jednak bardziej pociąga mnie to, co jednak dalej na północ (ponad Linią Kręgu) i na wschód (Rosja).
W międzyczasie, około północy przyszedł sms od „Ariela”. Są 10 mil za nami i też mieli problemy z silnym, przeciwnym prądem. Dzisiaj wieczorem spotkamy się w Nome. Ponoć jest tam też brytyjski „Young Larry”, o którym tylko słyszymy, a ciągle się nie widzieliśmy.
Napisał też smsa Wojtek z Toronto. Pytał o której przeszliśmy Cieśninę Beringa, bo według niego to właśnie miejsce liczy się za koniec North West Passage. A nam wcześniej mówiono (tzn. tak uważał Pieter Samotiuk z Cambridge Bay), że granicą jest Linia Kręgu Polarnego i ją fetowaliśmy. Kurcze, nawet nie wiemy, o której była ta Cieśnina Beringa. Z pobieżnych obliczeń wyszło że jakoś tak chyba wczoraj około piątej nad ranem.
Zapomniałam napisać, że na końcówce Cieśniny Beringa wyrzuciliśmy za burtę butelkę z listem od załogi. Butelka była nie byle jaka – po rumie wypitym przy przecinaniu Linii Kręgu Polarnego, zaś list jaki napisałam po angielsku i po rosyjsku wyjaśniał, że to z „Solanusa”, polskiego jachtu itp., a kto to znajdzie proszony jest o kontakt. Ciekawe, czy trafi w czyjeś ręce czy skończy żywot na jakiś skałach lub bryłach lodowych?
20 września, 75. dzień poza domem, około południa Morze Beringa, zaraz za Cieśniną Beringa Pozycja na godzinę 12.30 – 65 st.31`N, 168 st.10`W Alaska na wyciągnięcie ręki, marzenia o pomidorówce
Okazało się, że wcale nie tak łatwo przejść Cieśninę Beringa. Problemem jest przeciwny prąd, jak wyliczyliśmy porównując wskaźniki prędkości względem wody i względem dna, osiągający siłę 2,5 węzła. Wydaje nam się, że płyniemy całkiem szybko, a tymczasem nasz log pokazuje prędkość np. 1,5 węzła. Kiedy rano wstawałam przed czwartą rano na wachtę, widziałam brzegi Przylądka Księcia Walii (Cape Prince of Wales). Teraz jest 12.30 w południe i… wciąż je widzę. Tak w ogóle to pierwszy brzeg jaki widzimy od dwóch tygodni!
Ten Przylądek, będący najbardziej na zachód wysuniętym krańcem Alaski, wyznacza jeden kraniec Cieśniny Beringa. Od drugiej strony cieśninę ogranicza Mys Dezhneva (tak jest napisane na brytyjskich mapach), co z kolei stanowi najbardziej na wschód wysunięty kraniec Syberii. Cieśnina to granica między Morzem Czukockim (na mapach brytyjskich opisanym jako Chukchi Sea) będącym częścią Oceanu Arktycznego i Morzem Beringa, który należy już do Pacyfiku.
Cieśnina Beringa to również granica między Rosją i USA. Na mapie wydaje się, że granica przechodzi środkiem cieśniny, ale dokładnie to biegnie między dwoma wysepkami Diomede Islands, położonymi od alaskańskiego Cape Prince of Wales o 20 mil na zachód. Wysepki są dwie – jedna, nazwana Little Diomede Island (czyli Małą Diomede) należy do USA i jest tam mała inuicka osada. Druga z wysepek, Big Diomede (czyli Duża), choć ma też i inną nazwę – Ostrov Ratmanova, to już teren rosyjski i chyba nikt tam nie mieszka.
Obydwie Diomedy teraz, czyli w ciągu dnia, bardzo dobrze widać. Z kolei Przylądek Księcia Walii jest niemal na wyciągnięcie ręki – bezdrzewne, brązowe grzbiety wyglądają na bardzo niedostępne, a przez to wyjątkowo kuszące. W sumie to pierwszy amerykański ląd jaki widzimy – do tej pory mieliśmy widoki tylko na bliższe i dalsze morze.
Ale widok morza nie nudzi. Dziś w nocy było przepięknie. Cudownie rozgwieżdżone niebo, z moim ulubionym gwiazdozbiorem Oriona jakby śledzącym nasz kurs, no i niezwykły księżyc. Miałam wachtę kiedy wschodził (kiedy się wyłaniał znad widnokręgu idealnie z drugiej strony był zachód słońca). Kiedy wstawałam na kolejną wachtę – księżyc zachodził. Księżyc jest tutaj trochę inny niż u nas – ma jakiś taki nieco inny odcień i jest lekko zdeformowany – Tolek porównał go do piłki od rugby.
W miarę zbliżania się do Nome (jeszcze jakieś 100 mil) ja z Damianem zaczynamy już myślami wracać do lądowego życia. My z Nome odlatujemy już do kraju, dalej chłopcy płyną już w trójkę. Do Vancouver nie zdążę dopłynąć ze względów czasowych, myślałam wprawdzie o Aleutach, ale Dutch Harbour na Aleutach wyleciało z planów, więc jedyna możliwość, aby zdążyć do kraju ze względu na różne terminy zawodowe, jest właśnie tutaj. Mój mąż przysłał mi smsa z pytaniem na kiedy i którą godzinę wstawiać moją ulubioną pomidorówkę, którą po mistrzowsku przygotowuje jego mama, i naleśniki, w których z kolei nie do prześcignięcia jest moja mama. Sms wywołał u mnie ślinotok i to, że już nie tylko smak domowego jedzonka czuję w ustach, ale nawet jego zapach! Wszystko wskazuje na to, że za tydzień będę już po uczcie…
A co do smsów… Dostaliśmy bardzo dużo smsowych gratulacji za zakończenie Przejścia. Dzięki! Co tu kryć – miłe!
19 września, wieczorem O godz. 1756 ZAKOŃCZYLIŚMY PRZEJŚCIE
Z tego lecącego w dół barometru nic specjalnego nie wynikło. To znaczy wiatr rzeczywiście przybrał na sile, ale nie na jakiś huraganowy – doszło do siedmiu w skali Beauforta, czyli tak akurat. Po południu była już taka jazda, dosłownie śmiganie na falach, w przechyle połówkowym wiatrem, że aż trudno się było dorwać do steru – każdy z wachtujących deklarował, że jakby co, to może jechać kolejną godzinkę.
Linię Kręgu Arktycznego przeciął Romek. Już kilka godzin wcześniej co chwila ktoś z nas spoglądał na GPSa i relacjonował reszcie ile mil jeszcze zostało. Próbowaliśmy choćby dla zabicia czasu odespać zarwaną wachtami noc, ale jakoś nikomu nie udawało się usnąć. Nawet nie dlatego, że pod pokładem rzucało jak diabli i trzeba było nieźle walczyć z przeciążeniami, aby nie wylecieć z koi, ale choćby ze zwykłego podekscytowania. Tym razem jednak, ze względu na super prędkość (7-8 węzłów) mile „łykaliśmy” błyskawicznie, przez co pytania „czy już?” były jak najbardziej uzasadnione. W końcu kiedy było wiadomo że „prawie już”, wygrzebaliśmy się w sztormiakach na pokład. Sztormiaki były jak najbardziej uzasadnione, bo i fala wchodziła na pokład, i przechyły były całkiem, całkiem… Nie to co na Hornie, kiedy zakładaliśmy sztormiaki choć była flauta, tak żeby na zdjęciach wyglądało bardziej „bojowo”. :-)
Uwieczniłam na GPSie magiczny dla nas równoleżnik 66,33 st. szer. geogr. północnej, bo tyle właśnie ma Krąg Polarny, czy jak kto woli - Linia Kręgu Arktycznego. Dla uczczenia tego wydarzenia wyciągnęłam zakamuflowany u mnie w koi, w tajemnicy przed załogą rumik - nie byle jaki bo oryginalny "Captan Morgan". Oczywiście dla Neptuna za burtę też trochę odlaliśmy. Do tego było upieczone wczoraj ciasto i obiecane wcześniej batoniki "Grześki". W końcu jak święto to święto!
19 września, 74. dzień poza domem Morze Czukockie Pozycja na godzinę 12.00 - 67 st. 12`N, 168 st. 10`W Około 50 mil od Kręgu Polarnego - KOŃCA NORTH WEST PASSAGE
Od rana jakiś taki świąteczny nastrój. Nie dlatego, że znowu niedziela (dziś jajecznicę robił Damian), ale dlatego, że jeśli Pan Ocean pozwoli, dzisiaj wraz z przecięciem Linii Kręgu Polarnego (równoleżnik 66 st. 33`N) oficjalnie zamkniemy Przejście Północno-Zachodnie.
Specjalne ciasto okolicznościowe już z Damianem upiekliśmy. Teraz w piekarniku są chleby - pachnie super! W sumie zrobiliśmy cztery bochenki - zawsze to na dwa dni dłużej starczy chleba z Polski.
Pogoda - rewelacja. Słońce, umiarkowana fala, no i wiatr wreszcie odkręcił się na nordowo-eastowy (północno-wschodni), czyli dla nas korzystny. Z porannego smsa od Niklasa z "Ariela" wynika, że są za nami, dobre 40 mil. Niby to nie regaty, ale prawda jest taka, że pewna rywalizacja między nami a Szwedami jest - każdy chciałby być pierwszy. Co do mnie, to myślę że najfajniej byłoby być w tym magicznym dla nas miejscu razem (chodzi o przekroczenie Linii Kręgu). Ciasta wystarczy i dla nas, i dla "Arielowców".
A tak na marginesie to niepokojąco szybko zaczął spadać wskaźnik barometru. W ciągu ostatnich 5 godzin o dobre 4 kreski. Nie wróży to za dobrze.
18 września, 73. dzień poza domem Morze Czukockie Pozycja na godzinę 1200 - 69 st. 05`N, 169 st. 04`W Ach jak przyjemnie kołysać się wśród fal.
Dziś znowu "dzień osiołka" czyli grzejemy na silniku (ów "osiołek"). Dla przyzwoitości, aby przynajmniej po części czuć się jacht żaglowy, a nie motorowy, mamy postawionego bezana, ale nawet nie wmawiamy sobie, że coś on daje. Wiatr ciągle w dziób, ale że niezbyt silny (spokojna "trójeczka"), to przynajmniej fala zelżała. Na dodatek znowu mamy słońce i sympatyczny wyż (na barometrze wskazówka stoi twardo na 1021 mm), tak więc przed chwilą, podczas zmieniania się przy sterze, żartowaliśmy z Tolkiem, że tu trochę jak na Morzu Śródziemnym. O tym, że zrobiło się cieplej (bądź co bądź zjeżdżamy na południe) może świadczyć choćby to, że dzisiaj po raz pierwszy przesterowałam godzinę bez rękawiczek.
Przez tą ciągłą jazdę na silniku zaczynamy z niepokojem spoglądać w szybko już opróżniające się baki z paliwem. W sumie na "Solanusa" wchodzi niecałe 800 litrów ropy, a została jeszcze niecała 1/3 ich pojemności. Do Nome jeszcze ze 400 mil, a dopiero tam można będzie uzupełnić braki. Coś nam się wydaje, że w dużo gorszej sytuacji niż my jest nasz zaprzyjaźniony "Ariel".
Dzisiaj rano Niklas przysłał smsa, w którym zapytał gdzie jesteśmy i jakie mamy warunki pogodowe. Oni ciągle stoją na kotwicy, tam gdzie stali dwa dni temu. Czekają na zmianę wiatru, bo od jutro prognozy podają odkręcanie się wiaterku z południowego na nordowy (północny). Trzeba pamiętać, że "Ariel" nie wchodził do Tuktoyaktuk, jak również zdaje się nie był też w Barrow, co oznacza że od Cambridge nie uzupełniał paliwa. Nie dziwię się, że teraz robią wszystko aby iść na samych żaglach.
Dobra pogoda ma odzwierciedlenie w naszych dobrych humorach. Przy popołudniowej herbatce wymyśliliśmy, że warto wreszcie zrobić zdjęcia jachtu z masztu. Na pierwszy rzut poszłam ja - już samo rozszyfrowywanie jak skorzystać z nowiutkiej ławeczki bosmańskiej najnowszej generacji, okazało się niezłym testem na inteligencję, a przy okazji okazją do różnych dowcipów. Czasem trudno wręcz pojąć, jak można skomplikować proste wynalazki. Rekordy przekleństw naszej załogi budzą pasy bezpieczeństwa.
Dawniej na polskich jachtach pływało się w klasycznych, prostych parcianych "szelkach" do których wpinało się dwa proste w obsłudze "wąsy" z równie prostymi, ale skutecznymi karabinkami. Teraz mamy ładnie wykonane, za to wybitnie skomplikowane pasy z jedną mega długą linką zakończoną karabinkiem którego nie da się tak łatwo wpiąć jedną ręką. Efekt? Wolelibyśmy nie sprawdzać, jak się taka dziwna, zatwierdzona normami Unii Europejskiej "konstrukcja" spisze w naprawdę trudnych warunkach, kiedy trzeba działać szybko i nieomylnie. W każdym razie poczucia bezpieczeństwa takie pasy nie dają. Okej, rodziny uspokajam że my już mamy swoje patenty jak się jednak skutecznie zabezpieczać przed wyleceniem za burtę, a o tych pasach piszę o tym dlatego, żeby zwrócić uwagę na pewien problem: nie należy bezkrytycznie zachwycać się wszystkim co zagraniczne, ładne i być może droższe od naszych produktów.
Wracając do wchodzenia na maszt. "Zdobycie" salingów (takiej rozpórki na maszcie, wysoko nad pokładem) nie jest specjalne trudne, jeśli się ma dwóch kolegów którzy nas na wspomnianej ławeczce wciągają na linie. Jedyny problem to to, że u góry trochę buja, więc trzeba i siły, i równowagi, no i że trzeba do kolegów mieć zaufanie, nie zastanawiając się, czy lepiej spadałoby się do wody, na ponton czy na pokład. Po mnie na maszt wjechał jeszcze Bronek. Damian przy okazji próbował ubić interes - asekuracja w zamian za zrobienie jajecznicy na jutrzejsze niedzielne śniadanie, ale jakoś mało skutecznie negocjował. W każdym razie stan załogi po wycieczkach na maszt się nie zmienił, a co do widoków, to trzeba powiedzieć, że prujący fale Morza Czukockiego "Solanus" wygląda imponująco.
Teraz część "szkoleniowa" bo znowu dostałam pytanie smsowe. Tym razem chodzi o poruszony jakiś czas temu wątek o tym, że są tu takie anomalie magnetyczne i nie można używać zwykłych kompasów.
Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że kierunek północny jaki wskazuje igła w tradycyjnym kompasie jaki już coraz rzadziej można spotkać na jachtach, to tzw. północ kompasowa, nie pokrywająca się z północą geograficzną. Przyczyny tego są dwie. Jedna to pole magnetyczne samego jachtu, na co wpływ mają namagnesowane materiały wykorzystywane przy budowie kadłuba lub w jego osprzęcie (metalowe liny, różne urządzenia), nie mówiąc o różnych przyrządach elektrycznych. Drugi powód to z kolei to, że biegun geograficzny i magnetyczny nie pokrywają się. Może przytoczę cytat z książki "Nawigacja dla żeglarzy" napisanej przez kapitana Aleksandra Kaszowskiego, notabene członka klubu RTW Bydgostia-WSG-Lotto, organizującego rejs "Solanusa". Kapitan Kaszowski na "Solanusie" zresztą wielokrotnie pływał - zwłaszcza Bronek jego osobę często tu teraz wspomina.
Autor pisze: "(.)Przyjmijmy, że w pobliżu środka Ziemi znajduje się magnes. Oś tego magnesu tworzy z osią kuli ziemskiej kąt około 11,5 stopnia i przecina powierzchnię Ziemi w punktach zwanych biegunami magnetycznymi. Są one odległe o przeszło tysiąc mil morskich od biegunów geograficznych. Na półkuli północnej biegun magnetyczny znajduje się na półwyspie Boothia Feli na wschód od Ziemi Baffina, na półkuli południowej natomiast leży w Południowej Wiktorii. Dlatego igła magnetyczna będzie tylko w pewnym przybliżeniu wskazywała rzeczywisty kierunek linii N-S łączącej bieguny geograficzne".
Aby rzeczywiście mieć poprawne wyliczenia przy nawigowaniu w oparciu o tradycyjne kompasy trzeba robić różne działania matematyczne - m.in. dodawać odczytywaną z z map tzw. deklinację. Nigdy nie byłam miłośniczką liczenia, tak więc cieszę się, że doczekałam ery kompasów elektronicznych, działających w oparciu o GPS, przy których nie ma żadnych deklinacji ani dewiacji, co jednak nie znaczy, że nie znam podstawowych wzorów stosowanych w nawigacji (wciąż się ich wymaga przy egzaminach na stopnie żeglarskie). W każdym razie zmierzam do tego, że na arktycznych wodach Przejścia Północno-Zachodniego o zwykłych kompasach lepiej zapomnijmy.
Jak się zachowuje tradycyjny kompas blisko bieguna magnetycznego, opisuje w książce "Mischiefem do lodowych szczytów" brytyjski żeglarz - H.W.Tilman. Oto fragmencik jego ogólnie średnio ciekawej książki:
"Na mapach kanadyjskich tego rejonu znajduje się zniechęcające ostrzeżenie: Kompas magnetyczny jest w tym rejonie bezużyteczny". W Upernavik [Grenlandia] deklinacja magnetyczna wynosi już 60 stopni W [odchylenie na W, czyli zachód oznacza że daną wartość trzeba odjąć, gdy jest na wschód, czyli E, trzeba ją dodać], na Wyspie Bylota [koło Pond Inlet gdzie miesiąc temu byliśmy] wzrasta do 75 st. W, a na zachodnim krańcu Cieśniny Lancastera wynosi 90 st. W. Biegun magnetyczny znajduje się obecnie w przybliżeniu na szerokości 70 st. N i długości 97 st. W, tylko około 400 mil od wyspy Bylota, w kierunku południowo-zachodnim. Na biegunie magnetycznym swobodnie zawieszona igła kompasowa wskazuje w górę i w dół, ponieważ nie występuje tu siła pozioma, ustawiająca ją w określonym kierunku. Stąd właśnie skrajna ospałość igły kompasowej w Arktyce Kanadyjskiej i jej całkowita bezużyteczność w pobliżu bieguna magnetycznego.
Kilka godzin później.
Znowu zwolniliśmy. Wiatr się wzmógł, ale w związku z tym jest większa fala, a kierunek wiatru jest idealnie prosto w dziób. Wróciliśmy do wariantu, że warto się cieszyć nawet z prędkości 2,5 węzła. Do Nome, najbliższego portu (gdzie ja z Damianem żegnamy się z "Solanusem" i wracamy do kraju), ciągle daleko, tzn. z 450 mil. Do przecięcia linii Kręgu Polarnego oznaczającej dla nas "zaliczenie" Przejścia Północno-Zachodniego - w linii prostej jakieś 130 mil. Na wszelki wypadek nie kalkulujemy, kiedy tam dojdziemy, ale na pewno będzie to powód do wielkiej fety na jachcie. Już teraz obiecałam, że w ramach podwieczorku wydam wiezione z Polski "Grześki" - batoniki będące obiektem pożądania załogi od wielu już dni :).
17 września, 72 dzień poza domem, Morze Czukockie, pozycja na godz. 12-tą 69 st.50` N, 164 st. 43`W O Inuitach i wielorybach
Znowu straciłam rachubę dni. Ważne jest to, "o której jadę", czyli o której mam wachtę, a nie to, czy dzisiaj jest czwartek, czy piątek. Jedynie kambuźnik musi pilnować niedzieli, żeby nie zapomniał o zwyczajowej jajecznicy.
Wreszcie ruszyliśmy z normalną prędkością. Log wskazuje 5,7 węzła, co jest ostatnio oszałamiającym rekordem. Przez ostatnie dni cieszyliśmy się nawet 3 węzłami, bo nawet taki wynik trudno było osiągnąć. Wczoraj wieczorem nad horyzontem pojawiły się ciężkie, ciemne chmury, które jedyne co wydawałoby się mogły przynieść, to silny wiatr. Chmury wyglądały dość ponuro, wręcz złowieszczo, zaczęłam więc zastanawiać się, czy nie zaproponować zarefowania grota (zmniejszeniem jego powierzchni). Zresztą Tolek, który wyjrzał na pokład też od razu zwrócił uwagę na te ciemne chmurzyska, mrucząc przy tym: -Oj, da nam popalić! No ale jak to w Arktyce - pogoda zmienia się błyskawicznie, tak więc w ciągu następnej godziny chmury się rozwiały i nadzieje na silniejszy wiatr prysły. Mam jednak swoją teorię na temat równowagi w przyrodzie. Nie ma siły - po wyżu musi kiedyś przyjść niż, a ten na tych morzach naprawdę może dać nam w kość.
Trzeba jednak powiedzieć, że z każdą milą na południe robi się cieplej. Do tropików wprawdzie daleko, ale zrezygnowałam już z mojego najcieplejszego polaru. Pojawia się też coraz więcej ptaków, za to zapomnieliśmy już o pyszczkach fok. Tylko wielorybów ciągle brak! Nie mogę przeboleć, że tyle płyniemy i ciągle nie widzieliśmy żadnego z waleni!
No właśnie, a`propos wielorybów. Inuici mieszkający na Alasce, czyli jakby nie było obywatele USA, też na wieloryby polują. Polowania na wieloryby budzą w całym świecie sporo sprzeciwów, chociaż organizacja zwana International Whaling Commission (IWC) akceptuje odłowy prowadzone przez ludzi z grup kulturowych mających to w swoich odwiecznych tradycjach. Należą do nich m.in. Inuici, którym przyznaje się urzędowo ustalane limity. Ale i tutaj jest dużo polityki, a samą IWC też nie wszystkie państwa akceptują.
Wystąpiła z tej organizacji, i to już dawno, bo w 1982 roku, Kanada, która przeciwstawiła się wtedy decyzjom związanym z polowaniami Inuitów na wieloryby z gatunku wielorybów grenlandzkich (po angielsku bowheads). Ponieważ potem rząd kanadyjski zgodził się na kolejne odłowy, i to również jednego z zagrożonych gatunków, doprowadziło to do sprzeciwu dyplomatycznego USA oraz sankcji dotyczących importu kanadyjskich produktów z fok. Dla odmiany bardzo dobrze wyglądają "wielorybie stosunki" między USA i Rosją. W 1997 roku IWC przyznała obu tym krajom wspólny limit dotyczący połowów wielorybów przez tzw. "aborygenów".
Limit dotyczył konkretnej liczby, jednej na dwa państwa, a przedstawiciele obu mocarstw dogadali się odnośnie szczegółów. Chyba dobrze to działa, bo kiedy Indianie z plemienia Makah (w Stanie Waszyngton, czyli tak na wysokości Seattle) poprosili o zgodę na upolowanie ważnych w ich tradycji tzw. szarych wielorybów, sprawę błyskawicznie załatwiono. I tak żyjący na Alasce Inuici z plemienia Inupiat, którzy nie wyczerpywali swoich limitów na wieloryby bowhead, oddali swoje pięć sztuk Inuitom z rosyjskiej Czukotki. Z kolei rosyjscy pobratymcy w ramach wymiany oddali swoje przydziałowe pięć sztuk szarych wielorybów dla Indian Makah. Najważniejsze, że bilans się zgadza.
A co do określenia "Inuici" to z Locji Admiralicji dowiedziałam się, że nazwa ta urzędowo została wprowadzona na I Międzynarodowej Konferencji, jaka w 1977 roku odbyła się w Barrow (chodzi o inuicką miejscowość na Półwyspie Barrow o którym ostatnio na tym blogu wspominałam). Wtedy właśnie zdecydowano, że "Inuici" to jedyne poprawne określenie ludów żyjących w arktycznych rejonach półkuli północnej - nie żadne, uważane za nieco pogardliwe i niezbyt stosowne "Eskimosi".A co do Alaski to Inuici żyją tu od baaaardzo dawna. Ich ślady w niektórych miejscach datują się na okres około 6 tys. lat p.n.e. !
15 września, 71 dzień poza domem, Morze Czukockie O historii Alaski słów kilka...
Z tym, że Arktyka nie chce nas wypuścić, o czym wspominałam kilka dni temu, to prawda. Sztorm się wprawdzie skończył i znowu wiatr ścichł, ale morze jest "rozbełtane", przez co trudno się nam przebić pod fale, no i na dodatek mamy przeciwny prąd. Na dodatek ten prąd będzie nam teraz cały czas towarzyszył - na mapkach w Locji Admiralicji widać, że w tym akurat rejonie jego prędkość może wynosić nawet 2,5 węzła. Wyobraźcie sobie - przeciętny piechur idzie z szybkością 5 km na godzinę, czyli to mniej więcej właśnie te 2,5 węzła, a to tak jakby iść, iść i dzięki tej niewidzialnej, ale skutecznej sile stać w miejscu! W każdym razie żadna to pociecha, że później, w Cieśninie Beringa, gdzie jest wąsko, prąd będzie miał już "tylko" 1,5 węzła!
Opływamy Alaskę, mam więc wystarczająco dużo czasu, aby obejrzeć ją dokładnie na mapie. Niby to teren należący do USA, a wciąż pełno tu nazw ewidentnie rosyjskich. Jest np. Przylądek Kruzenszterna (Cap Krusenstern), Punkt Romanowa (Pt. Romanom), Wyspa Pawłowa (Pavlov Is.) i wiele innych. Może z tej okazji trochę o tym, co ma na temat historii Alaski do powiedzenia brytyjska Locja Admiralicji (w moim w miarę dokładnym tłumaczeniu):
"Pierwszymi Europejczykami, którzy zobaczyli ziemię nazywana teraz Alaską, byli prawdopodobnie w 1728 roku członkowie ekspedycji dowodzonej przez Kapitana Vitusa Jonassena Beringa, Duńczyka służącego w marynarce rosyjskiej. Celem wyprawy było określenie, czy Syberia i Ameryka Północna to jeden zwarty ląd, chociaż Alaska nie była poprawnie zidentyfikowana aż do drugiej podróży, kiedy to 15 lipca 1741 roku Alexei Chirkov, dowodzący jednym z okrętów flotylli Beringa dokonał lądowania na południowym wybrzeżu Alaski . Co do samego Beringa - później jego statek rozbił się na należącej obecnie do Rosji wyspie Ostrov Beringa [blisko Kamczatki] , gdzie słynny kapitan zmarł. Jego marynarze, którzy przetrwali, powrócili do Rosji z mnóstwem skór wydr morskich, co w efekcie zwabiło na nowo odkryte wybrzeże licznych myśliwych i handlarzy skórami.
W 1784 roku powstało pierwsze na Alasce rosyjskie osiedle - było to na wyspie Kodiak. Potem powstały następne, ale wciąż Kodiak pozostał centrum rosyjskiej aktywności aż do 1804 roku, kiedy to siedziba zajmującej się handlem futrami Kompanii Rosyjsko-Amerykańskiej (powstałej w 1799 roku) przeniosła się do miejscowości obecnie zwanej Sitka, wtedy znanej jako Nowy Archangielsk. Kompania zarządzała tymi terenami, które ogólnie traktowano jako kolonię rosyjską, przez kolejne 60 lat robiąc to już z Sitki, gdzie przy okazji rozwinięto budownictwo statków, założono obserwatorium magnetyczne i sporządzano mapy nawigacyjne.
W tym też okresie Rosjanie zajęli się eksplorowaniem dorzecza Jukonu oraz rzeki Kuskokwin, natomiast Amerykanie interesowali się głównie wybrzeżami morskimi, rozwijając rybołówstwo i polowania na wieloryby. Pojawili się również Brytyjczycy, którzy przyszli od strony Kanady. Próbując uwikłać Brytyjczyków w konflikt z USA o Alaskę, a przez to chcąc odwrócić uwagę brytyjską od rosyjskich interesów w Europie, Rosja sprzedała USA swoją alaskańską kolonię, dostając za to w 1867 roku 7,2 mln dolarów.
Wkrótce potem prawie wszyscy pełnokrwiści Rosjanie opuścili Alaskę, chociaż Amerykanie nie wprowadzili tu żadnego formalnego rządu aż do roku 1884. Wtedy dopiero, po odkryciu złota koło Juneau, ogłoszono powstanie tzw. Land District zarządzanego przez stan Oregon.
W latach 1896-1900 znaleziono więcej złota, szczególnie w okolicach rzek Jukon, Klondike i koło osady Nome [gdzie wkrótce będziemy], a poza tym odkryto też bogate złoża miedzi przy Copper River na południu Alaski. Odkrycia te doprowadziły do konstrukcji dróg i różnych portów, a także do doprowadzenia kolei. Następstwem rozwoju górnictwa, rybołówstwa i przemysłu stał się powolny wprawdzie, ale systematyczny wzrost ekonomiczny i wzrost liczby ludności. W 1912 roku Alaska zostało oficjalnie ogłoszona częścią terytorium Stanów Zjednoczonych, chociaż dopiero w 1959 roku zrobiono z niej niezależny, 49 stan USA."
Tyle Locja, ja dodam jeszcze że USA to zlepek w sumie 50 stanów - po Alasce doszły jeszcze, już jako 50. stan - Hawaje. Warto wiedzieć, że Alaska jako stan USA ma powierzchnię 1,48 mln km kw. - to ponad 4,7 razy więcej niż powierzchnia Polski!
14 września, 70. dzień poza domem, na porannej wachcie Morze Czukockie, pozycja na godz. 8-mą - 71 st. 32`N, 159 st. 03`W Sztormowo...
Uff, wreszcie udało się przejść Point Barrow - cypelek będący najbardziej na północy wysuniętym krańcem USA (71 st.23` szer. geogr. północnej). Tym samym zostawiliśmy już za sobą Morze Beauforta i weszliśmy na Morze Czukockie. Jedne i drugie jest częścią Oceanu Arktycznego. Z tej okazji dowaliło nam nieźle wiatrowo - mówiliśmy, że jest "lajtowo", no to mamy sztormik. Wiatromierz pokazał przed chwilą, że wieje z siłą 18,7 m/sek., co oznacza jakieś 37 knotów, czyli według tabelki w dzienniku jachtowym - bita ósemka. Co ciekawe, w języku angielskim takie wiatry - od 8 do 10 w Skali Beauforta, nazywa się "gael", a słowo "storm" dotyczy wiatrów dopiero od 10 Beaufortów.
Rozdmuchało się już wczoraj wieczorem. Dobrze że przynajmniej z dobrego kierunku, czyli od wschodu, co w naszym wypadku oznacza wiatr od rufy. Lubię takie pływanie - dynamiczną jazdę na fali, głośne drgania takielunku, ryk morza. Na pokład wychodzimy teraz w pasach asekuracyjnych, przypinając się do specjalnie do tego celu zrobionych uch przy stanowisku sternika, albo przy pracach na pokładzie - do przeciągniętej przez cały pokład stalowej lifeliny. W sumie nawet nie było w tej sprawie żadnego odgórnego nakazu - wszyscy zdają sobie sprawę, że to w naszym własnym interesie. Miałam już okazję być zmyta przez falę przelewającą się przez pokład - dawno temu przy przechodzeniu Pacyfiku. Przerażona zatrzymałam się na relingach, z głową w spienionej wodzie. W każdym razie to była dobra szkoła i nigdy już do tego wolę nie dopuścić. Sile wody nie sposób jest przeciwdziałać. Pływając na żaglowcach zauważyłam że dziwną niechęć do zakładania pasów mają młodzi i niedoświadczeni żeglarze, którzy chodzenie w szelkach traktują jako swoistą ujmę na honorze. To tak trochę jak z kaskami u narciarzy - dobrzy narciarze zwykle jeżdżą w kaskach, bo chociażby i doświadczenie podpowiada im, jak są one ważne, a o dziwo trudno przekonać do kasków tych, którzy ledwo się na nartach trzymają. Oj, coś zaczynam myśleć o nartach. Czy to sygnał zbliżającej się zimy, czy też tęsknię już za lądem?
Po południu... Zimno tak, że aż strach, i w związku z tym - szkolenie na temat hipotermii
Jest tak zimno, że postanowiłam uświadomić się trochę (a przy okazji i Was, drodzy czytelnicy) na temat hipotermii. To jedno z największych zagrożeń Arktyki, o którym tutaj przestrzega się turystów na każdym kroku, wydając na ten temat nawet specjalne prospekty. Jeden z nich sobie przetłumaczyłam i teraz krótkie jego streszczenie z informacjami, które oby nigdy nikomu się nie przydały. Oczywiście nie tylko w Arktyce można mieć doczynienia z hipotermią - w Polsce również, a ja, jak do tej pory, najbardziej dotkliwie odczułam jej objawy w górach Ruwenzori, czyli w Ugandzie, w samym sercu Afryki, zaledwie 30 km od równika, gdzie wraz z kumplem zdobywaliśmy pokryty lodowcem tamtejszy pięciotysięcznik. Co do naszego rejsu to jednym z największym jego zagrożeń jest choćby wylecenie za burtę, a w tutejszej wodzie hipotermię łapie się błyskawicznie. W każdym razie polecam poniższą lekturę zwłaszcza miłośnikom gór oraz żeglarzom którzy lubią czasem popływać po zimnych wodach (nie ważne czy to okolice Hornu, czy nasz jesienny Bałtyk). Pozostali mogą sobie lekturę odpuścić, bo sporo tego.
Do rzeczy...
Co to takiego ta hipotermia?: Hipotermia to poważne wyziębienie wnętrza, "jądra" organizmu spowodowane zimną, mokrą i wietrzną pogodą albo zanurzeniem w zimnej wodzie. Zaskakujące, ale większość wypadków hipotermii lądowej dotyczy wcale nie jakichś ekstremalnych temperatur, lecz takich w przedziale między 0 a 10 stopni Celsjusza. Wynika to z tego, że na lądzie zimno traktujemy jako sprawę poniekąd naturalną, przez co lekceważymy pierwsze objawy hipotermii, a potem bywa już zbyt późno na ratowanie, bo w skrajnych sytuacjach hipotermia to przypadłość kończąca się zgonem. Co do wody, to trzeba pamiętać, że w zimnej wodzie nasze ciało traci ciepło znacznie szybciej niż na lądzie. Początki hipotermii mogą zacząć się zaledwie w kilka minut po znalezieniu się w zimnej wodzie.
Widoczne objawy hipotermii: Najpierw pojawiają się dreszcze, ogólne drżenie, potem dreszcze stają się coraz bardziej gwałtowne i w końcu zupełnie niekontrolowane. Często towarzyszy temu zmęczenie i apatia. Potem objawy są coraz bardziej poważne - dochodzą trudności w mówieniu, myśleniu, wykonywaniu różnych czynności, dziwne, nieracjonalne zachowanie, sztywnienie mięśni, osłabienie i w końcu brak refleksu, utrata przytomności. Kolejny etap to niemożliwość koordynacji, zagubienie się w tym co ma się zrobić, dziwne reakcje które sprawiają, że delikwent wydaje się jakby pod wpływem alkoholu.
Co się dzieje z ciałem? To, że w zimnym otoczeniu ciało automatycznie zaczyna się trząść, wynika z tego, że w ten sposób stara się wygenerować dodatkowe ogrzewanie. W pewnym momencie organizm ogranicza cyrkulację krwi odcinając stopniowo dopływ krwi do ramion, nóg i skóry (stąd dokuczliwe najpierw marznięcie palców, a potem odmrożenia kończyn). Po prostu nasze kochane ciałko robi wszystko, aby zwolnić utratę ciepła i zachować je przede wszystkim dla zasadniczych organów wewnętrznych.
Zimno stopniowo atakuje organizm. Trzęsąca się ofiara hipotermii z czasem traci zdolność trzęsienia się i wyziębia się jeszcze szybciej. Ponieważ temperatura ciała ciągle spada, pojawia się ryzyko migotania (fibrillation) serca, czyli szybkiego nieregularnego i nieefektywnego bicia ser ducha, albo nawet zatrzymania akcji serca. Kiedy temperatura ciała spada poniżej 27 stopni Celsjusza, dochodzi zwykle do śmierci spowodowanej niewydolnością serca i systemu oddychania.
Jak się zachować aby zapobiegać lub opóźnić? W zimnej wodzie Przede wszystkim trzeba zachować spokój (łatwo mówić!). Panika, rzucanie się czy nawet stylowe pływanie w bardzo zimnej wodzie powodują bezsensowne marnowanie ciepła jakie jeszcze posiada nasze ciało. Pojęcie "zimnej wody" jest dość umowne, ale ulotki kanadyjskie przestrzegają, aby nigdy nie próbować przepływać długich dystansów w wodzie o temperaturze poniżej 15 stopni (chyba nie wiedzą, że w Bałtyku pływa się przy niższych temperaturach). Nie powinno się też zdejmować ubrania, które działa trochę jak termos - hamuje dopływ zimnej wody do skóry i ogranicza w ten sposób utraty ciepła. Dobrze jest mieć na sobie kamizelkę ratunkową, tj. tzw. kapok, który nie tylko że pomaga w utrzymaniu się na powierzchni wody bez żadnych ruchów (znowu - chodzi o jak najmniejsze utraty energii i ciepła) to jeszcze stanowi dodatkową warstwę ochronną przed wyziębieniem. Szczególnie duże utraty ciepła przy zanurzeniu w wodzie następują poprzez głowę, szyję i klatkę piersiową. Dobrym pomysłem jest więc trzymanie się czegoś, np. przewróconego kajaka, szczątków łodzi etc. tak aby przynajmniej głowa była wynurzona. Z tego powodu zamiast gdzieś tam dopłynąć, lepiej jest przy płytkim dnie dojść, mając wynurzoną głowę. Na głębokiej wodzie warto natomiast stosować specjalne pozycje, które pokazują rysunki w różnych podręcznikach związanych z ratownictwem morskim. Przy kilku osobach w kamizelkach ratunkowych obejmujemy się za ramiona przytulając do siebie, jeśli natomiast jesteśmy w pojedynkę - składamy ręce na piersi i podkulamy kolana do pozycji trochę przypominającą embrionalną (jest nawet międzynarodowa nazwa tej pozycji - HELP, od: Help Escape Lessening Posture).
Tak w ogóle to polecam wszystkim żeglarzom Kursy Ratownictwa Morskiego. Ja kiedyś miałam okazję uczestniczyć w czymś takim w Wyższej Szkole Morskiej w Gdynii, więc mogę powiedzieć z autopsji: super ciekawe, no i pożyteczne to zajęcia, także praktyczne. Wszystkie te pozycje (jak również stawianie tratwy ratunkowej, wchodzenie do niej) ćwiczy się w ramach zajęć praktycznych na basenie.
Na lądzie Jeśli my albo nasi kompani mają oznaki hipotermii, w pierwszej kolejności musimy znaleźć albo zrobić odpowiednie schronienie - chodzi o osłonę od wiatru, deszczu i zimna. Ważne jest oczywiście, aby jak najdłużej pozostawać suchym. Jeśli mamy z czego, powinniśmy rozpalić ogień, albo zapewnić jakieś inne źródło ciepła. Szansę na przetrwanie zwiększa wypicie ciepłych płynów (trzeba zapobiegać odwodnieniu) i zjeść coś wysokoenergetycznego (choćby batonik). Jeśli możemy, dobrze się jest przebrać w suche rzeczy i przykryć czymś co jest dobrze izolowane (choćby płaszcz wodoodporny czy ciuchy wiatroodporne).
Ratowanie Musimy ocenić kondycję ofiary i to sami, nie oglądając się na jej oceny (delikwent może powiedzieć, że jest okej, bo nie chce sprawiać kłopotu). Spadek temperatury ciała do 30 stopni i niżej to bardzo poważna sprawa. Brak dreszczy (pewnie były wcześniej i ustąpiły), słaby puls, płytki oddech, stan pół-przytomności , to już bardzo zaawansowane objawy hipotermii.
Nie wystarczy przykryć poszkodowanego kocem - trzeba zapewnić jakieś źródło ciepła. Ogrzewanie musi być prowadzone stopniowo!!! Wszystkie ruchy ofiary muszą być delikatne, powolne, na pewno nie można zmuszać go od razu do żadnych ćwiczeń ani robić masaży, rozcierając nogi i ręce bo możemy go zabić! Chodzi o to, że nagłe przywrócenie krążenia krwi i zbyt szybka wlanie się zimnej krwi do głównych narządów może spowodować zatrzymanie akcji serca.
Podstawowe zasady działania przy lekkiej hipotermii: * umieszczamy poszkodowanego aby odpoczął w jakimś schronie, gdzie nie jest narażony na kiepskie warunki pogodowe, a najlepiej ma jakieś źródło ciepła; * zmieniamy ubranie na suche; * podajemy słodkie, ciepłe płyny - oczywiście o ile ratowany jest przytomny. Co do pomysłów z ciepłą kąpielą to jest to polecane wyłącznie przy bardzo lekkiej hipotermii, a nawet wtedy poszkodowany powinien trzymać swoje ręce i nogi na zewnątrz, poza wodą, aby nie doprowadzić do gwałtowanego wymieszania się krwi z ciepłych i wychłodzonych partii ciała (ryzyko tzw. fibrylacji serca). Nie powinno się podawać papierosów ani alkoholu - obie te używki hamują proces ponownego rozgrzewania się ciała.
Przy poważnej hipotermii: * trzeba sprowadzić fachową pomoc medyczną jak tylko szybko to możliwe; * okrywamy poszkodowanego; * koło głowy, szyi czy na klatkę piersiową kładziemy ciepłe przedmioty (np. butelki z ciepłą wodą czy rozgrzane, w coś owinięte kamienie). Jak wystygną, kładziemy znowu ogrzane; * Nie zdejmujemy mokrych ubrań - nawet mokre stanowią pewną izolację. * Dobrym pomysłem jest użycie ciepła własnego ciała, czyli przytulenie się do wychłodzonego; * jeśli nie ma ryzyka zadławienia się "ofiary", podajemy ciepłe, wysokokaloryczne płyny. Ważne: nie wolno się zbyt szybko poddawać w zabiegach ratowania, nawet jeśli wychłodzony wygląda jakby już nie żył - znane są przykłady odratowani a ludzi z hipotermii nawet po 20 minutowym przebywaniu w zimnej wodzie.
Cdn ale póki co muszę przerwać, bo kończy się benzyna w agregacie, który daje mi możliwość wysłania mailowo info na bloga. Następna łączność pewnie za kilka dni.
13 września, 69. dzień poza domem, po południu Morze Beauforta, w pobliżu Cape Halkett pozycja na godz. 1500 - 71 st. 29`N, 151 st. 36`W Osiołek i woły piżmowe
Od rana znowu ciągnie nas "osiołek". Tak Bronek nazywa silnik, który musieliśmy o trzeciej w nocy odpalić, zrzucając grota i foka. Powód - przeciwny wiatr. Na halsowanie się nie mamy za bardzo czasu, tym bardziej że jedyny hals jeszcze w miarę do przyjęcia i tak prowadzi w pole lodowe, którego skrajem idziemy.
Pogoda - barowa, czy jak kto woli - telewizyjna, choć ani jednego (baru) ani drugiego (telewizji) nie widzieliśmy już od dawna. Ciągle tylko mgła, mżawka i zimno, no ale nikt nie obiecywał że będzie łatwo. Borje z kolei przysłał smsa, że ciągle jeszcze płynie po rzece Mackenzie i jest nią zauroczony! Znając jego szczęście, pewnie ma super pogodę i wygrzewa się pod błękitnym niebem (czego mu szczerze życzę).
Jazdę na silniku wykorzystałam na doprowadzenie się do porządku. Chyba trochę "rozpuściłam się" na jachcie Borje, gdzie miałam nielimitowany dostęp do prysznica, więc teraz po tygodniu braku wyglądania jednak bardziej kobieco, jakoś źle się zaczęłam czuć J. Bronek zgodził się na zabiegi para-kąpielowe (zapytałam, żeby nie było że marnuję wodę), a to że napisałam "para" to dlatego że to raczej namiastka kąpieli - z różnych przyczyn prysznic jako taki jest na "Solanusie" w tym akurat rejsie niemożliwy. Z drugiej strony jest miednica i kran ze słodką wodą (kiedy jedziemy na silniku - nawet ciepłą), więc jakoś można sobie poradzić. Trzeba się jednak pogodzić z tym, że ekstremalne żeglowanie jakie uprawiamy, nie za bardzo sprzyja higienie. I tak dobrze że to Arktyka, a w zimnie z natury rzeczy mniejsza częstotliwość mycia jest łatwiejsza do zniesienia niż w upale.
Z innej paki. Jeden z czytelników tego bloga zapytał mnie w smsie co to takiego woły piżmowe, o których kilka razy wspominałam (ostatni raz jak płynęłam na "Annie" i Borje przyrządził żujące, mocno gumowate mięso tego zwierzaka, odstrzelonego przez poznanego w Cambridge Bay Inuitę). Chodzi o wielkie zwierzaki, które pozornie przypominają bizony, choć w rzeczywistości są z tej samej rodziny co zwykłe bydło i z punktu widzenia systematyki zoologicznej - bardziej zbliżone do kóz oraz owiec, niż do bizonów. Woły piżmowe to po inuicku: Umingmak, a po łacinie: Ovibos moschatus. Samce (byki) mają około 2 metrów długości i 200-350 kg wagi, samice (krowy) są troszkę mniejsze, a co ważne - obie płcie mają zakrzywione rogi.
Woły piżmowe są roślinożerne - podstawę ich diety stanowią porosty, trawa i krzaki wierzby arktycznej jakie rosną na podmokłych mąkach i wzdłuż cieków wodnych. Pasą się pojedynczo lub w stadach, przy czym jeden dominujący samiec skupia wokół siebie harem samic. Walka o dominację (i samice) jest bezpardonowa - byki stają naprzeciw siebie, dla dodania sobie animuszu pocierają wielkim pyskiem o przednie nogi, prychają, albo nawet ryczą, no i ruszają do natarcia jako oręż traktując rogi. Jeśli się w natarciu nie spotkają, po mniej więcej 50 metrach stają, odwracają się do siebie i ponawiają atak, tak długo aż któryś z nich nie zrezygnuje. Ponoć jeśli uderzą w siebie rogami, dźwięk "kolizji" słyszalny jest z odległości ponad jednego kilometra.
Łączenie się w pary odbywa się między lipcem i wrześniem, na terenach gdzie jest pod dostatkiem pożywienia. Pani Wolica rodzi co dwa lata jedno cielątko - odbywa się to po ośmiu miesiącach ciąży, między późnym kwietniem i połową czerwca. Maluch przychodząc na świat już jest włochaty - ma grube, kręcone futerko, ale jeszcze nie na tyle ciepłe, żeby zabezpieczało go od śmierci z wychłodzenia, tak więc na początku chroni się pod matką, korzystając z osłony jej futra.
Zagrożeniem dla wołów piżmowych, a szczególnie dla tych małych "wołków" (czy wolików - ?) są arktyczne wilki. Jeśli się tylko pojawi ich wataha, woły zbierają się w ciasną gromadę, na zasadzie panie i dzieci do środka, natomiast mężni panowie (byki znaczy się) stają ramię w ramię formując okrąg otaczający słabsze osobniki. Inną pozycja obronna to uformowanie linii, takiego niby "muru" z najsilniejszych, a słabsza płeć i małolaty - za nimi.
Również i przy wilkach, czy innym zagrożeniu może się zdarzyć wspominane już prychanie, parskanie i pocieranie pyska o przednią nogę, co jest przygotowaniem do szarży i próby wzięcia nieprzyjaciela na rogi. Równie dobrze może jednak dojść do panicznej ucieczki wystraszonego woła - dlatego też prosi się turystów, aby nie podchodzili za blisko tych zwierzaków i nie straszyli ich, bo bieganie bardzo je męczy i prowadzi do przegrzania, stresu, a często - do opuszczenia młodych.
Jak to w naturze, zwierzaki są doskonale przystosowane do życia w trudnych, arktycznych warunkach. Ich wielkie, rozłożyste kopyta ułatwiają im chodzenie po śniegu bez nadmiernego zapadania się, a ich długie, zwisające do ziemi futro, daje im okrycie skuteczne na arktyczne mrozy. Zewnętrzna osłona to grube, brązowe włosie odporne na śnieg i wilgoć. Pod spodem jest jeszcze druga warstwa sierści - miękka, choć też gęsta, przez co doskonale grzeje - tzw. qiviut. W miejscowych folderach mówi się że owy qiviut (czytaj: kiv-ii-jut) to najdroższy na świecie rodzaj wełny, ale tutaj byłabym jednak ostrożna, bo taki sam tekst słyszałam w Peru, przy okazji zachwalania wełny wikunii (takie zwierzątko lamopodobne, z którego dawniej szyto ubrania dla inkaskich władców). W każdym razie w maju woły piżmowe zrzucają ten qiviut - można wtedy zobaczyć duże ilości takich kłaków latających po tundrze i zaczepiających się o rośliny. Zbieranie kłaków to dość pracowite zajęcie, ale mocno dochodowe, bo zrobioną z nich wełenkę można sprzedać w Kanadzie nawet po 300 dolarów (kanadyjskich) za funt, tj. jakieś pół kilo. Cena jest odzwierciedleniem jakości - qiviut jest lekki jak puch, ale ponoć osiem razy cieplejszy niż wełna. W przeciwieństwie do wełny nie kurczy się jednak (nie zbiega) pod wpływem temperatury czy wody. Ponoć bije na głowę nawet słynną wełnę kaszmirową.
Woły piżmowe żyją nie tylko na tych terenach - ja spotkałam je w okolicach Kangarlusuaq na Grenlandii. Faktem jest jednak, że tutaj, na północy Kanady, są jednym ze "sztandarowych" zwierzaków. Można je spotkać zarówno na części kontynentalnej, jak i na arktycznych wyspach, poza Wyspą Baffina. Naukowcy dowiedli, że zamieszkują tutaj już od ponad 100 tys. lat albo i dłużej. Ich największym zagrożeniem są ludzie - na początku XX wieku "dzięki" myśliwym woły piżmowe niemal wyginęły. W 1930 roku w części kontynentalnej Kanady doliczono się jedynie 500 sztuk tych zwierzaków. Na szczęście już w 1917 roku rząd kanadyjski zatwierdził prawo o ochronie wołów piżmowych. Teraz poluje się na nie nadal (dla mięsa i skóry) , ale są to już odstrzały kontrolowane. W samej prowincji Nunavut na północy Kanady (do której należy m.in. Cambridge Bay) jest obecnie około 60 tys. wołów piżmowych.
12 września, wieczorem Morze Beaforta, pozycja na godz. 2000 - 71 st.26`N, 148 st.40`W Aurora Borealis, czyli zorza polarna
Właśnie zeszłam z wachty. Zmarzłam jak diabli i to mimo dość ciepłej wersji ubioru, w tym mega ciepłego kombinezonu Fladena plus dwóch polarów pod spodem plus polarowej koszulki. Najgorzej zawsze mam z rękami - dzisiaj założyłam rękawice, które kupił mi w prezencie Borje (44 dolce za gumowe rękawice z wkładką!), do środka założyłam jeszcze jedną warstwę cienkich rękawiczek, ale i tak pod koniec zaledwie godzinnego sterowania rozcierałam zmarznięte dłonie.
Arktyka nie chce nas wypuścić. Nie dość, że wieje ten przeklęty przeciwny wiatr z zachodu, to jeszcze ze względu na pole lodowe, jakie blokuje nam drogę, nie mamy za bardzo możliwości manewru z kursem w kierunku SW (South-West), czyli południowo-zachodnim, co byłoby korzystnym skrótem.
Następną wachtę mam o drugiej w nocy. Może znowu będzie zorza polarna? Dzisiaj w nocy była - tak śliczna, że aż Bronek z Damianem postanowili mnie z tej okazji obudzić. Całe niebo było przedzielone w poprzek mieniącym się zielenią pasem. To naprawdę niesamowite zjawisko, dla którego warto przyjechać do Arktyki. Inna sprawa, że ja już wielokrotnie w Arktyce byłam (teraz mam na myśli północną Skandynawię), m.in. zimową porą, i jakoś nigdy do tej pory zorzy nie widziałam. Po prostu trzeba mieć szczęście.
Kształty zorzy mogą być różne - wczoraj był to pas, wcześniej, w trakcie płynięcia na "Annie" widziałam różne esy-floresy, a także coś w stylu świecącego deszczu, mogą być to też łuki albo coś co przypomina delikatną muślinową chustę poruszaną przez niewidoczną postać. Kanadyjscy Inuici twierdzą, że jak się w czasie zorzy gwiżdże, to przyjdzie bliżej i będzie tańczyć. Są też tacy, którzy twierdzą, że zorzę można. usłyszeć, zwłaszcza w zimowej głuszy.
Zorza polarna, ta na północy po angielsku zwana Northern Lights (Północne Światła), a po łacinie - Aurora Borealis, może mieć różne kolory. Zielony jest najbardziej popularny. Wszystko zależy od typu gazu, bo za powstanie zorzy odpowiedzialne są cząsteczki gazowe pochodzące ze Słońca, wpadające do atmosfery ziemskiej i świecące niczym wielki neon. Chodzi o cząsteczki naładowane wysoką energią - zwykle to elektrony lub jony wodorowe, spadające ze Słońca z zawrotną prędkością (nazywa się to "solarnym wiatrem"), wychwytywane w jonosferze przez ziemskie pole magnetyczne. Dziwne, neonowe światło powstaje pod wpływem gwałtownego zderzenia owych cząstek z gazami atmosfery naszej planety (przeważnie atomami tlenu i azotu). O jaki gaz dokładnie chodzi, można rozpoznać właśnie po kolorze światła. I tak barwa zielono-żółta jest produkowana przez atomy tlenu znajdujące się z grubsza na wysokości 100 km ponad Ziemią. Atomy tlenowe na wyższych wysokościach (około 320 km powyżej Ziemi) dają rzadkie, zupełnie czerwone światło. Cząsteczki wodoru w stanie zjonizowanym są odpowiedzialne za światło jasno-niebieskie, podczas gdy elektrycznie neutralne molekuły (cząsteczki) azotu, powodują światło fioletowo-czerwone. Krótko mówiąc wszystko zależy od rodzaju atomów i wysokości nad Ziemią gdzie dochodzi do gazowych zderzeń.
A dlaczego zorze polarne można oglądać w rejonach polarnych, czyli w Arktyce i na Antarktydzie? To z kolei zasługa ziemskiego pola magnetycznego, które kieruje (przyciąga) te spadające solarne, naładowane cząstki w kierunku biegunów - południowego i północnego.
12 września, 68. dzień poza domem, w południe Morze Beauforta O chlebku własnej roboty, czyli o plusach niedzieli
Wczoraj pisałam o sympatycznej, słonecznej aurze, ale żeby nie było za dobrze - dzisiaj znowu jest zimno, mgliście, wilgotno i szaro-buro. Na dodatek dość słabo wieje - na tyle kiepsko, że idąc na żagielkach trudno o jakąś zadowalającą prędkość, a że wieje od dziobu, czyli niekorzystnie, to nawet uruchomienie silnika nic nam nie da, bo z kolei przyhamuje nas fala.
Wysłałam smsa do "Ariela" z pytaniem, gdzie oni są. Okazuje się, że mimo że nie wchodzili do Tuktoyaktuk (w zamian planują Point Barrow), znajdują się całkiem niedaleko - jakieś 70 mil od nas. Niclas napisał że idą skrajem pola lodowego - mam nadzieję że się w nie nie wpakujemy.
Przyszedł też sms od Borje - on z kolei wczoraj wypłynął już swoją "Anną" do położonego w górze rzeki Mackenzie portu Inuvik, ale nie dał rady przepłynąć całej drogi w ciągu jednego dnia - zakotwiczył na noc gdzieś po drodze.
Dzisiaj niedziela. W wiszącym w kambuzie grafiku wacht niedzielne dni zaznaczone są na czerwono. Jak zwykle z okazji niedzieli była jajecznica. A do tego - upieczony wczoraj przez Romka chleb. Wczorajsze popołudnie, chyba z racji słoneczka i błękitnego nieba, natchnęło nas zapałem do pracy.
Skorzystał silnik, w którym przez bite dwie godziny chłopcy gmerali, usiłując zrobić mu dobrze już na zapas, no a poza tym wyżywaliśmy się kulinarnie. Ponieważ do wypieku chleba i tak trzeba było wyjąć piekarnik, przy okazji pieczenia bochenków zrobiliśmy też ciasto (z tych paczkowanych szybkoróbek jakie wcześniej wypróbowałam płynąc na "Annie"). Ciasto okazało się pyszne - doszliśmy do tego wniosku już w trakcie wylizywania gara, w którym było mieszane, w czym dość aktywnie uczestniczyła większość ekipy. Nawet nie przeszkadzało, że efekt końcowy lekko się przypalił i dość krzywo wyrósł, co było efektem przechyłu łódki na fali - z trudem się pohamowaliśmy aby nie zjeść ciasta już wczoraj, a dzisiaj zniknęło w mgnieniu oka.
Niedzielę można odczuć także po obiadach. Zawsze jest jakieś lepsze mięsko, dzisiaj z dodatkiem tak wyczekiwanych przez załogę kartofli. Mięsko jest domowe - mamy duży zapas wekowanych przetworów które doskonale się sprawdzają, bo są dobre i łatwe w przyrządzeniu (wystarczy odgrzać). Co jak co, ale jedzenie na "Solanusie" jest naprawdę dobre.
I jeszcze z kronikarskiego obowiązku donoszę, że w ramach przygotowań do niedzieli Damian się też ostrzygł, czy raczej wygolił swoją czachę. Na zero! Śmieszne są takie metamorfozy wizualne. Ogólnie faceci na morzu nie lubią się golić i strzyc, ale jak już się na to zdobędą to efekty bywają zaskakujące.
11 września, 67. dzień poza domem, po obiedzie Morze Beauforta pozycja na godz. 14-tą 70 st. 53` N, 142 st. 54`W Opalamy się…
Znowu „plaża”. Morze – kompletny sztil (cisza znaczy się). Nikt patrząc na nasze zdjęcia nie uwierzy że tak może wyglądać jesiennie Morze Beauforta w daleko na północ wysuniętej Arktyce. Po dość długiej jeździe na silniku musimy dać mu trochę odpocząć, tak więc teraz kolebiemy się na zupełnie gładkim morzu i wymyślamy jak tu wykorzystać ten czas bujania się, kiedy nasz log pokazuje liczbę 0,0. Przeliczyłam w międzyczasie pozostałe jeszcze polskie chleby – wyszło ich około 40. Taka ilość wystarczy co najwyżej na 20 dni, tak więc zaproponowałam aby może dobre warunki pogodowe wykorzystać na wypieczenie kilku bochenków. Od razu została też zagospodarowana koja kapitana – załoga (bez wiedzy i zgody właściciela) uznała, że łoże Bronka to najlepsze miejsce na zostawienie dojrzewającego ciasta.
Dziś rano, według wpisu w dzienniku dokładnie o 0536 (tak się prawidłowo zapisuje godzinę piątą i 36 minut), przekroczyliśmy linię demarkacyjną USA i w związku z tym powiesiliśmy pod salingiem amerykańską banderkę. Nie są to dokładnie wody terytorialne USA, bo jesteśmy dalej niż 12 mil od ich brzegu – chodzi o ogólny podział morza jaki sobie zrobiły Kanada i Stany. Moja dzielna załoga wykorzystała ten fakt do wymuszenia dodatkowego podwieczorku, bo należące do moich obowiązków codzienne wydzielanie czegoś dobrego to cały rytuał. Dziś miało być po pół jabłuszka (towar w tym rejonie ze względu na ceny mocno limitowany), no ale ze względu na tę linię demarkacyjną, ku ogólnej radości wydałam jeszcze czekoladę (po 4 kosteczki na osobę).
A tymczasem jest naprawdę śliczny dzień. Cieplutko, błękitne niebo… Aż chce się siedzieć na pokładzie. Zresztą w nocy też było ładnie. O drugiej w nocy zrobiliśmy sobie z Tolkiem sesję wyszukiwania różnych gwiazdozbiorów. Dokładnie ponad masztem mieliśmy Wielki Wóz, tuż obok oczywiście Mały Wóz z Gwiazdą Północną, wyszukaliśmy też Smoka, pas Oriona, a trochę do rufy zbiorowisko Plejad, no i oczywiście niezawodną, najjaśniej świecącą Wenus.
Świeciło również morze. Co jakiś czas pokazywały się w wodzie pojedyncze niby-iskierki, co do których mieliśmy różne domysły. Według Romka i Damiana to małe meduzy, moja wersja – że raczej plankton. Z fosforyzującym planktonem spotykałam się już w wielu miejscach – w Trójkącie Bermudzkim czy na Morzu Sargassowym będącym częścią Atlantyku były to całe ławice, wielkie świecące plamy. Tu są jedynie sporadyczne punkciki, no ale to w końcu zupełnie inne wody, a więc i inne środowisko przyrodnicze.
W ogóle Arktyka jest pełna różnych, innych niż gdzie indziej zjawisk. Dzisiaj Tolek mówił, że widział odbicie morza na chmurach. Dziwne, białe tęcze to już niemal normalka. Poprzedniej nocy natomiast pojawiła się dziwna biała poświata. Aż mnie zmroziło – przypominało to znany nam dobrze widok zbliżającego się pola lodowego. Ponieważ było mgliście i trudno było wyczuć czy to tajemnicze „coś” jest przed nami pół mili, czy pięć mil, na wszelki wypadek wywołałam spod pokładu Romka. -Czy widzisz to samo co ja? – zapytałam. Romek wziął lornetkę, przyglądał się dłuższą chwilę. Wiedziałam, że też się boi, aby nie było to pole lodowe, choć trudno było ocenić czy rzeczywiście jest to bariera kry. Minęło stresujące pół godziny, zanim przekonaliśmy się, że to jednak tylko chmury – biała poświata pod pierzyną wyższych, ciemnych chmur.
Chmury często potrafią zbić z tropu. W nocy bardzo często przypominają brzeg. Taka trochę morska fatamorgana. Tym zjawiskiem się jednak nie stresujemy, bowiem wiemy z mapy, że do najbliższego brzegu mamy minimum 60 mil, więc przy tych warunkach nijak nie mamy możliwości go zobaczyć.
10 września, 66. dzień poza domem Wciąż Morze Beauforta O współczesnej nawigacji
Nic specjalnego się dziś nie wydarzyło – kto nie ma wachty albo śpi, albo czyta. Mamy teraz więcej czasu na odpoczynek, bo wróciliśmy do starego, grenlandzkiego systemu wacht, co oznacza że Bronek, mimo swojej kapitańskiej funkcji, także pełni wachty – nawigacyjne i kambuzowe. To miłe – rzadko spotyka się kapitanów, którzy do tego stopnia integrują się z załogą.
Po jednym z otrzymanych smsów postanowiłam wyjaśnić niewtajemniczonym jak wygląda współczesna nawigacja, bo w końcu nie wszyscy którzy czytają tego bloga są morskimi wygami. No więc jeśli ktoś ma na myśli żeglarzy dzierżących skomplikowanie wyglądający przyrząd zwany sekstantem czy pochylającymi się nad zamontowanym do kompasu namiernikiem, to się bardzo myli. Szczerze mówiąc tylko na jednym w życiu rejsie używałam sekstant – było to 20 lat temu podczas przechodzenia Pacyfiku na żaglowcu „Zawisza Czarny”, kiedy to nasz kapitan (Jan Ludwig) ogłosił, że nikt nie zejdzie na ląd, dopóki nie zrobi przynajmniej jednej tzw. pozycji obserwowanej. Ja akurat tych pozycji zrobiłam więcej niż jedną, bo po prostu chciałam się astronawigacji nauczyć, ale jako głąb matematyczny wspominam to dość traumatycznie. Samo „łapanie” Słońca czy gwiazd było okej (chodzi o namierzanie się na owe „ciała”), za to ze skomplikowanymi obliczeniami i słupkami ze specjalistycznych tablic (strony tabelek) szło mi już gorzej (w każdym razie nic z tego teraz nie pamiętam). Na „Solanusie” sekstant mamy, ale chyba tylko do zdjęć, bo brak nam do nich wspomnianych tablic, kiedy zaś zapytałam o ten przyrząd Borje, tylko uśmiechnął się z politowaniem, zaraz jednak dodając, że kiedyś owszem, sekstant stosował.
W obecnych czasach podstawą nawigacji jest GPS. Tradycyjne kompasy to już trochę relikt, zresztą w rejonach w których obecnie jesteśmy, zwykły kompas i tak nie zdaje egzaminu, bo na mapie aż roi się od ostrzeżeń: „Anomalie magnetyczne”, co oznacza że zwykłe kompasy wariują. Nic dziwnego – jesteśmy bardzo blisko bieguna magnetycznego, który wcale nie pokrywa się z geograficznym. Jest on położony na Wyspie Bathurst, należącej do Archipelagu Wysp Parry`iego, bardzo blisko Resolute, do którego mieliśmy zresztą wejść. W pewnym momencie przepływaliśmy od bieguna magnetycznego w odległości jakichś dwóch dni żeglugi.
Wracając do nawigacji… Każdy z jachtów które tutaj pływają ma kompas elektroniczny, nie tylko odporny na wariacje magnetyczne, ale przy okazji skonfigurowany z GPSem. Nie ma też już chyba jachtu, który nie używa do nawigacji komputera i wgranych na niego map. Na przykład taki Borje jedzie praktycznie wyłącznie na tych tzw. C-MAPach – przesuwająca się na ekranie łódeczka pokazuje mu jaki kurs trzyma, jakie są współrzędne aktualnej pozycji, a odpowiednie ustawienie kursora błyskawicznie wylicza ile mil jest do interesującego nas punktu, np. lądu czy mielizny. Można też wyznaczyć na komputerze połączonym z GPSem tzw. way-pointy, które pokażą nam jakim kursem płynąć, gdzie kurs zmienić, ile czasu mamy do celu itp. Mapy papierowe Borje też ma, ale rzadko do nich zagląda, są raczej rezerwą na wypadek gdyby padł GPS.
Na „Solanusie” żeglujemy bardziej tradycyjnie, tzn. głównie w oparciu o mapy papierowe, przy pomocy cyrkla nawigacyjnego i trójkątów nawigacyjnych wykreślając na nich pozycje, zaś komputer z programem z mapami używamy raczej tylko przy podejściach do portów, albo w trudnych nawigacyjnie cieśninach. Który system jest lepszy – nie sposób powiedzieć. To trochę na zasadzie „co kto lubi”, choć i tak trzeba umieć posługiwać się jednym i drugim (czyli nawigacją komputerową i „papierową”). Ja osobiście bardzo lubię mapy papierowe – są dla mnie w pewnym stopniu magiczne i dają mi lepsze spojrzenie na całokształt trasy. Z drugiej jednak strony na komputerze nawiguje się łatwiej i na ogół dokładniej, a i szybciej można podjąć decyzje. Tylko że komputery czasem się psują…
9 września, 65. dzień poza domem, około południa Morze Beauforta, około 55 mil za Tuktoyaktuk pozycja na godz. 11-tą 70 st. 07` N, 134 st. 38`W Znowu na „Solanusie”
Znowu w morzu. To będzie chyba nasz najdłuższy „przelot” – jakieś 1200 mil, czyli około 2200 km. W każdym razie następny planowany port to już Nome na Alasce, gdzie zresztą ma wysiadać Damian, a być może również i ja (w zależności od tego, kiedy tam dopłyniemy).
Póki co Morze Beauforta daje nam taryfę ulgową. No ale w naturze musi być równowaga – jak teraz jest spokojnie, to gdzieś tam dalej pewnie dostaniemy w kość… Najbardziej obawiamy się Morza Beringa, które słynie jako dość trudne i sztormowe.
Po południu…
Ale dobry popcorn Damian zrobił! W ramach otrzymanej od Borje paczki prezentowej były m.in. ziarna kukurydzy (Borje wiedział, że Damian za nimi przepada), no i teraz mamy wyżerkę. Swoją drogą Damian który ma dzisiaj kambuz liczy, że może po takim podwieczorku nie będziemy już chcieli kolacji, ale już go wyprowadziłam z błędu.
Mam luz między wachtami, zrobiłam więc sobie prasówkę w postaci przeglądu lokalnych gazet. W jednej z nich dzieciaki opowiadają jak spędziły właśnie zakończone wakacje. U nas dzieci na obozach grają np. w piłkę, chodzą na wycieczki, a tutaj – polują, uczą się obchodzić z bronią, zabijać zwierzaki i oprawiać ich mięso i skóry. Dziewczyny zresztą też to robią.
Strzelaniem pasjonuje się chyba każdy inuicki nastolatek, a gazeta pokazuje zdjęcia pełnych zapału małolatów, obcinających płetwy upolowanej foczce. Po prostu urocze! No ale to w końcu ich tradycje…
Swoją drogą inną pasją inuickich nastolatków jest jazda na quadach, które tutaj nazywa się w skrócie „ATVs” (od „All-terrain Vehicles”) – to również jedna z rozrywek na obozach letnich. Z kolei na zimowych młodzież uczy się budować igloo.
Co do prasówki to w wydaniu gazety „Nunavut News” z dnia 23 sierpnia, znalazłam relację jak to Minister od spraw Indian i Północy (minister of Indian and Northern Affairs), bo w kanadyjskim rządzie jest takie stanowisko, oficjalnie złożył wyrazy ubolewania i przeprosin odnośnie przesiedleń w rejonie zwanym High Arctic. Chodzi o wydarzenia z lat 50-tych. Minister powiedział w swoim wystąpieniu: „głęboko żałujemy naszych pomyłek i złamanych obietnic w tym ciemnym rozdziale naszej historii”. Gazeta komentuje to wyeksponowanym podtytułem: „Oni [Inuici] długo na to czekali…”. Skrót historii jest taki: na początku owych lat 50-tych 19 inuickich rodzin z rejonu Inukjuak plus jeszcze kilka ze znanego nam Pond Inlet przesiedlono daleko na północ, do tzw. High Arctic, gdzie temperatury były średnio niższe o 20 stopni (!), a warunki życia bardziej surowe niż tam gdzie pierwotnie mieszkali. Przesiedleńcom obiecano, że po dwóch latach, jeśli zdecydują się wrócić, będą mogli to uczynić. Przez pierwszą zimę Inuici żyli w namiotach, bez odpowiedniej ilości jedzenia i innej obiecanej przez rząd pomocy, a o tym żeby wrócić do rodzinnych stron po tych dwóch latach, też rząd zapomniał. Teraz dopiero do tematu wrócono. Mam jednak wrażenie, że trochę popada się w tym wszystkim w przesadę, a Inuici chyba za bardzo te fakty wykorzystują. Sytuacja z tankowaniem wody, o czym pisałam dwa dni temu przy okazji relacji z pobytu w Tuktoyaktuk jest dowodem na to, że teraz „poprawność polityczna”, czy może raczej „społeczna” jest przez nie-inuickich pracowników urzędów państwowych stosowana aż do przesady (mam na myśli stosunek policjantów do inuickiego cwaniaka).
A teraz jeszcze fragment maila, jaki odebrałam będąc w Tuktoyaktuk. Napisał go Dominik Bac, mój dobry kolega jeszcze z rejsu wokół Hornu, a także jeden z kapitanów jachtu „Stary”, który robił Przejście Północno-Zachodnie w 2006 roku. Sprawa dotyczy wspominanej przeze mnie chyba ze 3 tygodnie temu Zatoki Strzeleckiego, stanowiącej naturalny port w Cieśninie Peel. Zastanawiałam się wtedy, skąd tutaj, w Arktyce, nazwisko polskiego podróżnika. A oto hipoteza, prawdopodobnie słuszna, przysłana przez Dominika, którą cytuję w wersji dosłownej: „Otóż nasz podróżnik i eksplorator Edmund Strzelecki upodobał sobie antypody, i kiedy podróżował po Australii i Tasmanii poznał Sir Hojna Franklina, który był w tamtym czasie gubernatorem Tasmanii (lata 1840-1842) W ciągu 2-letniego pobytu na Tasmanii, Strzelecki zbadał wyspę bardzo dokładnie również dzięki pomocy Franklina i jego żony Lady Franklin. Nie jest do końca jasne, dlaczego nazwa naszego odkrywcy Australii pojawiła się na mapach Arktyki. Zatoczka znajduje się w cieśninie Peel Sound, do której statki Franklina - „Erebus” i „Terror” dotarły już z problemami. Nie wiadomo czy Franklin w ostatnich dniach swojego życia sam nazwał zatokę imieniem przyjaciela, czy może zrobił to po jego śmierci któryś z jego oficerów, czy może był to któryś z kapitanów prowadzących jedną z wielu ekspedycji poszukujących zaginionego kapitana Franklina, wysłanych przez jego niestrudzoną żonę”.
Oj, chyba po powrocie trzeba będzie pogrzebać w różnych źródłach… Dzięki Dominik za ciekawy trop!
8 września, 64. dzień poza domem W Zatoce Kugmallit (Morze Beringa), kilka mil za Tuktoyaktuk Około 23-tej, już w morzu. Pożegnanie z "Anną"
Zapis w dzienniku jachtowym mówi, że o godzinie 21.50 podnieśliśmy kotwicę i wyszliśmy z Tuktoyaktuk. Wcześniej wypiliśmy jeszcze pożegnalną herbatkę z Borje, zjedliśmy przyniesione przez niego babeczki, no i trzeba się było żegnać. Przykro się było rozstawać. Tolek powiedział Borje że bardzo go ceni za jego sposób żeglowania, Bronek przypomniał że minęło już ponad dwa miesiące od pierwszego spotkania "Anny" i "Solanusa" .
Borje też się z nami zżył. Byliśmy już bardzo daleko, a fotografując "Annę" moim mega teleobiektywem widziałam, że ciągle siedzi na pokładzie i patrzy jak wypływamy. Gdzie będzie zimował "Annę" jeszcze nie wie. W pierwszej wersji miał być to Tuktoyaktuk, ale wczorajsze zdarzenie z wodą trochę chyba go zniechęciło do tego pomysłu. Chyba raczej popłynie rzeką do Inuvik - portu w górze rzeki Mackenzi, 130 km (jakieś 70 mil) na południe, w głąb lądu. Map płytkiej momentami rzekami Borje nie ma, ale zakłada że może uda się je zdobyć na którejś z barek. Z tego co mówiła pani z tzw. Hamletu (tak się tu mówi o czymś w rodzaju Urzędu Gminy czy ratuszu), Inuvik to wielka metropolia, no bo ma 3 tys. mieszkańców (ponad trzy razy więcej niż Tuk) i nawet puby tam mają! Co do pubów to w Tuktoyaktuk takich lokali nie ma, bo jest prohibicja, a jeśli ktoś chce kupić alkohol, może to zrobić jedynie składając zamówienie we wspomnianym urzędzie Hamletu, bo w sklepie niczego procentowego się nie uświadczy. Swoją drogą prohibicja dotyczy niemal wszystkich miejsc w kanadyjskiej Arktyce.
Dziwna sprawa jest też z papierosami - we wszystkich odwiedzonych portach nie widzieliśmy innych papierosów niż kanadyjskie, ponoć kiepskie "Players`y" (te "ponoć", bo ja akurat nie palę, ale tak mówią znawcy). Za pudełko liczące 25 sztuk płaci się 17-19 dolców. I jeszcze ciekawostka odnośnie tego wspominanego biura Hamletu - tutaj nawet wchodząc do takiego poważnego urzędu (zresztą gdziekolwiek - także w szkole, bibliotece itp.), zdejmuje się na wejściu buty!
W każdym razie znowu płyniemy. Za rufą zostały światła Tuktoyaktuk, przed nami - mrok rozświetlony światłami platform wiertniczych, bo to tereny gdzie wydobywa się ropę. Właśnie z tego powodu tu właśnie (czyli w Tuk) jest najtańsze na całym przejściu paliwo. Za 1 litr (choć tu akurat sprzedają na galony) wychodzi 2,8 zł.
8 września, 64. dzień poza domem, wieczorem postój w Tuktoyaktuk i wyjście w morze Doba w porcie, czyli o kotwicznej adrenalinie i o tym, jak tankowaliśmy wodę
W Tuktoyaktuk [wymowa: tAktajaktAk], albo w skrócie: Tuk [czytaj: tAk] spędziliśmy dokładnie 24 godziny. Ogólnie jest to sympatyczna osada, rozciągnięta na krańcu wąskiego cypelka. Trudno się tu zgubić, bo z jednej i drugiej strony jest morze, a przez całą "metropolię" liczącą ok. 900 mieszkańców, biegnie jedna główna droga. Asfaltu oczywiście brak.
Nazwa "Tuktoyaktuk" w tłumaczeniu z języka inuickiego znaczy dokładnie "wygląda jak karibu" (samo "tuktu" to karibu, czyli taka tutejsza odmiana renifera). W dawnych czasach był to ważny teren polowań na te rogacze, ale nie tylko, bo miejscowi Inuici zwani też Karngmalit (albo Inuici Mackenzie), słynęli również z polowań na wieloryby (głównie białuchy i wieloryby grenlandzkie, zwane tutaj bowhead).
We wczesnych latach 20-tych XX wieku populacja miejscowych Inuitów zmniejszyła się o połowę, a to za sprawą prozaicznej grypy przywleczonej przez przybyszy z zewnątrz (krótko mówiąc - przez typowych białych ludzi). Dzisiaj większość mieszkańców nadal stanowią Inuici, ale z tego co mi się wydaje, większość urzędowych stanowisk (nauczyciele, ludzie w biurach, policja, szefostwo sklepu) obstawiają jednak nie-Inuici, zazwyczaj Kanadyjczycy przyjeżdżający tu na kontrakty.
Tuktoyaktuk to port przeładunkowy dla barek płynących z głębi Kanady rzeką Mackenzie i dowożących ładunki dla dalekiej Arktyki. Mackenzi to wielka rzeka, która w tych okolicach uchodzi pełną płycizn deltą do morza, a do Tuk biegnie jej tzw. Wschodni Kanał. Z płaskodennych, przystosowanych do żeglugi rzecznej jednostek towary przeładowuje się na statki dopływające potem do inuickich osad.
Wejście do Tuk od strony morza jest dosyć zdradliwe, bo po drodze jest sporo mielizn, ale na szczęście główny farwater (szlak wejściowy) jest bardzo dobrze oznaczony bojami i nabieżnikami, więc ogólnie jest bezstresowo. Niestety, nasza nadzieja na stanięcie przy kei dość szybko została rozwiana - jest wprawdzie przy wiosce niewielki pomost, całkiem solidny, ale zanurzenie "Solanusa" (2,5 metra) nie pozwala na jego wykorzystanie. Z kolei zanurzenie "Anny" jest niby okej, ale Borje uznał, że stojąc na kotwicy jest mniej narażony na wizyty ciekawskich dzieciaków.
Weszliśmy do Tuk wczoraj wkrótce po zachodzie słońca. Zakotwiczenie poszło sprawnie, był jeszcze czas na herbatkę na "Solanusie" i wyściskanie się znowu z moją kochaną załogą, ale ogólnie wszyscy marzyliśmy o jednym: aby się wreszcie wyspać! Żeby już nie robić zamieszania z moją przeprowadzką z "Anny" na "Solanusa", zostałam na tę ostatnią noc na "Annie" i pewnie przespałabym jak zabita do samego rana, gdyby nie Borje, który wyszedł na pokład w celach fizjologicznych i chwilę później poczułam na głowie jego rękę. -Coś mi się zdaje, że puściła kotwica "Solanusa" - usłyszałam, nie za bardzo wiedząc, czy to jawa czy sen. -Borje, jest trzecia nad ranem. - mruknęłam zaspana, pewna że to dowcip. -Naprawdę, sama zobacz. - Szwed był uparty, więc chcąc nie chcąc musiałam wystawić głowę na mroźny arktyczny wiatr. -O kurde! - szybko mnie otrzeźwiło i zaczęłam przez radio wywoływać "Solanusa". Chłopcy spali, zresztą pewnie mieli wyłączoną VHFkę. - Płynę do nich - krzyknął Borje i chwilę potem siedział już w pontonie machając wiosełkami w kierunku dryfującego "Solanusa". Potem akcja potoczyła się już błyskawicznie. Zaraz po tym jak Borje zapukał w kadłub naszej dzielnej jednostki, koledzy z mojej załogi w mgnieniu oka wyskoczyli na pokład. Damian opowiadał potem, że nawet nie myślał o tym, by się ubrać. 40 minut później Borje wrócił na "Annę" a "Solanus" stał w nowym, bardziej pewnym miejscu, z mocno już trzymającą kotwicą.
Tyle o nocy. Dzień rozpoczęliśmy od śniadanka na "Solanusie" (bo Borje też został zaproszony). Tym razem jedliśmy później niż normalnie, bo o 9-tej (normalnie śniadania mamy o 8-mej), a to z racji tego, że i tak wszystko w Arktyce otwiera się od 10-tej (sklepy, wiele biur). W czasie rekonesansu w miasteczku załatwiłam mojej załodze prysznic (w lokalnym Domu Starców, nawiasem mówiąc umiejscowionym między przychodnią zdrowia i cmentarzem), zrobiłam zakupy we wszechobecnym w tutejszej Arktyce supermarkecie sieci "Northern" i załatwiłam tankowanie wody. Albo inaczej - właściwie to z tą wodą to tylko wydawało mi się, że załatwiłam, bo dalszy bieg wypadków pokazał, że prozaiczna sprawa jaką jest woda może urosnąć do skali problemu angażującego pół miasteczka.
Sprawa wody wyglądała naprawdę bardzo prosto. Dostaliśmy numer telefonu, pod który należało zadzwonić, co też uczyniłam, zamawiając cysternę na godzinę 14-tą. Całe popołudnie było szczegółowo rozplanowane: godzina 14-woda, 15-obiad na który był zaproszony Borje, 16-tankowanie paliwa, 17 - prysznice, 18 - internet, zaraz potem wyjście w morze. Tylko że o 14-tej cysterny nie było. Nie było jej też o 14.30, a o 14.45 zadzwoniłam do firmy od wody, gdzie miła pani powiedziała, że cysterna jest w drodze. O 15-tej kiedy w kambuzie dogotowywał się obiad, a cysterny nadal ni słychu, ni widu, miejscowi widząc moje zniecierpliwienie wyjaśnili że to normalne, i że jak się zamawia cysternę na godzinę 14-tą, trzeba być przygotowanym na to, że może się zjawić i o 19-tej. Ok. 15.30 cysterna podjechała, ale zaraz potem odjechała, bo kierowca nie zobaczył jachtu przy nabrzeżu, a nie przyszło mu do głowy, że możemy mieć zamiar wożenia baniaków z wodą pontonem.
Po kolejnym telefonie do firmy od wody, obiecano, że cysterna przyjedzie jeszcze raz. O 17.30 kiedy wróciłam z zakupów pewna że już woda dawno zatankowana, przy pomoście Bronek z Damianem usiłowali się dogadać z jakimś dziwnie wyglądającym podrostkiem. Jak się okazało, cysterna w międzyczasie podjechała, dziwny koleś wlał do podstawionych przez nas kanistrów w sumie 60 litrów wody, po czym chwilę potem kierowca cysterny ruszył, nie zważając na Bronka, który właśnie dobiegał, aby zapłacić. I tu się zaczęło. Kanistry przejął dziwny koleś, który z kolei przekazał je Damianowi, aby ten zawiózł je na jacht. Ledwo Damian odpłynął i zaraz potem przelał wodę do zbiorników,dziwny gościu zażądał za owe 60 litrów 100 dolarów!!! Powiedziałam mu, że to najdroższa woda na świecie (nawet w krajach pustynnych jest tańsza) i że w takim razie dziękujemy - oddamy mu zawartość kanistrów. Po niezbyt przyjemnych dyskusjach (gostek był wybitnie wyzywający i wkurzający, wyraźnie pod wpływem jakichś środków odurzających) poszłam po raz kolejny zadzwonić od firmy od wody, aby zapytać czy te 100 dolców to tutaj normalna cena? Odebrał kierowca cysterny. Mówił że cena wody to 3 centy za litr (czyli powinniśmy zapłacić niecałe dwa dolary!!!) i że bardzo przeprasza, ale dopóki ów podrostek jest na nabrzeżu, on przyjechać nie może, bo... się boi! Zapytałam czego/kogo niby się boi, a on na to że dziwny gostek to niebezpieczny typ, mocno nadużywający alkoholu i narkotyków i że on nie chce mieć nic z nim wspólnego, bo tamten zrobi mu krzywdę. Wyglądało na to że podrostek terroryzuje mieszkańców miasteczka, a zresztą chyba nie tylko on, bo w międzyczasie przy pomoście pojawiła się inna "złota młodzież", traktująca go jak idola.
Sytuacja się zaostrzała z każdą minutą. Powiedziałam gówniarzowi, że dostanie wodę - zaraz zatankujemy kanistry w jakimś domu. A on na to, że on nie chce "jakiejś" wody, on chce "swoją" wodę, dokładnie tę, którą wlaliśmy do zbiorników. Ręce nam opadły, sprawa wyglądała beznadziejnie. Uznaliśmy, że damy mu już kilka dolarów za wodę wlaną już do jachtu, ale on był uparty - ze 100 dolców zszedł wprawdzie na 50, ale dalej już spuścić nie chciał. Borje był zdania, że w ogóle nie można mu dawać żadnych pieniędzy, po prostu dla zasady i w sumie miał rację. Skończyło się na tym, że Damian wrócił z baniakami na jacht, aby z powrotem przelać wodę i ją dla świętego spokoju zwrócić, ja zaś zakomunikowałam, że wezwiemy policję. Policyjny argument nie okazał się skuteczny - chłopak śmiał się nam w nos, że możemy sobie wzywać, bo policja i tak mu nic nie zrobi.
Policji wzywać nie trzeba było, bo sama przyjechała. Najpierw jeden samochód, potem wezwano drugi. Policjanci byli bardzo mili, ale zachowywali się tak, jakby się owego gostka bali! Owszem, powiedzieli mu co o nim myślą, że przynosi wstyd miasteczku, że jest złym człowiekiem itp. umoralniające gadki, zapytali też kiedy ostatni raz pił i ćpał (-Wczoraj wieczorem - śmiejąc się odpowiedział wyrostek) i na tym się skończyło. Żadnego spisywania, sprawdzania dokumentów. Przypomina mi to trochę układy w Australii - tam się skacze wokół Aborygenów, bojąc się, aby przypadkiem nie poskarżyli się i nie zarzucili dyskryminacji. Tutaj policjantami są nie-Inuici, którzy z Inuitami jakby bali się zadzierać.
Finał? Damian przywiózł z powrotem przetankowaną wodę, po czym gostek przy nas wylał ją do morza (nie miał wyjścia - baniaki były nasze), ciesząc się jeszcze wyraźnie, że udało mu się nas wkurzyć. Potem sobie poszedł, natomiast nabrzeża pilnowali policjanci, którzy zadzwonili jeszcze raz po cysternę. Kierowca cysterny, mimo że skończył już godziny pracy, przyjechał niemal od razu, bardzo przepraszając za zamieszanie i nie biorąc za tankowanie ani centa! Na koniec przepraszali też policjanci. Wszystko skończyło się dobrze, ale mimo wszystko pozostał jakiś niesmak i zdziwienie, że coś takiego się zdarzyło. Gdyby to było gdzieś w Afryce, to normalne, ale w Kanadzie? Dziwne.
7 września, 63. dzień poza domem Przy półwyspie Tuktoyaktuk Peninsula, Pozycja na godzinę 17-tą 69 st. 33`N, 133 st. 06`W Znowu w dwa jachty!
Teraz płyniemy już w dwa jachty razem. Fajnie było znowu zobaczyć "Solanusa" - stęskniłam się już za swoją "macierzystą jednostką". Dzieli nas odległość jakichś 2 mil, ale jest dobra widoczność, więc mamy siebie w zasięgu wzroku, a poza tym można spokojnie pogadać przez radio. Bronek żartuje, że dobrze byłoby się umówić, kto pierwszy wchodzi do portu, żeby nie było, że na pustym oceanie dojdzie do zderzenia dwóch zaprzyjaźnionych jachtów.
Za kilka godzin będziemy w Tuktoyaktuk. Póki co płyniemy wzdłuż płaskiego, jak to tutaj - zupełnie bezdrzewnego półwyspu, z którego co jakiś czas wystają przypominające niewysokie wulkany kopczyki. To tzw. Pingos – jak donosi przewodnik z serii "Rough Guide" jest tu ich tutaj około 1400.
Znowu mamy słoneczko, a że przyzwoicie wieje, to żeglowanie jest prawdziwą frajdą. Obydwoje z Borje siedzimy na deku, sterując na zmianę, a że Borje przyrządził garnek prażonej kukurydzy, obżeramy się białymi nadmuchanymi ziarnami snując plany kolejnych rejsów. Mamy pewien plan łączący możliwości wykorzystania "Anny" do moich zainteresowań Inuitami, ale nie chcę zapeszać.Myślę, że byłby ciekawy materiał na książkę!
A tak w ogóle to ponieważ kiwa tylko trochę (tzn. mniej niż wczoraj), postanowiłam zrobić sobie wycieczkę na maszt "Anny". Nie udało mi się - nie dałam rady wystarczająco podciągać się na rękach. Borja zrobił to po mistrzowsku, w ciągu niespełna pół minuty!
6 września, późnym wieczorem Przy przylądku Cape Bathurst, Pozycja na godzinę 17-tą 70 st. 35`N, 127 st. 12`W Zmiana planów
Dostaliśmy smsa od "Solanusa", że są niedaleko nas. Dzieli nas niewielka wysepka oddzielona od cypla, przy którym jesteśmy malowniczo wyglądającą cieśniną. Ładnie się nazywa - Pasaż Śnieżnej Gęsi (Snowgoose Passage). Śnieżne gęsi to takie śliczne, eleganckie ptaki, które co jakiś czas widzimy, jak w pobliżu przelatują, albo słyszymy - tak jak to było wczoraj w zatoczce, gdzie my nocowaliśmy, a one urządziły swój sejmik.
Już od wczoraj zakładaliśmy, że sobie tą cieśniną przejdziemy. Nawigacyjnie nie jest to proste, bo cieśnina jest naprawdę wąska, a do tego bardzo płytka (z zanurzeniem "Anny", wynoszącym 1,5 metra, jednak do przejścia). Umówiliśmy się, że Borje steruje, ja nawiguję przy mapie i podając mu jak płynąć. Niestety, plany popsuła nam noc. Nawet nie było jeszcze zupełnie ciemno, ale kiedy Borje zapytał: -I jak? Co robimy?, obydwoje wiedzieliśmy jaka odpowiedź musi paść. Żal było, ale zwyciężył rozsądek - wycofaliśmy się. Teraz nadkładamy drogi aby złapać "Solanusa" idąc dookoła wyspy. Nad ranem powinniśmy się spotkać.
6 września, po obiedzie Nadal w Zatoce Franklina Wykańczający kambuz
To miał być bardzo prosty w przyrządzeniu obiad. Uznaliśmy z Borje, że po późnym śniadaniu nie ma co się przemęczać - zjemy cokolwiek. Ponieważ Borje steruje (samoster nie działa, bo za słabo wieje), wyciągnęłam z bakisty makaron, torebkę z sosem Knorra i ochoczo zabrałam się do dzieła. Teoretycznie cała filozofia sprowadzała się do wymieszania, zagotowania i podania. Niestety, martwa fala jaka została po wcześniejszych silnych wiatrach, wcale nie ułatwiała mi zadania, bo zupełne nieprzewidywalne bujanie się na wszystkie strony, to coś co jest w stanie wyprowadzić z równowagi nawet najlepszego kuka.
Walczyłam dzielnie. Zaczęło się od tego że usiłując zapalić gaz nie przytrzymałam garnka z wodą na makaron, więc przy którejś większej fali gar wyjechał i woda rozlała się na podłodze. Nic to - woda, zwłaszcza słodka, to nic strasznego - chwilę potem ponownie napełniony gar stał na kuchence, a ja ścierałam podłogową kałużę. Ledwo skończyłam rozsypały się krakersy, które wyskoczyły z niedomkniętej właściwie szafki. Drobiazg - pozbierałam i nadal pełna werwy zabrałam się za przyrządzanie sosu. Szło całkiem dobrze do momentu kiedy wszystko było już prawie gotowe. Przy odlewaniu wody z makaronu znowu fala rzuciła jachtem na prawo i lewo, no i cały makaron wylądował w zlewie. Tu już wyrwało mi się dosadne przekleństwo, po czym następne kilka minut zajęło mi wyciąganie kluchów i płukanie ich z fusów po herbacie jakie zostały w zlewie po umyciu naczyń.
Postanowiłam jeszcze raz wrzucić makaron do wrzątku - w tym czasie knorrowski sosik z dodatkiem parmezanu już się dogotowywał, wydzielając zachęcający zapach. Dla spotęgowania efektu niewątpliwego kulinarnego sukcesu postanowiłam zrobić jeszcze jeden sos - pomidorowy. Niestety - nadambicja nie popłaca. Chwilę potem fala sprawiła, że latało już wszystko. Po ulubionej koszulce spływał sos serowy, sos pomidorowy "ozdabiał" mi spodnie, a nie wspomniałam, że z racji skorzystania z prysznica,, miałam na sobie czyste, dziewicze po praniu ciuchy. Najgorsze i tak miało dopiero nadejść - kiedy już nakładałam obiad na talerze, znowu przyszła fala. Musiałam szybko zdecydować, co łapię. Niestety na jeden talerz ręki mi zabrakło - jedna porcja makaronu z sosem wylądowała na podłodze, ku uciesze obserwującego to zza koła sterowego Borje.
Makaron z podłogi zostawiłam oczywiście sobie. Potem sytuacja powtórzyła się z deserem, tzn. z ananasami z puszki - również i one zanim trafiły do mojego żołądka musiały przejść tranzyt via podłogowy. Chwilę wcześniej zdążyłam podłogę umyć. Nie wiem co było lepsze - świadomość że podłoga jest przynajmniej czysta, czy rozkoszować się posmakiem Cifa.
Chyba na koniec musiałam być tym wszystkim mocno wkurzona. W każdym razie kiedy przyszedł czas kolacji i Borje zaproponował: -To teraz ja coś zrobię. - nie protestowałam.
6 września, po południu Płynąc przez zatokę Franklina O misiach grizzli
Po wczorajszej jesiennej aurze znowu jest tak fajna pogoda, że mogę poklepać w komputer rozłożona na pokładzie, czy raczej - na odwróconym do góry dnie pontonie.
Tym razem będzie zoologicznie, tzn. o misiach grizzli, bo jesteśmy na terenach występowania tego gatunku, po łacinie nazywanego Ursus arctos. Właśnie dorwałam lokalną gazetę z artykułem o tych zwierzakach. W odróżnieniu od swoich bliskich krewnych, czyli mięsożernych misiów polarnych, grizzli są ogólnie wszystkożerne. Około 50 proc. ich diety w skali roku stanowią liście, korzonki, kwiaty i różne jagody, choć osobniki, które żyją na wybrzeżu nie gardzą np. małżami, które rozłupują swoimi długimi pazurami czy łowionymi łososiami i innymi rybkami. No ale że jakieś konkrety też czasem trzeba zjeść, więc polują grizzly również na ziemne wiewiórki, lemingi, ptaki, młode karibu czy łosie. Spotykano też i takie miśki, które na polach lodowych czy krach wyżerały resztki zostawione przez swoich polarnych kuzynów, albo wsuwały mięso wyrzuconych na brzeg wielorybów czy fok.
Grizzly są bardzo przywiązane do swojego terytorium. Zwłaszcza samce bardzo zażarcie je chronią, przy czym może być to naprawdę duży teren - od 200 do 2000 km kw. Terytorium samców zazębia się z terenami samic, przy czym zwykle na tym wielkim obszarze Pana Misia żyje kilka Pań Misiowych. Chyba to tłumaczy samca grizzly, który kiedy nadchodzi pora na sex (koniec lata-początek jesieni), zaspokaja swoje rządze często z kilkoma partnerkami.
Późną jesienią grizzly obu płci szykują sobie legowiska na zimę, po czym zapadają w stan hibernacji - ich ciało wyziębia się wtedy o kilka stopni, a serce raptownie spowalnia bicie, schodząc z 40-70 uderzeń na minutę do zaledwie około 10 uderzeń na minutę. W czasie takiego zimowego odrętwienia samice rodzą małe - na ogół dwójkę (choć jedno, trzy czy nawet czwórka też mogą się zdarzyć), ważące 350-700 g, a mające rozmiar wiewiórki. Mamusia nawet nie wie, że ma potomstwo - śpi jak to w piosence "Stary niedźwiedź mocno śpi" - a dopiero po przebudzeniu, czyli jakieś 3 miesiące później, czeka na nią niespodzianka, bo wtedy widzi swoje miśki po raz pierwszy (oczywiście maluchy w międzyczasie podrastają - ich waga wzrasta przez ten czas do 5-7 kg). Potem misiaczki zostają z mamuśką przez 2-3 lata, ucząc się sekretów polowania i w ogóle sztuki przetrwania. Grizzly w stanie dzikim żyją przez około 25 lat, a mają o tyle dobrze, że poza człowiekiem nie mają właściwie wrogów.
Terytoria grizzly i misiów polarnych rzadko na siebie nachodzą, a jeśli nawet się tak zdarzy, zwierzaki raczej unikają spotkań ze sobą. Są jednak wyjątki, bo od czasu do czasu słyszy się jednak o przykładach arktycznej miłości między obydwoma gatunkami. Kilka lat temu jeden z amerykańskich myśliwych upolował takiego dziwoląga o futrze kawy z mlekiem, niby polarnego, ale z charakterystycznym garbem grizzly i długimi pazurami, które też są typoe dla grizzly. Wymyślano już nawet nazwy owej krzyżówki. Wśród propozycji było m.in. "pizzly" i "grolar bear" (miks słów "grizzly" i "polar bear"), albo z języka inuickiego - "nanulak" (od "nanuk" - miś polarny i "aklak" - grizzly).
A tak na marginesie to na wystawie w Visitor Center w Cambridge Bay można zobaczyć futro takiego misia-hybrydy. Rzeczywiście ma dziwny kolor - ani biały, ani brązowy - raczej kremowy, wspomniane długie pazury i zaskakujące brązowe kółka wokół oczu.
6 września, 62. dzień poza domem, przed południem Morze Beauforta, w Zatoce Franklina, jakieś 200 mil od Tuktoyaktuk Kierunek - North-West
Nockę spędziliśmy w spokojnej zatoczce na północnym krańcu Półwyspu Parriego (Parry Peninsula). Pierwotnie wpłynęliśmy tam tylko na krótki lądowy rekonesans, ale po otrzymaniu informacji z "Solanusa" gdzie jest mój kochany jacht, wyszło na to, że mamy sporą rezerwę i możemy noc przespać na równej stępce.
Już dopływając tutaj widać było, że to istna pustynia. Poza widoczną dobrze z morza stacją radarową na tzw. Police Point, czyli na samym końcu półwyspu, nic tu nie ma. Do najbliższej osady (Paulatuk) jest dobre 150 km, a tak to zupełna pustka. Od strony otwartego morza półwysep wydaje się trudno dostępny ze względu na swój wysoki, klifowy brzeg, ale w zatoce nie brak "plaży", o ile tak można nazwać płaski, kamienisty kawałek wybrzeża, do którego bez problemu można dobić pontonem. Trochę zaskoczył nas wielki znak nawigacyjny ustawiony na lądzie i boja do cumowania dużych jednostek - przypuszczamy że to miejsce, do którego przypływają jakieś wojskowe jednostki (na mapie nic na ten temat nie ma - jakby top secret). A co do spraw wojskowych to mamy dowód na to, że Kanadyjczycy bardzo czujnie strzegą swoje arktyczne zaułki i kontrolują co się w nich dzieje. Otóż kiedy zadzwonił do nas Eric z "Ariela" doskonale wiedział, że zatrzymaliśmy się w tej wcześniejszej zatoczce! Nikomu o tym nie mówiliśmy, ale jak się okazało - wiedział o tym od Petera Samotiuka z Cambridge Bay, a on z kolei miał info z monitoringu radarowego. Czujemy się trochę jak na terenie opanowanym przez Wielkiego Brata - nawet na takim pustkowiu każdy nasz krok jest rejestrowany.
Wracając do eksplorowania zatoczki. Niestety, ledwo się przeprawiliśmy na ląd, zaczęło padać, ale stwierdziliśmy że nie jest mięczakami - wracać od razu nie będziemy! Zdobyliśmy jedno z najwyższych w okolicy wzgórz (pewnie miało z 60 metrów wysokości), traktując je jako punkt widokowy, ale widoków żadnych nie było, bo naszła mgła. Był za to fajny kamienny kopczyk - znak że nie jesteśmy pierwszymi którzy dotarli w to miejsce. Tego typu kopczyki to inuicka tradycja - w zależności od przeznaczenia mają one różne kształty i nazwy.
Mieliśmy też chwilę grozy, bo nagle Borje wypatrzył jakiś biały kształt. W tych warunkach trudno było określić jaki dystans dzieli nas od białej kuli. "Niedźwiedź polarny" - wyszeptał podekscytowany Borje odbezpieczając niesioną na sznurku strzelbę. Chwilę później domniemany niedźwiedź okazał się. arktycznym zającem, o białym futerku. Tutejsze zające są nad wyraz wyrośnięte, ale rozmiarowo do niedźwiedzi trochę im jednak brakuje.
Na widok zajączka w Borje od razu obudził się duch łowcy. -Będzie na kolację - ucieszył się i już przymierzał się do strzału, kiedy stanęłam w obronie niczego nie przeczuwającego długouchego, przy okazji informując Borje, że nie będę jadła zwierzaka, który jeszcze chwilę wcześniej kicał. Borje jest zapalonym myśliwym, tak więc trudno mu się było pogodzić z rezygnacją z oddania upragnionego strzału. Gdyby zajączek wiedział, że zawdzięcza mi życie może przynajmniej podbiegł by bliżej dla lepszego zdjęcia.
Wracając na jacht zrozumieliśmy, jak łatwo się w arktycznej scenerii zgubić. Mgła i brak jakiś charakterystycznych znaków (nie ma drzew, krzaków, wszędzie tylko te kamieniste pustkowie) sprawia, że naprawdę łatwo stracić orientację. -Widzisz, trzeba było upolować zająca - mówił Borje myśląc o awaryjnej kolacji. -Ciekawe jakbyś go przyrządził? - zapytałam, na co Borje zaczął snuć dość apetyczne wizje co i jak, a trzeba przyznać że gotuje całkiem dobrze. -No tak, ale jakbyś rozpalił ogień? - sprecyzowałam pytanie. Tu już odpowiedzi nie było. Rzecz jasna nie mieliśmy ze sobą nic - żadnego surwiwalowego sprzętu, żadnych zapałek czy zapalniczki. Pomyślałam sobie, że cała moja wiedza na temat sztuki survivalu jest w tych arktycznych warunkach zupełnie bez sensu. Co z tego, że umiem zbudować szałas, jak w tych okolicach nie ma nawet jednej gałęzi, co z tego że wiem jak rozpalić ogień mając do dyspozycji dwa drewienka, kiedy tu żadnych drewienek nie ma. Przydał się za to kompas jaki mam w zegarku - przynajmniej wiedzieliśmy w którą stronę iść, aby dotrzeć do jachtu.
Miło było wrócić na "Annę", na której od razu Borje rozpalił piecyk, więc zrobiło się przytulnie i ciepło, a kiedy już przebraliśmy się z przemoczonych doszczętnie ciuchów, można się było napić gorącej herbaty z rumem. Tak jak uwielbiam żeglowanie, tej nocy wyjątkowo cieszyłam się, że mamy ten chwilowy luz czasowy i nie musimy wychodzić na rozfalowane morze, zmagając się z zimnym wiatrem, deszczem i mrokiem nocy. Okazało się, że nie tylko my schroniliśmy się w zatoczce - "Arielowcy" we wspomnianej rozmowie telefonicznej też przyznali, że mają dość dwóch dni walki z przeciwnym wiatrem i stoją w - jak to mówi Borje - "natural harbour" na następnym półwyspie, jakieś 70 mil od nas.
5 września, 61. dzień poza domem, około południa Morze Baffina, pozycja na godzinę 1130 - 70 st.10`N, 123 st.39`W Morze, morze, morze.
Słońce świeci, ale wieje zimny, polarny wiatr. Dobrze, że nie musimy siedzieć całą wachtę na pokładzie - wychodzimy co jakiś czas tylko po to, by sprawdzić co tam ogólnie widać. Bądź co bądź głupio byłoby się na pustym oceanie zderzyć z jakąś inną jednostkę, zakładającą, że przecież nikt tu nie pływa.
To że nie musimy non-stop stać za sterem, to zasługa zrobionego przez Borje autopilota. System jest technologicznie dość zaawansowany, bo składa się z mnóstwa różnych gumek, bloczków i knag samozaciskowych, i w efekcie można sterować tym mechanizmem siedząc w kabinie nawigacyjnej, obserwując jak trzymamy kurs na ekranie komputera. Może niektórzy będą się krzywić, że to żadne żeglarstwo, bo nie słyszy się i nie widzi morza, a jedynie ekran laptopa, ale zapewniam, że żeglując kilka tysięcy mil po tutejszych akwenach, morza ma się pod dostatkiem, a siedzenie we mgle, deszczu, na zimnie, to średnia przyjemność nawet dla najbardziej zapalonych wilków (i wilczyc) morskich.
W każdym razie Borje śpi, a ja wachtuję, czyli co jakiś czas koryguję ustawienie linek "autopilota" i gapię się w komputerową mapę, kontrolując jak jedziemy. W międzyczasie przejrzałam też lokalną gazetę wziętą z Cambridge Bay. Informują w niej m.in. o śmiałych misiach grizzly, jakie nawiedzają centrum Invuik, największego miasta kanadyjskiej prowincji zwanej Terytorium Północnym. Ostatnio dwa takie dwa niedźwiedzie, które postanowiły się przespacerować po głównych ulicach miasta, trzeba było odstrzelić. W Invuik wprawdzie nie będziemy (trzeba byłoby wpłynąć ze 100 km w głąb ujścia rzeki Mackenzie), ale może uda nam się gdzieś indziej zobaczyć grizzly? W sumie to teraz jesteśmy już na ich terytorium - rejon misiów polarnych już się skończył.
4 września, 60. dzień poza domem W zatoce Amundsena, przy wejściu na Morze Beauforta, pozycja na godzinę 17-tą 69 st. 58` N, 125 st. 09`W Halsóweczka…
Po ciężkiej nocy znowu mamy ładny dzień – błękitne niebo, słoneczko. Szkoda tylko, że wiatr w dziób. Przez długi czas halsowaliśmy się na żagielkach, ale w końcu się wkurzyliśmy, że jeździmy ciągle na boki, a prawie nic do przodu, i odpaliliśmy silnik. „Solanus” jest niedaleko – znowu próbowałam złapać chłopaków przez radio, ale nie udało się. Dziś w nocy miałam okazję zrozumieć, dlaczego Borje poprosił o wsparcie w postaci dodatkowego członka (członkini?) załogi. Przy kiepskiej pogodzie rzeczywiście w jednoosobowym, nawet dwuosobowym składzie, łatwo nie jest. A noc była naprawdę paskudna. Nie dość że wiał ten silny, przeciwny wiatr, to jeszcze zachmurzone niebo i mgła, sprawiające wrażenie egipskich ciemności. I na dokładkę jeszcze okropna mżawka. Brr… Kilka godzin na pokładzie w takich warunkach to naprawdę koszmar.
Jednak paradoksalnie wcale nie na mokrym – zalewanym przez deszcz i falę pokładzie przemoczyłam ciuchy, tylko w środku jachtu. Tu gwoli wyjaśnienia – na „Annie” jest 6 koi, ale w nocy śpimy na zmianę na materacach rozłożonych na podłodze, w głównym przejściu. Chodzi o takie spanie na „stanby`ju” – w ciągłej gotowości, w części ciuchów, tak by w razie zawołania wachtującego być gotowym do szybkiego wyskoczenia na pokład i szybkiej pomocy. Dodatkowym plusem miejscówki na podłodze jest to, że jest cieplutko (nadmuch od silnika) i przy dużej fali, taką jaką obecnie mamy - wygodniej niż w kojach, bo mniej rzuca i jest stosunkowo mały przechył. W każdym razie właśnie sobie zaległam w takiej miejscówce, zdążyłam zasnąć snem najgłębszym z możliwych, a tu nagle zwala się na mnie fontanna zimnej, na dodatek słonej wody. W pierwszej chwili myślałam, że mamy wywrotkę, tym bardziej że przechył był solidny, ale nie – okazało się, że to przelewająca się przez pokład fala trafiła na niezamknięty skylight (okienko). Zalało nam materace, śpiwory, ciuchy… Na dodatek wysuszyć się tego, ot tak sobie, nie można, bo rzeczy zamoczone wodą słoną trzeba przepłukać w słodkiej, a tę rzecz jasna się oszczędza.
Jakby tego było mało, kilka godzin później zalałam sobie wodą słoną kolejny zestaw ciuchów. Wykoczyłam na pokład w celach toaletowych (ze względu na skomplikowany system używania pompy w kingstonie „Anny” wolę wystawiać swój odwłok za rufę, tak jak to się zresztą robi na większości jachtów), a że nie chciało mi się zakładać kaloszy i sztormiaka, dostałam za swoje lenistwo – przyszła kolejna falka i sprawiła, że do już mokrych rzeczy dołączyły moje dresy i ostatnie suche skarpetki. No cóż, morze bywa złośliwe…
A teraz z innej paki – przyszedł sms od Wojtka z Toronto. Wojtek donosi, że spotkana w Gjoa Haven fińska „Sarema” dotarła już do Pond Inlet, a tym samym jako pierwszy w tym roku jacht zrobiła Przejście Północno-Zachodnie. Z kolei brytyjski „Young Larry” dochodzi do Tuktoyaktuk. Mamy szansę go spotkać…
3 września, 59. dzień poza domem W Dolphin and Union Strait (wejście na Morze Beringa) pozycja na godzinę 18-tą 69 st. 20`N, 117 st. 16`W Dzień leniucha
Nad ranem wreszcie udało nam się dogonić „Solanusa”. Niestety nie widzieliśmy się – akurat naszła gęsta mgła, a kiedy wymieniliśmy smsy z pozycjami, okazało się, że jesteśmy już dobre 10 mil przed „Solanusem”. Umawialiśmy się, że o ile któryś z jachtów nie ma problemów technicznych – nie czekamy na siebie. Może jak zyskamy dużo przewagi jeszcze raz uda nam się stanąć w jakiejś zatoczce i zrobić wypad na ląd? Dzień, czy raczej noc zaczęłam wcześnie, bo o 1-ej Borje obudził mnie z pytaniem czy bym go nie zmieniła za sterem. Zrobił mi jeszcze kawy, no i zostałam sama z oceanem, choć to może niezbyt właściwe określenie, bo wciąż płynęliśmy cieśniną. Nawet jakieś światło nawigacyjne się pojawiło – stawa na którejś z wysepek. Fajnie, że Borje jako kapitan ma do mnie zaufanie i mogę na jachcie robić co uważam za stosowne, bo to jednak co innego wykonywać czyjeś polecenia, a co innego samemu decydować o tym jak się płynie i w jaki sposób. Na dobry początek wyznaczyłam sobie trochę inny kurs niż ten, którym wcześniej płynął Borje (nie dlatego żeby on akurat coś źle zrobił, ale wiatr się odkręcił), potem się rozwiało, więc nawet myślałam o odstawieniu silnika, aż w końcu zaczęło nam dmuchać prosto w dziób, więc silnik został, natomiast musiałam zrzucić hamujące nas żagle (foka i grota). Podoba mi się „Anna”, bo jest bardzo przemyślana, pełna różnych patentów usprawniających pracę, a przez to – łatwa w obsłudze w pojedynkę. Sterując widzę komputer z kreską kursową, w każdej chwili, zwłaszcza we mgle, mogę włączyć zawieszony przy stanowisku sternika radar (na polskich jachtach dla obserwacji radaru zazwyczaj trzeba zejść pod pokład), nie mówiąc o drobiazgach typu specjalne podkładki żeby sternikowi siedzącemu za sterem nie było zimno w wiadomą część ciała.
Wracając do wachty – w ciągu 6 godzin pogoda zmieniała mi się jak w kalejdoskopie. Najpierw miałam rozgwieżdżone niebo – z Wielkim Wozem ponad grotmasztem i księżycem w nowiu za bezanmasztem. Około 3-ej w nocy pojawiła się znowu zorza polarna – wprawdzie nie tak ładna jak wczoraj, ale zawsze. O 5-tej rozpoczął się spektakl pod hasłem „wschód słońca” – niebo i woda zrobiły się pomarańczowe i na pewien czas zupełnie siadł wiatr. Z kolei o 7-mej przyszła mgła, tak gęsta, że widzialność spadła do może 50 metrów. Akurat w tym momencie pojawiła się w zejściówce jak zwykle uśmiechnięta twarz Borje, który widząc owe „mleko” skomentował to krótkim „Och, jaki piękny dzień!” i wysłał mnie do koi.
Zanim jednak położyłam się spać, zrobiłam śniadanko – jajecznicę z cebulą. A potem – rzeczywiście padłam. Obudził mnie zapach obiadu, zrobionego z kolei przez Borje, który wymyślił zapiekankę z kartofli i parówek. Kiedy zdziwiłam się, że gotował na wachcie, z dumą pokazał niezwykłą konstrukcję, czy raczej pajęczynę linek idących od steru do wnętrza jachtu, w okolice naszego komputera z mapami. –Mamy autopilota! – pochwalił się i rzeczywiście, muszę powiedzieć, że system działa całkiem nieźle. Dość powiedzieć, że powinnam teraz sterować, a siedzę pod pokładem i piszę bloga…
2 września, 58. dzień poza domem W Coronation Gulf, koło archipelagu Księcia Yorku (Duke of York Archipelago) pozycja na godzinę 19-tą: 68 st. 23`N, 112 st. 46 W Zorza polarna, karibu i wyspa
Kolejny fajny dzień. Zaczęło się od nocy. Akurat wachtowałam, Borje spał snem udręczonego poczynaniami załogi kapitana (w międzyczasie dwa razy go budziłam, bo miałam problemy z silnikiem), kiedy na niebie pojawiły się dziwne „chmury”. Wyglądało to jak deszcz meteorytów, ale takich zawieszonych między gwiazdami. Potem te dziwne pionowe smugi zaczęły przybierać coraz bardziej fantastyczne kształty, stały się dużo wyraźniejsze i nabrały zielonkawych odcieni. Nie miałam już wątpliwości – to była najprawdziwsza zorza polarna! Nie mogłam się oderwać od widoku nieba. Gapiłam się niczym zahipnotyzowana, a kiedy Borje około pierwszej w nocy przyszedł mnie zmienić za sterem (też powalony widokiem zorzy), stwierdziłam, że szkoda schodzić przy takim spektaklu do koi pod pokładem i rozłożyłam się w śpiworku na deku.
Około piątej obudził mnie odgłosy rzucanej kotwicy i ściąganych żagli. Okazało się, że Borje w międzyczasie doszedł do słusznego poniekąd wniosku, że jesteśmy przemęczeni i przyda nam się kilka godzin normalnego snu, bez wacht. No ale skoro już znaleźliśmy się w tak ślicznej zatoczce, szkoda było tylko spać – po dwóch godzinach szybkiej drzemki i śniadaniu, wskoczyliśmy w trekingowe buty, zabraliśmy strzelbę, zrzuciliśmy na wodę ponton i przeprawiliśmy się na brzeg, notabene wciąż należący do Wyspy Victorii (tej samej na której bardziej na wschód położone jest Cambridge Bay).
Z braku czasu (trzeba gonić „Solanusa”) nie mogliśmy zrobić żadnej ambitnej wycieczki, no ale godzinkę pokluczyliśmy po okolicy. Trafiliśmy na domki należące zapewne do myśliwych, pozachwycaliśmy się bogactwem lokalnej flory (czerwone listki rachitycznych krzaków przypominały, że to już tutaj zaawansowana jesień), upajaliśmy się przestrzenią, na której pozna nami nie było widać żadnych innych ludzi i już mieliśmy wracać, kiedy pojawił się On – Pan Karibu. Akurat zaczęłam narzekać, że wzięliśmy strzelbę, a tu żadnych miśków (polarnych w tym rejonie nie ma, ale jakiś dyżurny grizzly mógłby się pojawić), a tu jakby w zastępstwie miśka wychodzi dostojny rogacz. Rogacz, czyli Pan Karibu, okazał się na tyle uprzejmy, że nie tylko że nie uciekł widząc nas ze strzelbą, ale ku naszemu zdziwieniu, jeszcze się do nas przybliżył. Chyba był nie mniej zaciekawiony nami, niż my nim…
Po powrocie na jacht szybko podnieśliśmy kotwicę i ile mocy w silniku i w żaglach jechaliśmy przed siebie. Po krótkim odcinku mgły znowu wyszło piękne słoneczko, co jak wiadomo, wpływa na dobry nastrój, a że akurat wypadła moja kolej sterowania, więc w przypływie upajania się fajnym dniem przerobiłam cały repertuar piosenek znanych mi z harcerstwa, tudzież Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich. To normalne, że w górach śpiewa się szanty, a na morzu – piosenki o górach. Mam nadzieję, że Borje który poszedł odsypiać zarwaną noc, nie słyszał mojego fałszowania.
1 września, 57. dzień poza domem W cieśninie Daasy Strait Gonimy „Solanusa”
Aż wierzyć się nie chce, że to arktyczny pierwszy września. Po prostu – plaża! Termometr wskazuje 20 stopni, a słońce tak przygrzewa, że chodzę po pokładzie w koszulce z krótkim rękawem, podczas gdy Borje w ogóle z koszulki zrezygnował i eksponuje swój kształtny tors morskiego wilka.
Jeśli chodzi o płynięcie na „Annie”, to jak na razie jest nieźle. Trochę się obawiałam tego wachtowania we dwójkę, tzn. na zasadzie że jedna osoba śpi, druga jest na pokładzie, ale całkiem nieźle się uzupełniamy. Do północy sterował Borje, potem na 3 godziny stanęliśmy w dryfie, więc można było się spokojnie przespać, a od 5-ej rano ja jechałam, a Borje odsypiał. Jak już kapitan się wyspał (o 8-mej), zrobił śniadanko, czyli tzw. poridż (owsianka na mleku plus suszone owoce) plus kanapki z serem chciałoby się powiedzieć żółtym, ale tu akurat – pomarańczowym plus na ten ser dżemik (ponoć w Szwecji tak jedzą).
Co do gotowania to ja z kolei w ciągu dnia upiekłam ciasto! Może nie powinnam się przyznawać, tylko zbierać wyrazy uznania, ale zdradzę – chodzi o ciasto-gotowca, takie z pudełka, z instrukcją jak dla jakichś wyjątkowych tępaków (w Polsce w przepisie wystarczy powiedzieć „wymieszać” i naród wie o co chodzi, a tu są wytyczne, że trzeba ukręcić 50 razy (!), bo w domyśle jak się ukręci z 49 to może nie wyjść). Niestety w międzyczasie okazało się, że jachtowy piecyk, wbrew temu co myślał Borje jednak nie działa, pozostało nam więc zrobić ciasto na zwykłym gazie. Efekt – wcale nie taki zły. Zresztą obydwoje z Borje należymy do takich łasuchów, że i tak zjemy wszystko co słodkie. Z wydarzeń dnia – Borje wypatrzył jacht. Na pewno nie jest to ani „Solanus”, ani „Ariel”, więc kto? Próbowaliśmy ich wywoływać przez radio, ale nie odpowiadali.
[z informacji otrzymanych następnego dnia z „Solanusa”, który się z tajemniczym jachtem spotkał – chodzi o „Astral Express” z Nowej Zelandii. Jak donosił Damian, to super nowoczesna konstrukcja, w pełni zautomatyzowana – wszystko niemal na pilota, z kewlarowymi żaglami].
31 sierpnia, 56. dzień poza domem Wyjście z Cambridge Bay Przesiadka (chwilowa) na „Annę”
Do najbliższego portu (czyli do Tuktoyaktuk, który będzie za jakieś 750 mil) płynę z Borje na „Annie”. Borje został w podbramkowej sytuacji, bo wysiadł mu z jachtu Niels (odlatuje z Cambridge do Szwecji), no ale że też musi być szybko w Tuktoyaktuk, gdzie będzie zostawiał swój jacht na zimę, poprosił Bronka czy nie moglibyśmy go wspomóc na tym odcinku jakąś osobą z naszej załogi. W sumie nie praktykuje się „wypożyczania” załogantów, tak więc gdyby nie chodziło o Borje, nie mielibyśmy skrupułów odmówić. Z Borje jednak jesteśmy bardzo zżyci (tym bardziej że on też często nam pomagał), a poza tym, co tu kryć, każdy z nas wie, że pływanie tutaj w pojedynkę nie jest bezpiecznym pomysłem.
Nie ukrywam, że z żalem wysiadałam z „Solanusa”. Rozczulił mnie Tolek, który widząc jak wsiadam na ponton, którym Borje mnie zabierał, rzucił: „-Córciu, jak ci będzie źle, to od razu dzwoń…”. Swoją drogą umówiliśmy się, że dwa razy dziennie mam podawać pozycję, na której aktualnie jesteśmy.
„Solanus” wyszedł w morze zaraz po obiedzie, chwilę wcześniej podniósł kotwicę „Ariel”, nam z Borje zeszło do wieczora, bo ja jeszcze musiałam skorzystać z Internetu, a Borje dostosowując się do moich zwyczajów żywieniowych, postanowił zdobyć chleb, co oznaczało konieczność poczekania na jego popołudniową dostawę. Teraz już jest wieczór – za nami światła gościnnego Cambridge Bay i mroczna przestrzeń przed nami. Znowu w morze….
30 sierpnia, 55. dzień poza domem II dzień postoju w Cambridge Bay Przygotowania do wyjścia w morze, wizyta u fryzjera, w gościnie w inuickiej rodzinie
Pracowity dzień! Najważniejsze to tankowanie paliwa i wody, co z braku możliwości podejścia do nabrzeża (zablokowane przez wciąż rozładowywaną barkę), trzeba było robić metodą wożenia kanistrów pontonami. Akcja „tankowanie” bardzo zbliżyła wszystkie załogi, bo wszyscy z trzech jachtów sobie wzajemnie pomagali. Borje ma problem z silnikiem przy swoim pontonie, więc korzystał z naszego i „Arielowego” pontonu, rewanżując się pożyczeniem nam swoich kanistrów (nam kanistrów brakuje, ale jeśli to nie będzie konieczne, nie chcemy ich tu kupować). Nie miało znaczenia, który jacht ile tankuje – pontony krążyły tam gdzie akurat była potrzeba. Można powiedzieć – „bo wszyscy żeglarze, to jedna rodzina…”. W międzyczasie wszyscy z ekipy „Solanusa” zaliczyliśmy też kąpanie - ja na „Annie”, Damian w domu poznanej kobitki, reszta załogi za 5 dolców od osoby w lokalnym „Visitor`s center”. Pranie brudnych ciuchów zrobiliśmy w domach poznanych ludzi – dużym plusem jest to, że tu wszyscy mają też i suszarki, nie ma więc problemu, co z ociekającymi wodą rzeczami potem zrobić. W ramach doprowadzania się do ładu, Bronek i Damian ostrzygli się samodzielnie, na jachcie, ja z kolei wybrałam się do miejscowej fryzjerki (oficjalnego zakładu fryzjerskiego tu nie ma, ale zrobiłam wywiad, kto z lokalesów ma takie umiejętności). Dziewczyna okazała się lepsza w swoim fachu niż myślałam, choć początkowo zastanawiałam się czy w ostatniej chwili nie uciec. Za 20 dolarów (kanadyjskich) jest samo strzyżenie – bez mycia czy modelowania, ale co najgorsze – siedzi się na środku pokoju w którym hasają dzieci i nawet żadnego lustra do kontroli poczynań nad naszą głową nie ma! Fryzjerka nawet nie zadała pytania jak chcę się ostrzyc, tylko wzięła się z zapałem do pracy, a ja z nieszczęsną miną poddawałam się może nie tyle jej woli, co nożyczkom. Börje, który mi towarzyszył (bo chwilę później i on się strzygł) dawał mi jednak uspokajające znaki, że nie jest tragicznie – efekt był dużo lepszy od oczekiwanego.
Wieczór spędziliśmy wraz z Börje, Nilsem i Niclasem z „Ariela” na Internecie u poznanego Inuity. Chłopak ożenił się z dziewczyną nie-Inuitką z głębi Kanady i teraz wiodą sobie spokojne, całkiem przyzwoite życie, z dumą opowiadając o inuickich tradycjach. Mieszkanie mają takie, że większość z nas może im pozazdrościć. Kiedy robiłam zdjęcia ich bardzo fajnie urządzonej sypialni, śmieli się: „co z tego że zrobisz zdjęcia, jak i tak wszyscy myślą, że śpimy w igloo”. Pokazali swoje ślubne stroje – własnoręcznie tradycyjne ubrania inuickie uszyte ze skóry karibu. Przymierzyłam – cieplutkie! A, zapytałam jeszcze jak z inuickim całowaniem się przez pocieranie nosami. Ponoć tradycja jest w zaniku, ale jeszcze można się z nią spotkać. W każdym razie – prawda!
Trzeba przyznać że nasi gospodarze wychodzili z siebie, aby było nam u nich dobrze. Znana jest polska gościnność, ale to czego doświadczyliśmy teraz, wcale nie było gorsze. Poczęstowano nas kolacją, było winko, jakieś mocniejsze trunki, ciasta… Okazało się, że lokalesi wcale w lokalnych supermarketach tak chętnie nie kupują – ceny, jakie w nich są, dobijają także ich. Na ogół robi się zamówienia przez Internet i korzysta z przysyłanych drogą lotniczą paczek ze sklepów internetowych. Wyjaśniła się też kwestia kupowania alkoholu – można go kupić w upoważnionym do tego sklepie, ale tylko raz w tygodniu, w piątek.
29 sierpnia, 53. dzień poza domem, wieczorem I dzień postoju w Cambridge Bay Portowa niedziela, impreza na „Arielu”
Mimo niedzieli i zarwanej nocy, nie dane nam było dłużej pospać. Już od 5-tej rano odezwał się na kanale 16-tym VHF-ki Coast Guard z wywołaniem do stojących na kotwicach jachtów. Jak się potem okazało, o tak drakońskiej porze wszyscy wywołanie zignorowali. Łaskawcy z Coast Guardu chyba się zreflektowali, że to mało odpowiednia pora i łaskawie dali nam pospać do 7.30. Wtedy ponownie zrobili raban na łączach, każąc przestawić jachty nieco z boku, aby zrobić miejsce barce mającej stanąć przy jedynym w porcie, niewielkim zresztą nabrzeżu. Barka rzeczywiście wkrótce się pojawiła, a właściwie ogromne barczysko idące z odległego Vancouver, załadowane 350 kontenerami ponoć z zaopatrzeniem miasteczka na zimę.
Podoba mi się w Cambridge Bay. Sama osada – nic szczególnego, ale za to od samego początku trafiamy tu na super ludzi. Każda przeprawa pontonem na brzeg to okazja aby wpaść na kogoś zainteresowanego skąd jesteśmy, jak się płynie, czy było dużo lody itp. Ludzie proponują pomoc, zapraszają na kawę, oferują możliwość skorzystania z Internetu czy popranie rzeczy. Miłe…
Ponieważ jest niedziela, co w kanadyjskich osadach oznacza ograniczone możliwości załatwienia czegokolwiek (nawet informacja turystyczna jest zamknięta), mieliśmy dzisiaj czas na swoje sprawy i luźne spacery po miasteczku. Romek z Tolkiem z okazji niedzieli poszli na mszę do kościoła katolickiego, ja miałam również zrobić to samo, ale z racji kambuza musiałam zostać dłużej na jachcie aby posprzątać, tak więc do miasta wybrałam się nieco później, z Börje, no i zamiast na mszę katolicką trafiliśmy na niesamowite nabożeństwo będące połączeniem muzyki gospel i disko polo. Spotkałam się już z tą wiarą (chodzi o Pentecostal Church) w Afryce, a konkretnie w Ugandzie, nie przypuszczałam jednak, że trafię na nią na północy Kanady! Z tą muzyką to wcale nie przesadzam, bo cała msza to ciągłe śpiewy, muzyka, klaskanie, tańce i ogólny spontan. Jedynym słownym przerywnikiem było powitanie nas, jako gości i przepytanie, skąd jesteśmy. Inna sprawa, że wiernych zbyt dużo nie było – raptem kilka osób. Jak doniósł Romek, w kościele katolickim (pod wezwaniem „Our Lady of the Arctic”) z frekwencją wcale nie było lepiej, a co ciekawe – nabożeństwo odprawiała pani diakon (!), jak się okazało następnego dnia, normalnie pracująca w informacji turystycznej. A skoro o kościołach mowa, to z kronikarskiego obowiązku donoszę, że jest w Cambridge Bay jeszcze jeden, trzeci kościółek – anglikański (pw. Św. Jerzego). Ten akurat ma chyba trochę więcej wiernych, bo w niedziele proponuje dwie msze – jedną po angielsku, drugą po inuicku.
Po obiedzie poszliśmy z Börje na wycieczkę na obrzeża miasteczka. Załodze „Ariela”się udało, bo ktoś tam zabrał ich samochodem do miejsca gdzie są woły piżmowe. Normalnie jest owych wołów dużo, ale dzisiaj akurat był jeden. Dobre i to. My wołów piżmowych nie widzieliśmy, za to było mnóstwo szkieletów karibu.
Wieczorem z kolei była impreza na „Arielu”. Wcześniej Eric, kapitan „Ariela” podpłynął do nas pontonem i zaprosił na pokolacyjne spotkanie, w którym miał uczestniczyć mieszkający w Cambridge Bay Peter Semotiuk, który od iluś lat interesuje się jachtami robiącymi North West Passage, służąc im przy okazji informacjami, radami, mapkami lodowymi i pogodowymi, a także prowadząc skrupulatne statystyki „przejściowców”. O Peterze wiedzieliśmy już od Wojtka z Toronto, korespondencją z nim chwalili się jeszcze na Grenlandii „Arielowcy”, nie mówiąc o tym, że Peter przysłał nam przez satelitę sympatycznego smsa, a ja z kolei wysłałam do niego maila.
Trzeba przyznać, że spotkanko wyszło bardzo sympatycznie. Byli również chłopcy z „Anny”, naszą zaś załogę reprezentowałam ja, mam nadzieję godnie, robiąc polskiemu żeglarstwu maksymalnie dobry PR. Przy okazji miałam wreszcie okazję zobaczyć „Ariela”. Jego właścielami są Eric (kapitan) i jego żona, od iluś już lat żeglujący gdzie się tylko da i traktujący jacht jako pływający dom. Reszta załogi, czyli kolejne cztery osoby to rodzina i znajomi, w tym też zawodowo pływający Niklas (on zdaje się jest na „Arielu” na etacie). Warunki mieszkaniowe jak na jacht są dość luksusowe, choć „Arielowcy” narzekali na małą łazienkę (trzy razy większą od naszej). Największe wrażenie zrobiła na mnie kabina nawigacyjna przypominająca istny kokpit samolotowy, tzn. do tego stopnia naszpikowana elektroniką. Z kolei stanowisko sternika przypomina mostek z dużego statku – osłonięte, pełne różnych wskaźników. Niewątpliwie dużo wygodniejsze od naszego, solanusowego, za to ograniczające poczucie bliskości z morzem i siłą żywiołu, do czego my akurat jesteśmy przyzwyczajeni.
Spotkanie przedstawicieli załóg sprawiło, że zrobiło się jakoś tak rodzinnie. Siedzieliśmy na pokładzie, osłonięci specjalnym „namiotem” przypominającym werandę, na stole paliły się świece, a do kawy-herbaty Niclas podał własnoręcznie upieczone ciasto z napisem „NWP-2010”! Peter powiedział nam trochę różnych „plotek” związanych z gronem tegorocznych „Przejściowców”. Okazało się np. że Rosjanie planujący Przejście z zachodu na wschód jednak się wycofali, ponoć z powodu zepsutego radaru. Z kolei jeśli chodzi o „twardziela” płynącego wiosłówką, ponoć kontynuuje swój rejs trwający od kilku lat – za każdym razem zarzeka się, że ma dosyć i kończy tę masochistyczną zabawę i… za każdym razem wraca do swoich wiosełek. Wspominaliśmy też różne trudności jakie spotkały nas po drodze, zwłaszcza te lodowe, przez co zeszło na sprawy bezpieczeństwa. Ponoć kilka lat temu był jeden jacht, który zaginął na Morzu Beauforta – nie wiadomo dokładnie, co się z nim stało. Wrócił też temat wielkiego wycieczkowca, o którym już na blogu wspominałam, a który kilka (kilkanaście?) dni temu wpakował się w okolicach miejscowości Coppermine na skały. Ludzi wszystkich ewakuowano, teraz jest walka o uratowanie statku. Ponoć nie jest to nawet trudne, bo dziurę da się załatać, ale koszty całej tej akcji są ogromne. Barka, która w Cambridge Bay blokuje nam dostęp do nabrzeża, po rozładowaniu ma być wykorzystana w akcji ratunkowej tego statku.
Wyszedł też w rozmowie z Peterem temat, jakie są dokładnie kryteria zrobienia Przejścia Północno-Zachodniego. Według niego sprawa jest prosta – Przejście jest „zaliczone”, jeśli przecięło się z obu stron Krąg Arktyczny, przy czym od strony wschodniej dobrze jest jeśli przypływa się od brzegów Grenlandii, pokonując Zatokę Baffina. Oznacza to, że dla nas koniec przejścia będzie w okolicach portu Nome na Alasce – znajduje się on tuż pod Cieśniną Beringa, trochę poniżej Kręgu Polarnego. No ale do Nome jest pewnie ze 2,5 tys. mil. Kawał drogi!
Kryteria „zaliczenia” przejścia przestraszyły nieco Niclasa z załogi „Ariela”, który w ubiegłym roku robił Przejście Północno-Wschodnie (ponad Rosją). Nie doszli wtedy do linii kręgu polarnego – załoga zmieniła się trochę wyżej. Swoją drogą Niklas stwierdził, że to nasze obecne Przejście (Północno-Zachodnie) jest dużo ciekawsze od Północno-Wschodniego, bo więcej się na nim dzieje, a i lodu jest też więcej. Opowiadał, że na tym poprzednim rejsie płynął na jachcie który oficjalnie miał na to zgodę Rosjan i związanego z tym obowiązkowego pilota rosyjskiego na pokładzie (bardzo zresztą chwalonego przez Niklasa). W tym samym czasie płynął też na tej trasie norweski jacht, który oficjalnej zgody nie miał i za rosyjskiego pilota lodowego płacić nie zamierzał. Finał był taki, że na samym końcu trasy nielegalnie płynących Norwegów na kilka dni aresztowano i obarczono karą pieniężną. Finansowo im się to opłaciło – kara, jaką dostali do zapłacenia okazała się dużo niższa niż opłata za oficjalnego pilota. Cóż, rosyjskie paradoksy!
29 sierpnia, o drugiej w nocy W Cambridge Bay Starboard – znaczy PRAWA!
Dotarliśmy do portu dzisiaj w nocy, jakoś tak około pierwszej w nocy. Zgodnie z przewidywaniami, oprócz „Anny” o której wiedzieliśmy, że wpłynęła do Cambridge Bay dobre 6 godzin przed nami, w zatoce stał też „Ariel”, który wyprzedził nas o jakieś 12 godzin (zyskali na polu lodowym, które jakimś fartem ominęli, a które nas zatrzymało na pół nocy). Dojście do Cambridge Bay z morza, czy raczej głównego szlaku żeglugowego jest dość długie, bo zgodnie z nazwą mieścina leży w zatoce (owe „bay”), dość długiej i krętej, co zresztą sprawia, że to taki dobry, osłonięty od wiatru i fali port. Od razu było widać, że wpływamy do cywilizacji – nawet szlak wejściowy oznaczony był bojami, paliły się światło nabieżnikowe, a i samo miasteczko w stosunku do poprzednich portów, w jakich byliśmy w Kanadzie, sprawia wrażenie wielkiej ”metropolii” (nawet asfalt na ulicach jest).
Przy wejściu do portu dałam straszną plamę. Wstyd mi potem było okropnie i pewnie nie powinnam o tym pisać, bo żaden to powód do chwały (wręcz przeciwnie), ale jednak się przyznam – ku przestrodze i nauce innych. Zaczęło się od tego, że szukając miejsca do kotwiczenia, zdaliśmy się na sugestie Borje, który zgodnie z wcześniejszą umową, czekał na nas i dyżurował przy radiu. Wszystko było dobrze, dopóki w kontakcie radiowym nie padło słowo „starboard”. Niestety, angielski w wydaniu żeglarskim nie jest moją mocną stroną – coś mi się ubzdurało, że chodzi o prawą burtę. Ponieważ nasza radiostacja jest pod pokładem, nie miałam możliwości obserwowania sytuacji na zewnątrz, tak więc podawałam jedynie tłumaczenia zasłyszanych przez radio uwag. Trochę zdziwiłam się, kiedy Borje powiedział, że mamy płynąć w kierunku wschodniego krańca zatoki, podczas gdy owe „starboard” w rozumieniu lewej burty kierowało nas na zachód. Niestety nie za bardzo mogłam przy pełnym trzasków połączeniu wyjaśnić swoje wątpliwości, no i w ten to prosty, acz skuteczny sposób, wprowadziłam „Solanusa” na mieliznę.
Bronek, jako kapitan, poradził sobie z zejściem z mielizny znakomicie, bo od razu dał komendy do powieszenia się załogi na relingach i zrobieniu przechyłu na jedną z burt, a kiedy to nie pomogło – do obciążenia wyluzowanego na burtę bomu. Dość szybko z tej pechowej mielizny zeszliśmy, no ale adrenalina była. Krótko mówiąc – od tej pory już na całe życie zapamiętam, że „portside” to burta lewa, a „starboard” - burta prawa, a cała ta sytuacja sprawiła, że postanowiłam ostro wziąć się za przerobienie posiadanej na jachcie książeczki „Angielski dla żeglarzy”. Tak na marginesie to już wyczytałam w niej, że na cyrkiel nawigacyjny mówi się… „compass” (!), a jachtowa ubikacja to w angielskim wcale nie żaden „kingston”, jak to stosują Polscy, tylko „head” (tak samo jak „głowa”).
28 sierpnia, o 5-tej rano, 52. dzień poza domem W Queen Maud Gulf, na południe od Wyspy Amundsena, pozycja na 4-tą rano 68 st.30`N, 102 st. 30`W Znowu w lodach Tych, którzy już nam zdążyli pogratulować zrobienia Przejścia (dostaliśmy kilka sympatycznych smsów i maili tego typu) informuję, że niestety gratulacje są przedwczesne - to dopiero połowa drogi! Owszem, najtrudniejsza część jeśli chodzi o lody jest już poza nami (tzn. tak nam się wydaje), ale zostaje do przejechania jeszcze dwa tysiące mil po dość nieprzyjemnym, bo płytkim, słynącym z krótkiej, krzyżowej fali Morzu Beauforta, potem będzie zdaje się jeszcze bardziej nieprzyjemne Morze Czukocie i następnie Morze Beringa, a „na deser” grożący jesiennymi sztormami przelot po Pacyfiku z Aleutów do Vanocuver. Czyli jeszcze nie ma się z czego cieszyć – zaczyna się walka z czasem, by jak najszybciej się z tej Arktyki wydostać, uciekając przed szybko nadchodzącą tutejszą jesienią (i zimą). Z naszych pobieżnych obliczeń wynika, że z Cambridge Bay, czyli najbliższego portu, do Vancouver mamy jeszcze jakieś 4200 mil, to jest w zaokrągleniu 7500 kilometrów. A tymczasem Arktyka dała nam lekcję pokory i pokazała, że nie należy się zbyt wcześnie cieszyć, że wszystko poszło dobrze. W Gjoa Havn, na godzinę przed wypłynięciem, spotkałam na Internecie Nielsa. Szwed zapytał, czy ściągamy mapki lodowe. Akurat byłam z Bronkiem, który stwierdził, że nie ma już takiej potrzeby – przecież dalej już nie ma lodów. Nikt z nas nie przewidywał, że silny wiatr z północy znowu lody zdryfuje, akurat na naszą, teoretycznie wolną od nich drogę. No i właśnie dzisiaj w nocy dostaliśmy z tego powodu w kość. Najpierw, trochę przed północą, przyszedł sms od Borje, który przekazał info otrzymane z kolei z „Ariela”, że znowu robi się „lodowo”. Wkrótce potem już w owych lodach siedzieliśmy. Cała psia wachta minęła nam z Romkiem i wspomagającym nas Bronkiem pod hasłem kręcenia się w lodowym labiryncie. Na dodatek było ciemno i mgliście, tak że lodowe bariery mogliśmy dojrzeć dopiero w ostatniej chwili. Kierunek gdzie jedziemy, czy na południe, czy na północ, wskazywało jedynie nieśmiało przebijające się przez chmury światło księżyca (plus kompas), a ogólnie to było jakoś depresyjnie nieprzyjemnie i do tego cholernie zimno. To kręcenie w kółko było naprawdę wkurzające – co już cieszyliśmy się, że korytarzem wolnej wody wyjdziemy z lodu, pojawiała się nowa lodowa bariera wskazującą, że jesteśmy w ślepej uliczce.
Kiedy sytuacja wyglądała na dość beznadziejną, znowu pomógł nam Borje, który smsowo zasugerował zejście bardziej na południe i zaofiarował się, że może na nas poczekać (swoją drogą jak on to robi, że wychodzi po nas, śpi kotwicząc gdzieś po drodze, a i tak potem okazuje się, że nas przegania?). W sumie nie było takiej potrzeby - odpisałam mu, żeby lepiej gnał do Cambridge Bay i zajął nam dobre miejsce, bo nabrzeże jest tam dość małe. Poza tym w międzyczasie podesłano nam z Polski najnowszą mapkę lodową, więc wiemy już co, jak i gdzie. Jak na razie (jest piąta nad ranem) udało nam się wreszcie wyjść na wolną wodę. Miejmy nadzieję, że teraz to już naprawdę koniec lodów.
27 sierpnia, przed kolacją, 51. dzień poza domem Między wyspą Króla Williama i Victoria Island pozycja z godz. 17-tej 68 st. 19`N, 101 st. 08`W Sennie, zimno, mgliście…
Dzień świstaka… Innymi słowy – dzień spania. Każdy kto schodzi z wachty od razu idzie do koi, aby się rozgrzać i wyspać. Na pokładzie jest dość nieprzyjemnie, a to za sprawą arktycznego, północnego wiatru niosącego chłód i wilgoć. Okropne jest takie wiatrzysko. Popołudniowe stanie za sterem praktycznie przez bite trzy godziny dało mi zdrowo w kość – na duchu trzymały mnie jedynie odsłuchiwane z audiobooka pełne humoru „Pamiętniki Adama i Ewy” Marka Twaina.
Kurcze, co ja tutaj robię, na tej dalekiej Północy? Zanim wypłynęliśmy z Gjoa Haven Borje dał mi dwa jabłka kupione w tutejszym supermarkecie za jakieś koszmarne pieniądze. Boże, nawet nie przypuszczałam, że zwykłe jabłka mogą tak smakować! Nie to, że były jakieś szczególne – były zupełne normalne, nawet gorsze od polskich, ale przy tych cenach, jakie tu są, już dawno zapomnieliśmy, że takie owoce istnieją.
No dobrze, wszyscy poza wachtującym Tolkiem śpią, to ja też idę do koi…
26 sierpnia, około 18-tej, 50. dzień poza domem Na wejściu do Simpson Strait , około 20 mil za Gjoa Havn W drodze do Cambridge Bay
Nowy dziennik jachtowy (stary się skończył), rozpoczął wpis: „1310 zejście z kotwicy, 1355 postawienie foka i grota” (tak dokładniej to trochę inaczej się to fachowo zapisuje, ale na komputerze nie mam możliwości pokazania jak). Do Cambridge Bay, kolejnego portu, mamy tylko 270 mil – przy dobrym układzie za 3 dni tam będziemy. Jak na razie płynie się całkiem fajnie – grzejemy na żaglach z prędkością 7-8 knotów (węzłów), z mocnym przechyłem na lewą burtę, świeci słoneczko i ogólnie jest fajnie.
W każdym razie wypłynęliśmy z Gjoa Havn i ile mocy w żaglach płyniemy do Cambridge Bay. Zaraz za nami wypłynęły też oba szwedzkie jachty – „Ariel” już nas nawet wyprzedził (mają szybszy jacht), „Anna” płynie z nami równolegle, wybierając jak zwykle opcję bliżej brzegu. W Gjoa Havn została już tylko fińska „Sarema” na której żegluje małżeństwo w wieku mniej więcej moich rodziców. Przy okazji wizyty na Internecie poznałam Riittę - przesympatyczną kobitkę z „Saremy”. Od kilku lat włóczy się wraz ze swoim mężem (Pekka Kauppila – tak się nazywa ów pan) po różnych morzach, przy czym ostatnie 3 lata spędzili na Alasce. Teraz idą do kanadyjskiego Halifaxu i dalej na południe, bo chcą zostawić jacht w kolumbijskiej Cartagenie. Riitta śmieje się, że tak w ogóle to jej ulubionym hobby jest… uprawianie ogródka (!), ale widać, że wcale z żeglowania zrezygnować nie zamierza. Przyznam że trochę jej zazdroszczę takiego podejścia do życia. Pytałam ją, jak długo zajęła im teraz żegluga z Nome na Alasce (bo my też tam niebawem będziemy), na co Riitta odpowiedziała, że nie wie, bo już jakiś czas temu pogubiła się w kalendarzu i nie jest w stanie określić czy coś trwało miesiąc czy trzy.
Podobne nastawienie ma zresztą Borje. Wczoraj, kiedy wieczorem zapytałam Szwedów o czas, okazało się, że chłopcy… nie używają zegarków! W morzu, przy włączonym GPSie godziny wskazuje im właśnie to urządzonko, w porcie – czas jest dla nich nieistotny. Podobno „szczęśliwi czasu nie liczą”. Z tego wynika, że żeglarze to ogólnie baaardzo szczęśliwi ludzie…
Co do dzisiejszego przedpołudnia w Gjoa Havn to moi koledzy wykorzystali je na kąpiel w wynajętym w tym celu pokoju hotelowym (innego dostępu do pryszniców w miasteczku nie ma), ja natomiast jako że wykąpałam się wczoraj wieczorem na „Annie”, dzisiaj rano mogłam spokojnie wybrać się na zorganizowaną dla wszystkich załóg wycieczkę po tutejszym „Szlaku Amundsena”. Może „wycieczka” to dużo powiedziane, ale było całkiem sympatycznie, tym bardziej, że poszli wszyscy Szwedzi. W roli przewodników były miejscowe dzieciaki zwolnione specjalnie ze szkoły plus ich młodociana nauczycielka. Dzieci zbyt dużej wiedzy historycznej nie miały, za to były dobrym źródłem wiedzy, jak się żyje w Gjoa Havn. Opowiadały na przykład, jak wygląda system przydziałów na odstrzały niedźwiedzi. No więc na całą około tysięczną społeczność Gjoa Havn przypada prawo zabicia rocznie dwóch misiów. Chętnych do polowania jest oczywiście mnóstwo, tak więc aby było sprawiedliwie, organizuje się loterię, losując owych dwóch wybrańców. Wylosowani mają 10 dni na to, aby misia wytropić i zabić. Jeśli nie wyrobią się wyznaczonych dziesięciu dniach, losuje się kolejnego (kolejnych), którzy dostają kolejne 10 dni. Polować bez zezwolenia nie opłaca się ze względu na bardzo wysokie kary finansowe, a na to że się nikt nie dowie, nie ma co liczyć, bo w końcu skórę z niedźwiedzia, główny skarb z takiego polowania, nie tak łatwo ukryć. Co do polowań to w bezpłatnej gazetce dorwanej dzisiaj w miasteczku główny artykuł poświęcony jest wielorybowi upolowanemu w Pond Inlet, czyli porcie odwiedzonym przez nas dwa tygodnie temu. Było to tam wielkie wydarzenie, bo jeśli chodzi o wieloryby, limit wynosi na tamto miasteczko jedna sztuka na ileś lat. Wielkie zdjęcie w gazecie pokazuje gromadę uradowanych Inuitów siedzących na ogromnym cielsku wyciągniętego na brzeg, nieżyjącego już walenia. Z artykułu wynika że wieloryb był z gatunku bowhead whale, miał 14 metrów długości i 8 metrów obwodu. Ekipa, która go upolowała liczyła 23 ludzi, przy czym polowanie trwało aż 3 dni. Ponoć nie był to pierwszy lepszy wieloryb, jakiego myśliwi spotkali – po prostu wybrali największego. Dla mieszkańców Pond Inlet było to ogromne wydarzenie, bo od dziesiątków lat już nie polowano tam na wieloryby. Mimo, że jest to w inuickiej tradycji „od zawsze”, polowania ograniczają przepisy. W tym roku prawo zabicia wielorybów miały 3 miejscowości regionu Nunavut, czyli tej najbardziej na północ wysuniętej prowincji Kanady – jedną ze „szczęśliwych” osad, było właśnie Pond Inlet. Nic dziwnego, że polowanie stało się okazją do ogólnej fiesty całego miasteczka, a myśliwi stali się swoistymi bohaterami. Od razu podzielono też makak, czyli świeży, wielorybi tłuszcz, którego wyszło aż 800 funtów (360 kg). Otrzymali go po trochu wszyscy chętni mieszkańcy miasteczka, trochę też rozesłano w prezencie do innych miejscowości regionu.
Ale wracając do tego amundsenowskiego szlaku w Gjoa Havn. Jego główny punkt stanowi wzgórze z cokołem z tablicami i flagami – kanadyjską i miasteczka. Podczas niedawnych szumnych uroczystości powieszono jeszcze norweską (to dlatego, że Amundsen był Norwegiem), ale pierwszej nocy po uroczystościach się zerwała, poleciała w siną dal, no i jakoś do tej pory nie udało się zdobyć nowej. Z kolei z braku pozostałości po łodzi Amundsena poustawiano kilka kadłubów współczesnych łódek rybackich. Swoją drogą miło usiąść sobie na tym wzgórzu i podumać, jak wyglądała zatoczka i osada w czasach kiedy stała tu „Gjoa”… Całkiem niedawno (w latach 1986 i 87), zimował tu też jacht „Vagabond II” który płynął przez North West Passage wprawdzie pod francuską banderą, ale z polską załogą (Wojtek Jacobson, nieżyjący już Ludek Mączka oraz Janusz Kurbiel).
25 sierpnia – 49. dzień poza domem Postój w Gjoa Haven (albo Gjoa Havn) bo pisze się i tak, i tak, a czyta: Dżio Hawan) Takie „zlotu” jachtów nawet najstarsi mieszkańcy Gjoa Haven nie pamiętają! Tak mówią sami lokalesi! W malowniczej zatoczce stoją na kotwicy (innej możliwości nie ma) cztery jednostki – oprócz nas Szwedzi z „Ariela” i „Anny”, oraz fińska „Sarema”, na której płynie fińskie małżeństwo plus ich śmieszny psiak. Co do Gjoa Haven to jest to niewielka, licząca około tysiąca mieszkańców mieścinka, podobnie jak i Pond Inlet – bez ani metra asfaltowych ulic. Jej flaga urzędowa to czerwony wizerunek inuickiego, rytualnego kopczyka z kamieni na żółto-białym tle (kolor żółty symbolizuje słońce, biały – lód).
Przedpołudnie zajęło nam załatwianie różnych spraw jachtowych. Po południu był czas wolny, który wykorzystaliśmy przede wszystkim na spacer po miasteczku i zobaczenie miejscowego mini-muzeum poświęconego pierwszym eksplorerom tych terenów. Najwięcej pamiątek dotyczy oczywiście Roalda Amundsena, Norwega, który miejscową zatokę (jak się tu z dumą podkreśla - ponoć najlepszy naturalny port w całym Przejściu) wykorzystał jako główną swoją bazę, w której przez dwie zimy przetrzymywał swój statek – Gjoa i wraz ze swoją sześcioosobową załogą prowadził różne badania naukowe (m.in. związane z biegunem magnetycznym). W międzyczasie (mowa o dzisiejszym dniu) miasteczko zostało zalane turystami! Dosłownie, bo okazało się, że przypłynęły dwa ogromne statki wycieczkowe, spotkane wcześniej na Grenlandii „Hanzeatic” oraz „Bremen” (czy jakoś tak). No cóż, towarzyszący nam wcześniej nastrój „odkrywców”, że niby to jesteśmy jednymi z nielicznych, którzy odwiedzają dziką i pustą wydawałoby się Arktykę, momentalnie prysł. Poczułam się niczym w skansenie, gdzie tylko czeka się na bogatych turystów, którym chce się wepchnąć różne pamiątki, wyciągając od nich w zamian pliki dolarów (a pamiątki tu drogie – niewielka figurka polującego Inuita to przeciętnie 200 dol.). Inna sprawa, że jako żeglarze dla owych statkowych turystów okazaliśmy się niemal bohaterami (choć może dla niektórych też i dziwadłami?). Pytali na przykład, jak my się przez te lody przebijamy? Okazuje się, że im cała trasa Przejścia – od Grenlandii do Nome na Alasce, zajmuje z postojami zaledwie 3 i pół tygodnia!
Plusem przypłynięcia wycieczkowców było to, że były pootwierane wszelkie ciekawe budynki, takie jak kościółek (ze zdjęciem „naszego” Papieża; notabene byli w nim kiedyś polscy misjonarze), dom zebrań wioskowej starszyzny etc., no i kręciło się sporo lokalesów w tradycyjnych strojach (np. kobiety z dzieciakami w bluzach-kapturach). Miło, że przynajmniej nie chcą tutaj pieniędzy za zdjęcia. Zresztą ogólnie trzeba przyznać, że tutejsi Inuici są bardzo sympatyczni i bezinteresownie uczynni.
Wieczorem byłam zaproszona przez Szwedów na kolację do knajpy w jedynym w mieście hotelu, ale niestety, miałam kambuz, więc sama zasuwałam przy kolacji dla naszej załogi. Po kolacji, podobnie zresztą jak załoga „Ariela”, mieliśmy wynajęty w owym hotelu pokoik, w którym za zamierzaliśmy skorzystać z pryszniców, ale jak pech to pech - trafiliśmy na awarię wody, więc z kąpieli nic nie wyszło. Za to wszystkie załogi spotkały się na Internecie, bo taką możliwość owy hotel zapewniał, za darmo zresztą. Fajnie to wyglądało – jedna salka, a w niej kilkanaście osób, z czterech jachtów i trzech krajów, każdy stukający w swojego laptopa. Było bardzo miło, bo przy okazji oglądaliśmy nasze wzajemne zdjęcia, a „Arielowcy” kupili lody, którymi wszystkich obdzielili. To w ramach tego, że jak sami stwierdzili – jeszcze mało im lodów… J
24 sierpnia, po południu około 35 mil od Gjoa Haven pozycja na 1400 – 68 st. 56`N, 095 st. 03`W Jak się nami opiekują
Mieliśmy spotkanie ze statkiem kanadyjskiego Coast Guardu. Wielka, biało-czerwona jednostka, z małym helikopterkiem na pokładzie podpłynęła całkiem blisko, więc profilaktycznie włączyliśmy naszą VHFkę. Rzeczywiście, zaraz potem nas wywołali. Rozmowa była bardzo miła, zapytano czy wszystko ok., czy nie potrzebujemy mapek lodowych lub pogodowych. Zapytano też o drugi jacht z którym płyniemy, co nas nieco zaskoczyło. Po porannym zgubieniu się we mgle „Anny” już nie widzieliśmy, ale widać przed Coast Guardem nic się tu nie ukryje – dobrze wiedzieli, że trzymamy się razem ze Szwedami. Nie wiem czy „Anna” zrobiła sobie gdzieś odprawę graniczną – chyba nie, bo za bardzo nie mieli gdzie, profilaktycznie więc za dużo na ich temat nie chciałam mówić. Potem Coast Guard ich wywoływał, ale „Anna” nie odpowiedziała. Borje mówił potem, że słyszał moją rozmowę ze statkiem, ale kiedy odpowiedział na ich wywołanie – Coast Guard go nie słyszał. Przy okazji zapytałam Coast Guard o inne jachty robiące Przejście. Powiedzieli, że w Gjoa Havn poza „Arielem” jest też brytyjski „Young Larry”. Nasza znajoma motorówa nowozelandzka ominęła Gjoa Haven i od razu poszła do Cambridge Bay. Wspomnieli też o wiosłówce na której już któryś sezon robi Przejście jakiś "szaleniec". To dopiero wyczyn!
A my tymczasem mijamy Gibson Peninsula – półwysep za którym jest już tak długo wyczekiwany port – Gjoa Haven. Całkiem ładnie wieje – mamy postawione wszystkie żagle, robiąc na nich 5 knotów. Wszystko wskazuje na to, że nockę spędzimy już w porcie, choć w żeglarstwie nigdy nic nie wiadomo.
24 sierpnia, o 4.30 nad ranem, 48. dzień poza domem W James Ross Strait Nocne emocje Właśnie skończyłam „psiaka”. Przez większość wachty było bardzo spokojnie, bo szliśmy razem z „Anną”, a raczej pół mili za „Anną”, sterując na jej światło masztowe (noc była już w miarę ciemna, światełko więc było idealnym wskaźnikiem). W pewnym momencie, po wykreśleniu pozycji na mapie i obserwacji naszej echosondy wskazującej na dość drastyczne zmienianie się głębokości zapytałam Borje przez VHF-kę, czy nie za blisko brzegu jedziemy i czy jest pewny kursu, którym prowadzi. Borje stwierdził że tak, choć chwilę potem jednak kurs lekko zmienił, bardziej w morze. Na wszelki wypadek wprowadziliśmy swoje punkty na C-mapie (czyli opartej na GPSie mapie komputerowej), ale po skorygowaniu kursu przez Borje przyjęliśmy, że teraz jest ok., więc nadal idziemy za nim. Tyle że nagle naszła mgła i straciliśmy z oczu szwedzki jacht. Zaraz potem, akurat w najwęższym miejscu cieśniny, zaczęło się… Okazało się, że dostaliśmy się w jakiś strasznie silny prąd, w którym nijak nie daje się trzymać kursu, na dodatek ta cholerna mgła sprawia że zaczęliśmy krążyć w kółko, zaś wskaźnik pokazujący kurs szaleje i nijak nie daje się ustabilizować. Akurat wypadło to na zmianę wacht, więc wszyscy mieliśmy okazję uczestniczyć w tym bardzo emocjonującym zdarzeniu. W końcu jakoś prąd nas wypuścił, kompas GPSowy też przestał mieć swoje humory i tylko mgła pozostała…
Cieśnina która tak podniosła nam poziom adrenaliny to James Ross Strait. Sprawdziłam kto to taki w mądrej, brytyjskiej „Arctic Pilot” . Tych żeglujących Rossów to była cała klika. Nazwa cieśniny zdaje się upamiętnia James`a Clark Ross`a, który w latach 30. XIX wieku w tym rejonie żeglował, choć jego największym sukcesem było wyznaczenie pozycji Magnetycznego Bieguna Północnego. James był kuzynem innego słynnego tutejszego eksploratora – Johna Rossa , który najpierw, w 1818 roku na HMS „Isabella” penetrował Cieśninę Lancaster, a potem, w latach 1829-32 na wiosłowym-parowcu (!) o nazwie „Victory” przepłynęli przez Prince Regent Inlet (to zatoka sąsiednia do tej, którą my tutaj dopłynęliśmy) i dotarli ostatecznie do zatoki Boothia, gdzie statek im zamarzł w lodzie. Zimę na przełomie lat 1832 i 33 ekipa Johna Rossa przeżyła dzięki wciąż pełnym magazynom jeszcze innego, opuszczonego statku, HMS „Fury`s” którym dowodził porucznik W.E. Parry, a który po zniszczeniach wyrządzonych przez lód został porzucony w roku 1825. Zimujących żeglarzy uratował i dowiózł do rodzimej Anglii wielorybniczy statek „Isabella”. Jak na ironię losu był to dokładnie ten sam statek którym kapitan John Ross kierował podczas wyprawy w roku 1818, tyle że w międzyczasie statek zmienił nieco przeznaczenie!
23 sierpnia, około 18-tej, 47. dzień poza domem W James Ross Strait, około 100 mil przed Gjoa Havn Pozycja z godz. 1745 – 70 st.10`N, 096 st. 35`W Wachta w miłym towarzystwie
Właśnie zeszłam z popołudniowej wachty. Morze gładkie jak stół, totalny sztil (nawet na naszych jeziorach rzadko kiedy jest tak gładkie lustro wody), z żagli został tylko bezan, a i to chyba bardziej dla zaakcentowania, że jesteśmy jachtem żaglowym niż dla efektywnej pracy. W każdym razie grzejemy na silniku ze stałą prędkością 4,8 knota. Damian znowu zamotał na kole sterowym system różnych linek, dzięki którym mamy naszą wersję autopilota. Jakieś pół mili przed nami płynie „Anna” , a my grzecznie za nimi, kursem jaki wyznacza GPS Szwedów (175 stopni).
Płyniemy bardzo blisko brzegów półwyspu Boothia Peninsula. Dziwne wybrzeże. Skończyły się już malownicze góry i schodzące do morza lodowce. Tutaj brzeg jest niski, przypomina goły, zupełnie bezdrzewny wał przeciwpowodziowy lub dochodzącą do morza pustynię. Na mapie aż roi się od różnorakich „przylądków”, choć w rzeczywistości trudno dopatrzeć się jakichkolwiek cypelków wysuniętych cypelków bo brzeg jest w miarę równy. Owe „półwyspy” to istna księga imion – jest np. Cape Victoria, Bernard, Francis, Maria de Gloria, Christian Frederick, Alexander, Nicholas i inne – tak jakby ktoś chciał uwiecznić w nazwach każdego większego kamienia całą swoją rodzinę. Jest też na mapie dopisany ołówkiem „Cape Tomasz” :-). Korzystamy z map odkupionych od chłopaków ze „Starego” (pierwsza polska załoga która zrobiła North West Passage – w 2006 roku), więc to ich dopisek. Tomka z załogi „Starego” znam bardzo dobrze – po powrocie do kraju dopytam się go o to „uwiecznienie”.
Gjoa Havn coraz bliżej – jeszcze 80 mil. Właśnie wchodzimy w Cieśninę James Ross Strait, oddzielającą Boothia Peninsula od wyspy Króla Williama (King William Island). Bronkowi i Damianowi zostały po trzy ostatnie papierosy – teraz robią kalkulacje jak nimi rozporządzać, aby jakoś dotrwać do zakupów w porcie. Jutro na wieczór pewnie tam będziemy.
Wracając do wachty – minęła miło i szybko, bo korzystając z całkiem przyzwoitej jak na tutejsze warunki pogody (przebijające przez chmury słoneczko i bardzo przyjemna temperatura – 8 stopni), przyszli na pogaduchy przy kawie Damian z Bronkiem. Tolek zresztą też wyszedł na pokład, siadając sobie na rufie i rozwiązując swoje ulubione krzyżówki. Niestety, po dwóch godzinach sielanki zaczęło padać (jak to trafnie określił Damian – miałam od tej pory „przechlapane”), więc ekipa wróciła pod pokład. Nie byłam jednak sama - dla odmiany pojawiło się nowe towarzystwo, a mianowicie stado foczek. Śliczne te foczki – miałam wrażenie, że to jakaś ich wycieczka, która podpłynęła oglądać dziwny twór zwany jachtem.
A co do jachtów, to dzisiaj przedpołudniem, jak spałam, minął nas jacht – niewielki ponoć dwumasztowiec! Szedł w przeciwną stronę, co oznacza, że to ktoś robiący North West Passage od zachodu na wschód. Szkoda, że mnie nie obudzono, bo można byłoby przez radio VHF podpytać kto to taki. Z listy tegorocznych „Przejściowców” obstawiam, że to samotnie żeglujący Brytyjczyk David Scott Cowper na swoim „Polar Bound” . Jeśli to on, to facet robi North West Passage już po raz czwarty! Wojtek Jacobson, kapitan którego traktuję jako swojego żeglarskiego guru, prosił aby pozdrowić od niego Cowpera, jeśli go spotkamy. Teraz mi głupio, że być może głupio przespałam taką okazją. Tak na marginesie to zrobienie Przejścia z zachodu na wschód jest o tyle prostsze, że lody z tamtej strony topnieją szybciej, a więc można zacząć eskapadę wcześniej, dochodząc w rejony, które dla nas oznaczały przedzieranie się przez lód, w czasie kiedy tego lodu jest już odpowiednio mniej. No ale mimo wszystko każde pokonanie North West Passage, niezależnie z jakiego kierunku, to w żeglarstwie duży wyczyn.
23 sierpnia, w południe, 47. dzień poza domem W Larsen Sound Prysznic na „Annie”
Mimowolnie pożeglowałam sobie z kolegami-Szwedami. Powodem był prysznic! Jako kobieta mam potrzebę zapewnienia sobie przynajmniej co jakiś czas luksusu jakim jest kąpiel, a od dwóch tygodni pozostawało to niestety tylko w sferze marzeń. Teoretycznie na „Solanusie” prysznic jest, a raczej przykręcona do kranu „słuchawka”, ale nawet w miarę szczupła osoba (chyba za taką mogę się uznać) ma niemały problem aby w malutkiej łazience na przestrzeni nawet nie metra kwadratowego, z owego pseudo-prysznica skorzystać. Poza tym wiadomo – na takich rejsach wodę słodką się oszczędza, czyli o cieszeniu się tak sobie spływającą wodą, i to jeszcze ciepłą, można zapomnieć.
Oczywiście daleka jestem od narzekania – jak jest z myciem w długich rejsach dobrze wiedziałam. W końcu przy płynięciu przez Pacyfik na „Zawiszy” też nam wydzielano dziennie po litrze wody na osobę. W każdym razie ekstremalne rejsy nie są propozycją dla pedantów i nadmiernych czyściochów. Nie znaczy to że się wcale nie myjemy – umyć się można nawet w kubku wody, a poza tym zawsze można się ratować fantastycznym wynalazkiem jakim są nawilżane chusteczki.
W każdym razie z okazji przypadającej dzisiaj niedzieli postanowiłam się wypucować, a że akurat spotkaliśmy się z „Anną”, nadarzyła się super okazja aby skorzystać z prawdziwego prysznica bez presji oszczędzania wody. Szwedzi z „Anny” już na Grenlandii deklarowali, że zawsze mogę liczyć nie tylko na nich, ale też na ich łazienkę, więc nie pozostawało nic innego, aby z propozycji skorzystać (tym bardziej że teraz o tym sami przypomnieli). Bronek jako kapitan się zgodził, a że morze było spokojne, obydwa nasze jachty bez problemu stanęły burta w burtę i z plecakiem czystych ciuchów przeskoczyłam na „Annę”.
Po kwadransie powitania i wstępnych opowieści co się w międzyczasie na naszych jachtach działo (w końcu nie widzieliśmy się od Upernavik, czyli od prawie dwóch tygodni!), Niels dał mi swój ostatni czysty ręcznik (swojego gapa zapomniałam), Borje zapowiedział że z wodą mam się nie przejmować - „no limit” (oni nawet do spłukiwania toalety używają słodkiej wody!), no i nadeszła wymarzona, wytęskniona chwila! Boże, jaka to frajda móc wreszcie się umyć! Aż dziwne, że na co dzień, w domu, nie docenia się wynalazku prysznica. Okazuje się, że w pewnych warunkach naprawdę niewiele człowiekowi brakuje do szczęścia – wystarczy się dokładnie umyć i od razu ma się lepsze samopoczucie. Może to trochę kwestia kobiecego podejścia, ale takie „uczłowieczenie” czy „ukobiecenie” ukoronowane wskoczeniem w czyste ubrania, naprawdę dobrze wpływa na kobiecą psychikę.
Po prysznicu chłopcy zrobili mi dobrą, pachnącą herbatkę i poszli coś tam działać przy żaglach. Plan był taki, że wysuszę głowę, w międzyczasie pogadamy, i odstawią mnie na „Solanusa”. Tyle że zanim chłopcy z pokładu wrócili, ja… usnęłam! Fakt, byłam mocno padnięta po nocnych wachtach, poza tym rozwaliło mnie ciepełko we wnętrzu „Anny” oraz delikatny płomień palącej się lampy gazowej, no i urwał mi się film nad kubkiem niedopitego Earl Greya. Kiedy po dwóch godzinach się obudziłam (Szwedzi widząc mój stan postanowili mnie nie budzić) pierwszą myślą było, że niedługo mam wachtę! Chciałam jak najszybciej wrócić na jacht, ale nie było to takie proste, bo w międzyczasie popsuła się widoczność i „Solanus” gdzieś przepadł, a próby wywoływania go przez radio VHF nijak nie przynosiły rezultatu. Zadzwonienie przez telefon satelitarny odpadało, bo nasze solanusowe Iridium rozmów przychodzących łączyć nie raczy. Pozostał sms, który rzecz jasna od razu wysłałam, tyle że potem okazało się, że nikt go nie usłyszał i nie przeczytał. Trwało dobrą godzinę, zanim wreszcie udało się skontaktować przez radio VHF. Tyle że w międzyczasie popsuły się warunki – rozwiał się wiatr, przyszła fala i po wstępnej próbie dojścia obu jachtów do siebie pomysł mojego przeskoczenia z jachtu na jacht został odrzucony. Umówiliśmy się, że jestem na standby`ju, trzymamy się w miarę razem i jak tylko się morze uspokoi – wrócę na swój pływający dom. Morze uspokoiło się jednak dopiero rano – nockę spędziłam testując wolną koję na „Annie” i mocno się denerwując, że zawaliłam nocną wachtę, zmuszając tym samym Bronka-kapitana aby pojechał za mnie (oczywiście odpracuję to – powachtuję kiedyś za niego, bo Bronek ma codzienne wachty popołudniowe).
Przy okazji przymusowego nocowania na „Annie” chłopcy poczęstowali mnie upolowanym przez siebie zającem. Przy okazji okazało się że podczas czekania na nas w tzw. Fałszywej Cieśninie Bellota, schodząc na ląd spotkali nie tylko biednego zajączka, ale także niedźwiedzia polarnego! Natrzaskali mu mnóstwo zdjęć – miś był zaledwie 50 metrów od nich! Oczywiście misia nie odstrzelili – potwierdza się, że najbardziej nieszczęsny lot czeka tych maluczkich, mniej ważnych (niefortunny zając), bo wielkie, „grube ryby” (dziwnie mówić o niedźwiedziu „ryba”) zawsze wyjdą obronną ręką.
Co do różnych plotek z życia znajomych, to dowiedziałam się, że Luc, Francuz z „Roxanne” jednak do Kanady nie dopłynął – wpłynął wprawdzie na Zatokę Baffina, ale dość szybko zdecydował o powrocie i cofnięciu się do grenlandzkiego Assiat gdzie ma zamiar zostawić jacht na zimowanie. Gadaliśmy też o „Arielu” – ponoć w ich załodze jest jakiś bardzo doświadczony zawodowy żeglarz (Niklas), więc choćby z tego powodu trochę im łatwiej (choć nie ma co kryć, że to ogólnie profesjonaliści, świetnie przygotowani organizacyjnie).
Noc na „Annie” minęła mi jak nie na gadaniu, ile na próbie spania ze wspomnianym już obsesyjnym budzeniem się z powodu poczucia obowiązku (wachty), czy już można wrócić na „Solanusa”. Udało się dopiero rano. Morze się uspokoiło, wymieniliśmy smsy z podaniem wzajemnych pozycji (bo w nocy znowu straciliśmy się z pola widzenia). Po szwedzkim śniadanku (płatki z mlekiem plus a jakże, sszwedzkie pieczywko chrupkie firmy Vasa) wróciłam na swoją macierzystą jednostkę od razu na śniadanie. Szwedzkie płatki są dobre, ale polska mielonka - dużo lepsza!
22 sierpnia, po południu, 46. dzień poza domem Koło Cieśniny Bellota Lodowa bariera Dzisiaj mieliśmy prawdziwy „lodowy hard-core”. Takiej koncentracji lodu to jeszcze nie mieliśmy. Bronek ocenia to według międzynarodowej skali podawanej w mapkach lodowych na jakieś 6-7, ja jestem bardziej sceptyczna – raczej daję solidną piąteczkę. W każdym razie trzeba przyznać, że adrenalina była niezła. Nie tylko dla nas, bo spotkaliśmy się w tych lodach w sumie w trzy jachty. „Anna” czekała na nas specjalnie wcześniej (Börje już poprzedniego wieczoru dał znać, że stoi przy tzw. Fałszywym Bellocie na kotwicy i dalej chce płynąć razem z nami), natomiast „Ariel” czekał w tym rejonie na poprawę sytuacji lodowej już od kilku dni, no ale ta nieszczęsna bariera nijak nie puszczała.
Wyglądało to dość koszmarnie. Cieśninę przegradzał pas zbitych kawałów lodu – takie nawarstwienie się wielkich kier, wydawałoby się nie do przepłynięcia. Wolnej wody było bardzo mało – nieliczne korytarze, przy czym żaden z nich nie był otwarty na stałe, bo lód co chwila się przemieszczał. Czailiśmy się nie wiedząc co z tym zrobić, tym bardziej że „Ariel: właśnie wrócił z nieudanej próby opłynięcia owej lodowej bariery. W końcu do ataku ruszył Börje. Pokombinował, delikatnie się w owych krach poprzepychał to lekko idąc do przodu, to się cofając i – jakoś przeszedł! Chcieliśmy iść zaraz za nim, ale nim się zdecydowaliśmy, korytarz wolnej wody zrobiony przez kadłub „Anny” ponownie został przez lody zamknięty. W tej sytuacji drugi, podobnie jak i my czając się niczym kot do jeża (wcale się nie dziwię), postanowił zaryzykować „Ariel”, z którymś z chłopaków z załogi wciągniętym na maszt w celu obserwacji terenu. Kilka razy wydawało się, że „Ariel” został przez lody zamknięty, tu i ówdzie przytarł o growlery, ale w końcu – przeszedł.
Nie było wyboru – trzeba było spróbować i nam. Tyle że im dłużej się zastanawialiśmy, lody się coraz bardziej zamykały. Pierwsza próba się nie udała – trzeba się było wycofać, bo utknęliśmy w ślepej uliczce. Przy drugiej poniekąd pchani ambicją (no bo jak to – Szwedzi przeszli, a my nie?) po prostu parliśmy do przodu, odpychając kry bosakami, ja zaś stałam na bomie grota i wskazywałam którędy płynąć. Było bojowo, ale jakoś poszło. Miło, bo choć to trochę trwało, Borje na nas czekał („Ariel” odpłynął), zawsze więc można było liczyć na jakąś pomoc. Nie powiem, cieszyliśmy się, kiedy już wypłynęliśmy na wolną wodę. Niestety, na lodowych blokach zostało trochę żółto-czerwonej farby z kadłuba Solanusa, z kolei na kadłubie widać że to „jacht po przejściach w Przejściu”.
No ale to już podobno koniec lodów. Oby!
21 sierpnia, po południu, 45. dzień poza domem W Peel Sound pozycja na godz. 14-tą 73 st. 26`N, 096 st.12`W Znowu mgliście, ale bez lodu
Przed chwilą przyszedł sms od Borje – obydwa szwedzkie jachty, „Anna” i „Ariel”, płyną razem i są w linii prostej jakieś 90 mil przed nami, donosząc przy tym, że nie mają lodu. Wczoraj różnica wynosiła 170 mil - nadgoniliśmy, bo oni wolą w nocy stawać gdzieś na kotwicy i normalnie spać. Przy okazji chłopcy z „Anny” pochwalili się, że widzieli białego misia i to całkiem blisko! Nanosząc na mapę nasze położenie, odkryłam na pozycji 72 st. 14` N i 096 st. 32`W, ciągle w cieśninie Peel Sound, Port Strzeleckiego (Strzelecki Harbour)! Słowo „port” jest mocno mylące, bo właściwie to nic tam nie ma i nikt tam nie mieszka – chodzi o malutką, trójkątną zatoczkę na wschodnim wybrzeżu Wyspy Księcia Walii (Prince of Wales Island). Podejrzewam, że chodzi o Edmunda Strzeleckiego, naszego słynnego podróżnika, który chyba w Arktyce nigdy nie był (kojarzy się go raczej z Australią, gdzie zresztą są góry jego imienia). Ciekawe, skąd się tu wzięła ta nazwa?
U nas tymczasem nic nowego - tłuczemy milę za milą, a widzimy poza jachtem wyłącznie wodę, bo reszta spowita jest mgłą. Pogoda w Arktyce zmienia się bardzo szybko – rano wyglądało na to, że wreszcie będzie pogodnie, bo o dziwo było widać wschodzące słońce, oświetlające na pomarańczowo bezdrzewne, zupełnie jałowe stoki gór na Wyspie Somerset. Nawet przyzwoicie wtedy jeszcze wiało – na samym foku niosło nas prawie 7 węzłów. Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy, no i wkrótce z braku wiatru trzeba było żagle zrzucić, odpalić silnik, a słońce na dobre skryło się za chmurami, które przyniosły dla odmiany drobny, ale nieco depresyjny deszczyk. Najważniejsze, że nie ma lodu – wiatry i prądy zepchnęły go gdzieś dalej.
Wszyscy poza Tolkiem, który lobbuje, aby najlepiej nie wchodzić do położonego na Wyspie Króla Williama Gjoa Havn, zaczynamy żyć myślą o zbliżającym się porcie. Bronek marzy o kupnie kończących mu się papierosów, ja z Romkiem o prysznicu i możliwości poprania ciuchów, Damian – jeszcze nie sprecyzował, na czym najbardziej mu zależy. Poza tym wszyscy chyba cieszymy się, że znowu będzie można zadzwonić i na spokojnie pogadać z rodzinami, bo co jak co, ale rozmowy telefoniczne są tu wyjątkowo tanie (może nie tyle w Arktyce, co w ogóle w Kanadzie). Co do mnie, to obiecałam sobie, że w Gjoa Havn idę też do fryzjera – póki co unikam patrzenia w lusterko, aby się nie denerwować fryzurą, którą mój mąż określa mianem „skundlonej”. Dla mnie Gjoa Havn jest też ważne ze względów historycznych – bądź co bądź to właśnie jest zatoka, która w latach 1903-05 stanowiła miejsce zimowania i główną bazę dla ekspedycji Roalda Amundsena. Odzwierciedla to zresztą nazwa: Gjoa – tak właśnie nazywał się amundsenowski statek.
20 sierpnia, o drugiej w nocy, 44. dzień poza domem W Barrow Strait, pozycja na godz. 0200 (2-gą w nocy) – 74 st. 28`N, 089 st. 27`W Cienka, nie czerwona, ale biała linia Znowu przecinamy znajomą nam cieśninę łączącą Atlantyk, a dokładniej Morze Baffina z Morzem Beauforta, czyli praktycznie z Oceanem Arktycznym, choć teraz płyniemy w stronę przeciwną niż wczoraj, czyli z północy na południe. Chodzi wciąż o tę samą cieśninę – do miejsca w którym jesteśmy teraz nazywa się ona „Lancaster”, a od tej pory jest to już „Barrow Strait”.
Znowu mamy też lody. Wpłynęliśmy w nie po raz pierwszy wczoraj po południu, ale było bardzo przyjemnie, bo kluczenie między growlerami przy koncentracji lodu 1-2 (stosunek lodu do wody) to już teraz dla nas pestka, czy wręcz przyjemność. Śliczne są te growlery – natura daje im tak fantastyczne kolory i kształty, że aż miło popatrzeć. Jednak lodowe pole wydawało się na tyle rozległe, że mimo wszystko trochę nas zaniepokoiło, bo przecież nie wiadomo co dalej i jak powinniśmy płynąć, aby nie wpakować się w większą koncentrację, być może niemożliwą do przebycia. Ponieważ mapki lodowe mieliśmy sprzed dwóch dni, a tutaj sytuacja zmienia się dość szybko, wykonaliśmy „telefon do przyjaciela”, tzn. zadzwoniliśmy do Borje, który ma dostęp do najświeższych mapek , a poza tym jest przed nami, więc mógł nami kierować na podstawie własnych doświadczeń. Borje nie zawiódł – powiedział co i jak, a potem, po dokładnym przestudiowaniu map, puścił nam jeszcze smsa o treści: „Idźcie wzdłuż S [południowych] brzegów Devon Is. [chodzi o wyspę Devon] i przy Zatoce Maxwell na 89 W [chodzi o południk 89] obierzcie kurs 257”. Posłuchaliśmy „naszego Szweda” i tak też idziemy – zostawiamy wyspę Devon i korytarzem między polami lodowymi płyniemy w kierunku wyspy Somerset i Peel Sound. Lód cały czas jest, ale taki raczej bezproblemowy, choć z boku widać białą barierę, w którą lepiej się nie ładować.
Rozdmuchało się na dobre. Wieje dobra szósteczka (mamy wiatromierz, więc dane wiatrowe są raczej precyzyjne) i na samym foku zrolowanym do rozmiarów „chusteczki” o powierzchni może 4 metrów kwadratowych suniemy 6,5 knota! Wiatr ma zresztą tendencję do rozwiewania się – zobaczymy co będzie na środku tej wielkiej cieśniny, której szerokość na tym odcinku wynosi 40 mil, czyli coś koło 70 km.
Płyniemy bajdewindem, w przechyle, który akurat pasuje mającym 4-godzinną przerwę na spanie Damianowi i Tokowi, bo wciska ich w burtę jachtu. Wachta – super, bo steruje się rewelacyjnie, a potwierdza to choćby fakt, że nie słucham teraz swoich audiobooków, tylko chłonę gwizdy, czy raczej ryk wiatru i odgłosy przelewających się fal. Nie jest nawet zimno – jesteśmy 900 km na północ od linii Kręgu Polarnego, ale jest cieplej niż na wachtach na niższych szerokościach. Inna sprawa, że podwójne rękawice i dwie pary skarpet włożone w kalosze myśliwskie (wyściełane ciepłym futerkiem) to już od dłuższego czasu u mnie norma. Zmieniłam też czapkę, na cieplejszą wersję z podwójnym polarem, na co i tak zakładam jeszcze kaptur „mojego” (bo właściwie to Jackowego) Fladena – ocieplanego morskiego kombinezonu ratunkowego. Ogólnie wyglądam i czuję się jak kokon albo kosmita w skafandrze sprawiającym że ma się figurę grubej kiełbasy.
Po wachcie popołudniowej…
Paradoksalnie w ciągu dziennej wachty zmarzłam dużo bardziej niż w ciągu tzw. nocy . Właściwej nocy wciąż nie ma, choć stopniowo zwiększa się stopień szarości. Co do pojęcia „nocy” i „dnia polarnego” to bardzo ciekawe jest to zjawisko. W Pond Inlet (teraz jesteśmy ze sto kilometrów wyżej), słońce widzi się po raz ostatni w roku 11 listopada. Nie znaczy to, że od tego momentu są zupełne ciemności – nawet 21 grudnia, kiedy przypada najkrótszy dzień roku, w samo południe utrzymuje się ponad wzgórzami linia światła. Od Nowego Roku światła dziennego zaczyna już bardzo widocznie przybywać, a w drugim tygodniu lutego pojawia się po raz pierwszy słońce. Wprawdzie tylko na kilka chwil, ale i tak dla mieszkańców jest to okazja do świętowania i owacyjnego jego witania. Od tego momentu każdy kolejny dzień wydłuża się o dobre 20 minut, a na 23 marca jest już po równo dnia i nocy. W połowie kwietnia w nocy w ogóle nie ma już zupełnych ciemności, a jedynie szarówka, zaś od połowy maja do końca lipca są klasyczne białe noce, w trakcie których słońce nawet na moment nie chowa się poniżej widnokręgu.
No dobrze, ale wracając do mojej dzisiejszej wachty i marznięcia na pokładzie. Kiedy po półtorej godzinie stania za sterem Bronek zapytał, czy może nie chcę podmiany, nie kryłam swojej radości z kwadransa w cieplutkim wnętrzu jachtu. Co do tutejszych temperatur, to w którymś z folderów z Pond Inlet przeczytałam, że najcieplejszym miesiącem jest tu lipiec – średnie temperatury wahają się wówczas od plus 1 do 9 stopni, choć było jakieś rekordowe lato, kiedy zanotowano +20! We wrześniu już się zaczyna wychładzać – statystyczne średnie temperatury spadają już poniżej zera. Najzimniej jest w lutym – średnia wynosi -28 - -35 stopni, a rekord wynosi -52 stopnie!
Jednym z naszych sposobów na obecne chłody jest herbatka o smaku grzanego wina. Procentów w niej żadnych nie ma, ale zapach winny owszem – posiada. No i jak smakuje! Te herbatki to prezent od naszych znajomych Polaków z grenlandzkiego Nuuk [Zbyszku i Reniu – wspominamy Was przy tej herbatce bardzo mile!]. Wachta choć zimna była całkiem fajna, bo co i rusz mijaliśmy growlery, a ich widok raczej nie może się znudzić. W bok od naszego kursu cały czas towarzyszy nam cienka, biała linia, co oznacza oczywiście granicę pola lodowego. Omijamy je korytarzem wolnej wody.
Szwedzka „Anna” jest jakieś 50 mil przed nami – tak wynikało z smsa, który przysłał Borje. Dostaliśmy też na telefon satelitarny informację od Wojtka Wejera, że kolejni Szwedzi – z „Ariela”, znajomy nam nowozelandzki „T 6” (to ci, którzy w Pond Inlet dali nam butelkę wina) oraz brytyjski „Young Larry” są jakieś 180 mil przed nami. Pewnie spotkamy się z nimi za kilka dni, jak dopłyniemy do portu Gjoa Havn. Wojtek doniósł też, że z planów pokonywania Przejścia wycofał się kanadyjski jacht „Issuma”.
Kilka godzin później… Arktyczny zwierzyniec
No i zrobiło się ciężko… Jest mgła, do tego szaro, bo niebo zasłoniła gruba warstwa chmur, a zimno tak, że trudno dłużej wytrzymać na pokładzie. Do tego jeszcze jest wilgotno, co sprawia że choć niby nie pada, i tak mamy wszystko wilgotne. No ale to pal sześć, najgorsza jest gęsta mgła, która sprawia, że musimywachtować w dwuosobowych składach, bo potrzebne jest tzw. „oko” (obserwator). Lodu od groma, a przy tej widoczności aż oczy bolą od jego wypatrywania (od razu wyjaśniam, że uruchamianie radaru w takiej sytuacji mija się z celem, bo radar żre mnóstwo energii, którą na jachtach trzeba oszczędzać, a growlery i tak na ekranie radaru nie wyjdą). Małych kawałków lodu, takich bezbrawnych, nadtopionych na tyle, że są zupełnie przeźroczyste, nie jesteśmy już w stanie wymijać – każde uderzenie w coś takiego owocuje złowrogim chrzęstem, na który przestaliśmy już reagować. Zdaje się, że mamy przed sobą najtrudniejszy odcinek drogi.
A teraz trochę informacji nie-żeglarskich. Mając między wachtami chwilę luzu, wykorzystałam ją na przestudiowanie informacji na temat arktycznej przyrody. Nie jest ona wcale taka uboga – w Parku Narodowym Sirmilik w okolicach Pond Inlet, występuje 70 gatunków ptaków, z których gnieździ się 45, poza tym jest tu 21 gatunków ssaków lądowych i morskich i aż 360 gatunków różnych roślin. Nie będę pisała szczegółowo o wszystkim, bo zanudzę wszystkich na śmierć, ograniczę się jedynie do zwierzątek najważniejszych z punktu widzenia inuickiej kultury.
Weźmy takie karibu, czyli tutejszego renifera, przez Inuitów nazywanego „tuktu”. Zwierzęta te w zależności od pory roku migrują, pokonując ogromne obszary (na lato zjawiają się w arktycznej tundrze, na zimę wracają na południe). Owe migracje odbywają się w wielkich stadach, przy czym dzienne dystanse dochodzą nawet do 160 km. W czerwcu rodzą się młode karibiątka, które już po godzinie od urodzenia mogą stać i chodzić! Inuici polują na karibu przez cały rok, bo to dla nich bardzo użyteczna zdobycz. Wiadomo, chodzi o mięso (jada się je na surowo, suszone, wędzone, zamarznięte, no i rzecz jasna – gotowane), do tego skóry z gęstym futrem (włoski w futrze z karibu ze względu na swoją budowę wewnętrzną stanowią bardzo dobry izolator; z tego to powodu to ulubiony przez Inuitów, łatwo dostępny „materiał” na ubrania, służący też często jako ciepły materac ). Nie mniej ważne są rogi, z których można robić różne użyteczne przedmioty. Co do ubrań, to zwłaszcza dawniej, jeśli lokalesom zabrakło futra karibu, robili sobie odzienie z pierza gęsiego. Przy okazji skrzydła gęsi służyły jako miotły, dzioby ptasie – jako naparstki, nie mówiąc o jajach podbieranych gęsiom z gniazd (ciekawe jak smakuje taka jajecznica?). Gęsi też w tych rejonach nigdy nie brakowało – jest tu ich kilka gatunków. Dość powiedzieć że południowo-zachodni róg Wyspy Bylota to największa w świecie koncentracja tzw. większej gęsi śnieżnej, których to ptaktów w tym jednym zaledwie miejscu jest w lecie około 50 tys. sztuk!
No a teraz trochę o lądowej, czteronożnej drobnicy. Do tej szczególnie popularnej należy arktyczny zając, po inuicku „Ukaliq”, zwierzątko osiągające średnio 5,5 kg wagi, przy czym samice są większe niż samce, co w przyrodzie nie jest częste. Dieta zajączków opiera się na trawach, mchach i innych tundrowych roślinach, ale mimo że zimą o zieleninę ciężko, tutejsze długouche, żyjące w grupach rodzinnych liczących nawet po sto i więcej sztuk, nie zapadają w sen zimowy. Aby przetrwać wygrzebują spod śniegu różne roślinki, wykorzystując do tego swoje silne przednie łapki z pazurami. W czerwcu rodzą się małe zajączki, które już od pierwszej minuty swojego życia mogą biegać, czy raczej – kicać. Tak jak i wszystko co się tutaj rusza, zajączki choć małe, też stanowią pożądany łup Inuitów (mięso, futerko). Można im współczuć krótkiego żywota – jeśli nawet nikt ich nie upoluje, to i tak żyją zaledwie 3-5 lat.
Do moich ulubieńców należą arktyczne lisy, przez Inuitów zwane „Tiriganiaq”. Szczerze mówiąc nie widziałam ich w naturze, jedynie na zdjęciach zrobionych przez Nielsa, bo koledzy-Szwedzi trafili na malutkie liski, na którejś z grenlandzkich jeszcze wysp. Co do rozmnażania, to robią to co 3-4 lata (wciąż chodzi o liski, nie Szwedów), za to samica rodzi od razu do 13 młodych. Pan lis jest porządny – nie ogranicza się tylko do zapładniania, ale zostaje ze swoją wybranką przez całe lato, dbając o swoje latorośle. Młode pozostają blisko nory, za to rodzice urządzają wypady w promieniu nawet kilkunastu kilometrów od niej. Co ciekawe - liski arktyczne nie są wcale rudzielcami. Latem mają brązowy kolor (małe – prawie czarny), a kiedy nadchodzi jesień i przychodzą chłody, ich futerko zmienia powoli barwę na białą. Właśnie futro jest główną przyczyną, dla których Inuici na lisy polują. Zwłaszcza zimą, bo lisy również nie zapadają w hibernację, bez problemów wytrzymując temperatury do minus 70 stopni.
Okej, teraz o faunie morskiej. Zacznę od najpowszechniejszej tu ryby zwanej arktycznym char`em. „Char” to po angielsku – nie mam pojęcia jak to przetłumaczyć na polski, za to wiem że po inuicku jest to „Iqaluk”. Tak czy owak , chodzi o gatunek z rodziny łososiowatych. To naprawdę kaaaawał ryby, bo dorosłe osobniki dorastają do 90 cm długości, a ważą nawet 5 kg, choć trzeba przyznać, że rosną wolno, nie osiągając nigdy swoich maksymalnych rozmiarów przed ukończeniem wieku 12 lat (a mogą żyć do 30). Z wyglądu są całkiem ładne, bo mają srebrny kolor z głęboko zielonymi i niebieskimi cieniami po obu stronach, plus małe różowe kropki wzdłuż bocznej linii, natomiast w czasie składania ikry (co następuje we wrześniu i październiku), ich kolor zmienia się na intensywnie czerwony. Co do tej ikry to rozróżnia się dwa rodzaje tych ryb – jedne żyją wyłącznie w słodkich wodach, drugie – migrują do morza. Te drugie przemieszczają się w stadach nawet na odległość ponad tysiąca kilometrów, chociaż w końcu, niczym marnotrawny syn, wracają do strumienia gdzie się urodziły, by tam, na ziemi przodków, złożyć swoją ikrę. Poza Inuitami, którzy owe łososiowate łowią, zagrożeniem są dla nich głównie foki i bieługi.
No właśnie, a teraz o fokach, a konkretnie fokach obrączkowanych, bo ten gatunek ma w Arktyce największe znaczenie, choćby dlatego że jest najpopularniejszy. Płynąc naszym wspaniałym jachtem foki akurat widzimy często – bardzo lubimy te ich wąsate, wystające z wody, wesołe pyszczki. Nazwa gatunku - „obrączkowane” związana jest z kółkami, takimi niby-obręczami jakie widać na ich futerku. Z upolowanej foki nic się u Inuitów nie marnuje. Mięso się zjada, jak również karmi się nim psy, ze skóry robi się ubrania, a także różne użyteczne rzeczy, jak kajaki, namioty, uprzęże itp., zaś kości focze to dobry materiał na różne narzędzia, zabawki, czy choćby długopisy! Na wystawie w Pond Inlet widziałam, że odpowiednio wyprawiona, przypominająca pergamin skóra focza, dawniej służyła jako rodzaj szyby (!) w oknach igloo! Tak przy okazji – tutejsi Inuici wcale nie mówią o swoich śnieżnych schronach „igloo”, tylko „iglu”, albo częściej – „igluit”.
Najwięcej mięsa dostarczają Inuitom jednak wieloryby, choć od pewnego czasu są już wprowadzone ograniczenia ilościowe przy ich połowach. Najwięcej łowi się tu wielorybów grenlandzkich, po angielsku nazywanego „Bowhead” (po inuicku: „Arvik”) – kolosów osiągających 18 m długości. Bardzo cenione są też białe białuchy (dla Inuitów: „Qakurtaq Qilalugaq”), no i narwale (inucki: „Qilalugaq”). Te ostatnie nazywa się poetycko „rycerzami Północy”, a to ze względu na długi, spiralny róg, czy raczej kieł, z którym wyglądają jak przygotowujący się do walki średniowieczny rycerz dzierżący miecz, czy jak wolą inni – mityczny jednorożec . W Eclipse Sound koło Pond Inlet pojawiają się stada narwali liczące ponad tysiąc sztuk! Owy kieł jest bardzo ceniony, choć coś mi się zdaje, że w Europie obowiązuje zakaz przywozu zrobionych z niego przedmiotów. Skóra narwali też się Inuitom przydaje, a ich tłuszcz stanowi ceniony wśród lokalesów przysmak. Polowania na wieloryby to dla miejscowych Inuitów ważna tradycja i nieodłączny element ich kultury.
Jeśli chodzi o narwale to dawniej polowano na nie z kajaków (!), przy użyciu ręcznie robionych harpunów, teraz natomiast używa się dużych, szybkich łodzi z włókna szklanego i wyposażonych w silnik, zaś do zabijania służą strzelby. Z opisu polowań na wieloryby (przynajmniej jeśli chodzi o te wielkie z gatunku bowhead), wynika że tak jak i dawniej, teraz też zagania się takiego nieszczęśnika na płytką wodę, gdzie nie ma on możliwości zanurkowania, więc łatwiej go trafić. Potem, gdy już jest zraniony lub zabity, wyciągany jest na plażę i tam krojony. Dużą część wielorybiego tłuszczu, zwanego wśród Inuitów „muktuk” , zjada się od razu, na miejscu. Mięso jeśli nie idzie do spożycia (szczególnie cenione są płetwy i ogony), suszy się z myślą o zimie, a część przeznacza na karmę dla psów.
I na koniec jeszcze uzupełnienie do tego co wczoraj pisałam o misiach. No więc doczytałam, że w Kanadzie niedźwiedzi polarnych, albo inaczej mówiąc białych lub lodowych misiów (bo i taka nazwa tu funkcjonuje) jest około 15-20 tysięcy. Inuici chętnie na nie polują, bo również ich mięso zjadają (ciekawe, czy jest jakiś Inuita-wegetarianin?), a poza tym bardzo cenią sobie ich futro. Raz, że można otrzymać za nie kupę kasy, dwa, że robi się z niego wysokiej jakości ubrania, np. spodnie, a poza tym może służyć jako rodzaj karimatki. Jednak nawet Inuici nie mogą tak sobie strzelać do niedźwiedzi – podobnie jak przy wielorybach mają przydzielone przez Stowarzyszenie Myśliwych i Traperów konkretne ilości, które mogą zabić. Z innych ciekawostek – tutejsze niedźwiedzie nie zapadają w sen zimowy – zdarza się to jedynie samicom będącym w ciąży. A tymczasem misiów, jeśli chodzi o nas, ani widu, ani słychu. Podejrzewam, że najszybciej białego misia zobaczę na Krupówkach w Zakopanem. :-)
19 sierpnia, około południa Wciąż przy Wyspie Devon, ale 20 mil dalej na zachód
Zmiana koncepcji. Po niemal sztormowej nocy pod koniec świtówki wiatr osłabł i bujaliśmy się na martwej fali posuwając się do przodu z mocno wkurzającą prędkością 0,6 węzła. W rozmowach przy śniadaniu Romek przekonał nas jednak, że silnika nie mamy co włączać, bo i tak przed nami lody, przez które nie mamy szansy się przebić . Rozważaliśmy postój w jakiejś zatoczce i cierpliwe czekanie na poprawę sytuacji, ja już nawet zaczęłam wertować mapy i przewodniki czy oby gdzieś po drodze czegoś ciekawego nie ma i pewnie byśmy gdzieś szukali miejsca do kotwiczenia, gdyby nie to, że postanowiliśmy zorientować się, gdzie są Szwedzi. Tym razem nawet coś tam w telefonie było słychać, Borje podał swoją pozycję, no i wyszło na to, że są już mocno przed nami, właśnie tam gdzie powinny być owe lody nie do przebycia. Tymczasem z doniesień Borje wynikało, że z tymi "nie do przebycia" to mocna przesada, nie mówiąc o tym, że przed Borje przepłynął ten odcinek również "Ariel". Oczywiście nie mamy zamiaru wlec się w ogonie - czym prędzej odpaliliśmy silnik i gonimy Borje, który obiecał że poczeka na nas w Gjoa Havn, następnym porcie. W tej sytuacji z Resolute definitywnie rezygnujemy, a do Gjoa Havn mamy jakieś 500 mil.
Z innych spraw jachtowych - mamy spektakl, jak to określił Bronek, "Skrzypek na deku". Chodzi o nasz skrzypiący ster - co jakiś czas zbiera mu się na takie straszne skrzypienie i choć już w Ilulissat próbowaliśmy coś z tym zrobić, nie dało się, bo konstrukcja steru nie daje szans aby to jakoś rozebrać czy choćby ogólnie naoliwić. Ogólnie wszystko ze sterem jest w porządku, ale skrzypi i jęczy rzeczywiście straszne. Wcześniej obserwowaliśmy to "zjawisko" głównie w portach, dzięki czemu wszyscy z innych łodzi wiedzieli, że Solanus robi jakieś manewry, natomiast Tolek cieszył się, że ma w sterze dobrego druha, który podobnie jak on, stania w portach nie lubi i jawnie to okazuje. No ale teraz ster skrzypi też na morzu, a Bronek który idealnie pod nim ma swoją "gawrę" (tak nazywa swoją norowatą koję, do której musi się niemal wczołgiwać) twierdzi, że czuje się jak w tubie saksofonu. O tym, że skrzypienie rzeczywiście jest wkurzająco głośne, świadczy już choćby to, że Bronek zaczął sypiać w koreczkach, czego wcześniej nie robił.
19 sierpnia, szósta rano, 43. dzień poza domem W morzu - u brzegów wyspy Devon (pozycja o godzinie 6-tej - 74 st. 26`N, 084 st. 44`W) Między dwoma morzami
Przez noc przeszliśmy w poprzek Cieśninę Lancaster i teraz płyniemy wzdłuż jej północnych brzegów, mając z prawej burty widok na stopniowo oświetlane przez słońce ścięte na płask góry wyspy Devon. To takie dosłownie "góry stołowe", tak przy tym surowe i dziewicze, że aż trudno oderwać od nich wzrok. Środkiem cieśniny płynąć nie możemy, bo są na niej pola lodowe, które na dzień dzisiejszy sprawiają, że zamknięte jest dojście do Resolute, planowanego jako następny port. Zdaje się, że trzeba sobie będzie Resolute odpuścić i płynąć tam gdzie się da. Poza tym w okolicy Resolute trwają obecnie międzynarodowe manewry wojskowe, więc pewnie jest dużo zamieszania i być może jakieś akweny pozamykano dla żeglugi.
Teraz wiatr, jak się to mawia w żeglarstwie, "zdechł", ale w nocy - to była jazda! Na wachcie do północy jechaliśmy pięknym baksztagiem 7-8 węzłów, i to na samym bezanie i foku. Wiało równe 6 w skali Beuforta (a w porywach więcej), przechył mieliśmy taki, że trzeba się było nieźle zapierać aby ustać, utrzymując pion (czy raczej odchylenie od pionu), ale to właśnie jest najlepsze żeglowanie. Czułam się trochę jakbym powoziła rydwanem zaprzęgniętym w rącze rumaki, które gonią gdzieś przed siebie z zawrotną prędkością. Pędziliśmy, może nie "co koń wyskoczy", ile "co fok wyskoczy", zalewani co chwila przez przelewające się przez pokład spienione fale i w efekcie aż żal było odchodzić od steru. Lubię takie baksztagowe fale, które na przemian to wnoszą jacht na góry wody, to sprawiają, że się z tych gór zjeżdża słysząc przy tym przypominające wycie odgłosy morza.
Bakszktagowa jazda zachwyca jednak tylko tych co są na pokładzie, bo tych na dole jednak mniej. Przy kolacji skok na jednej z fal doprowadził do katapultowania się słoika z dżemem - część zawartości wylądowała w koi Romka, dzięki czemu można mu teraz życzyć "słodkich snów". O tym jak trudno jest spać przy takim rzucaniu na falach, już nie wspominam, choć taktykę klinowania się w swojej koi mam już opanowaną do perfekcji.
Cieśnina Lancaster to główny "szlak" łączący Atlantyk, a konkretnie Zatokę Baffina z Morzem Beauforta będącym bramą na Pacyfik. Niestety, sytuacja lodowa jest daleka od tej, o jakiej byśmy marzyli. Jak na razie growlery i góry lodowe widzimy rzadko, ale wkrótce dojdziemy do miejsc o ich dużej koncentracji.
Ale co tam lody - na razie jestem rozczarowana, że póki co nie widzieliśmy misiów! W broszurce wziętej w Pond Inlet wynika, że Navy Board Inlet, przez którą jechaliśmy ostatnie dwa dni, to jedno z ulubionych miejsc tych drapieżników. Bliskich spotkań z nimi mieć bym nie chciała, bo strzelby ostatecznie nie kupiliśmy, no ale z daleka widok takiego misia, najlepiej płynącego, bardzo by mnie usatysfakcjonował. Niedźwiedzie polarne to największe drapieżniki lądowe w Ameryce Północnej - dorosłe samce ważą zwykle 300-450 kg, a ich wzrost gdy staną w pionie dochodzi do 3 metrów! Mimo że wydają się pozornie ociężałe, są szybkie, zwinne, no i silne, a przy tym doskonale pływają, a nawet nurkują. Z natury są ciekawskie, choć wcale nie tak nieustraszone jak się na ogół myśli - w rzeczywistości w ich zwyczajach przeważa nieśmiałość i raczej unikanie konfrontacji z ludźmi czy innymi pobratymcami. Nanuq - bo tak nazywają białe misie Inuici, polują głównie na foki (zwłaszcza takie z gatunku fok obrączkowanych - co jest nawiązaniem do kółek, czy raczej "obręczy" widniejących na ich sierści), ale nie gardzą też małymi ssakami, ptakami, jajami, a jak są głodne, to i w śmieciach wyrzuconych przez ludzi pogrzebią, padlinę przegrzebią, zainteresują się wielorybem wyrzuconym na brzeg, albo nawet i człowieka wtrząchną. Wypadki rozszarpania ludzi przez misie rzeczywiście się w Arktyce zdarzają, stąd też mnóstwo materiałów informacyjnych, jak do tego nie dopuścić. Przede wszystkim zwraca się uwagę, że ich zachowanie bardzo różni się od niedźwiadków grizzly czy czarnych niedźwiedzi, które są wegetarianami.
Lista uwag dotyczących spotkań z misiami polarnymi jest bardzo długa, ale ogólnie wszystko sprowadza się do tego by uważać, rozglądać się, biwakując nie ustawiać namiotów w kręgu tylko raczej w jednej linii w odstępach min. 5 metrowych (tak aby miś wchodząc do obozowiska nie czuł się osaczony i zawsze miał możliwość wycofania się), nie zostawiać jedzenia w namiocie, gotować i myć naczynia w odległości min. 50 m od biwaku, zrezygnować ze stosowania kosmetyków typu dezodoranty czy mydełka zapachowe, które mogą zwabić misie itp. itd.
No dobrze, a co jeśli niedźwiedzia polarnego jednak spotkamy? Jeśli nas nie zauważył, najlepiej się wycofać zanim wyczuje nasz zapach (miś ma bardzo dobrze rozwinięty węch, a i wzrok nie gorszy od ludzkiego), przy czym z tym wycofywaniem to bez paniki - raczej wolno, bez klasycznego uciekania. Jeśli miś jednak nas zauważył i wykazał nami zainteresowanie (porusza się wolno, często przystając próbuje podejść z tyłu lub okrąża nas, staje na tylnych łapach i wciąga powietrze, rusza swoją głową z boku na bok albo trzyma swoją głowę wysoko, z uszami skierowanym na wprost lub na bok), wtedy warto mu pokazać, że jesteśmy ludźmi. Dobrze się sprawdza np. machanie rękami ponad głową, skakanie, rzucanie różnymi przedmiotami, hałasowanie i mówienie niskimi tonami, przy równoczesnym przesuwaniu się tak, by wyjść z linii wiatru (żeby miś przestał nas czuć). Gorzej, jeśli mis został zaskoczony naszą bliskością (pewnie nie bardziej niż my jego), przez co czuje się zagrożony i poruszony. Może w takiej sytuacji robić różne ruchy pyskiem, dyszy, tupie łapą, wpatruje się w delikwenta albo obniża swoją głowę z uszami położonym do tyłu - wtedy trzeba robić wszystko, aby go nie sprowokować. I znowu - przede wszystkim nie wolno uciekać (!), tylko wolniutko się wycofywać (łatwo mówić.), nie dyszeć, nie robić gwałtownych ruchów, no i co ważne - nie wolno patrzeć się miśkowi prosto w oczy.
Niestety, w tym momencie lepiej być już przygotowanym na użycie broni lub różnych odstraszaczy. Podobnie jeśli misiek na poważnie się nami zainteresował - śledzi nas lub wyraźnie na nas poluje, okrążając nas lub wręcz idąc na wprost w naszym kierunku. Wtedy też nie ma co uciekać, tylko łapać za odstraszacze. No a co to za odstraszacze? Najlepsza jest broń palna, choć trzeba na nią zezwolenie. Najpierw powinno się wypalić w powietrze - strzelać do misiów można tylko rzeczywiście w skrajnej sytuacji, wyłącznie w obronie własnej, a i wtedy trzeba się przygotować na milion problemów, tłumaczeń na policji etc. Na pewno nie zaszkodzi mieć jakieś gadżety robiące hałas (od gwizdków po pistolet do strzelania w powietrze, czy rakietnicę), ewentualnie gaz pieprzowy (ale trzeba pamiętać, że atomizer działa wyłącznie jeśli jest odpowiednio ciepło, no i na bliski dystans).
Warto wiedzieć, że w ramach ochrony przed misiami są w Kanadzie do załatwienia specjalne przenośne ogrodzenia na prąd z baterii słonecznych - otacza się nimi obozowiska. Dobrze mieć ze sobą również psy przygotowane do spotkań z misiami - w wielu miejscach można je po prostu wypożyczyć. Innym rozwiązaniem jest wynajęcie lokalnego przewodnika - obytego z misiami Inuity.
Trochę rad przesłał nam też w mailu Wojtek Wejer, nasz kanadyjski doradca: " Nie wolno uciekać w panice, lecz powoli należy się wycofywać robiąc dużo hałasu. Gwizdek jest najlepszy, duży czarny otwarty parasol też pomaga [skąd tu parasol?]. Nie wolno im patrzyć w oczy lecz raczej obserwować otoczenie, aby się nie wywrócić. W razie ataku trzeba się położyć, zakryć szyję rękami i "udawać" nieżywego. Wszystkie niedźwiedzie podczas ataku starają się przegryźć szyję przeciwnika. Są to zalecenia nie tylko myśliwych, tubylców ale i również rządu Federalnego Kanady" - pisze Wojtek. Swoją drogą od niego też wiemy, że załoga "Ariela" widziała już swojego pierwszego misia. Właśnie na Devon Island, wyspie u brzegów której teraz płyniemy.
18 sierpnia, około południa, 42.dzień poza domem Nadal w Navy Board Inlet Spotkanie z kanadyjskim okrętem wojennym
Psiak (nocna wachta) minął pod hasłem kolejnych prób przedostania się poza feralny cypel Canada Point. Przeciwny wiatr jaki prawie cały czas mieliśmy, nie dawał na to za wiele szans. Jak to mawia Bronek - "żeglarstwo morskie polega na wydzieraniu morzu mil" i rzeczywiście tak jest. Faktycznie te mile morzu "wydzieramy", a ono (morze znaczy się), niechętnie się na to godzi, jakby dając nam lekcję cierpliwości i pokory. Przesunięcie się nawet o jedną milę do przodu w ciągu tych ostatnich kilkunastu godzin, było sukcesem.
Od 8-mej rano znowu miałam wachtę. Okazało się, że za problemowy cypelek w międzyczasie jakoś wyszliśmy, siadł wiatr, więc zmniejszyła się też fala (czyli nam na rękę), no ale dla odmiany zagotowała się woda w silniku i trzeba było go odstawić. Postawiliśmy żagielki i próbowaliśmy się halsować, co też proste nie było, bo na jednym z halsów traciliśmy ciężko zarobioną wysokość, a potem wiatr siadł na tyle, że straciliśmy zdolność manewrową i kiwaliśmy się z burty na burtę, lekko się cofając. Nie było wyboru - panowie grzebali w silniku, a ja siedziałam na pokładzie i udawałam, że steruję. "Udawałam" nie znaczy że leserowałam - przy tych warunkach jakie były, i tak nie mogłam zdziałać. Za to siedząc na pokładzie i wsłuchując się tym razem w "Morderstwo w Orient Expressie" Aghaty Christie (mowa o audiobooku z MP3), wypatrzyłam okręt wojenny! Okręt zbliżał się do nas wyraźnie zaciekawiony kim jesteśmy, więc poprosiłam kolegów o włączenie VHFki (radia) na nasłuchowy kanał 16-ty. Rzeczywiście - okręt wkrótce się odezwał (nazywał się "Roger"), po czym dość szczegółowo przerobiono z nami całą listę pytań. Kazano mi podać tzw. call sign jachtu (SPG 2424), przeliterować nazwę "Solanus" (w terminologii morskiej brzmi to tak: Sierra-Oskar-Lima-Alfa-November-Uniform-Sierra), zapytano jaki jest port macierzysty jachtu i do kogo jacht należy, potem były pytania o załogę, czy mamy jakiś ładunek, jaki był nasz ostatni port, dokąd zmierzamy (podaliśmy, że chyba Resolute, ale może się to zmienić) i wreszcie - kiedy zamierzamy tam dopłynąć (cóż, sami chcielibyśmy wiedzieć). Kiedy powiedziałam, że stoimy, bo mamy mały problem z silnikiem, chłopcy z "Rogera" zapytali, czy nie potrzebujemy pomocy. Odpowiedziałam, że mamy nadzieję, że sobie poradzimy sami, ale dali do zrozumienia, że gdyby w czymś jednak mogli pomóc, to możemy ich bez obaw wywoływać na kanale 16-tym (z rozmową przenieśliśmy się w międzyczasie na kanał 06).
W międzyczasie silnik udało się uruchomić, a wiatr zaczął się odkręcać na północno-wschodni, czyli możemy płynąć na żagielkach. No i płyniemy. A właściwie to już się zmieniło - Romek który przejął wachtę mówi, że już nie płyniemy, bo znowu siadł wiatr. Czyli wracamy do silnika.
17 sierpnia, około 20.30 Wciąż w Navy Board Inlet, pozycja na godz. 20-tą 73 st. 09`N, 080 st. 23`W
W ciągu 3 godzin swojej wachty nie przesunęliśmy się praktycznie nic! To znaczy log pokazuje że natłukłam 6 mil, ale wysoka fala, silny przeciwny wiatr oraz dryf sprawiają, że stoimy w miejscu, momentami się wręcz cofając.
To okropne - sterujesz, ręce cię bolą, bo trzeba pokonać opór wody, kręcisz kółkiem w prawo i w lewo (kręcić nieco trzeba, aby skontrować uderzenia fal), a i tak ciągle masz na trawersie ten sam lodowiec. Lodowiec jest zresztą dość malowniczy, no ale ile czasu można patrzeć na ten sam widok?
Jedziemy na silniku, bo pod wiatr na żaglach płynąć się nie da, a cieśnina jest na tyle wąska, że nie za bardzo jest tu jak się halsować. Jakieś 2 mile przed nami jest cypel (na mapie widnieje jako "Canada Point"), za którym cieśnina nieco zmienia kierunek. Tam chcemy postawić żagle, ale główny problem stanowi to, jak dojść do tego cypla? Już od kilku godzin próbujemy tej sztuki i jak na razie bez efektu.
Wiatr się swoją drogą wzmaga (aktualnie wieje regularna 6-teczka), na wodzie coraz więcej piany, a do tego z kierunku północnego (czyli stamtąd, dokąd zmierzamy) nachodzą mało przyjemne chmury. Na szczęście wciąż jeszcze świeci słońce, co dobrze wpływa na nastrój, żeby jednak nie było za dobrze, wieje zimny arktyczny wiatr i co jakiś czas dostaje się falą w twarz. W ramach doładowywania się kaloriami wzięłam na pokład kubek z musem czekoladowym - co z tego jak zaraz potem miałam w kubeczku z tą pyszną, słodką zawartością porcję morskiej, słonej wody, która wlała się przez pokład.
Teraz idę spać - do psiaka, czyli wachty od północy, zostało mi jakieś 3 godziny snu. Spanie dzielę na dwa rodzaje. Jeśli mam na sen więcej niż 3 godziny, przebieram się w moją dresową piżamkę i wskakuje do śpiwora. Jeśli czasu jest mniej - śpię w ubraniu, pod kocem, tak by potem nie tracić czasu na przebieranie się, tylko mieć te kilka minut więcej na spanie. Ubranie się w warunkach jakie teraz mamy, czyli skacząc na falach (na dziobie, gdzie śpię, jest to szczególnie odczuwalne), nie jest łatwą sprawą. Zresztą samo spanie w koi to niezła sztuka, wymagająca odpowiedniego zaklinowania się.
Chyba zaraz założę sobie sztorm dechę, żeby nie wylecieć z tego mojego łoża na pięterku.
17 sierpnia, 41 dzień poza domem, po południu W cieśninie Navy Board Inlet Kolory Arktyki
Po 20 godzinach od opuszczenia Pond Inlet zrobiliśmy 50 mil. Może nie za wiele, ale mamy dość silny wiatr od dziobu, więc musimy przedzierać się pod fale. Fajnie to wygląda, bo dziób Solanusa ryje wodę wzniecając istne jej fontanny, a że świeci słoneczko, rozbryzgująca się woda sprawia wrażenie jakby się iskrzyła. Poza tym w słońcu wszystko jest piękniejsze , bo wychodzą różne kolory, których we wcześniejszych mgłach po prostu nie zauważaliśmy. Samo morze zmienia kolory - od głębokiej zieleni po intensywny granat. Wzgórza, które nas otaczają, to gama różnych odcieni szarości i brązu, a urozmaiceniem są spoczywające na nich białe plamy śniegu, no i spływające do morza jęzory lodowców. Niby nie są to wysokie góry - mają coś koło 700 metrów n.p.m., ale z naszej perspektywy ich szpiczaste wierzchołki robią spore wrażenie (szpiczaste są jednak tylko te najwyższe, pozostałe górki natura pozostawiła płaskie, ścięte u góry).
Najbardziej niesamowite jest to, że to taka bezdrzewna pustynia. Powiem szczerze - zatęskniłam już za naszymi lasami. Właśnie sobie uświadomiłam, że od półtora miesiąca nie widziałam ani jednego drzewa, jeśli nie liczyć sztucznej choinki w Nuuk! Zwierzaków też właściwie nie widziałam, choć te akurat są. Na lądzie, m.in. arktyczne lisy, wilki, no i misie. Tutejsze wody lubią z kolei wieloryby z gatunku nazywanego po angielsku bowhead, a także - narwale, białuchy, o fokach nie wspominając . Tyle, że jak na razie nie widzieliśmy żadnego z tych gatunków.
16 sierpnia, 40 dzień poza domem Postój w Pond Inlet, wyjście w morze przez Eclipse Sound O tym, jak jednak polubiłam Pond Inlet
Pozory czasem mylą. Przekonało mnie o tym właśnie Pond Inlet. Z wczorajszego mojego wpisu na blogu wynika, że nie za bardzo mi się ta mieścina spodobała.
Teraz, kiedy z niej wypłynęliśmy, zastanawiam się jak to się stało, że tak bardzo mi się zmieniły odczucia na jej temat. W sumie to zasługa tutejszych ludzi. Nie wiem czy miałam do nich szczęście, czy tacy są na co dzień tutejsi mieszkańcy. W każdym razie przestały mnie razić sterty złomu, walające się wszędzie beczki, kawałki blachy falistej, dechy i ogólny rozgardiasz. Uznałam, że nawet ma to swój urok, zwłaszcza po tym jak wśród owych blach, dech i beczek znalazłam rogi karibu, kręgi wieloryba czy skórę polarnego misia, bo i takie "skarby" przy jednym z domów leżały.
Dzień był bardzo pracowity. Zaraz po śniadaniu pojechałam z Bronkiem na ląd załatwiać różne sprawy. Było to o tyle proste, że wszystko w Pond Inlet znajduje się w jednym miejscu, a jest nim wielki blaszany hangar w którym pod jednym dachem jest poczta, kilka sklepów, w tym także supermarket Coop (tutaj opatrzony logiem misia polarnego i inuickimi literkami) oraz biuro, w którym załatwia się mnóstwo różnych rzeczy, począwszy od wypłaty pieniędzy z karty (bankomatu jako takiego nie ma), przez zamówienie paliwa do jachtu, po zakup kart telefonicznych na rozmowy np. do Polski (za 5 dolarów kanadyjskich kupuje się kartę na 70 minut rozmawiania z krajem!) .
Załatwiliśmy wszystko, Bronek wrócił na jacht nadzorować tankowanie (cysterna podjeżdża na brzeg, a potem trzeba napełnione ropą kanistry przewozić pontonem na jacht), a ja poszłam na Internet do tutejszej biblioteki. Biblioteka to dla turysty najważniejsze w miasteczku miejsce, bo nie tylko że można przejrzeć w niej wiele ciekawych książek (ja nie mogłam oderwać się od tych o Inuitach), to jest przy niej również bardzo fajna ekspozycja o życiu tutejszych mieszkańców, stojak z mnóstwem folderów informacyjnych i mapek, no i darmowy Internet. Internet jest za darmo, co nas bardzo ucieszyło, no ale coś za coś - tutejsza sieć należy do najwolniejszych z jakimi miałam kiedykolwiek do czynienia. Nie dane mi było powysyłać maili, jedynie przeczytałam te, które przysłano do mnie, nawet prognoz pogody nie udało się ściągnąć. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo czekając cierpliwie aż otworzy się dana strona internetowa, co trwało i trwało, miałam okazję obserwować próbę miejscowego zespołu ludowego, przy wtórze wielkiego bębna śpiewającego tradycyjne inuickie pieśni.
Zajrzałam też do siedziby znajdującego się w tych okolicach Parku Narodowego Sirmilik. Wśród licznych informacji są m. in.ulotki ostrzegające przed misiami polarnymi i kartki z raportami różnych osób, gdzie misie były ostatnio widziane (trochę tych raportów jest, co oznacza dużą częstotliwość spotkań z miśkami). O misiach jest też mowa na tablicy ogłoszeń przy supermarkecie, choć tam są to urzędowe prośby, by blisko domów nie zostawiać pożywienia, zwabiające misie blisko siedzib ludzkich. Ale o misiach napiszę więcej na morzu, jak będzie więcej czasu.
Co do supermarketu to tutaj na zakupy przyjeżdża się quadami. Świetnie w ich prowadzeniu radzą sobie panie, wożąc na tych terenowych pojazdach nie tylko zakupy, ale także swoje dzieciaki. Małe dzieci kobiety noszą na plecach, w czymś w rodzaju kaptura (to część typowego tutaj inuickiego stroju), albo motając malucha specjalną taśmą.
No właśnie, czas napisać o sympatycznych ludziach z Pont Inlet. Dzisiaj spotykaliśmy ich sporo - wczoraj chyba dość niefortunnie wypadła nam ta pora na spacer po miasteczku (niedzielny poranek, w dodatku w deszczu). Puste wczoraj ulice, sprawiające wrażenie jakby wybuchła bomba neutronowa, teraz już tętnią życiem. Większość tutejszych mieszkańców (95 % z 1500 osób) to Inuici, optycznie nie różniący się od swoich braci z Grenlandii. Język chyba w brzmieniu też mają podobny (np. dziękuję na Grenlandii to było "kujana, tutaj jest "kujanami"), choć zupełnie inaczej się go zapisuje (wspominałam o tym wczoraj - tutejszy alfabet przypomina hieroglify z częstymi trójkącikami). Ogromna różnica jeśli chodzi o jednych i drugich mieszkańców polega jednak na zachowaniu - tutejsi Inuici są bardzo pogodni, wydają się być zaradniejsi, a na pewno są dużo bardziej otwarci, rozmowni i uczynni w stosunku do obcych, niż ich hermetyczni grenlandzcy kuzyni. Już pomijam fakt, że odkąd tylko zeszliśmy na ląd, zaraz mieliśmy wokół siebie ciekawskie, bardzo bezpośrednie inuickie dzieciaki, ale i dorośli wykazywali dużo inicjatywy w kontaktach, zagadując skąd jesteśmy, jakie mamy plany itp.
Największy szok przeżyłam wracając z Romkiem ze sklepu, kiedy ledwo zipiąc taszczyliśmy ze sobą - ja ciężki plecak, a Romek dwa wielkie kanistry z wodą. I nagle. Podjechała do nas quadem Inuitka i zaproponowała podwiezienie! Zupełnie bezinteresownie, choć wcale nie jestem przekonana, czy było jej to po drodze. Na Grenlandii sytuacja nie do pomyślenia!
Również "zwykli" Kanadyjczycy, których też trochę w Pond Inlet mieszka, dawali wyrazy życzliwości. Kiedy czekaliśmy na ponton, którym Damian miał nas zabrać z powrotem na jacht, podeszła do nas młoda dziewczyna, nie-Inuitka, i zaproponowała że możemy na noc przyjść do jej domu, by przespać się w normalnych, domowych warunkach! Dwa razy się upewniałam, czy się nie przesłyszałam, ale nie! Powiedziałam sympatycznemu dziewczęciu, że to bardzo miłe, ale niestety, zaraz podnosimy kotwicę i odpływamy. Była mocno przerażona, bo rzeczywiście zaczęło już dość mocno wiać i utworzyły się spore fale, a by nas przekonać do swojej propozycji powiedziała nam, jak to rok wcześniej była jakaś załoga, która wypłynęła na noc i nad ranem wróciła wykończona sztormowaniem. Na koniec jeszcze raz powtórzyła, że gdyby coś, to nawet w środku nocy można jej rodzinę obudzić i wprowadzić się pod ich dach. Nie powiem - wzruszyła mnie.
Decyzja o odpłynięciu była już jednak nieodwracalnie podjęta, mimo nie najlepszych warunków pogodowych (a prognozy na najbliższe godziny przy tym wolnym Internecie nie udało nam się ściągnąć). Najpierw jednak musieliśmy dostać się na jacht, co wcale nie było łatwe, bo fala zalewała nasz malutki pontonik i kiedy dobiliśmy do burty Solanusa, ponton był już do połowy podtopiony, zaś my - kompletnie przemoczeni. Cała moja uwaga była skupiona na tym, jak nie zamoczyć wiezionego w plecaku laptopa i mojego kochanego Olympusa, reszta była nieważna. Ostatecznie spodnie i buty miałam do suszenia, ale sprzęt był suchutki.
Wypłynęliśmy zaraz po kolacji, ponaglani wzrokiem Tolka, który wprawdzie nic nie mówił, ale widać było, że jego cierpliwość związana ze staniem w porcie już się wyczerpała. Tolek nie lubi portów - na morzu odżywa, a stan pełnej szczęśliwości osiąga kiedy mamy postawione żagle i płyniemy bez silnika.
Teraz Tolek powoli odzyskuje dobry nastrój, tym bardziej że idziemy w ładnym przechyle pchani do przodu przez foka i bezana. Przechył zrobił wprawdzie trochę zamieszania w kambuzie i udowodnił, że talerz z ponoć nietłukliwego duraleksu jednak może się stłuc, ale co tam takie straty przy szczęśliwych oczach Tolka. :-).
I na koniec jeszcze kilka słów uzupełnień, wynikających z maila otrzymanego od Wojtka Wejera. Wojtek napisał, że "nazwa Pond Inlet pochodzi od nazwiska brytyjskiego astronoma Johna Ponds, a nie od stawu ["pond" to po angielsku dosłownei "staw"]". Z kolei wspominana przeze mnie wielka góra lodowa, która oderwała się od Grenlandii, a o której wiemy z wieści z Polski, od naszych rodzin, to w liście Wojtka "przełamany lodowiec Petermann (pozycja: 82N 62W) znajdujący się w Nares Strait, ok. 500 mil na północ od was [czyli nas], a efekt tego będzie może odczuwalny dopiero w przyszłym roku".
15 sierpnia, 39. dzień poza domem W Pond Inlet (Kanada) pozycja 72 st. 41`N, 077 st. 59` W Ale dziura! :-)
No i już formalnie jesteśmy w Kanadzie. Mogę potwierdzić to, co piszą w Locji - w Pond Inlet nie ma nawet najmniejszego nabrzeża, tak więc według zapisu w dzienniku o godzinie 5.30 rzuciliśmy kotwicę i tak się teraz kiwamy na falach jakieś sto metrów od brzegu.
Pierwsze wrażenia z Pond Inlet – kiepskawe. Może za bardzo porównujemy to co tutaj widzimy do Grenlandii, ale faktem jest, że grenlandzkie miasteczka sprawiają dużo sympatyczniejsze wrażenie. Już choćby to, że tam (na Grenlandii) domy są bardzo kolorowe, co bardzo „rozwesela” surowy krajobraz, tu natomiast jest trochę tak nijak, bez charakteru.
W związku z tym, że dzisiaj niedziela, pospaliśmy nieco dłużej, dzięki czemu zasiedliśmy do niedzielnej jajecznicy dopiero o 9-tej. Mowa o czasie grenlandzkim, bo potem okazało się, że tu są aż dwie godziny różnicy czasu (myśleliśmy że godzina), czyli de facto śniadanko było o siódmej. W stosunku do Polski oznacza to aż sześć godzin różnicy czasowej (kiedy tu jest szósta rano, w Polsce macie dwunastą w południe).
Przy śniadanku Bronek jako kapitan uroczyście wręczył Damianowi 1 euro. To nagroda za wypatrzenie lądu po przejściu Zatoki Baffina, tak jak to było na różnych morzach, na dawnych żaglowcach. Tyle że wtedy marynarz, który ląd jako pierwszy wypatrzył, dostawał złotego dukata, no ale w końcu 1 euro też jest po części złote, więc dukata może zastępować.
Zaraz po śniadaniu zabrałam się do gruntownego mycia. Już wczoraj uwrażliwiony na wszelkie oszczędności Bronek-kapitan obiecał mi, że będę mogła zużyć na cele higieniczne trochę nadprogramowej wody słodkiej (ale rzecz jasna bez szaleństw), więc skorzystałam i „zmarnotrawiłam” 4 kubeczki wody na umycie włosów i 5 na doszorowanie reszty swojej powierzchni. Nie powiem, poczułam się dzięki temu nieco „uczłowieczona”, bo w końcu trudno jechać cały czas na nawilżonych chusteczkach.
Czysta i ubrana w świeży zestaw ciuchów mogłam się wybrać na ląd, w celach formalno-reprezentacyjnych, no bo trzeba było zrobić odprawę graniczną załogi. Spuściliśmy na wodę nasz ponton, no i tu się zaczęły tzw. schody, bo nasza pontonowa Yamaha wcale nie zamierzała odpalić. Podczas gdy Tolek dwoił się i troił, aby zmusić silnik do pracy, podpłynęli do nas spotkani wczoraj u wejścia do cieśniny Nowozelandczycy, którzy też tu kotwiczą. Podpłynęli łodzią, która zastępuje im ponton, tzn. służy jedynie do przepraw z łodzi głównej na ląd, ale za to jaka to łódź! Rozmiarowo to połowa Solanusa, a nasz pontonik to przy niej małe chucherko. Zapraszaliśmy Kiwusów na obiecaną kawę (Nowozelandczycy na pytanie o narodowość, zawsze z dumą mówią o sobie, że są „Kiwi”), ale stwierdzili, że póki co nie mogą, bo muszą odebrać z lądu załogę, która poszła się przejść. Dowiedzieliśmy się jednak, że ich jacht nazywa się tajemniczo „T 6”, a ich plany to przejść jak najszybciej przez North West Passage, póki co do Seattle w USA, a żeby było im łatwiej, mają do dyspozycji – i tu omal nie usiadłam z wrażenia – malutki helikopter, z którego wypatrują układu pól lodowych! Jakby tego było mało, prowadzi ich profesjonalny, znający teren specjalny Pilot Lodowy! O dostępie w każdej dosłownie chwili do mapek lodowych i pogodowych już nie wspominam, bo to dla nich oczywiste, że są one wtedy, kiedy chcą je obejrzeć. Dla porównania – u nas to cała operacja: info pogodowe przysyłane jest z Polski smsami, a mapki lodowe możemy odbieramy raz dziennie po dość skomplikowanej operacji uruchamiania agregatu (chodzi o to, że nasz główny telefon satelitarny wymaga napięcia 220 V, zaś na jachcie normalnie jest 12 V).
Kiedy Nowozelandczycy odpłynęli, zdecydowaliśmy z Bronkiem, że w związku z wciąż nie sprawnym silnikiem do pontonu (w międzyczasie okazało się, że powodem jest zawór urwany podczas uderzenia o keję w rozfalowanym porcie w Upernavik), popłyniemy na ląd na pagajach (czyli na wiosełkach). Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy, co zresztą trudne nie było, bo płynęliśmy z falą która tak czy owak znosiła nas na brzeg. Najtrudniejsze było lądowanie, bo nie dało się wyjść bez zamoczenia butów, a ja gapa, zamiast ubrać kalosze, wybrałam się w butach trekingowych. Poza tym stresowało mnie, że mam w plecaku paszporty całej załogi i nie wiem po co – wielki (i drogi) teleobiektyw do mojego testowanego Olympusa.
Na miejscowym posterunku policji już na nas czekano – chodziło o odprawę paszportową, którą pół godziny wcześniej robili też Nowozelandczycy (nie przypuszczałam, że oni też muszą wypełniać takie formalności!). Policjant jak się okazało przyjechał tylko w tym celu – zaraz po naszym odprawieniu zamknął posterunek na cztery spusty i wrócił z czekającą na niego żoną do domu. Swoją drogą okazało się, że policmajster to całkiem fajny gość, który nie tylko z uśmiechem podstemplował paszporty i listę załogi, ale jeszcze poświęcił sporo czasu, by rozrysować nam plan miasteczka (jak się okazało złożonego z 1500 mieszkańców) i odpowiedzieć na ileś moich pytań, w stylu gdzie sklep, gdzie Internet, muzeum, poczta, możliwość załatwienia tankowania paliwa, serwis Yamahy itp.
Po załatwieniu formalności zrobiliśmy wraz z Bronkiem rekonesans co i jak od strony praktycznej. Nie wiem czy to wina kiepskiej pogody (mżawka, szarówka), ale powiem szczerze – byliśmy mocno rozczarowani. To znaczy ja akurat lubię wszelkie miasteczka sprawiające wrażenie, że jest się na końcu świata, ale to co jest tutaj sprawia, że brak tu jakiejkolwiek atmosfery. Ani to cywilizacja, ani tradycja inuicka i po prostu trudno dopatrzeć się czegoś urokliwego. Nie chodzi o to, że nawet główne ulice nie są asfaltowe i trzeba iść po kostki w błocie – w sumie za owym asfaltem wcale nie tęsknię, a wręcz wolę bezdroża. Trudno się jednak zachwycać zupełnie współczesnymi domkami z otoczeniem przypominającym złomowisko, na którym jest wszystko – od starych lodówek po wraki skuterów śnieżnych. Szczerze mówiąc tak jak Grenlandia kojarzyła mi się ze szczekaniem głodnych psów, tak tutaj mi tego ujadania futrzastych czworonogów brakuje. Psy owszem, gdzieniegdzie są, ale nie jakiejś określonej rasy, jak np. psy grenlandzkie, tylko takie zabiedzone przydomowe kundle, choć sanki mimo wszystko, aczkolwiek rzadko, jednak się widzi. Ich budowa ogólnie przypomina sanie grenlandzkie, choć np. płozy zrobione są z teflonu, czyli materiału wyższej generacji, mocniejszego i dającego lepszy poślizg. Dominują jednak skutery śnieżne i quady, które stoją dosłownie przy każdym domu, zaś na co dzień mieszkańcy jeżdżą Fordami-pickupami (celowo nie piszę „samochodami”, bo właśnie Fordy zdominowały tutejszą motoryzację). Trochę zdziwiliśmy się że praktycznie nikt nie chodzi na piechotę – w ciągu godzinnego spaceru po miasteczku nie spotkaliśmy na ulicy żadnych pieszych! Minęły nas jedynie dwa Fordy i jeden Inuita na quadzie, plus zrobiłam zdjęcia dwóm sympatycznym dzieciakom machającym z werandy.
Niewiele w miasteczku załatwiliśmy, poza tym że ustaliliśmy że wszystko musi zaczekać do jutra, bo z okazji niedzieli wszystko jest pozamykane. O dziwo, nawet kościół katolicki był zamknięty na cztery spusty! Nawet w części mieszkalnej nikt nie otworzył, a szkoda, bo ktoś nam powiedział, że kiedyś była tu jakoby polska siostra zakonna, więc liczyliśmy że może jeszcze będzie (albo będzie inna). Zdaje się że lepiej funkcjonuje misja anglikańska, bo inuickie dzieciaki życzliwie poinformowały, że właśnie zmierzają na tamtejszą mszę.
Są jednak plusy tego, że jesteśmy już w Kanadzie – łatwiej się dogadać. Co prawda tutaj też Inuici mówią swoim językiem, notabene śmiesznie pisanym, bo literkami wśród których pełno jest kółek i trójkątów, ale na szczęście można się z nimi dogadać też po angielsku, a jak ktoś lubi i umie, to prawdopodobnie też i po francusku. W każdym razie w urzędowych obwieszczeniach stosuje się wszystkie te trzy języki.
Niestety rozmyły się nasze nadzieje na korzystanie z polskich telefonów komórkowych. Nawet trzyzakresowe aparaty nie działają. Szkoda, bo bardzo liczyliśmy na ułatwiony kontakt z krajem i rodzinami.
Powrót na jacht okazał się niezłą przeprawą. W międzyczasie wzmógł się wiatr, wzrosła więc i fala, pal więc sześć moje ubranie, ale obawa o dokumenty i sprzęt fotograficzny stresowała mnie jeszcze bardziej niż płynąc na ląd. Powiem tylko, że wiosłowanie było naprawdę niezłym ćwiczeniem na moje mimo wszystko chyba i tak mocne mięśnie rąk i grzbietu.
W międzyczasie odpłynęli Nowozelandczycy. Trochę mnie tym zaskoczyli, bo nic w rozmowach nie wskazywało, że aż tak bardzo im się spieszy. Okazało się, że przed odpłynięciem, kiedy byłam w tzw. „mieście”, przywieźli na jacht butelkę nowozelandzkiego wina! Zaimponowali mi tym dotrzymaniem obietnicy (bo jeszcze wczoraj wspominali o degustacji wina z ich kraju). Od razu dorwałam się do radiostacji, by im przynajmniej w eterze podziękować za prezent, ale nie odpowiedzieli na wezwanie. Pewnie przy swojej szybkości, byli już poza naszym zasięgiem. Jak to mawia Bronek, radio VHF działa na zasadzie: „jak mnie widzisz, tak mnie słyszysz”. Nasze teoretycznie ma zasięg 25 mil, ale to wszystko raczej teoria - praktyka zależy od warunków atmosferycznych i wielu innych czynników.
Popołudnie zajęły nam prace jachtowe, w tym najważniejsze – naprawienie silnika do pontonu, bo bez pontonu tutaj ani rusz. W międzyczasie ściągnęliśmy też przez satelitę mapki lodowe – tam gdzie chcieliśmy iść znowu się zakorkowało. A, i jeszcze zadzwoniliśmy do Borje – oba jachty (szwedzki i francuski) stoją już bezpiecznie w Dundas Harbour przy wejściu do Cieśniny Lancaster, tak więc wzrasta prawdopodobieństwo naszego ponownego spotkania w drodze do portu Resolute (czytaj: osady jeszcze mniejszej niż Pond Inlet). Trudno jednak powiedzieć, czy do Resolute rzeczywiście pójdziemy – Wojtek Wejer doniósł smsem że tam jakieś manewry wojskowe, a poza tym zobaczymy jak tam sytuacja lodowa.
Wieczorem…
Dzisiaj obchodziliśmy urodziny Romka. To nic, że faktycznie są one za dwa dni – w morzu musimy trzymać wachty, priorytet mają lody i nawigacja, więc stojąc w porcie mamy lepsze warunki aby uczcić taką okazję. Uznaliśmy, że skoro wczoraj przy dyskusji o ziemniakach na obiad z soboty zrobiliśmy niedzielę, to równie dobrze 15-tego sierpnia może być 17-tym. Szanowny Jubilat z propozycją się zgodził, a przy okazji wyszło na jaw, że choć na jachcie niby nie ma już żadnego alkoholu, znalazła się zakamuflowana przez samego Romka buteleczka rumu. Swoją drogą wino nowozelandzkie też okazało się dobre… Było miło, spokojnie i domowo, Damian zadbał o delikatną muzyczkę, a z tematów rozmów dominowało oczywiście Przejście. Wszyscy jesteśmy zgodni – damy radę, bo innej opcji po prostu nie ma!
14 sierpnia, przed północą Na dojściu do Pond Inlet (Kanada)
Brzegi Kanady pierwszy zobaczył Damian, wkrótce po obiedzie. Teraz od dłuższego już czasu, płyniemy fiordem, czy może raczej cieśniną, bo to co jest z prawej strony to Wyspa Bylota, a na obu brzegach widać wzgórza, z których gdzieniegdzie "spływają" jęzory niewielkich lodowców. Jak wysokie są wzgórza za bardzo nie widać, bo ich czubki toną we mgle, ale na tyle wysokie, że skutecznie nas chronią od zimnych wiatrów, jakie doskwierały nam na otwartym morzu.
Zawsze przy dojściu do portu odczuwa się coś w rodzaju specyficznego podniecenia, ciekawość, co w nim zastaniemy, jakich ludzi spotkamy. Tak jest i teraz - mimo późnej nocy nawet ochota na sen nam odeszła. Inna sprawa, że wiele sobie po słowie "port" w tym przypadku nie obiecujemy. Z Locji wynika, że to niewielka osada inuicka, w której mieszka około 1200 osób. Nawet nabrzeża jako takiego nie ma - trzeba będzie stać na kotwicy, a na ląd przeprawiać się pontonem.
Wiemy już, że nie będziemy sami, jeśli chodzi o łodzie pod obcą banderą. Wywołując przez VHF-kę, czyli radio średniego zasięgu kanadyjski Coast Guard, zgłosił mi się jacht z Nowej Zelandii! Ja tu na 16-tce (chodzi o używany na morzu kanał 16-ty, na którym prowadzi się nasłuch) wywołuję ten cały poważny jak mniemam Coast Guard, trzymając się wyuczonych kiedyś tam na egzamin na radiooperatora procedur (bo są pewne, teoretycznie sztywne, zasady prowadzenia łączności), a tu zgłasza się sympatyczny luzak z przyjazną pogawędką. Luzak był oczywiście nie z Coast Guardu, tylko z owego jachtu z Kiwilandii. Oczywiście szybko przeszliśmy z tej 16-tki, kanału zarezerwowanego na sprawy awaryjne, przeważnie związane z niebezpieczeństwami, na inny kanał (10-ty). W międzyczasie okazało się, że chodzi o jacht nie żaglowy, ale motorowy, a dokładniej jest to wielka jednostka, która od jakiegoś czasu szła po sąsiedzku z nami w odległości kilku kabli (1 kabel to 0,1 mili morskiej). Nie widząc bandery i nazwy myśleliśmy że to stateczek kanadyjskiej policji, czy właśnie Coast Guardu, a tymczasem takie zaskoczenie! Bądź co bądź z Nowej Zelandii tutaj to kawał drogi. Facet z którym rozmawiałam był zresztą nie mniej zaskoczony, jak dowiedział się, że jesteśmy z Polski. Bardzo miło się rozmawiało - zaprosiłam go w Pond Inlet do nas na kawę, on z kolei powiedział, że miło będzie jak przyjdziemy do nich na nowozelandzkie wino.
A co do towarzystwa, to zadzwoniliśmy przed chwilą do Borje. Kiepsko było słychać, kilkakrotnie zrywało połączenie, Borje też zresztą próbował oddzwaniać. Właściwie to dowiedziałam się tylko tyle, że chłopcy (Szwedzi i Francuz) wielokrotnie próbowali się do nas dodzwonić, ale nasz telefon satelitarny jakoś nie łączy (fakt, że są problemy z zasięgiem). Podawali pozycję, ale nie usłyszałam - rozłączyło na dobre jak Borje powiedział, że są 100 mil od Cieśniny Lancaster. Mamy szansę spotkać się z nimi w drodze do Resolute.
A tymczasem zegar pokazuje koniec mojej wachty. W międzyczasie naszła gęsta mgła - widać na maksimum 50 metrów. Jedziemy według naszej komputerowej mapy, więc nie ma problemu - do Pond Inlet zostało 18 mil. Poprosiłam przejmującego ster Tolka aby się za bardzo nie spieszył z płynięciem - najlepiej aby manewry związane z kotwiczeniem zrobić na zmianie wacht, czyli za 4 godzinki, które mamy z Romkiem nadzieję przespać.
14 sierpnia, w południe, 38. dzień poza domem W morzu, 25 Mm od brzegów Kanady pozycja na godzinę 11-tą -72 st. 47` N, 074 st. 18` W Szaro-buro.
Zgodnie z prognozami pogodowymi - pada. Ogólnie jest tak jakoś jesiennie i sennie. Damian, który właśnie wstał, aby ubrać się na wachtę, zajęczał, że prosi o 2-3 dni urlopu. Szczerze mówiąc ja też, obudzona dzisiaj o 7.40 na poranną wachtę (miałam prawo być nieprzytomna, bo wcześniej miałam w nocy psiaka, czyli wachtę od północy do czwartej rano), też się zastanawiałam w myślach, co mi odbiło, żeby zrezygnować z pełnego atrakcji europejskiego lata i żeglować pośród lodów Arktyki, nie wysypiając się, marznąc, a zamiast w ładnych, letnich sukienkach chodzić teraz ciągle w bynajmniej mało seksownym sztormiaku. I to wszystko na własne życzenie w ramach jakiś dziwnych, nie do końca normalnych pasji oraz czegoś, co nazywa się miłością do morza.
Stanie za sterem w jesiennej aurze specjalnie mi się jednak nie dłużyło, bo z audiobooków odsłuchuję teraz "Szamana Morskiego" Karola Borchardta (nie pamiętam, czy oby tak się pisze jego nazwisko), a że to dość zabawna książka, traktowana jako druga część słynnego "Znaczy Kapitana", więc przy takiej aurze jaka jest, śmieszne historyjki z życia dowódcy transatlantyka dobrze wpływają na moje samopoczucie.
Lody, jakie znowu się pojawiły na naszej drodze, jakoś tym razem udało nam się ominąć. Z odebranych przez satelitę mapek lodowych wiedzieliśmy, gdzie jest pole lodowe i na wachcie nocnej rzeczywiście do niego dojechaliśmy. Potem jednak wstrzeliliśmy się w szeroki korytarz wolnej wody, więc nie było problemu, choć muszę powiedzieć, że z daleka taka lodowa bariera, ciągnąca się niczym biały mur, wygląda mało ciekawie.
Do Kanady coraz bliżej. Uznaliśmy, że już najwyższy czas zdjąć spod salingu flagę grenlandzką i zastąpiliśmy ją już taką z klonowym liściem. Wyjaśnienie dla nie-żeglarzy: wpływając na wody terytorialne danego kraju wypada nieść pod salingiem (taka rozpórka przy maszcie, wysoko ponad pokładem), flagę odwiedzanego kraju.
W ramach przerw między swoimi godzinami sterowania (na nocnych, 4-godzinnych wachtach ciągle trzymamy się systemu: godzina sterowania i jeśli nie ma nic do roboty - godzina grzania się) doszkalam się w schematach anglojęzycznej łączności radiowej - wkrótce przyda się to do rozmów z kanadyjskim Coast Guardem. Przy okazji rozgryzłam też trochę różnych nazw na tutejszych mapach. Dzięki Locji Admiralicji dowiedziałam się np. kim był William Baffin (jego imieniem nazywa się teraz część Atlantyku, którą płyniemy, czyli Zatoka Baffina, a także wysepka na której położony jest Pond Inlet - port do którego zmierzamy), jak również Robert Bylot (jego z kolei uczczono nazwaniem wyspy, którą będziemy opływać). No więc obydwaj panowie żeglowali w tych rejonach w latach 1615-1616, odkrywając m.in. Cieśninę Lancaster, do której za jakiś czas dojdziemy.
Mimo zarwanych nocy jakoś wszyscy z załogi są już na chodzie. Bronek-kapitan działa w kambuzie. Raz na kilka dni za kogoś gotuje, a dzisiaj pomaga Tolkowi. Tolek z kolei obiera ziemniaki, co chyba bardzo lubi robić, bo jest notorycznym "obieraczem". Ziemniaki jako "dobro luksusowe" zamierzałam zadysponować wprawdzie na jutrzejszy, niedzielny obiad, ale załoga przekonała mnie, że tak daleko od domu nic nie stoi na przeszkodzie, aby sobota została uznana niedzielą. Z kolei Damian widząc że piszę na moim HP-ciaku (laptopie) prosi, bym wspomniała mimochodem w swoich zapiskach, że jest osobą "nieprzyzwoicie inteligentną", co na prośbę kolegi niniejszym piszę. J
13 sierpnia, wieczorem, 37. dzień poza domem W morzu, ok. 65 mil od brzegów Kanady pozycja na godz. 20-tą 72 st. 50`N, 071 st. 25`W Trzynasty-piątek wcale nie pechowy
Całkiem sympatyczny dzionek i to mimo że trzynastego, piątek. Kiedy ktoś z załogi zwrócił na to uwagę, pocieszyłam że tutaj przynajmniej czarny kot nam nie przebiegnie drogi. Co najwyżej miś polarny przepłynie na krze, choć póki co takiego widoku jeszcze nie mieliśmy.
Dzisiaj miałam kambuz, co nie było niczym szczególnym, poza odkryciem, że ryż gotowany w wodzie morskiej to jednak kiepski pomysł. W ramach oszczędności wody słodkiej eksperymentujemy z różnymi wariantami oszczędności płynnego dobra. Mycie naczyń w zaburtówce (na jachtach morskich są dwa krany - jeden do wody zatankowanej do zbiorników, drugi do wody słonej, zewnętrznej), to już u nas norma - każdy się przyzwyczaił, że pierwszy łyk kawy czy herbaty jest z tego powodu nieco słonawy. Gotowanie kartofli w zaburtówce też wychodzi całkiem nieźle - nie trzeba ich przynajmniej solić (kartofli mamy jednak mało, i ze względu na ich ceny - zostawiamy tylko na niedzielę). No a ryż z zaburtówki? No cóż, zjeść się da, ale smak jest nieco kwaśno-gorzki.
Po kambuzie, od 17-tej miałam trzygodzinną wachtę, bardzo przyjemną, bo świeciło słoneczko, a jechaliśmy 5-6 węzłów na samym foku i bezanie. Na dodatek nie trzeba było sterować, bo robił to nasz Pinta - samoster (ostatecznie ustaliliśmy, że imię samosteru to rodzaj męski, czyli wbrew temu co pisałam wczoraj, mamy kolegę, nie koleżankę). Co ważne, mamy teraz przed sobą zupełnie wolną wodę, czyli bez lodu, jeśli nie liczyć dwóch gór lodowych, jakie pojawiły się hen, daleko, na horyzoncie.
Z tym lodem to teraz luz, ale ostatniej nocy dał nam popalić. Kiedy wczoraj wyszliśmy z Romkiem na wachtę od 20 do 24-tej, znowu znaleźliśmy się w polu lodowym, tyle że tym razem o większej koncentracji niż pierwsze pole jakie trafiliśmy w ciągu dnia. O tym, że pchamy się w lód, wiedzieliśmy, bo przez telefon satelitarny otrzymujemy codziennie mapki z sytuacją lodową, no ale nie za bardzo nam się chciało owe pole, bardzo rozległe, objeżdżać. Początek był super, bo wciąż mieliśmy połówkowy wiatr i na żagielkach i z prędkością 5 knotów lawirowaliśmy między krami, wyszukując korytarze wolnej wody. Podobało mi się szalenie i wcale nie kwapiłam się z oddaniem steru, podczas gdy Romek na zmianę z Bronkiem stali na dziobie i sugerowali jak jechać. Niestety, potem kry zaczęły się zagęszczać, a poza tym zaczęła nachodzić mgła. W końcu zrzuciliśmy żagle i odpaliliśmy silnik, żeby mieć większe możliwości manewrowania, co było jak najbardziej sensownym posunięciem, bo w końcu znaleźliśmy się w labiryncie wydawało się bez wyjścia. W najtrudniejszym rejonie koncentrację lodu oceniliśmy na 5, co oznacza że lodu jest tyle samo co wolnej wody (dokładniej chodzi o stosunek 5/10, czyli 1 : 2). Na mapkach lodowych "piątkę" oznacza kolor czerwony.
Finał był taki, że kiedy tak się w tym lodzie kręciliśmy i kręciliśmy, w końcu udało się znaleźć ciasny korytarz i jakoś z tego wyjść (to już na wachcie Tolka). Trochę przy tym o brzegi kier się otarliśmy, co pod pokładem zabrzmiało dość strasznie. Trzeba będzie się do takich głuchych odgłosów uderzeń o lód przyzwyczaić - na pewno nie raz jeszcze coś takiego usłyszymy. Swoją drogą wiemy już (właśnie z mapek), że przed wejściem do Pond Inlet czeka nas kolejne przebijanie się przez koncentrację lodu, ale tym razem mniejszą.
12 sierpnia, po południu, 36. dzień poza domem W morzu, jakieś 200 mil od brzegów Kanady o godz. 14-tej pozycja 73 st. 09` N, 063 st. 53`W W lodowym polu
Właśnie zeszłam z wachty i próbuję odtajać. Sterowałam prawie trzy godziny (dzienne wachty mamy w pojedynkę), z małą przerwą, kiedy to wyszedł Tolek i zaproponował, że zmieni mnie na jakiś czas, żebym się ogrzała. Normalnie w środku tych trzygodzinnych wacht zmienia nas za sterem Bronek-kapitan, ale że akurat chłopcy grzebali coś przy alternatorze, więc Bronek też był zajęty.
Co do wachty to pierwsza jej godzina należy do moich najpiękniejszych chwil przeżytych na morzu. Już jak się ubierałam na wachtę, Romek powiedział, że wpłynęliśmy w pole lodowe i rzeczywiście - kiedy wyszłam na pokład ujrzałam morze naszpikowane mnóstwem growlerów, tudzież gór lodowych. Wyglądało to niesamowicie, a było tego tyle, że z daleka tworzył się z tego iluzoryczny lodowo-śniegowy mur.
Takiego nagromadzenia pływającego lodu nie pamiętam nawet z rejsu na "Starym" na Horn i Antarktydę. Teraz taki widok pewnie stanie się codziennością, no ale wiadomo - pierwszy raz zawsze robi największe wrażenie. W każdym razie na pierwszy rzut oka zamknięta lodem linia widnokręgu wydawała się nie do przebrnięcia, ale w rzeczywistości można znaleźć w niej różne kanały i robiąc slalom między lodowymi krami i różnymi tworami, jakoś przedzierać się w pożądanym przez nas kierunku, czyli na NW (północny-zachód). Szliśmy na żagielkach, z całkiem przyzwoitą prędkością 4 knotów (węzłów), przy czym płynęło się rewelacyjnie, bo mieliśmy połówkę (półwiatr) co dawało duże możliwości jeśli chodzi o zmianę kursów i tym samym wpasowywanie się w kanały wolnej wody. W momentach kiedy kanały były wąskie albo nachodziła mgła, wychodził na pokład Bronek i stojąc na oku (tak mówi się w żeglarstwie o obserwatorach) podpowiadał którędy płynąć. Najpiękniejszy był moment, kiedy wyszło słońce i oświetliło tę niezwykłą lodową scenografię.
Tutejsze growlery (bloki lodu) trochę różnią się od tych z Ilulissat. Przede wszystkim są bardziej błękitne (choć to może kwestia padania światła), a pod wodą - bardziej rozłożyste. Trzeba uważać, aby nie płynąć za blisko nich i nie nadziać się na takie lodowe "mielizny". Na szczęście te zdradzieckie podwodne lody, wystające mocno w bok od części nawodnej, przy normalnych warunkach doskonale widać.
W drugiej godzinie mojej wachty wyszliśmy z lodowego pola, zrobiło się zimno i ponuro, bo naszła mgła. Istne "mleko". Dziwnie steruje się w takiej gęstej mgle. Raz, że trzeba uważać, bo góry lodowe mogą pojawić się tu w każdej chwili (zazwyczaj tej najmniej oczekiwanej), dwa, że zmysł orientacji gubi się w takiej zamglonej "nicości" i nie mając punktów odniesienia łatwo o zjechanie z ustalonego kursu. Niby jest kompas, ale nie za bardzo można mu wierzyć, bo jego reakcje są dość spóźnione w stosunku do faktycznego zachowania jachtu. Sterując w mgle nie pozostaje właściwie nic innego jak kierować się wyczuciem wiatru i obserwować układ fali.
W trzeciej godzinie wachtowania było mi już naprawdę zimno - najgorzej w ręce, choć po tym jak Tolek dał mi swoje rękawice było już lepiej. Inna sprawa, że nie ubieram się jeszcze według najbardziej ekstremalnego wariantu, uznając, że prawdziwy ziąb dopiero przyjdzie. Jak na razie wychodzę na wachty w normalnym sztormiaku, zakładając pod niego dwa polary, a jako pierwszą warstwę - otrzymany w prezencie od Borje kombinezon z bielizny termicznej. Problem stanowią jedynie nogi i ręce, choć gdyby było rzeczywiście kiepsko, to mam jeszcze specjalne torebki rozgrzewające. W ogóle zapas ciepłych ciuchów posiadam bardzo solidny, no i w odwodzie czeka też cieplutki kombinezon ratunkowy, jaki zostawił mi Jacek (dzięki Jacuś!).
I na koniec podsumowania wachty jeszcze krótko o mapie, na której jedziemy. Póki co nanosimy pozycję na "generalce" (ogólnej mapie) o bardzo dużej skali (1 : 1 800 000), bo na środku morza nie musimy wyszukiwać żadnych szczególnych punktów orientacyjnych. Nie jest to jednak jakaś zwykła mapa, ale iście historyczna. Nawet nie chodzi o to, że stara (wydana przez Kanadyjczyków w 1969 roku, co nie ma specjalnego znaczenia, bo morze się przez ten czas nie zmieniło). Ważne jest to, że dokładnie na tej mapie nawigowała zatoka "Gedanii" , dowodzona przez nieżyjącego już, słynnego kapitana Dariusza Boguckiego. Zostawiliśmy część niewytartych wpisów z pamiętnego rejsu "Gedanii" (dla niewtajemniczonych - wszelkie zapisy na mapach morskich robi się ołówkiem, więc łatwo je wytrzeć).
Od rejsu "Gedanii" minęły już 33 lata! Muszę powiedzieć że z dużym szacunkiem patrzę na te wykreślone przez "Gedaniowców" pozycje, bo ich rejs był rzeczywiście dużym wyczynem. Przy okazji widać, jak na przestrzeni tego okresu zmieniło się nawigowanie. Teraz na mapie wykreślamy pozycję wskazaną na monitorze GPSa, już bez żadnych dodatkowych obliczeń typu poprawka na wiatr, poprawka na prąd, deklinacja, dewiacja kompasu itp. Chłopcom z "Gedanii" o GPSie się nawet nie śniło - widać wyraźną kreskę kursową, na której zaznaczali pozycje zliczone ze wskazań logu, czy punkty określane na podstawie wskazań sekstantu (sekstant my też mamy, ale jak na razie go nie używaliśmy; szczerze mówiąc ja w swojej "karierze" żeglarskiej tylko dwa razy robiłam pozycję na podstawie tego przyrządu, a myślę że zdecydowana większość współczesnych kapitanów nie ma pojęcia jak posługiwać się tym przedmiotem).
Cóż, nawet zwykłe kompasy się zmieniły. Teraz wszystko nafaszerowane jest elektroniką, kursy pokazują GPSy, zaś tradycyjne kompasy idą do lamusa. Zresztą w tych rejonach korzystanie z kompasów i tak jest niemiarodajne, a to ze względu na liczne miejsca, w których występują anomalie magnetyczne.
Z innej beczki. Damian który dziś jest kukiem, zrobił na obiad kaszę gryczaną z gulaszem. Bardzo się stresował tym zadaniem, ale efekt wyszedł naprawdę dobry! Piszę o tym specjalnie dla znajomych i rodziny Damiana, bo on sam twierdzi, że i tak mu nikt nie uwierzy, że gotuje. :-)
W nocy z 11 na 12 sierpnia Podczas psiaka (wachta od północy do czwartej) Adrenalina z alternatora
Znowu mieliśmy techniczne mocne przeżycia. Około pierwszej w nocy, akurat na mojej wachcie, pojawił się dziwny dym i zapach palonej gumy. Momentalnie poderwał się z koi Bronek, obudzono też Damiana, wyłączyliśmy silnik (nic nie wieje, więc musimy się wspomagać "diesel-grotem") i zaczęło się grzebanie we wnętrznościach naszej maszyny. Okazało się że chodzi o izolację na stykach przy alternatorze - w sumie niewielki to problem, wpływający na ładowanie prądu do jachtowej elektroniki, ale strachu nam napędził. W każdym razie mamy to pod kontrolą.
Teraz silnik ponownie odpalony. Inaczej się nie da, bo sztil totalny. Siła wiatru wynosi 0 (zero), stan morza też, i aż trudno uwierzyć, że bujamy się na oceanie. Nawet na jeziorach często nie ma takiej ciszy. Damian budząc mnie na wachtę pochwalił się, że zrobił "autopilota". Rzeczywiście, tak pomotał krawatami (linkami) koło sterowe, że przy tej gładzi wody, jaką prujemy z manetką na pół naprzód, kurs rzeczywiście trzyma się całkiem nieźle. Dzięki temu wynalazkowi mam wolne ręce i mogę spokojnie wciskać klawisze mojej MP3-ki. Odsłuchiwanego z audiobooka "Idiotę" Dostojowskiego już skończyłam, ciesząc się przy tym, że urodziłam się sto lat później niż akcja tej powieści (cóż, w tamtych czasach byłabym pewnie albo chłopką pańszczyźnianą, albo damą na salonach, a ani jednej ani drugiej nie dane by było żeglować). Teraz przerzuciłam się na powieść "Nie tylko Titanic", bo to w końcu to akurat takie klimaty.
11 sierpnia, po południu, 35. dzień poza domem W Zatoce Baffina, jakieś 70 mil od Upernavik Zimno i do domu daleko :-)
Jesteśmy w Zatoce Baffina, choć nazwa "zatoka" jest dość myląca, bo w rzeczywistości to rozległa część północnego Atlantyku, którą musimy pokonać na odcinku jakichś 400 mil (800 kilosów). Znowu wchodzimy w morski rytm codziennego funkcjonowania - jak nie wachta, to odsypianie zarwanych nocy, ewentualnie inne zajęcia (Tolek o dziwo przestał czytać, tylko przerzucił się na rozwiązywanie krzyżówek).
Zrobiło się zimno. Na zewnątrz, bo dzięki włączonemu webasto pod pokładem mamy przyjemne ciepełko. Mamy postawione żagielki (fok, grot, bezan) i sprawdzamy naszą "Pintę", jak Bronek nazywa samoster. Bronek mówi o niej/o nim jak o członku załogi, podkreślając jej/jego dodatkowe zalety, czyli to, że i jeść nie woła, i nie nawymyśla, ani nie gada głupot. Fakt, jak na razie koleżanka "Pinta" spisuje się rewelacyjnie. Trzyma kurs względem wiatru na tyle dobrze, że bez problemów można zejść pod pokład ogrzać się, czy zjeść posiłek, oczywiście kontrolując od czasu do czasu jak tam sytuacja z górami lodowymi czy spotkania z innymi statkami (góry są, statków nie widzieliśmy).
Dla wyjaśnienia - samoster to urządzenie, którego główne elementy stanowi specjalna płetwa ustawiana niczym wachlarz odpowiednio do wiatru, do tego specjalne przełożenie na ster, układ linek na kilku bloczkach i tyle. Na pozór wygląda prosto, ale nie bez powodu coś takiego w przypadku "Solanusa" kosztuje 12 tys. złotych. Tak na marginesie to wiele osób myli samoster z autopilotem, a tymczasem to zupełnie coś innego. Samoster tak jak napisałam, trzyma kurs względem wiatru (czyli jak ustawimy go na bajdewindzie to będzie tak kombinował, aby iść ostro do wiatru). Warunek jego użycia - musi wiać i to dość konkretnie, bo przy zbyt małej szybkości samoster "głupieje". Autopilot to z kolei wyższa elektronika która sprawia, że trzymamy konkretny, zadany kurs, nawet jeśli wiatr się "odkręca". Autopilota my akurat nie mamy, choć bardzo by się przydał, zwłaszcza przy pływaniu na silniku.
A tak w ogóle to jeśli chodzi o jachtowe urządzenia, Bronek opowiedział przy kawce, jak to do stojącego w którymś z polskich portów "Solanusa", co chwila ktoś podchodził i dopytywał się o dziwne, niespotykane na większości polskich jachtów urządzenia. Szczególnie intrygujące były dla ludzi właśnie płetwa samosteru, wielka antena do naszego Iridium (telefonu satelitarnego) i wiatraczek elektrowni wiatrowej, dzięki której możemy ładować jachtową elektronikę. Po którymś już takim samym pytaniu, zmęczony udzielaniem ciągle tych samych odpowiedzi Bronek, nie wytrzymał. Kiedy na kei pojawił się kolejny gość pytający o wiatraczek na rufie jachtu, Bronek z jak najbardziej poważną miną i tonem eksperta wyjaśnił, że to takie specjalne urządzenie na wypadek kiedy brakuje wiatru. Wtedy włącza się wiatraczek i jest napęd na żagle. Facet "łyknął" tłumaczenie. Bronek nie zdążył zdementować dowcipu.
Trzeba przyznać, że humory nam dopisują, apetyty zresztą też. Co do apetytów to jemy na potęgę, ale i tak czujemy, że zrzucamy wagę. Niby specjalnego wysiłku fizycznego nie mamy, bo jedyne ćwiczenia ruchowe stanowi praca przy żaglach, ale energię się zużywa. Według teorii Tolka mięśnie żeglarza morskiego pracują także przy wszelkich czynnościach, na które normalnie nie zwraca się uwagi. Choćby takie prozaiczne ubranie się na wachtę, czy samo siedzenie przy stole, kiedy płynąc w przechyle organizm musi wymuszać utrzymanie pionu. To fakt, przeciążenia na jachcie bywają na tyle duże, że czasem zrobienie kroku po pokładzie można porównać do wspinania się pod stromą górę. Swoją drogą niezłym ćwiczeniem jest też korzystanie z kingstonu, czyli jachtowej toalety. Uruchamianie spłuczki odbywa się metodą pompowania, z odpowiednim przełączaniem specjalnego klawisza. Wbrew pozorom takie pompowanie również wymaga przyłożenia odpowiednich wektorów - ja w każdym razie traktuje to jako ćwiczenia na mięśnie ręki.
10 sierpnia, 34. dzień poza domem, na wachcie, około 21-ej Upernavik, wyjście w morze Kierunek Kanada Znowu na morzu.
Godzinę temu wypłynęliśmy z Upernavik, żegnani przez naszego Szweda i Francuza. Określenie "nasz Szwed" jest dosłowne, bo tak w załodze "Solanusa" mówi się o Börje. Zresztą on też nas polubił i po raz kolejny obdarował. Ponieważ doniosłam mu, że suszone owoce które dał nam w Ilulissat bardzo nam smakowały, teraz dostaliśmy kolejną ich porcję - torbę suszonych bananów, moreli, jabłek, rodzynek i orzechów, a do tego - wielką pakę mleka w proszku (Börje wie, że lubimy kawę z mlekiem, tyle że mleko nam się właśnie kończy). Dodatkowo Bronek, jako kapitan, dostał jeszcze specjalną flaszeczkę ziołowego trunku o pysznym, słodkawym smaku (wiemy, że dobry, bo z okazji wyjścia w morze po małym łyczku sobie spróbowaliśmy).
Przed samym wypłynięciem byliśmy jeszcze całą załogą na jachcie u Szwedów na pożegnalnej herbatce. Luc oczywiście też wpadł. Było bardzo miło, tym bardziej że na "Annie" jest bardzo przytulnie i wręcz domowo. Wcześniej Börje poszedł ze mną do sklepu, aby pomóc mi zrobić ostatnie na Grenlandii zakupy i przy okazji kupił na te nasze pożegnanie bardzo dobre ciasto, co również nasunęło mi myśl o domu. W międzyczasie, już podczas tej pożegnalnej herbatki, zrobiłam trochę zamieszania, bo niechcący złapałam się za rurę od piecyka którego w portach używa Borje - rura była oczywiście gorąca, dzięki czemu następny kwadrans spędziłam z ręką w misce z zimną wodą. Borje chciał mi od razu tę nieszczęsną rękę zawijać, smarować itp., ale na szczęście nie wygląda ona wcale tak źle, jak wydawało się na początku.
Dzień był bardzo pracowity, bo jak zwykle był milion spraw do załatwienia. Zaczęło się dość pechowo i wcześnie, bo o trzeciej nad ranem zwaliła się nasza antena do telefonu satelitarnego. Powodem był silny wiatr i naprężenia na cumach, w każdym razie po śniadaniu chłopcy mieli roboty na kilka godzin, aby to naprawić. I tak szczęście że stało się to w porcie, i że antena spadła na pokład, a nie do wody.
Najciekawszym doświadczeniem dzisiejszego dnia w moim przypadku było załatwianie tankowania wody i paliwa. Już wczoraj poszliśmy z Börje zamówić obie usługi, co okazało się bardzo skomplikowaną sprawą. Wiedzieliśmy, że mamy pójść z tym do jakiegoś biura, ale gdzie ono jest i jak się nazywa, nie wiedzieliśmy. W ramach poszukiwań i odsyłania z jednego miejsca do drugiego, przeszliśmy całe miasteczko, zahaczając po drodze m.in. o przedszkole, dom spokojnej starości, ośrodek leczenia alkoholików i kilka innych budynków z zewnątrz wyglądających jak biura. Główny problem stanowi dogadywanie się, bo my po grenlandzku zero, a oczywiście trudno znaleźć kogoś kto mówi po angielsku. Jak się okazuje, nawet szwedzki, którym włada Szwed, mimo podobieństw do duńskiego, też nie jest tu szczególnie użyteczny. W każdym razie straciliśmy na te przeklęte biuro bitą godzinę, aż w końcu dotarliśmy do jakiejś firmy gdzie powiedziano nam, że to czego szukamy jest tuż obok, ale o tej porze i tak jest zamknięte, więc trzeba przyjść nazajutrz. Na owe nazajutrz z samego rana rzeczywiście przyszliśmy - ja plus dzielni kapitanowie wszystkich trzech jednostek, bo tematem tankowania zainteresowany był każdy z nas (Börje i Luc też, bo wychodzą w morze dzień po nas). Co się okazało - szukanego biura nie ma, za to jest muzeum! Prawdopodobnie Grenlandczycy nie rozumiejąc o co nam chodzi, kierowali nas do muzeum, wychodząc z jak najbardziej logicznego założenia, że jeśli jakiś przybysz pyta o coś, to zapewne musi być turystą, a jak jest turystą, to pewnie interesuje go muzeum. Krótko mówiąc znaleźliśmy się w punkcie wyjścia, czyli nadal nie wiedzieliśmy nic, zaczęliśmy więc drugą turę pytania, w wyniku czego przez kolejną godzinę znowu odsyłano nas z miejsca do miejsca i żadne z nich nie było tym, o które nam chodziło. Skończyło się na wizycie na posterunku policji, gdzie wreszcie udało nam się trafić na Duńczyka spikającego dobrze po angielsku, a poza tym facet miał plan miasteczka, więc nam pokazał gdzie iść. Najciekawsze było to, że szukane biuro w którym opłacało się przyjazd cysterny z paliwem, znajdowało się. w porcie! Dosłownie sto metrów od jachtów!!! Co ciekawe, wszyscy nam po drodze mówili o czerwonym budynku, a okazało się że jest on stalowo-biały, ale już pal sześć. Ale i tak to była tylko połowa sukcesu, bo tankowania wody w owym biurze już załatwić nie można było. Kiedy usłyszeliśmy, że musimy znaleźć czerwony budynek na drugim końcu miasteczka, opadły nam ręce i odechciało nam się tankowania wody. Ostatecznie namierzyliśmy ogólnodostępny kran niedaleko od portu i w pożyczonych od Borje kanistrach przynieśliśmy wodę sami (zaraz potem zrobił to też i Luc).
Tuż przed obiadem poszliśmy z Nielsem do kapitanatu portu skorzystać grzecznościowo z internetu czyli ściągnąć pocztę, a przede wszystkim mapki lodowe i prognozy pogody. Powiało optymizmem, bo lody na Przejściu wreszcie zaczęły topnieć. Co do pogody to na razie wiatry są dla nas niekorzystne (od północy, bardzo słabe), ale potem ma być lepiej, bo odkręcą się na silniejsze, południowe. Tak w ogóle to kiedy dzwoniłam dzisiaj do Polski, rodzinka doniosła mi, że rodzime media podały informację o jakiejś olbrzymiej górze lodowej, wielkości 250 km kw., która oderwała się od grenlandzkiego lądolodu gdzieś na północy i teraz zdaje się dryfuje po morzu. W każdym razie tutaj nic na ten temat nie słyszałam, więc chyba spotkanie z nią nam nie grozi.
A wracając do pożegnania ze Szwedami i Francuzem. Ciekawe, czy zobaczymy się jeszcze w Arktyce. Oni też ostatecznie idą do Resolute, tak jak i my (to jakieś 800 mil czyli ok. 1500 km od Upernavik). Tylko że im się nie spieszy tak jak nam, bo z założenia szykują się na zimowania jachtów. Umówiliśmy się, że jeśli nie spotkamy się więcej w Przejściu, spotkamy się w Polsce na nartach (wszyscy z nas to zapaleni narciarze, a Luc jest nawet instruktorem narciarskim specjalizującym się w ekstremalnym ski-alpinizmie). Zobaczymy jak wyjdzie. Teraz czujemy się zgraną paczką, ale po powrocie do życia lądowego każdy wpadnie w wir spraw prywatno-zawodowych. Póki co jednak każdy z nas musi skupić się na bezpiecznym dopłynięciu do celu. To co było do tej pory stanowiło tylko łagodny wstęp do arktycznego żeglowania. Każdy z nas dobrze wie, że prawdziwa szkoła przetrwania, zacznie się dopiero teraz.
9 sierpnia, 33. dzień poza domem W Upernavik (północna Grenlandia) pozycja: 72 st 47`N, 56 st 09` W Morskich spotkań ciąg dalszy
No i jednak się spotkaliśmy! Znowu stoimy burta w burtę trzy jachty: my, Szwedzi i Francuz. Byliśmy jeszcze w sporej odległości od portu, kiedy Bronek wziął lornetkę i powiedział że widzi maszty dwóch jachtów. Od razu wiedzieliśmy kto to taki! Było jeszcze wcześnie rano, jakoś około siódmej, więc nikogo nie było widać, ale jak podpłynęliśmy bliżej, na pokład swojego okrętu wyskoczył Luc. Potem opowiadał, że od razu słysząc silnik domyślił się, że to my. Problem był z zacumowaniem, bo wiał bardzo silny dopychający wiatr, zrobiło się duże rozfalowanie, a nie za bardzo było miejsce przy nabrzeżu żeby gdzieś na spokojnie stanąć (port w Upernavik jest nie tylko mały, ale jeszcze problemem jest to, że jego układ przy północno-zachodnich wiatrach stanowi dość kiepskie schronienie). Przyklejenie się burta w burtę (alongside) do "Roxanny", czyli jachtu Francuza, też nie wchodziło w grę, bo to dość delikatny kadłub, więc naszą masą moglibyśmy go w tych warunkach uszkodzić. Skończyło się na manewrze zluzowania cum "Anny", to jest jachtu Szwedów, i wsunięcia się między nabrzeże a "Annę". W międzyczasie Szwedzi czując że coś się dzieje z ich jachtem, też się obudzili i zaspani wyskoczyli na pokład. Pewnie byli wściekli na tak wczesną pobudkę, ale jak nas zobaczyli, chyba się jednak ucieszyli (przynajmniej tak twierdzili przy powitalnym wyściskiwaniu się). Ponoć zakładali że dopłyniemy tego dnia, ale obstawiali godziny popołudniowe.
Skoro już zrobiliśmy tyle zamieszania, to po zacumowaniu zaprosiliśmy sąsiadów na przedśniadaniową kawę. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że kilka dni wcześniej był w Upernavik "Ariel" (wspominany na tym blogu inny szwedzki jacht płynący na North West Passage). Tym razem ponoć było już sympatyczniej i Borje stwierdził, że jego rodacy wcale nie są tacy sztywni jak wydawało się wcześniej. "Ariel" popłynął już w kierunku Resolute - pewnie wcześniej czy później gdzieś w arktycznych lodach się z nimi spotkamy.
Jak to w porcie, pierwsze godziny minęły na zorientowaniu się w sytuacji. Trzeba było załatwić dostęp do prądu (no problem, tyle że za opłatą), dowiedzieć się gdzie jest sklep, bankomat, możliwości tankowania paliwa i wody etc. Damian z kolei pracował nad przystosowaniem naszego telefonu satelitarnego do odbioru mapek lodowych - udało się.
"Atrakcją" dnia była kąpiel. W porcie żadnych udogodnień typu łazienka nie ma, ale udało się dogadać taką możliwość za 20 koron od osoby (ok. 10 zł) w lokalnym. szpitalu. Swoją drogą szpitale mają tu ładne - na korytarzach spokój, żadnych kolejek, personel to wykwalifikowani lekarze z innych krajów - w tym przypadku głównie Niemcy. Pytałam o Polaków, ale tu akurat "naszych" nie ma.
Po obiedzie każdy miał chwilę luzu, poszłam więc z Börje na wycieczkę. W samym miasteczku, jeśli można tak mówić o "metropolii" liczącej około 1200 mieszkańców, mimo dość długiej historii (osadę założono w 1772 roku) niewiele jest do oglądania. Chcieliśmy zobaczyć miejscowe muzeum, ale z racji poniedziałku było zamknięte, wylądowaliśmy więc na. cmentarzu.
Grenlandzkie cmentarze są dość specyficzne, bo zamiast wystawnych nagrobków stawia się jedynie proste, białe krzyże, natomiast na grobach kładzie się dużo kolorowych, sztucznych kwiatów. Jest jednak na cmentarzu w Upernavik jeden grób który się wyróżnia, bo przykrywa go coś w rodzaju metalowego wieka trumny. To grób pani Navarana Freuchen, żony niejakiego Petera Freuchena, który był towarzyszem Knuda Rasmussena podczas jego piątej polarnej ekspedycji (tzw. 5. Thule Expedition). Dzielna kobieta również się wybrała na wyprawę, no ale niestety już z niej nie wróciła. Zmarła w 1921 roku, z jakiego powodu, nie wiem.
Ponieważ mieliśmy trochę czasu, postanowiliśmy wraz z Börje obejść wyspę, na której leży Upernavik (fajną ma nazwę: Upernavik Q). Wysepka nie jest duża, ale wycieczka jest o tyle trudna, że nie ma żadnych szlaków i trzeba przedzierać się pomiędzy często dość stromymi skałkami, a miejscami też przez bagienka. Przy okazji zobaczyliśmy też miejscowe lotnisko (chodzi o ścięty teren na szczycie góry, gdzie chyba dwa razy w tygodniu coś ląduje) i zrobiliśmy sobie jagodowy przerywnik, bo trafiliśmy na pole jagód, tym razem o smaku podobnych do naszych, czyli słodkich (inaczej niż w Ilulissat, gdzie jagody miały bardzo cierpki smak). Ta słodkość to chyba zasługa lokalnego mikroklimatu - mimo że Upernavik położony jest na północy Grenlandii (jakieś 800 km na północ od kręgu polarnego), mówi się że to "tropik Grenlandii". Rzeczywiście, jest tu dość ciepło - dziś chodziłam tylko w termicznej koszulce i winstoperze i wystarczyło.
Wieczorem, po kolacji, spotkaliśmy się na jachcie u Szwedów. Dziś Luc (Francuz) był w nie najlepszym nastroju, bo Börje powiedział mu, jak najbardziej szczerze, po przyjacielsku, że nie powinien pchać się na Przejście Północno-Zachodnie. Francuz pierwotnie w ogóle nie miał takich planów - zamierzał zostawić jacht na zimowanie gdzieś na Grenlandii, ale odkąd zaczął płynąć w towarzystwie Börje, wpadł na szalony pomysł, że pójdzie razem z "Anną" w lody. Pomysł jest naprawdę szalony, bo francuska "Roxane" jest zupełnie nie przygotowana do warunków arktycznych - ma kadłub z odmiany włókna szklanego, czyli niezbyt mocny. Dla porównania - "Solanus" jest ze stali o grubości w części podwodnej 4 mm, a przy pokładzie - 3 mm, natomiast szwedzka "Anna" jeszcze grubsza - ze stali 6 mm pod wodą i 4 mm u góry. Poza tym główny problem Francuza polega na tym, że jest sam, w dodatku bez doświadczenia w pływaniu w lodach, no i nie ma nawet podstawowego ekwipunku (choćby telefonu satelitarnego). Niestety Luc się uparł, a biedny Börje ma problem, bo wie że ciągnięcie Francuza za sobą, może okazać się kłopotliwe dla obu stron. Bardzo lubię Luca, ale dziwię się, że świadomie naraża nie tylko siebie, ale także Szwedów. Dobrze wie, że Börje to dobra dusza i nie zostawi nikogo w potrzebie na lodzie (z tym "na lodzie" może okazać się w tym przypadku dosłowne).
A tak w ogóle to Wojtek Wejer - nasz mailowy informator i dobry duch, doniósł nam kogo mamy szansę spotkać po drodze. Z przysłanej przez niego listy wynika, że w tym roku na Przejście Północno-Zachodnie wybiera się rekordowa liczba jachtów - aż 13. Może przytoczę tę listę, uzupełnioną o jacht Luca:
Lista jachtów zamierzających pokonywać North West Passage w 2010 roku: Kierunek ze wschodu na zachód: - "Solanus" - Polska - kapitan Bronisław Radliński plus 4 osoby załogi - "Anna" - Szwecja - kapitan Borje Frarsson z jednym załogantem (Niels .). Płyną prawdopodobnie tylko do Cambridge Bay, gdzie Borje chce zostawić jacht na zimę. - "Roxane" - Francja - kapitan Luc . - solo, z zamiarem zimowania po drodze - "Ariel 4" - Szwecja - kapitan Eric . z załogą 5 osób (rodzina i znajomi) - "Alaska" - Norwegia - kapitan Espen Paulsen - "Issuma" - Kanada - "Young Larry" - Wielka Brytania - 44 stopowy stalowy jacht z kapitanem Andrew Wilkes - to prawdopodobnie ich spotkaliśmy w Ilulissat (opisywany przeze mnie jacht-widmo) - "Showa" - USA/Kanada - 31 stopowy jacht z włókna szklanego; na pokładzie Peter Harrison z USA i Don Barr z Kanady - "Captain Lemuel R Brigman III (Cap`m Lem)" - 31-stopowy trimaran - płynie na nim solo Tommy D.Cook
Kierunek z zachodu na wschód: - "RX 2" - Norwegia - kapitan Trond Aasvoll - "Sarema" - Finlandia - 45 stopowy, brak danych o załodze - "Polar Bound" - Wielka Brytania - płynie na nim David Scott Cowper, który North West Passage pokonuje już czwarty (!) raz - " Piotr Pierwoj" - Rosja - kapitan Daniel Gavrilov z załogą 6 młodych Rosjan - robią ciąg obu Przejść - North East i North West Passage - "Northern Passage" - Norwegia - 31-stopowy trimaran z dwójką Norwegów - Borge Ousland i Thorleif Thorleifsson, robiących obydwa Przejścia (North East i North West Passage)
Ciekawe, kogo z nich spotkamy? Mam nadzieję, że wszystkim się uda zrealizować plany bez żadnych niespodzianek.
8 sierpnia – wieczorem, 31. dzień poza domem W morzu – jakieś 50 mil od Upernavik Morze mgieł
Właściwie to już zaczęłam wachtę, ale umówiłam się z Romkiem, że to on najpierw idzie na ster, więc mam chwilę luzu. Grzejemy na silniku, bo prawie nic nie wieje, a te prawie, czyli lekkie podmuchy jakie są idealnie od północy, czyli prosto w dziób. Niestety, pod wiatr na żaglach płynąć się nie da. Próbowaliśmy przez moment kombinować z żaglami, postawiliśmy grota i foka (bezan wisi profilaktycznie cały czas), ale wyszło na to, że przy tym niezdecydowanym wiaterku i tak o płynięciu ostro do wiatru nie ma mowy. Pobujaliśmy się trochę na zachód (co nijak nie przybliżałoby nas do celu, a przy tutejszym prądzie nawet cofałoby), no i w końcu zrzuciliśmy „szmaty” i znowu odpaliliśmy nasz silnik.
Dziś przez cały dzień było mgliście. Nie na darmo na angielskiej mapie, którą mamy, nazywa się ten rejon „Morzem Mgieł”. Ma to jednak wiele uroku. Przebijające się przez te mgły słoneczko powoduje powstawanie czegoś w rodzaju białej tęczy. Przy dryfujących górkach lodowych wygląda to dość surrealistycznie. Taka niby pół-aureola, albo brama do królestwa lodowego. Na swojej południowej wachcie kurs jaki trzymałam wprowadzał mnie w taką niezwykłą „bramę”. Przepłynąć się przez nią nie da – ciągle jest w pewnej odległości, ciągle w oddaleniu, niedościgniona i niedostępna.
Poziom adrenaliny podniosło nam dziś niezwykłe spotkanie z górą lodową. We mgle wcale jej nie było widać. Wyłoniła się wkrótce i nagle – z jakieś 100 metrów od nas, wielka i groźna, prosto na kursie. Z wyminięciem jej problemu nie było, ale widok spowitej mgłą białej ściany, zrobił na nas wszystkich wrażenie. Nie powiem, trochę się przestraszyliśmy. Normalnie zbliżanie się góry lodowej można wyczuć , poniekąd intuicyjnie, widać to też po pływających blokach lodowych, ale byliśmy zajęci z akcją przy żaglach, więc niespecjalnie rozglądaliśmy się na otoczenie. Nauczka – trzeba będzie bardziej uważać.
Na dworzu ponuro, bo choć zimno specjalnie nie jest, we znaki daje się osadzająca się wszędzie wilgoć. Pod pokładem dla odmiany mamy ciepełko, co jest plusem jazdy na silniku. Mimo to wolelibyśmy jechać na żaglach – w końcu jesteśmy żeglarzami, a nie motorowodniakami.
Czas w ciągu dnia minął nam głównie na odsypianiu zarwanych nocy (ja dzisiaj miałam psiaka, czyli wachtę od północy do świtówki), tudzież na czytaniu. Na wachtach kończę odsłuchiwanie z audiobooka „Idioty” Dostojewskiego, ale pod pokładem czytam normalne, pisane książki. Skończyłam właśnie książkę kapitana Darka Boguckiego „Gedanią za oba kręgi polarne”. Już chyba o tym wspominałam, ale dla przypomnienia: chodzi o rejs z 1977 roku, kiedy nasi żeglarze dopłynęli aż do kanadyjskiego Resolute, czyli tam, gdzie my mamy nadzieję być za jakiś czas. Niestety, załoga „Gedani” miała ogromnego pecha, bo czasy były jakie były i Kanadyjczycy ich zawrócili. Teoretycznie chodziło o to, kto będzie płacił za ewentualną akcję ratunkową, a w rzeczywistości zachodnie władze chyba nie chciały mieć problemu z jachtem z komunistycznego bloku. Gdyby „Gedani” nie zawrócono, miała szansę być pierwszym w świecie jachtem, który zrobiłby North West Passage po czasach Amundsena (wyprawa w latach 1903-06).
Teraz dla odmiany zgłębiam też anglojęzyczną Locję Admiralicji (w oryginale: „Admirality Sailing Directions – Arctic Pilot, Volume III”) , która jest doskonałym źródłem informacji nie tylko na temat nawigowania w tych rejonach, ale odnośnie rodzajów lodu czy ogólnych informacji o Arktyce. Ciekawe są inuickie nazwy na różne morsko-nabrzeżne miejsca. Charakterystyczne jest bardzo częste występowanie liter „q”, „a” i „k” – to chyba ich ulubione, za to jak już pisałam, w języku inuickim w ogóle nie ma litery „c”. Oto kilka przykładów nazw: - wyspa qeqertaq - duża wyspa qeqertarsuaq - góra qaqaq - mielizna iketeq - jezioro taseq - cieśnina ikerasak
I z innych: - biały człowiek qavdlunaq - Grenlandczyk Kalaallit - igloo igdlo (!)
A co do lodu to przed chwilą przetłumaczyłam przysłaną mailem przez Wojtka Wejera opisową prognozę pogody jaką wydają kanadyjskie służby lodowe. Wciąż nie jest dla nas optymistyczna i powtarza że lody w tym roku topnieją wolniej niż normalnie. My i tak wierzymy że nam się uda…
7 sierpnia – z samego rana, 30. dzień poza domem W drodze z Ilulissat do Upernavik Jak fajnie być na morzu…
Mam świtówkę. Jest wpół do piątej, wstaje słoneczko i jest nadzwyczaj cieplutko. Tzn. teraz jest cieplutko, bo wachta która nas budziła relacjonawała, że na „psiaku” bardzo zmarzła. Ubrałam się więc jak na Sybir, w sztormiaczek (nie dlatego, że chlapie, tylko dlatego że jest nieprzewiewany), no a teraz się rozbieram.
Od pewnego czasu skończyły się białe noce z prawdziwego zdarzenia. W Ilulissat od połowy czerwca do 24 lipca jest tak, że słońce w ogóle nie zachodzi, a potem już każdego dnia robi się coraz bardziej nocno-szaro. Wczoraj jak około 2-ej w nocy wracałam z Internetu na jacht i choć wciąż na dworze było na tyle widno, że na upartego można byłoby jeszcze książkę czytać, mimo wszystko zaczęto już na ulicach zapalać latarnie, a i w domach pojawiły się światła. Zaczął rozchylać się też kąt pomiędzy miejscem zachodu i wschodu słońca. Najpierw było tak, że było to idealnie na północy – przy czym zachód był od razu wschodem. Teraz kąt zwiększył się do około 90 stopni, ale tak czy owak nie można mówić, że na tych szerokościach (prawie 72 równoleżnik) wschód jest tam, gdzie słońce wschodzi, a zachód – gdzie zachodzi, bo wciąż tak nie jest.
W każdym razie wracając do tego co mamy dookoła – mamy śliczny wschód. Słońce otoczone jest aureolą czerwonych chmur i wynurza się zza wysepki o skomplikowanej nazwie Arveprinsens Ejland (to po duńsku). Z drugiej strony mamy Wyspę Disko – ciągnie się przez około 80 mil, tak więc widzieliśmy ją z Ilulissat, widzimy i teraz. Ciekawie wygląda, bo skalisty masyw w górnej części, na wysokogórskim płaskowyżu pokrywa lodowiec – tworzy się taka lekko przybrudzona, biała czapa urywająca się prawie 900 metry ponad morzem.
Górek lodowych wciąż trochę jest, choć te już raczej nie wychodzą ze znajomego nam Icefjordu, tylko z lodowca Eqip, który jest tutaj niedaleko. Szkoda że do niego nie popłyniemy – był w pierwszej wersji taki plan, ale wyszło na to, że szkoda czasu, aby dodawać 20 mil w bok – wzięliśmy kurs prosto na Upernavik (tzn. prosto jak prosto, bo klucząc między tutejszymi wysepkami). Do przepłynięcia mamy ok. 250 mil – nie dużo jak na tutejsze odległości. Przy dobrym układzie jakieś 3 dni, przy gorszym – diabli wiedzą.
Tak w ogóle to zastanawialiśmy się, czy możemy wypłynąć w piątek. Według żeglarskich zabobonów to pechowy dzień na opuszczanie portu. Wielu kapitanów stara się wypływać późną nocą jeszcze w czwartek, albo czeka już do północy z piątku na sobotę. Stanęło jednak na tym, że to tylko krótki, kolejny etap, a poza tym w piątek i tak wypływamy tylko na zatokę, a na otwarte morze, czy raczej ocean wyjdziemy dopiero późno w sobotę lub nawet w niedzielę. W przypadku rozpoczęcia rejsu ten piątkowy termin rzeczywiście wypadałoby ominąć, no ale teraz goni nas czas.
Ale fajnie, że już wypłynęliśmy z Ilulissat! Wszyscy z niecierpliwością czekaliśmy na ten moment, choć chyba mnie z moim podróżniczym ADHD dłużyło się najbardziej. Mówię tak, bo jak się okazało, tylko ja byłam zorientowana, że postój z powodu silnika zajął nam aż 3 tygodnie – inni stracili kompletnie rachubę czasu. Tak już na rejsach jest – czas płynie innym niż normalnie torem. Ile dni staliśmy, wiedziałam głównie dzięki blogowi, bo odnotowuję tu daty, ale jaki jest dzień tygodnia, już określić nie umiem. Kolejne tygodnie odmierzają na jachcie jajecznice na śniadanie – jak się to zdarza, to wiadomo, że jest niedziela.
Tak w ogóle to zmieniliśmy system wacht. Uzgodniliśmy, że musimy zmusić Bronka, aby jako kapitan nie miał już normalnych wacht i nie udzielał się w kambuzie, tylko oszczędzał siły na wypadek trudniejszych warunków. W rezultacie eksperymentujemy z następującym systemem: w nocy „jedziemy” po 2 osoby (ja z Romkiem, Damian z Tolkiem), co daje nam 4 godziny na wachcie, 4 godziny przerwy na odpoczynek, natomiast w ciągu dnia wachtujemy samodzielnie po 3 godziny z 6 godzinnym odpoczynek. Jak na razie nie ma problemu, ale przy niższych temperaturach czy w lodach, gdzie trzeba cały czas prowadzić obserwację, sterowanie non-stop przez 3 godziny może okazać się niewykonalne. Nie ma co jednak martwić się na zapas – każdy system można zmienić.
7 sierpnia, o. 18-tej
Cudownie jest! Jedziemy na żagielkach (foku i bezanie) jakieś 4 węzły, co może zawrotna szybkością nie jest, ale zawsze to jednak do przodu, no i czujemy że żeglujemy. Słoneczko całkiem mocno świeci, jest cieplutko (znaczy się 7 stopni), na pokładzie sielanka. Poza Damianem który w koi odsypia psią wachtę (od północy do czwartej), wszyscy wylegujemy się na deku. Za sterem siedzi Romek, Bronek słucha muzyki, Tolek czyta (bo Tolek w każdej wolnej chwili czyta, aż miło popatrzeć), ja stukam w swojego HP-ciaka, czyli piszę bloga.
Wychodzimy już z fiordu otaczającego wyspę Disko i za kilka mil będzie znowu otwarty ocean. Gór lodowych ciągle mamy pod dostatkiem. Co jakiś czas słychać głuchy łoskot – to znak że któraś z nich pęka. Jakoś jednak nie udało nam się jeszcze zobaczyć, jak się któraś z nich przewraca. Za to hałas jaki robią jest niezwykły – przypomina grzmoty, a jeśli to mała górka – wystrzały myśliwskie.
Dziś miałam wachtę od 14-tej do 17-tej. Trzy godziny za sterem w tych warunkach minęły jak z bicza strzelił. Najpierw posłuchałam „marynarskich opowieści kapitana Bronka”, przy czym okazało się, że mamy wielu wspólnych znajomych kolegów-kapitanów, potem przyszedł Damian. W sumie to nawet przygotowanego audiobooka czyli MP3-ki z wciąż nie dokończonym „Idiotą” Dostojewskiego nie zdążyłam włączyć.
Po wachcie, wiadomo – musiałam zrobić wpis do dziennika jachtowego, wykreślić na mapie pozycję, po czym coś mnie naszło i choć nie mam dziś kambuza, zabrałam się za zrobienie deserku. W sumie nic wielkiego – po prostu przyrządziłam liofilizowana zupę jagodową (czytaj: zalałam wodą proszek i rozmieszałam), dorzuciłam kluchy, jakie zostały z obiadu i gotowe. Zupka okazała się naprawdę świetna. Dobrze, bo akurat w zapasach trochę jej mamy.
A tymczasem – mamy obstawę: rodzinkę foczek. Co chwila wynurzają swoje ciekawe pyszczki. Pewnie wiedzą, że nie mamy żadnej strzelby i nie zrobimy im krzywdty. Ale chyba będzie trzeba ją kupić. Wojtek Wejer pisał w ostatnim mailu, że w tym roku białe misie są szczególnie aktywne – w czasie dwudniowego raptem wypadu do Hudson Bay widział 5 niedźwiedzi!
6 sierpnia, 29 dzień poza domem Ilulissat- po kolacji wyjście w morze (Grenlandia) Ostatnie przygotowania do wypłynięcia
Jak to przed wypłynięciem – mieliśmy zwariowany dzień. Trzeba było zrobić ostatnie zakupy, odebrać mapki pogodowe, zatankować wodę i paliwo, wykąpać się – bo nie wiadomo, kiedy będzie następna taka okazja. Ja do tego miałam jeszcze kambuz, a przed wyjściem oznacza to więcej pracy niż normalnie, bo trzeba tak wszystko przygotować, aby w razie czego nie latało na fali.
Dziś też do Polski odleciał Mirek, który przez tydzień pomagał nam naprawiać silnik. Przy okazji pomógł też w innych technicznych sprawach, - w każdym razie jego obecność bardzo nam się przydała. Mirek o Solanusie wie chyba wszystko, bo go w Polsce niedawno przerabiał (jacht został wybudowany w latach 90-tych, ale ostatnio był gruntownie remontowany). Poza tym Miras to klubowy bosman (chodzi o sekcję żeglarską Klubu Bydgostia-Lotto).
Już pisałam, że bardzo polubiłam Solanusa. Bardzo sympatyczny jachcik – dzielny w morzu, suchy, dobrze trzyma kursy i ogólnie jest konstrukcyjnie bardzo przemyślany. Mam zresztą super warunki mieszkaniowe – kabinkę na dziobie. Wcześniej mieszkałam w niej z Jackiem, teraz przez chwilę z Damianem, ale że koja która teraz przypadła Damianowi (wcześniej ja ją miałam) jest dość mała i ciemna, więc Damian przeniósł się na bardziej przestronne śródokręcie. Nawet miejsca na różne swoje rzeczy jest pod dostatkiem, co jest plusem pływania w tak nielicznym składzie.
Z innej paki – dzisiaj w ramach wyjścia w morze zaserwowałam na kolację parówki. Akurat udało mi się trafić na ich przecenę, bo przy tutejszych cenach ogólnie nasze zaprowiantowanie opiera się na tym co ma etykietkę „Tilbud”, czyli po duńsku – właśnie „przecena”. Wszyscy się ucieszyli, bo już zapomnieliśmy jak parówki smakują. Niestety, nie wszystkie zachcianki jedzeniowe można tu spełniać. Musieliśmy sobie odpuścić np. ziemniaki, które tu są dobrem wybitnie luksusowym. Najtańsze można upolować w okolicach 9 zł za kilogram, ale to takie najgorszego gatunku. Wczoraj w supermarkecie dostaliśmy z Romkiem ślinotoku na widok jabłek – niestety po namyśle też musieliśmy z nich zrezygnować (jedno jabłko 2 zł). Zwykłe słodycze też odpadają – zwykły Snickers w przeliczeniu na złotówki kosztuje tu minimum 5 zł! Na szczęście mamy na jachcie zapas czekolad wedlowskich – wydzielam je bardzo skrupulatnie, aby starczyły na jak najdłużej. Byleby do Stanów – tam już ceny będą bardziej normalne. W inuickiej Kanadzie też jest ponoć bardzo drogo – z maila Wojtka Wejera wynikało że litr mleka może kosztować nawet równowartość 40 zł! Mleko pal sześć, ale jak pomyślę sobie o trwającym w Polsce sezonie pomidorowo-ogórkowym i sałatkach, jakie jadam normalnie przez lato, to mi trochę żal.
A do do Polski, to dzisiaj będąc na Internecie zajrzałam na chwilkę na stronę Onetu. Dosłownie na chwilkę, bo aż mnie odrzuciło. Przeczytałam że nasz wspaniały Jaro Kaczyński stwierdził publicznie, że Bronisław Komorowski został wybrany prezydentem przez pomyłkę, a w ogóle to przed Pałacem Prezydenckim powinien stanąć pomnik ku czci Marii i Lecha Kaczyńskich. Jak to dobrze że jestem od tego daleko i nie muszę się denerwować. Tu ważniejsze niż kolejne wspaniałe pomysły Bogu dzięki niedoszłego Prezydenta są mapki lodowe czy pogodowe.
5 sierpnia, 28 dzień poza domem Ilulissat – wypad do Rodebay/Oqaatsut (Grenlandia) Próbne wypłynięcie
Fajny dzień! No i najważniejsze, że z silnikiem wszystko w porządku. Mamy jeszcze problemy z ładowaniem jachtowej elektryczności, ale z tym chyba sobie poradzimy, bo Damian jest całkiem niezły w te klocki.
Dzień zaczęliśmy bardzo pracowicie. Panowie coś tam jeszcze grzebali po części w silniku, po części w kablach, ja kontynuowałam rozpoczętą wczoraj inwentaryzację naszego jedzonka. Dzisiaj przerabiałam głównie temat margaryn, dżemów i pasztetów, które powpadały w najgłębsze zakamarki zęzy. Najwięcej mamy rybek – około 150 puszek. Dobrze jest też z chlebem – ostało się prawie sto bochenków wiezionych z Polski. Dzięki specjalnej recepturze wypieku i sposobie pakowania wciąż jest to chleb idealny do spożycia – nie czerstwieje, nie pleśnieje. Są jednak rzeczy za którymi już tęsknimy albo wkrótce zatęsknimy, bo przy tutejszych cenach z zakupami musimy być bardzo oszczędni.
No a teraz najważniejsze wydarzenie dzisiejszego dnia: w ramach sprawdzenia silnika, zrobiliśmy sobie wycieczkę do odległego o jakieś 15 mil osady Rodebay – w wersji duńskiej, albo Oqaatsut – w wersji inuickiej. Wypłynięcie z Ilulissat dobrze nam zrobiło na psychę – od razu polepszyły się humory, a Tolka to w ogóle nie można było odciągnąć od steru. To taki człowiek morza pełną duszą. Widać, że na morzu jest po prostu szczęśliwy.
Oqaatsut (ja zawsze wolę nazwy lokalne) to niewielka wioska – góra 50 domów. Można się dostać tam jedynie łodzią, a zimą saniami z psim zaprzęgiem, ewentualnie skuterkiem śnieżnym po zamarzniętej zatoce. Miejsce jest śliczne – na nagich skałach poustawiane są kolorowe domki, między którymi jak to w północnej Grenlandii – pouwiązywane są psy. Miejscowi żyją z ryb i polowań – akurat kiedy przypłynęliśmy, inuicka rodzinka obrabiała upolowanego woła piżmowego. Co do ryb to na stojakach suszą się sztokfisze, czyli wypatroszone dorsze, obrazek często pokazywany na grenlandzkich pocztówkach.
W drodze powrotnej podpłynęliśmy jeszcze w okolice Icefiordu, pożegnać się z naszymi górami lodowymi. Było przepięknie. Nie c hcę już powtarzać frazesów, że góry lodowe są przepiękne, no ale rzeczywiście są. Widzieliśmy już ich tyle, a wciąż nie możemy się na nie napatrzeć. Magiczne biało-niebieskie twory, które budzą respekt, podziw i zarazem zachwyt. Na pewno jeszcze nie raz góry lodowe spotkamy, ale takiego nagromadzenia ich w jednym miejscu, pewnie już nie będzie. Bądź co bądź Icefiord koło Ilulissat to najbardziej „produktywne” miejsce jeśli chodzi o cielenie się lodowych kolosów.
4 sierpnia, 27 dzień poza domem Ilulissat, 27 dzień poza domem Schodzę do zęz
Wczorajszy „dołek” szybko mi przeszedł, bo prace jachtowe nabrały tempa i żyjemy przygotowaniami do wypłynięcia.
Dzisiaj rano doleciał Damian, nasz nowy załogant. Wyszłam po niego na lotnisko – dosłownie „wyszłam”, bo do lotniska jest raptem 3 km, więc dla oszczędności jachtowej kasy zrobiłam sobie spacerek. Z powrotem już na piechotę się nie dało, bo Damian miał ciężki wór, ale udało mi się dogadać z sympatycznym lokalesem, który życzliwie nas podrzucił, mimo że chyba niespecjalnie było mu po drodze.
Damian okazał się sympatycznym chłopakiem, z którym od razu widać że nie będzie problemów aby przeżyć dwa miesiące na jednym pokładzie. Poza tym ma smykałkę do spraw elektronicznych, co jest w załodze mile widziane i przydatne.
Ponieważ prace przy silniku już prawie się skończyły, a co najważniejsze – można bez przeszkód poruszać się po wnętrzu jachtu, zabrałam się za przeglądanie naszych zapasów jedzeniowych. Większość z nich pochowanych jest w zęzach, czyli w najgłębszych częściach jachtu, pod podłogami, dzięki czemu sporą część dnia spędziłam w dziwnych pozycjach, niekiedy głową w dół , wyjmując, wkładając, przekładając, upychając, zliczając, segregując itp. itd. Nie powiem, trochę się spracowałam, a i tak wszystkiego co planowałam zrobić nie zdążyłam.
Miłym zakończeniem dnia była kolacja zrobiona przez kapitana. Bronek w ramach kambuza ma szczęście do ryb – za pośrednictwem Damiana, który przelatywał przez Nuuk, nasi polscy znajomi czyli Renia i Zbyszek przekazali złowione przez siebie ryby [dziękujemy!!!]. Trochę tego było, więc mieliśmy niezłą wyżerkę, tym bardziej że Bronek w przyrządzaniu rybek jest naprawdę pierwszorzędny.
Po kolacji poszliśmy całą załogą nad Icefiord. Uznaliśmy, że to pierwsza i ostatnia okazja, aby Mirek, który przyleciał pomóc przy silniku i w piątek odlatuje, a także Damian który dopiero doleciał, zobaczyli Icefiord, jakby nie było jedno z najsłynniejszych na Grenlandii miejsc. Podobało im się bardzo, mimo że przyszliśmy już nieco za późno i pod względem fotograficznym brakowało już światła.
W drodze powrotnej z Icefiordu wpadłam jeszcze zalogować się na chwilę na Internecie. Wielkie dzięki za wszelkie maile które dostaję(-my). Przepraszam, nie jestem w stanie na nie odpisywać, ze względu nie tylko na czas, ale głównie na to, że tu Internet cholernie drogi. Zresztą z tego też powodu nie jestem w stanie dopracować tego bloga, tak jakbym chciała (dotyczy to m.in. zdjęć – prosicie o więcej, a właśnie ich wrzucanie zżera mi najwięcej funduszy). Może w Kanadzie Internet będzie tańszy…
3 sierpnia, 26 dzień poza domem Ilulissat, Grenlandia Znowu sami
Mam pierwszy kryzys. Już prawie miesiąc poza domem, a ja ciągle tkwię niemal w punkcie startu. Oczywiście to niczyja wina - żeglarstwo morsko-oceaniczne to zawsze wielka niewiadoma. Piszę o tym kryzysie, żeby nie było, że stanie w porcie to taka prosta sprawa. Zaczynam się poważnie niepokoić o mój powrót z Vancouver – jakby nie było przed nami jakieś 5 tysiące mil (około 9,2 tys. kilometrów). Ile dokładnie, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, bo wszystko zależy od sytuacji lodowej. Tymczasem mój bilet lotniczy, uwzględniający jak mi się wydawało spory zapas czasowy (teraz już wyczerpany), mówi że mam 19 października wylecieć, właśnie z Vancouver do którego wcale się nie zbliżamy…
Na dodatek znowu zostaliśmy sami w porcie. Börje z Nielsem (Szwedzi) i Luc (Francuz) już od kilku dni zapowiadali wypłynięcie, no ale dziś o 5-ej rano rzeczywiście oddali cumy. Zostało po nich puste miejsce i żal z rozstania. Stworzyliśmy całkiem zgraną „paczkę”. Wprawdzie wczoraj przy wieczornej nasiadówce na jachcie Luca umówiliśmy się na spotkanie w Upernavik (port jakieś 250 mil na północ od Ilulissat), ale w żeglarstwie nie ma nigdy nic na pewno. Potem jeszcze przy pożegnaniu chłopcy powtórzyli, że będą trzymali dla nas miejsce, abyśmy znowu stali trzy jachty burta w burtę – może się uda??? Póki co w ramach pamiątki po nich dostałam w prezencie kolczyki z inuickim motywem tradycyjnego noża do cięcia foczej i wielorybiej skóry, paczkę suszonych jabłek (przyda się całej naszej załodze) i termiczne, oddychające ubranko jakie dał mi Borje, abym nie marzła na wachtach.
Na domiar złego zupełnie zepsuła się pogoda. Jest zimno, szaro, pada deszcz i zrobiło się jakoś tak depresyjnie, że nawet miejscowym psiakom nie chce się szczekać. Z tym deszczem to fatalnie, bo zrobiliśmy wielkie pranie, a teraz nie ma jak tego wysuszyć. Przez moment wprawdzie przestało padać, ale ledwo rozciągnęliśmy na pokładzie linki i rozwiesiliśmy na nich rzeczy, zaczęło siąpić na nowo.
Prace przy silniku wciąż trwają. Jutro mamy wypłynąć aby sprawdzić go w morzu, dzisiaj natomiast panowie coś tam ciągle dokręcają, odkręcają, czyszczą i montują. W środku jachtu wszystko jest rozbebeszone tak, że nawet nie ma jak przejść. Nie mogąc dostać się do zejściówki wychodzę przez właz na śródokręciu. Czekam z niecierpliwością aż skończą się te prace, bo jako II oficer mam na głowie spisanie naszego prowiantu, uzupełnienie zakupów i posztauowanie tego, gdzie się tylko da (najwięcej miejsca na jedzenie mamy w kabinie na dziobie i w zbiornikach zęzowych, czyli w dnie statku, pod podłogami). Póki co i tak nie mogę zrobić swoich zadań, bo silnik jest najważniejszy, a jedyne jak mogę przy nim pomóc, to chyba: nie przeszkadzać.
Wrócę jeszcze do wczorajszych dyskusji w naszej międzynarodowej ekipie. Zgadało się o tym jak się w różnych krajach żegluje. Jachty Szwedów i Francuza w stosunku do „Solanusa” są dużo wygodniejsze i nowocześniejsze. „Solanus” jest naprawdę super – bardzo już go polubiłam, i jak na jacht klubowy i tak jest bardzo dobrze wyposażony, ale nie da się ukryć, że różnica w stosunku do wszystkich spotkanych tu jachtów jednak przy naszych jednostkach jest. Polskie jachty rzadko kiedy mają np. elektrownię wiatrową (my akurat mamy, choć specjalnie wydajna nie jest), baterie słoneczne (nie mamy, a np. Szwedzi je sobie bardzo chwalą), autopilota (mamy samoster, autopilota nie), nie mówiąc o tym, że jakoś nie zdarzyło mi się jeszcze żeglować na polskim jachcie, który miałby sterowanie wewnętrzne, spod pokładu, skąd można też obserwować co jest dookoła. Inna sprawa że taki Luc musi mieć wszelkie udogodnienia, bo w końcu żegluje samotnie. Chwalił się, że refowanie grota (zazwyczaj dość kłopotliwa czynność na polskich jachtach) zajmuje mu 2 minuty, przy czym może to zrobić wychodząc na pokład jedynie w kapciach. Pewnie trochę koloryzuje, ale na pewno jest mu łatwiej.
Inna sprawa, że to co mi się podoba na polskich jachtach, to całkiem dobry poziom wyszkolenia, no i pewna przydatna w morzu dyscyplina. Nawet jeśli żegluje się w gronie znajomych, przestrzega się zwykle układu wacht. Zgadało się że na „Arielu” (ten szwedzki jacht kilka dni temu spotkany w Ilulissat, też idący na North West Passage) nie ma wacht.
Wracając jeszcze do różnych szkół żeglowania… Pokazałam Szwedom nasz dziennik jachtowy – na polskich jednostkach podstawowy dokument, w którym w czasie żeglugi co godzinę wypełnia się różne rubryczki (kurs, siła wiatru, zachmurzenie, stan morza, ciśnienie, widzialność, postawione żagle, moc silnika itp.). Szwedów zamurowało z wrażenia że taka u nas biurokracja – oni też mają dziennik, ale wypełniają go tylko raz dziennie.
I jeszcze jeden szczegół różniący polskie jachty od zachodnich. No więc u nas śpiewa się szanty (a jak nie śpiewa to przynajmniej słucha). W naszej załodze akurat nie ma nikogo, kto gra na gitarze, ale dopóki był w załodze Jacek – szant słuchaliśmy w jego wykonaniu, teraz zaś puszczamy je sobie z laptopa (ja mam tylko jedną płytkę, za to Bronek-kapitan – mnóstwo). Okazuje się że na zachodnich jachtach szant w ogóle nie znają! Puściłam im kilka, ale chyba nie za bardzo łapią te klimaty…
A w czym się NIE różnimy? Dzisiaj okazało się, że w dostępie do map! Bardzo nas to dowartościowało, bo nie ma co kryć, że często polskie jachty ze względu na oszczędności posługują się dość archaicznymi mapami. W każdym razie kiedy Borje zaproponował, aby zajrzeć do jego map, z własnej inicjatywy sugerując, aby papierowe sfotografować, a elektroniczne przegrać (Luc jest specem od rozbijania wszelkich kodów, bo jak się chwali – nie ma żadnego oryginalnego programu :-) ), rzecz jasna chętnie skorzystaliśmy z propozycji. Usiedliśmy wraz z Romkiem (jako I oficer ma na głowie właśnie mapy), porównaliśmy mapy Szwedów i nasze i… okazało się, że są dokładnie takie same. My co prawda mamy mapy odkupione od moich kolegów z polskiego jachtu „Stary” (chłopcy posługiwali się nimi przechodząc trasę Przejścia w 2006 roku, zresztą jako pierwsza polska jednostka), natomiast Börje kupował swoje mapy miesiąc temu w Kanadzie (po 20 dolców sztuka). Okazuje się że żadnych aktualizacji na przestrzeni tych kilku lat nie było, nie mówiąc o tym, że i tak są to często bardzo ogólne mapy, bo szczegółowych wciąż nie zrobiono.
Dobra, koniec pisania, bo słyszę, że pracowity Tolek zabrał się do szorowania mocno ubłoconego pokładu. Zakładam kaloszki i idę mu pomóc…
2 sierpnia, 25 dzień poza domem Ilulissat, Grenlandia Jacht-widmo i akcji „Silnik” ciąg dalszy
Sensacją poranka był jacht! Tajemnicza sprawa – uznaliśmy, że to chyba jakiś statek-widmo, czy jak mówią żeglarze – Latający Holender. Nikt z nas nie zarejestrował, kiedy dziwny obiekt się pojawił. W każdym razie poszliśmy wczoraj późnym wieczorem z Börje obfotografować zachód słońca, wróciliśmy jakoś tak już po północy, usiedliśmy sobie w towarzystwie nie mogącego spać Bronka w kokpicie „Solanusa” i gadamy w najlepsze, kiedy nagle Börje patrzy gdzieś, robi coraz większe oczy i stwierdza: -Ooo, jacht! Myślałam, że mnie wkręca, ale rzeczywiście – przy burcie znajomego duńskiego kutra rzeczywiście stał jacht! Oczywiście nasza ciekawość sprawiła, że od razu pobiegliśmy go zobaczyć z bliska, ale ku naszemu zdziwieniu nie dojrzeliśmy ani żadnej nazwy, ani portu macierzystego, ani żadnej bandery. Na pokładzie nikogo nie zastaliśmy, ale jachcik sprawiał wrażenie solidnie przygotowanego, akurat tak na Przejście Północno-Zachodnie.
Rano zwlokłam się z koi przed ósmą, bo miałam kabuz. Jacht stał. Pomyślałam sobie, że jak wiara się pobudzi – mowa o Lucu i Börje, to pójdziemy razem wybadać co to za okręt, pogadamy z kapitanem, może zobaczymy jak wygląda w środku. Niestety, kiedy zjedliśmy śniadanie - jachtu nie było! Dziwne, bo zazwyczaj żeglarze na takim odludziu przynajmniej się witają, a tu nic takiego – jachcik zniknął tak nagle, jak się pojawił i nic o nim nie wiadomo.
A tak na marginesie to nie wiem czy pisałam, ale poznani w Nuuk Kanadyjczycy też planujący zrobić Przejście Północno-Zachodnie, w międzyczasie zrezygnowali z wyprawy. Czyli na dzień dzisiejszy został na placu boju „Ariel” (płyną jednak tylko do Alaski, bo tam gdzieś zamierzają jacht zostawić na zimę) i nasz „Solanus”, a do połowy Przejścia (do Cambridge Bay) przebija się Börje ze swoją „Anną”. No i może „statek-widmo”.
Co do nas, to dziś najważniejszą sprawą było wstawienie z powrotem na jacht naszego silnika. Znowu przyjechał dźwig, zjawili się liczni kibice (turyści i Inuici z fabryki ryb), no i z pomocą Luca i Börje rozpoczęła się skomplikowana operacja, trwająca tym razem tylko godzinę. Było spokojniej niż w piątek, bo nic się nie urwało i ogólnie wszyscy byli mądrzejsi co i jak zrobić, by było sprawniej. Wstawienie silnika od razu poprawiło nam humory, bo oznacza to, że wypłynięcie w dalszą drogę stało się realne.
Nie tylko my mamy problemy techniczne. Szwedom np. wycieka woda słodka. Objawiło się to w ciekawy sposób – siedzimy przy codziennej wspólnej wieczornej kawce, Niels dogryza Lucasowi i vice versa, opowiadamy dowcipy, aż tu nagle okazuje się, że na podłodze rozlewa się coraz większa kałuża wody. –Toniemy! – krzyknął Luc, co w pierwszej chwili wywołało ogólną wesołość, ale po chwili już do śmiechu nam, a zwłaszcza Szwedom, nie było. Finał jest tak, że dzisiejszy dzień Borje spędził w dużej mierze z silikonową strzykawą, próbując załatać cieknący dziwnie zbiornik. Ale to i tak drobiazg przy naszym silniku.
Z innej beczki - trochę zmieniam zdanie o lokalesach. Ostatnio coraz częściej trafiam na takich mimo wszystko życzliwych. W fabryce rybnej mam np. swojego ulubieńca, zawsze uśmiechniętego Inuita, który po angielsku zna wprawdzie tylko kilka słów, ale jak tylko się mijamy w korytarzu (chodzę tam do toalety i na prysznic) zawsze chwilę pogadamy (ew. pogestykulujemy). Ostatnio mi tłumaczył, że jest zestresowany, bo musi iść do dentysty na wyrwanie zęba . Sympatyczne układy mamy też w portowej stacji paliwowej, przy której stoimy. Codziennie rano przychodzimy tam poprosić o włączenie prądu, z czym zresztą nie ma żadnych problemów i ogólnie chyba nas tam już polubiono. Albo może przyzwyczajono się do nas i zaczęto traktować jak swoich?
A teraz o naszych rodzimych swoich, bo znowu mieliśmy na jachcie wizyty Polaków. Wpadli pożegnać się Adam z Łukaszem, o których już wspominałam na blogu (podróżowali na własną rękę w ramach wyprawy fotograficznej, ale jutro już odlatują do kraju), z kolei para rodaków mieszkających aktualnie w Argentynie, która przypłynęła do Ilulissat wielkim statkiem wycieczkowym przyniosła nam pudełko ciastek imbirowych. Był też jakiś Polak póki co osiadły w Islandii, który załapał się tu na kontrakt przy budowie hydroelektrowni. Zdradził, że zarabia 150 koron na godzinę (ok. 75 zł) – nieźle! W piątek wieczorem spotkałam z kolei jego kumpli – pracujących w tej samej firmie Islandczyków, nawalonych tak, że mimo wyjątkowo zimnego wieczoru, paradowali w samych T-shirtach. Jak widać nie tylko Grenlandczycy mimo tutejszych cen piją na umór…
1 lipca, niedziela, 24 dzień poza domem Ilulissat, Grenlandia Wieloryb a`la Bronek
Dziś niedziela, co tradycyjnie uczciliśmy jedząc na śniadanie jajecznicę z pożyczonych od Szwedów jaj. Poza tym ja z Romkiem wybraliśmy się do miejscowego kościoła – luterańskiego (tutaj go nazywają Zion Church), bo katolicki jest tylko w Nuuk. Miałam cichą nadzieję, że przynajmniej niektórzy lokalesi przyjdą na mszę w tradycyjnych strojach inuickich, ale niestety. Choć właściwie nie do końca – był jeden chrzest i ojciec dziecka, a także jego syn mieli inuickie bluzy. Tyle, że mnie akurat chodziło o stroje kobiece, które są bardzo barwne i bogato zdobione, a dodatkiem do nich są buty ze skóry foczej. Miałam kiedyś okazję chwilę w nich pochodzić – niełatwa sprawa, bo są strasznie sztywne. Co do strojów męskich, to są one delikatnie mówiąc skromne, bo ich głównym elementem jest prosta, cała biała bluza z kapturem.
W kościele nie za bardzo mogłam się skupić, bo raz – nic nie rozumiałam (msza była po grenlandzku), dwa – strasznie długo to trwało (półtorej godziny to ponad moje możliwości), trzy –miałam za sobą ciągle chichoczące nastolatki, notabene ze srebrnymi medalami na szyi. Te medale to za zwycięstwo w rozgrywanych w Ilulissat mistrzostwach Grenlandii w piłkę nożną. Dziewczyny kopią tu piłę z całkiem dużym zaangażowaniem i z tego co widziałam, to ich mecze przyciągają bardzo wielu kibiców (właściwie to nic w tym dziwnego).
Kościół w Ilulissat jak najbardziej można uznać za zabytek. Wybudowano go w 1782 roku, a duże znaczenie jeśli chodzi o fundusze na budowę, miało to, że po latach głodu spowodowanego kiepskimi połowami ryb i waleni, coś się tam w interesach ruszyło. Szczególnie 1777 rok był udany – udało się sprzedać do Europy 50 złowionych wielorybów, poza tym wyprodukowano ponad sto beczek tranu, tak więc dwa lata później do tutejszego portu mógł zawinąć statek ze sprowadzonymi na budowę kościoła materiałami (na Grenlandii drewna jako takiego z braku drzew nie ma, sprowadzono więc je z Norwegii). Niewielki w sumie kościółek (raptem 23 metry długości) w środku robi wrażenie dość surowego w wystroju. Pomalowany jest na biało i niebiesko, co ma nawiązywać do grenlandzkiego nieba i gór lodowych.
Swoją drogą jest w Ilulissat jeszcze jeden kościół, na mapie miasta opisany dość enigmatycznie „Naalakatta Illua”, a wyglądający z daleka jak wielka zielona stodoła, tyle że z krzyżem. To również kościół protestancki (luterański), tyle że pierwotnie wzniesiony w Qullissat, górniczej osadzie na wyspie Disko. Pechowo w 1972 roku po zamknięciu kopalni ludzie przenieśli się w większości do Ilulissat, więc świątynia już nie była w wiosce potrzebna. Skończyło się na tym, że w 1976 roku kościół z wyspy przeniesiono i od tej pory około 600 mieszkańców osady zdecydowanie chętniej spotyka się na modlitwy w nim, niż w tym głównym.
A co do jachtu, to mimo niedzieli, trwają wytężone prace przy silniku. Tematem ubocznym, który w pewnym momencie przerodził się w hit dnia, stał się WIELORYB. Dokładniej chodzi o kawał mięsa, jakie wraz ż paletą ciast dostaliśmy w prezencie od Hensa – kapitana duńskiego kutra. Włożyliśmy owego walenia do zamrażarki na jachcie Szwedów (my nie mamy takiego urządzenia), obiecując im (i Lucowi) że zaprosimy ich do nas na wielorybi lunch. Z lunchu zrobiła się kolacja, bo w środku dnia nie było warunków do działalności kambuzowej ze względu na wyjęte podłogi i czyszczenie miejsca po silniku. Główny problem polegał na tym, że nikt z nas nie wiedział jak takiego wieloryba przyrządzić. Ktoś rzucił że usmażyć jak zwykłą rybę, ale przecież wieloryb to nie ryba. Jego mięso jest czerwone i przypomina wołowinę.
Ostatecznie podzieliliśmy się zadaniami – Romek który miał dzisiaj kambuz, obrał ziemniaki, ja zrobiłam surówkę z marchewki, a za mięcho zabrał się osobiście kapitan! Muszę powiedzieć, że Bronek włożył w tego wieloryba dużo serca i pracy – natarł poćwiartowane kawały czosnkiem, potraktował to masą przypraw, podsmażył cebulę i – efekt był naprawdę dobry. W każdym razie Borje i Luc twierdzili, że smakowało im bardziej niż na kolacji w domu znajomego Inuity w Assiat. Pyszny był też deserek – Szwedzi przynieśli pyszne ciasta, takie niemal domowe, a może nawet lepsze.
31 lipca, 23 dzień poza domem Ilulissat, Grenlandia O silniku i pływającej filharmonii
Hurra, udało się naprawić silnik! Jeszcze zostało przy nim trochę kosmetycznych napraw, co zrobimy jutro, pojutrze znowu sprowadzimy dźwig aby go włożyć na jacht (silnik, nie dźwig), potem pozostanie już tylko nasz motorek wypróbować przepływając się po fiordzie, no i będziemy gotowi do dalszej drogi.
Ponieważ przy pracach silnikowych specjalnie się nie mogłam przydać, dzisiejsze przedpołudnie spędziłam na jachcie Luca, na szkoleniu komputerowym. Luc jest bardzo wszechstronny – nie dość że jest świetnym żeglarzem (płynął dookoła świata, m.in. wokół Hornu), i świetnie gra na gitarze, to jeszcze jest naprawdę dobry informatycznie. Bardzo mi dzisiaj pomógł, bo miałam na swoim laptopie problemy z otwieraniem mapek lodowych i prognoz pogody, a teraz jest już wszystko ok.
Tak w ogóle to i Szwedzi, i Francuz, zamierzali wyjść dzisiaj w morze, ale zmienili plany – stwierdzili że nic się nie stanie jak jeszcze trochę zostaną. Właściwie to stojąc burta w burtę wyglądamy jak jakiś trzybanderowy trimaran, na którym ciągle się odwiedzamy, wymieniamy narzędziami, nawet garnkami. Po prostu jak w rodzinie, albo przynajmniej między dobrymi sąsiadami.
Po obiadku, który zresztą dzisiaj zaofiarowałam się zrobić (dziś kambuz ma Bronek, no ale działał przy silniku), poszłam z Börje nad Icefjord, ale w zupełnie inną stronę niż do tej pory chodziłam. Wycieczka udała się super, bo mimo że rano padał deszcz, potem zrobiła się rewelacyjna pogoda, do tego stopnia, że przez godzinę leżeliśmy na nagrzanych kamieniach i upajając się arktycznym słońcem opalaliśmy się, słuchając trzasku gór lodowych. Później postanowiliśmy zrobić jeszcze wymyśloną naprędce traskę trekingową, taką zupełnie poza wyznaczonym szlakiem (mieliśmy mapę), no i finał był taki, że zamiast wrócić na jachty na 19-tą, zziajani i zmęczeni dotarliśmy dopiero o 21-ej. W moim przypadku nie było problemu, ale Börje zaprosił się do siebie na tę 19-tą gości, którzy bite dwie godziny czekali na spóźnionego gospodarza.
Wieczór zakończył się jak zwykle zaproszeniem do Börje na jacht na herbatkę. Tym razem wybrał się ze mną jeszcze Tolek i Bronek, bo chcieli zobaczyć jak „Anna” (jacht Börje noszący imię jego babci) wygląda w środku. Było fajnie, bo Niels, który jest zawodowym muzykiem wyjął swój instrument zwany obojem barokowym (taki niby-flet, ale ponoć bardzo trudny do opanowania) i dał koncert, który sprawił że poczuliśmy się jak w filharmonii. Potem z kolei Francuz przyniósł gitarę i zaczęło się granie na nutę bluesową, w czym aktywnie uczestniczył Bronek włączając się śpiewaniem i wystukiwaniem rytmu.
Około północy padło hasło że fajnie byłoby znowu potańczyć, wiec wyruszyliśmy „w miasto”. Okazało się, że tym razem to nie taka prosta sprawa, bo jest sobota, więc we wszystkich dwóch pubach jakie tu są, pobiera się opłaty wejściowe (w tygodniu jest gratis), a szczerze mówiąc szkoda nam było 50 koron (25 zł) od osoby, żeby zaraz potem wydać po 140 koron (70 zł) na piwo. Skończyło się na spacerze i posiedzeniu na punkcie widokowym, tym bardziej że był wyjątkowo przepiękny zachód słońca. Niebo było kompletnie czerwone, góry lodowe – różowe, a ja gapa, wyjątkowo nie miałam ze sobą aparatu! Tak swoją drogą to jakoś dziwnie wygląda, że słońce zachodzi, a zarazem wschodzi tam, gdzie kompas wskazuje północ, a tak tu właśnie jest.
30 lipca, 22 dzień poza domem Ilulissat, Grenlandia Wyjmujemy silnik!
Czuję się jak w stoczni remontowej. Od samego rana trwają prace przy silniku, teraz już na pełnych obrotach (naszych, nie silnika). Wczoraj doleciał do nas Mirek – mechanik i spec od silników i od razu zakasał rękawy i wziął się od pracy. Swoją drogą o 9.30 byliśmy umówieni z Flamingiem – nie ptakiem rzecz jasna, ale z facetem od przewoźnego dźwigu, który miał wyciągnąć naszą ważącą 700 kg machinę, co łatwe nie było, bo silnik na „Solanusie” jest we wnętrzu jachtu, pod podłogą, i po całości nijak nie mieści się w zejściówce. Akcja z dźwigiem trwała bite półtorej godziny - staraliśmy się jak najkrócej, bo każda minuta pracy dźwigu słono kosztuje, ale się nie dało. W końcu po odkręceniu kolektora, filtrów i kilku mniej lub bardziej ważnych śrubek, silnik stanął na nabrzeżu. Były w międzyczasie momenty grozy, bo w pewnym momencie zerwało się mocowanie liny i silnik grzmotnął z powrotem na podłogę, Bogu dzięki nikomu nie robiąc przy tym krzywdy, aczkolwiek powodując zwarcie w zahaczonych przewodach elektrycznych. W akcję żywo włączył się Luc i Borje – czyli Francuz i Szwed z sąsiednich jachtów, których potem w ramach podziękowania zaprosiliśmy na kawę.
Dla mnie remont silnika to okazja aby nieco podszkolić się z technicznych spraw. Aż wstyd się przyznać, że mam stopień starszego sternika motorowodnego, a nie mam pojęcia o silnikach. Egzamin jakoś zdałam, bo pytania były głównie z nawigacji, a nie z silników. Szczerze mówiąc silniki mnie kompletnie nie interesują – jestem a-techniczna, taka przysłowiowa blondynka. Luc i Borje wczoraj przy francuskim winie zrobili mi szkolenie – próbując dopasować się do mojego babskiego podejścia, zrobili mi wykład na temat kolorów silnika. Już wiem, że Yamahy maluje się na niebiesko, Volviaki są zielone, czerwone to Iveco, a nasz - Perkins jest z kolei czarny.
Z innych spraw to wykryliśmy (a właściwie to wykrył Borje) osiedlową pralnię, co jest nam bardzo przydatne. Działa to tak, że idzie się do biura obsługującego wodociągi, tam kupuje kartę magnetyczną i z tą kartą zasuwa na drugi koniec miasta, gdzie jest budynek pralni, w której stoi kilkanaście pralek. Dobrze, że poszłam z Borje, który co nieco kuma z duńskiego (w końcu szwedzki i duński są podobne) – inaczej byłaby tragedia, bo wszystkie instrukcje co i jak są oczywiście po duńsku. Niestety z mojego prania i tak nic nie wyszło – karta którą kupiłam nie zadziałała. Co prawda trochę ciuchów uprał mi w ramach swojego wsadu Borje, ale i tak zostałam ze stertą brudów. Następna okazja do prania będzie we wtorek – zamierzamy przyjść do pralni całą załogą.
29 lipca, 21 dzień poza domem Wciąż w Ilulissat (Grenlandia) W ciągu dnia – prace nabierają tempa, wieczorem – grenlandzka dyskoteka
Wreszcie się przestawiliśmy. Dzisiaj rano wypłynął „Ariel” (kierunek – Upernavik, czyli na północ) i jacht amerykański (kierunek - południe), tak więc stanęliśmy na ich miejscu, a tuż obok nas, alongside jak mówią żeglarze, stoją Szwedzi i Francuz. Mamy więc miłe sąsiedztwo, a poza tym można się podłączyć do prądu.
Co do „Ariela” to nie udało nam się zobaczyć tego jachtu wewnątrz – nie padło żadne hasło zaproszenia, mimo że kilka razy przechodziłam przez jacht, idąc na jacht Börje. Kapitan „Ariela” odwiedził nas jednak przed wypłynięciem – wymieniliśmy się numerami telefonów satelitarnych, pogadaliśmy o planach, no i tyle.
W ramach przygotowania silnika do wyjęcia, koledzy z załogi spędzili upojny dzień z kluczami i śrubokrętami w rękach. Ja z kolei miałam na głowie trochę spraw organizacyjnych, a po południu poszłam ze Szwedami na Internet ściągnąć komunikaty lodowe i wrzucić coś na bloga. Poza tym staram się załatwić temat strzelby na niedźwiedzie, którą ze względów bezpieczeństwa powinniśmy mieć. Chyba wcześniej trochę zlekceważyliśmy zagrożenie, ale okazało się, że wszyscy którzy tu żeglują, strzelby jednak mają, a załoga „Ariela” – nawet dwie. Konsultowałam ten temat e-mailowo z Wojtkiem Wejerem , naszym e-mailowym doradcą z Kanady, który w odpowiedzi przypomniał zdarzenie jakie miał jeden z żeglarzy, kiedy to siedząc w środku jachtu zobaczył nagle w okienku pysk misia. Dosłownie nos w nos!
Z kupnem strzelby na Grenlandii problemów teoretycznie nie ma, bo można się w takową broń zaopatrzyć choćby na stacji benzynowej, albo w supermarkecie. Nawet o żadne zezwolenia nikt nie pyta. Gorzej z cenami, które są dość zaporowe. Taka która nas interesuje (bo na misie nie może być jakaś słabizna, tylko strzelba o określonym kalibrze), kosztuje od 2500 zł w górę. Rozpuszczamy wici, czy ktoś nie zamierza sprzedać używanej - zawsze to trochę taniej. Swoją drogą mamy nadzieję, że strzelać do misiów nie będziemy, ale strzelba jest potrzebna też i ze względów formalnych – Kanadyjczycy na bank będą o nią pytać przy odprawie.
Popołudnie miałam wolne, tak więc poszłam z kolegami Szwedami i Francuzem nad Icefiord. Siedzieliśmy urzeczeni widokiem – to już dla mnie któraś wizyta w tym miejscu, ale i tak nie mogę się napatrzyć. Przy okazji Niels (młodszy Szwed) wykrył ciekawą tabliczkę, informującą, że nie można schodzić blisko fiordu, ze względu na ryzyko… tsunami. Chodzi oczywiście o falę jaką może wywołać przewracająca się góra lodowa – faktem jest że tabliczka robi wrażenie.
Wieczorem po kolacji była imprezka u Luca-Francuza. Zresztą jego jacht integracji sprzyja – jest wyjątkowo przestronny i wygodny. Byli Szwedzi, jakaś ich koleżanka która ma na Grenlandii letni domek, no a naszą załogę reprezentowałam ja. Był nawet program artystyczny, bo Luc żegluje z gitarą i trzeba przyznać, że gra bardzo dobrze, przy czym jego pasją jest muzyka flamenco.
Około 22-iej zmieniliśmy „lokal” i poszliśmy do pubu. Byliśmy jedynymi turystami, tak to sami lokalesi, dość zresztą liczni, bo dziś jest akurat dzień wypłaty. Rzeczywiście na co jak na co, ale na alkohol to im pieniędzy nie żal – piją na potęgę! A ceny mogą przyprawić o ból głowy. Podejrzałam, że za moje małe piwko (0,3 litra) Borje zapłacił 140 koron, czyli 70 zł! Potem hojnie kupił jeszcze drugie, ale zdecydowanie zwolniłam tempo picia, aby nie nabijać chłopakowi kosztów.
Byłam zaskoczona, że tak wielu lokalesów przychodzących do pubu to ludzie delikatnie mówiąc dość leciwi, albo może tak wyglądający? (choćby z przepicia). Trzeba przyznać, że są mocno wyluzowani – podchodzili by się z nami bratać, sami z siebie zagadywali, obejmowali, podawali rękę. Oczywiście im mocniej pijani, tym są bardziej wylewni. Luz widać też w kwestii ubiorów – chyba nikt za bardzo nie przywiązuje do tego znaczenia. Owszem, były odstawione typowo dyskotekowo laski, ale nie brakowało też ludzi w dresach, koszulach flanelowych czy wręcz kombinezonach roboczych fabryki ryb.
Jak to w pubie, było głośno, bo jakiś lokalny zespół próbował naśladować światowe hity, a wiara tańczyła. Jeśli chodzi o miejscowych to i w tańcach jest pełna dowolność – dwie kobitki na parkiecie, albo solowe kiwanie się, niekoniecznie w rytm, jest jak najbardziej normalne, a w ogóle to mało jest dobrze tańczących ludzi. Rzecz jasna my też się trochę na parkiecie poudzielaliśmy – kto mnie zna, wie że muszę mieć „fazę” do tańczenia, co nie zawsze się zdarza, ale tym razem wyskakałam się za wszystkie czasy.
Niestety o 00.30 muzykę nagle wyłączono i oznajmiono, że to koniec imprezy. Oznaczało to bardzo żałosny spektakl wyrzucania towarzystwa z lokalu. W najgorszym stanie była leciwa Inuitka w wieku mniej więcej mojej mamy, która w stanie upojenia alkoholowego nie była w stanie zrobić kilku kroków, więc podszedł do niej jakiś osiłek, wziął ją pod pachę i wyrzucił na zewnątrz, na chodnik, niczym worek ze śmieciami. Z tego co wiem, to alkoholizm tutejszych kobiet to naprawdę poważny problem. Papierosy też palą niczym smoki…
28 lipca, 21 dzień poza domem Ilulissat (Grenlandia) Starzy-nowi kumple
Ale zaskoczenie! Akurat wypłynęliśmy z Romkiem na krótką wycieczkę pontonem, tak tylko na wyjście do/z portu aby przetestować naszą „Yamahę” do pontonu, aż tu nagle, zza lodowych gór wyłoniły się żagle! Od razu skojarzyliśmy, że to nasza znajoma z Nuuk szwedzka „Anna”, z czego się zresztą bardzo ucieszyliśmy, bo Szwedów bardzo polubiliśmy. Zagadką było jednak, kim jest drugi jacht – widzieliśmy tylko że ma francuską banderę.
W porcie Börje (kapitan szwedzkiej „Anny”) jak tylko zacumował, od razu do nas przybiegł. Wyściskaliśmy się i wycałowaliśmy jak starzy znajomi, potem jeszcze trochę pogadaliśmy przy kawie, ale na spokojne pogaduchy umówiłam się u nich na jachcie wieczorem.
Fajnie, bo zaroiło się w Ilulissat od jachtów! Pięć jednostek żaglowych (my, dwa jachty szwedzkie, amerykański i francuski) to w Ilulissat fenomen, bo mało kto szwenda się po tutejszych wodach.
Wieczór na „Annie” upłynął bardzo miło. Tajemniczy Francuz okazał się super fajnym kolesiem mówiącym śmiesznym angielskim, a przy tym bardzo ekspresyjnym jeśli chodzi o mimikę i gesty. Ma na imię Lucas (w skrócie Luc), a żegluje głównie sam, na zimę zostawiając jacht w jakimś porcie, bo kilka miesięcy w roku spędza w swoim domu we Francji, a przy okazji pracuje jako instruktor narciarstwa. Luc spotkał szwedzką „Annę” w Assiat (porcik wcześniej przed Ilulissat), gdzie przez kilka dni stał naprawiając silnik (żadne to pocieszenie, ale nie tylko polskie jachty mają problemy z silnikami). W każdym razie Szwedzi mu z naprawą pomogli, no i teraz żeglują razem.
Jakoś tak miło się zrobiło i domowo. W ogóle „Anna” to taki „domowy” jacht – z lampą naftową, uruchamianym w portach piecykiem typu „koza” (sorry, młode pokolenie Polaków może nie wiedzieć o co chodzi). Niels – młodszy ze Szwedów dba o nastrojową muzyczkę, Börje z kolei robi zawsze pyszną kawą z rumem. Poza tym widać że wszyscy odbieramy na tych samych falach – po dzisiejszym wieczorze mam wrażenie że czasem warto znaleźć się na istnym końcu świata, aby spotkać takich fajnych ludzi.
27 lipca, 20 dzień poza domem Ilulissat (Grenlandia) Załatwiamy dźwig
Coraz bardziej zaczynamy mieć dość stania w porcie. Żeglarze tak mają – na morzu tęsknią za portem, a jak za długo w nim są – chcą na morze. Na szczęście już wiadomo co i jak z dalszym etapem wyprawy – w piątek przylecą części do silnika, w środę będziemy mieli nasz telefon satelitarny, no i można zacząć realnie myśleć o wypłynięciu. Niestety mapki lodowe jakie ściągamy z Internetu są wciąż kiepskawe – Przejście jest wciąż zablokowane przez lody, choć fakt, że już powoli odpuszczają. Przy Pond Inlet już nie ma tego znienawidzonego przez nas czerwonego koloru oznaczającego bardzo gruby, stały lód – zrobiło się zielono („chudszy” lód), co już dobrze wróży.
W międzyczasie załatwiliśmy dźwig do wyjęcia silnika. Wcale nie było to takie proste, bo dźwigów w porcie trochę jest, ale my musimy mieć taki precyzyjny, w dodatku w miejscu, gdzie można będzie silnik postawić na nabrzeżu. Niestety przy nabrzeżu Royal Greenland traktują nas trochę jak intruzów, a ciągle nie ma gdzie się przestawić.
26 lipca, 18 dzień poza domem Ilullisat (Grenlandia) Mamy towarzystwo!
Już nie jesteśmy jedynym w porcie jachtem. Około północy wszedł do portu „Ariel”, czyli ten znany nam z opowieści szwedzki jacht również idący na Przejście Północno-Zachodnie, a tuż za nim dopłynął dwumasztowiec pod amerykańską banderą. Obydwie jednostki są większe od „Solanusa”, ale też mają stalowe kadłuby. Nie powiem, robią wrażenie, bo Szwedzi mają nawet na pokładzie dwa kajaki i ogólnie wydają się być „bojowo” wyposażeni, za to z satysfakcją zauważyliśmy, że samoster mają taki samy jak i my (tej samej firmy). Wypadliśmy z Jackiem na pokład, aby odebrać od nich cumy (reszta naszej ekipy już leżała w kojach). Początkowo stanęli po sąsiedzku z nami, ale jak im powiedzieliśmy, że to miejsce „naszego” Duńczyka, który zapewne rano wróci, przestawili się trochę dalej.
Oczywiście zrobiłam im wstępny serwis informacyjny co i jak, ale na rozmowy o północy chyba nie mieli za bardzo siły, więc odwiedzili nas dopiero dzisiaj w południe. Najpierw przyszedł David – kapitan jachtu pod amerykańską banderą (notabene tak dużą jak z pięć naszych). Facet jest bardzo sympatyczny, a żeglarstwo jest jego życiową pasją. Niestety, z Ilullisat już wraca do Stanów, do Male (to gdzieś przy granicy USA i Kanady), bo żegluje z żoną i synami którzy muszą wrócić na studia. Wcześniej David żeglował dookoła świata – popłynął na 3-letni rejs, ale jakoś tak wyszło że wrócił po 5 latach. O Przejściu Północno-Zachodnim myśli, ale za kilka lat – póki co wybiera się w cieplejsze rejony, tzn. na wyspy Pacyfiku.
Jakiś czas później przyszedł Eric, kapitan „Ariela”. Właściwie to wpadł tylko na chwilę, przywitać się i zapytać, do kiedy zamierzamy stać. Na dłuższe rozmowy umówiliśmy się na później, bo w ciągu dnia chcieli się wybrać całą załogą na wycieczkę do Icefjordu. Płyną w ekipie 6-osobowej i z Ilullisat idą od razu do Resolute, podczas gdy my ze względów formalnych (odprawa kanadyjska) zamierzamy wpłynąć do położonego wcześniej Pond Inlet. Nawet Wojtek Wejer – dobra dusza z Toronto, który e-mailowo udziela nam cennych rad, sugeruje że z tym Pond Inlet to dobry pomysł, na wypadek (odpukać!) gdyby nas Kanadyjczycy cofnęli (niestety formalnie mogą mieć taki kaprys).
Dzień spędziliśmy głównie na jachcie. Najbardziej spracował się dziś Tolek, który nie dość że miał kambuz, to jeszcze najpierw umył dokładnie pokład, a potem go pomalował (to już z pomocą Romka).
Z innych ważnych spraw – dzisiaj do kraju odleciał Jacek. Nie pisałam o tym, ale miał problem z kolanem. W każdym razie na jego miejsce niebawem doleci Damian, który będzie zarazem najmłodszym członkiem załogi. No ale że życie próżni nie lubi, koja po Jacku wcale wolna nie jest, bo wprowadziła się do nas na dwie noce Marta – plecakowiczka, która do tej pory mieszkała na polu namiotowym, ale ostatnio noce są tak zimne, że przygarnęliśmy ją pod nasz może nie tyle dach, co pokład. Z kolei na kolacji mieliśmy jeszcze Adama i Łukasza, którzy cali, zdrowi, ale wygłodniali wrócili ze swojej kajakowej wycieczki. „Wygłodniali”, bo zepsuła im się maszynka do gotowania, więc nie mogli przyrządzać liofilizatów, a arktyczne jagódki jak sprawdzili, nie są zbyt pożywne.
Jak widać, nie nudzimy się. I tak piszę tylko o ważniejszych wizytach, a były jeszcze inne. Przyszła np. francuska wycieczka która z podziwem patrzyła na nasz jachcik, w stosunku do Szwedów i Amerykanów wyglądający dość niepozornie. Poza tym nachodzi nas jakiś lokales próbujący nam sprzedać zrobione z kości karibu wisiorki (amulety przypominające ogony wieloryba itp.). Na razie chce za to 20 euro, ale cena spada. Zakładam że jeszcze wróci, w miarę jak będzie potrzebował kasy na alkohol (bo na takiego wygląda, a oni tu piją na potęgę). Jak dojdzie do 5 euro to kupię…
25 lipca, 17. dzień poza domem Qeqertasuaq / Godhavn – Ilulissat (Grenlandia) Lodowiec po raz drugi, tym razem z przechodzeniem w bród rzeki
Ledwo żyję! Wstałam o piątej, coś tam przegryzłam i wkrótce już zasuwałam niebieskim szlakiem w górę, z powrotem na lodowiec. Tym razem szło mi się lepiej niż wczoraj, ale również i tym razem nikogo na szlaku nie spotkałam. No cóż, „normalni” ludzie na lodowiec wlatują helikopterem, a tylko szaleńcy którzy lubią się męczyć (tacy jak ja), albo tacy których nie stać na helikopter (tacy jak ja), pokonują w ramach porannej gimnastyki 900 metrów różnicy poziomów.
Zmęczyć się jednak warto było, bo pogoda była re-we-la-cyj-na! Natrzaskałam około czterystu zdjęć psów i zaprzęgów, a pewnie bym zrobiła więcej, gdyby nie koniec karty. Niestety przejechać się zaprzęgiem nie było mi dane, bo to mocno powyżej możliwości mojego portfela, ale pocieszam się, że już kilka razy w życiu psimi zaprzęgami jeździłam. I to jako „kierowca”, tak więc tutaj jazda w roli wyłącznie pasażera wcale nie była dla mnie taka fascynująca. Inna sprawa że zaprzęgi grenlandzkie różnią się znacznie od tych w fińskiej Laponii, które znam. Najważniejsze to to, że tutejsze sanie są drewniane i mają inny system hamulcowy (wspominałam o tym wczoraj – gumowa niby „wycieraczka” na której się staje, plus zarzucana na płozy w czasie jazdy linowa pętla). Co ważne – na saniach grenlandzkich „woźnica” nie jedzie z tyłu, na stojąco, ale siedzi na saniach. Kierowanie psami to właściwie trzy komendy – „stop”, „i-yy, i-yy” (w lewo) oraz „i-ii, i-ii” – w prawo. Pieski są zresztą bardzo rezolutne – na postojach nie trzeba do nich wcale mówić, bo doskonale łapią mowę ciała, a zwłaszcza gesty. Obserwowałam przygotowanie zaprzęgu do jazdy – po założeniu pieskom szelek i podczepieniu ich do sań, psiaki same wiedziały jak ustawić się w szyku, aby plątanina linek dobrze się ułożyła. Zapomniałam – szyk psów też jest w tutejszych zaprzęgach inny niż w Laponii – tam przypomina choinkę, tutaj jest to układ wachlarza.
Każdy z psów ma swoje imię. Muszę przyznać, że ludzie i psy stanowią tu całkiem zgrany team. Psy jak i ludzie – mają różne charaktery, są więc i takie, które walczą między sobą, bezpardonowo się gryząc. Wystarczy jednak jeden gest człowieka uznawanego za przywódcę stada i psiaki stają się potulne jak baranki. Są też psy „przylepy”, które oczekują czułości i przytulania, choć człowiek-przywódca musi uważać, aby te czułe gesty i dowody uznania sprawiedliwie rozdzielać.
Szczerze mówiąc miałam cichą nadzieję, że z lodowca wrócę na dół helikopterem. Tym bardziej że przewodnik od bogatych turystów stwierdził, że nie ma nic naprzeciw… Niestety, pilot-Duńczyk na moje nieśmiałe pytanie czy w miarę wolnych miejsc by mnie nie zabrał, od razu odburknął, że ma komplet pasażerów, co prawdą nie było.
Nie wiem co mnie podkusiło, ale postanowiłam wrócić na dół zupełnie inną drogą niż oznaczony niebieski szlak, którym wchodziłam. Z dość ogólnej mapki którą miałam, wyglądało że zejście jest w miarę proste, tyle że nie oznakowane. Faceci od psów potwierdzili że zejść się da, choć sugerowali że jest kamienisto, ale z ich opowieści wynikało że trafić jest względnie prosto. Niestety, zawsze trzeba brać poprawkę na to, że co dla miejscowych jasne i proste, dla obcego niekoniecznie. W każdym razie pierwszy odcinek, przez lodowiec (upewniłam się po raz kolejny czy nie ma zagrożenia szczelinami) poszedł mi rzeczywiście łatwo. Problem zaczął się na morenie, na której nie było żadnej ścieżki, żadnych znaków, za to było błoto, momentami do kolan, dużo zdradzieckich kamieni i liczne strumyki wypływające z lodowca. Przekraczanie strumieni stało się moją zmorą, tym bardziej że wtedy miałam jeszcze suche buty i łudziłam się, że suche pozostaną. Przyznaję się bez bicia – być może wpłynę na wypaczenia w jakichś niezwykle istotnych badaniach glacjologów, ale nie miałam wyboru. Chodzi o moment kiedy w odruchu desperacji, przy wyjątkowo wartkim strumieniu z kilkoma śliskimi kamieniami, posługiwałam się zostawioną przez jakichś naukowców tyczką z chorągiewką i przy jej pomocy pokonałam strumień. Pewnie wyjdzie na to że lodowiec przesuwa się nagle szybciej/wolniej, ale cóż, mam nadzieję że nauka mi to wybaczy.
Nie wiedziałam wtedy, że największe problemy dopiero przede mną. Potem były jeszcze strome skałki, podeszłe wodą torfowiska gdzie trzeba było skakać między kępami traw, no i chaszcze tej trudnej do przejścia wierzby arktycznej. Na dodatek okazało się, że zeszłam jednak nie tym grzbietem co trzeba i jestem gdzieś „w polu”, a za każdą górką przy której myślałam że wreszcie ujrzę morze, oznaczające, że wreszcie dochodzę do celu, była kolejna górka i kolejna… A jak już w końcu morze ujrzałam i byłam jakiś kilometr od brzegu… - przyszła załamka! Stanęłam nad szczeliną na tyle szeroką, i na tyle głęboką, że o jej pokonaniu nie było mowy. Kilkanaście metrów pode mną były pionowe skały, ale nawet gdyby udało mi się po nich zejść – w dole była rzeka tworząca spektakularny wodospad!
Szczerze mówiąc miałam ochotę usiąść i płakać, bo mój zegarek wskazywał, że mam już tylko 3 godziny do promu powrotnego (następny za kilka dni), a tymczasem znalazłam się w ślepym zaułku jakiegoś okropnego labiryntu, mając w dodatku coraz mniej sił. Na pomoc liczyć nie mogłam, bo niby kto tej pomocy miałby udzielić? Pozostawało wybrać – albo zasuwać z powrotem w górę, po niepewnym gruncie, być może po raz kolejny prawie z poziomu morza wchodząc na lodowiec, albo cofnąć się i znaleźć miejsce gdzie można byłoby przekroczyć rzekę w bród. Wybrałam to drugie i chyba słusznie, choć pierwsze miejsce gdzie można było spróbować, było dopiero po jakichś trzech kilometrach, znowu przez wierzby, kępy traw i zapadające się głęboko mchy. Zaczęłam od prób przejścia rzeki na boso, aby mieć suche buty i skarpety, ale woda, bądź co bądź wypływająca z lodowca, była tak pieruńsko zimna, że się poddałam. Poza tym uznałam też że lepiej stąpać po rzecznych kamieniach jednak w butach, bo daje mi to pewniejsze kroki, a nie chciałam się wyłożyć z aparatami fotograficznymi. Niestety, kiedy woda zaczęła się robić po uda, wycofałam się, nawet nie tyle ze względu na zmoczenie (Bogu dzięki był to bardzo ciepły, słoneczny dzień), ile bojąc się aby nie porwał mnie strumień (w myślach miałam te wodospady w dole nabierającej coraz większego tempa rzeki). Po kolejnym kilometrze udało mi się znaleźć miejsce skutecznej przeprawy. Przydały się wiadomości z locji śródlądowej, tudzież z moich doświadczeń raftingowo-hydrospeedowych – wiedziałam, gdzie szukać płytszych miejsc. Ostatecznie zmoczyłam się tylko do kolan, a po wylaniu wody z butów okazało się że nie jest tak źle. Poza tym jako przewodnikowi Studenckiego Koło Przewodników Beskidzkich i tak wstyd byłoby przejmować się takimi błahostkami jak mokre buciory – w końcu w SKPB takie przygody to zupełna normalka.
Przejście rzeki sprawiło że byłam uratowana, tzn. mogłam zdążyć na prom. Czekało mnie już tylko 5 kilosów szybkim marszem do miasteczka (już nawet zdjęć po drodze nie robiłam). Przy Arctic Station poszłam do domu Onti i Madsa pożegnać się i podziękować za udostępnienie domku. Mads zresztą podwiózł mnie do domku, dając jeszcze na odchodne jogurcik, sok pomarańczowy, chleb, pasztet itp. bo „przecież na promie będę głodna”. Niesamowicie dobry, poczciwy chłopak – zresztą widać że jest w miasteczku bardzo lubiany. Muszę powiedzieć że to właśnie dzięki Onti i Madsowi naprawdę żal mi było z wyspy wyjeżdżać. Dawno nie spotkałam tak miłych ludzi. Chciałabym kiedyś się z nimi jeszcze spotkać. Mads zapewnił, że jeśli wrócę na Disko Island to zawsze mogę w jego domku pomieszkać.
Miła była również załoga promu. Zostałam zaproszona do sterówki, gdzie kapitan opowiedział mi szczegółowo swój życiorys i pokazał na zdjęciach całą swoją rodzinę. Poza tym że jest kapitanem sporego stateczku, był też przez 7 lat zawodowym myśliwym, o czym świadczyły m.in. jego zdjęcia z upolowanym niedźwiedziem, a z innych talentów to pisze teksty piosenek i układa do nich muzykę. No cóż, dość szerokie spektrum zainteresowań.
A co do muzyki to płynął na promie chór z Ilulissat. Ale koncert dali! Podczas kluczenia miedzy górami lodowymi spontanicznie zaczęli śpiewać tak, że wszyscy zamiast na góry patrzyli na nich, a potem naprawdę szczerze biliśmy brawo. I nie był to wcale żaden zawodowy chór – zbieranina ludzi w różnym wieku, sądząc po wyglądzie i ubiorze – zwykłych, prostych rybaków, tudzież żon rybaków. Jak widać każdy ma jakiś talent, trzeba tylko umieć go odkryć i wykorzystywać.
Poza górami lodowymi były też po drodze wieloryby. Odważyłam się zahaczyć o drażliwy na Grenlandii temat połowów tych wielkich ssaków. Kapitan potwierdził tylko to co myślałam wcześniej, tzn. to, że jest to tak zakorzenione w miejscowej kulturze, a Inuici to jednak odwieczni myśliwi, że trudno będzie to z owej kultury wymazać. Poza tym Grenlandia to nie jedyny kraj/terytorium, gdzie łamie się zakaz połowów wielorybów. Łowi się je m.in. na Wyspach Owczych, w Norwegii, na północy Kanady (tam gdzie żyją Inuici), no i w Japonii – tam najwięcej. Grenlandia podpisała zresztą układ, na mocy którego może odławiać jedynie ściśle określoną liczbę waleni, przy czym chodzi jedynie o zaspakajanie potrzeb własnych, czyli lokalnych, a nie połowy w celach przemysłowo-handlowych (oznacza to zakaz sprzedaży mięsa wielorybów poza Grenlandię). Jeśli chodzi o dokładne liczby to zezwolenie dotyczy 18 waleni dużych (m.in. humbaki czy wieloryby karłowate, które wbrew nazwie wcale takie mikre nie są) i 42 waleni małych, do których należy m.in. narwal czy bialutka białucha.
Miło się płynęło, bo nawet kawką mnie poczęstowano, no ale miło było również wrócić na jacht. Czułam się trochę jak córa marnotrawna wracająca do domu. Tym bardziej zrobiło mi się fajnie, że przyszłam głodna jak diabli, a Jacek od razu zapytał co mi zrobić do jedzonka i w mgnieniu oka usmażył mega omlet z serem. Szkoda że Jacek wraca do Polski – będzie go na jachcie brakowało…
24 lipca, 16. dzień poza domem Qeqertasuaq / Godhaven – lodowiec Lyngmarksfjeld, Disko Island (Grenlandia) O arktycznych orchideach i psich zaprzęgach na lodowcu
Ale dałam sobie w kość! A dokładniej - w nogi! Złaziłam się strasznie i z przerażeniem myślę, że jutro od szóstej rano do szóstej wieczorem znowu czeka mnie bezustanne łażenie. Ale po kolei…
Dzień zapowiadał się kiepsko, bo kiedy wstałam, bladym świtem o siódmej, za oknem była nadciągająca ściana ciemnych chmur. Planowałam wyjście na lodowiec położony 900 metrów n.p.m. (czyli 900 metrów ponad miasteczkiem), no ale w tym układzie nie spieszyłam się specjalnie, licząc (jak się okazało słusznie), że zwiastujące deszcz chmury jednak się rozwieją. W końcu nie na darmo miejscowi kiedyś mi powiedzieli: jak ci się nie podoba pogoda na Grenlandii to poczekaj kwadrans i się zmieni.
Ledwo zjadłam śniadanko przyjechał Mads, jakby nie było gospodarz domku w którym się zakwaterowałam i oznajmił że jedziemy na śniadanie przygotowane przez Outi (jego dziewczynę). Miłe! Tym bardziej że to było takie domowe śniadanko z chlebem domowego wypieku, wszystko ładnie podane… A na deser był arbuz! Jak na Grenlandię owoc bardzo egzotyczny i podejrzewam że cholernie drogi, bo tu nawet jabłka czy pomidory sprzedaje się na sztuki. Po 3 zł za jedną sztukę wymienionych owoców! Jedynie paliwo jest tu tanie, bo zwolnione z opodatkowania – 1 litr oleju napędowego w przeliczeniu kosztuje 2,5 zł!
Z ciekawostek – Mads wychodząc z domku wcale nie zamyka drzwi na klucz. Ponieważ na stole został mój laptop, nie mówiąc o nowiutkim telewizorze i innych sprzętach jakie stanowią umeblowanie wnętrza, delikatnie zapytałam czy może nie warto jednak zamknąć. Mads stwierdził, że nie ma sensu, bo tu się nie zamyka. Nie tylko domków, ale i samochodów. Jak to miło usłyszeć, że są jeszcze takie miejsca, gdzie ludzie ufają w swoją wzajemną uczciwość.
Po śniadanku w domu Madsa i Outi poszłam zobaczyć ciepłe źródła, które są kawałek ponad Artic Station. Tu wszyscy podkreślają, że „ciepłe”, a nie „gorące”, bo mają one do 18 stopni Celsjusza. To temperatura całoroczna, tak więc latem nie jest specjalnie odczuwalna, ale zimą – owszem. Źródełka są z daleka widoczne, bo towarzyszy im szczególnie bujna roślinność. Występują tu nawet trzy gatunki orchidei! Spotkani Duńczycy chodzący z atlasem roślin pokazali mi jedną z tych orchidei – niepozorne, malutkie żółte kwiatki, ale atlas potwierdzał, że to rzeczywiście arktyczna orchidea. Swoją drogą wczoraj Outi mówiła mi, że na Wyspie Disko, ze względu na tutejszy specyficzny mikroklimat, występuje mniej więcej połowa gatunków roślin, jakie można spotkać w Danii.
Dojście do źródełek jest niezłym wyzwaniem, bo ze względu na zdradziecko płynące strumyki trzeba uważać jak skakać z kępy na kępę by nie zamoczyć butów, a poza tym z braku ścieżek czeka nas przedzieranie się przez krzaki arktycznej wierzby. Kto wie ile wysiłku wymaga torowanie drogi w śniegu w górach, może sobie uprzytomnić, jak jest tutaj – tutaj toruje się równie ciężko, przez gąszcz gałęzi. Normalnie wierzba arktyczna jest niziutka, w Ilulissat jak się idzie do lodowca sięga mniej więcej kostek, ale na Wyspie Disko to prawdziwa „dżungla” , krzaczory sięgające mi w niektórych miejscach nawet po pachy. Przeklęłam tę wierzbę na czym świat stoi, choć może nie powinnam, bo to jedyne „drzewo” jakie tu występuje (żadnych drzew w naszym mniemaniu, czyli takich z pniem i wysokimi gałęziami tu nie ma!). Zgodnie z sugestią jednego z polarników spotkanych w domu Onti i Madsa, ze źródełek postanowiłam dojść na skróty do szlaku prowadzącego na lodowiec. Jak to z nieznajomymi skrótami bywa, do oznaczonego niebieskimi znakami szlaku w końcu doszłam, ale mocno nadkładając drogi, bo wpakowałam się bez sensu w jakiś skalisty wąwóz.
Droga na lodowiec, czyli te wspomniane już 900 metrów przewyższenia, według przewodnika zajmuje 3-4 godziny, Mads mówił, że on osobiście robi ją w 2 godziny, miejscowi Inuici średnio w 1,5 godziny, natomiast mnie udało się osiągnąć rezultat 2,5 godziny, wliczając w to postój na kanapkę z pasztetem i foty przepięknie położonego miasteczka. Niestety, kiedy już byłam niemal na górze, naszły chmury. Zrobiła się totalna mgła, a w górach to raczej niemiłe. Znaki doprowadziły mnie do samoobsługowego schroniska, ale w środku nie było żywej duszy (na szlaku też nikogo nie spotkałam). Mówiąc o „samoobsłudze” mam na myśli barak z dwoma pomieszczeniami, w których jest kilkanaście piętrowych łóżek, na nich śpiwory, stoi piecyk na mech, termos z kawą i herbatą, a nawet wino, do tego są jakieś gry planszowe, świeczki, no i rzecz najważniejsza - skarbonka, a obok cennik i lista tych którzy z czegoś skorzystali. Ciekawe, jak by się taki system sprawdzał w polskich górach?
No ale przy schronisku lodowca jeszcze nie było, tak więc poszłam go szukać. Dotarłam w końcu do jakiegoś cieknącego wodą lodowego pola, wiedziałam jednak, że na lodowcu można pojeździć psimi zaprzęgami, co sugerowało, że przynajmniej jeśli nie ma chętnych na zaprzęgi, to gdzieś muszą być jeszcze te psy. Orientację utrudniała ta ohydna mgła, ale na szczęście usłyszałam jakieś głuche odgłosy, przypominające strzały myśliwskie. –Może do mnie nie strzeli? W końcu chyba nie wyglądam ani na karibu, ani tym bardziej na woła piżmowego? – pomyślałam sobie i poszłam w kierunku „strzałów”. Okazało się że głuchy odgłos pochodzi z rzucania kamieniami o kamienie – nie wiem w jakim celu, co uskuteczniał miły inuicki chłopiec, mówiący trochę po angielsku (potem okazało się, że pracuje jako przewodnik). Chłopak pokazał mi, w którym kierunku iść, aby dotrzeć do psów, poza tym miałam kompas, więc mogłam ów kierunek śledzić. Idę tak, idę w tej mgle, wchodzę w końcu na lodowiec, początkowo trochę nieśmiało, bo nie wiem przecież czy nie szczeliniasty (zaraz się uspokoiłam – za płytki jak na niebezpieczne szczeliny), no i jakoś udało mi się trafić na kolejny budynek, w którym byli panowie od psów, ale bez psów, bo czworonogi pojechały w siną dal z turystami, którzy zjawili się na lodowcu z samego rana. Niestety, nie zdążyłam zrobić im zdjęć, na których mi zależało (chodziło mi o takie kicze – lodowiec, mknące sanie itp.), nie mówiąc o tym, że i tak widzialność była na jedynie kilkanaście metrów, natomiast pogadałam z Inuitami od psów, którzy zdziwili się bardzo jak im powiedziałam, że ja ze swoją psiną spałam w jednym łóżku. Dla nich psy to towarzysze pracy. Ponoć dawniej Inuici psy jedli, ale teraz już się tego nie praktykuje. Również nie stosuję się już więcej psich skór, które są bardzo dobre, ale nie podobały się turystom. Teraz skóry psie się spala, a na saniach kładzie się skóry z karibu, choć jak się okazuje te reniferowate zwierzaki na wyspie Disko nie występują – poluje się na nie w interiorze Grenlandii „właściwej”. Przy okazji ponarzekaliśmy też na ocieplenie klimatu – dla psiarzy z Zatoki Disko to duży problem, bo tak jak dawniej można było zimą jeździć saniami z wyspy Disko do Ilulissat, tak teraz już nie jest to możliwe. Pokazano mi też jak obsługiwać takie sanie (bardzo ciekawy system hamowania mają – zupełnie coś innego niż np. w saniach którymi powoziłam w fińskiej Laponii), no i umówiłam się na jutro! Podobno o 9-ej rano ma przylecieć helikopter z chętnymi na zaprzęgi, co oznacza że najpóźniej o 6-ej rano (mimo niedzieli) muszę wystartować pod górę! Panowie od psów proponowali wprawdzie, że mogę z nimi przenocować, ale nie miałam jak poinformować Madsa i Odti o pomyśle zostania.
Na lodowcu zamiast na saniach z psami pojeździłam sobie skuterem śnieżnym! Muszę powiedzieć, że tutejsi Inuici są zdecydowanie sympatyczniejsi od tych z Ilulissat, którzy sprawiają wrażenie, jakby byli zmęczeni turystami.
W drodze powrotnej mgła się rozwiała, tak więc zamiast zejść najkrótszą drogą, poczucie zawodowego obowiązku i prywatnej ciekawości pchnęło mnie jeszcze w kierunku stacji przekaźnikowej stojącej na skraju stromych skał. Same maszty i anteny mnie nie interesowały, ale ponoć to super punkt widokowy. Potwierdzam, rzeczywiście super, szkoda tylko , że jest to taki długi spacerek, mocno w bok od głównego szlaku, a w dodatku sporo w dół (potem aby wrócić na szlak trzeba drałować z powrotem pod górę). Co do widoku to rzeczywiście był obłędny – widać było brzeg Grenlandii „właściwej”, na zatoce mnóstwo białych – mniejszych i większych punkcików (czytaj: gór lodowych), a w dole, poniżej granitowych klifów – zabudowane kolorowymi domkami miasteczko.
Wszystko byłoby super gdyby nie zejście. Niestety, moje kolano uszkodzone pół roku temu w czasie wspinaczki w górach Ruwenzori (Uganda), ciągle jeszcze nie wróciło do normy. W sumie to był to dla mnie i mojego kolana pierwszy dzień takiej „wyrypy” od dnia tamtego wypadku, zakończonego zresztą akcją ratunkową. Nie jest jednak źle, skoro zeszłam bez opaski (miałam ją na wszelki wypadek w plecaku). Przez następne tygodnie żeglowania kolanko odpocznie…
23 lipca, 15. dzień poza domem Qeqertasuaq / Godhaven, Disko Island (Grenlandia) O wyspie pełnej kwiatów i gościnnych ludzi
Ponieważ do poniedziałku nijak nie mamy szansy wypłynąć, Bronek-kapitan zgodził się na mój trzy-dniowy wypad na wyspę Disko, która jest największą wyspą u wybrzeży Grenlandii (120 km długości i mniej więcej tyle szerokości), i której południowy kraniec daje szansę na fajne trasy trekingowe. W ten to sposób dzisiaj o 7-mej rano wsiadałam na prom obsługującej tutejsze połączenia Disko Line i klnąc na zachmurzone niebo i lekki deszczyk zaległam w wygodnym fotelu otoczona gadatliwymi Francuzami z jednej strony i jakąś turystką nieznanej nacji, która ze swojego plecaka z górskim ekwipunkiem wyciągnęła… robótkę na drutach i przez następne godziny nic tylko dziergała.
Wyspę Disko przy dobrej pogodzie z Ilulissat widać, ale choć wydaje się na wyciągnięcie ręki, płynęliśmy do niej bite trzy godziny, a potem jeszcze godzinę wzdłuż jej brzegów. W międzyczasie pogoda się poprawiła, można więc było upajać się widokami, tym bardziej że mijaliśmy góry lodowe o niezwykłych kształtach (najlepszy był śnieżny Sfinks), a i wyspa robiła niesamowite wrażenie (zwłaszcza szaro-zielone klify, u góry przykryte czapą lodowca).
Co do gór lodowych to już kiedyś wspominałam, że z moich źródeł wynika, że na powierzchnię wystaje zaledwie 1/9 jej bryły, choć w muzeum w Ilulissat mówi się o 1/7. Tak czy owak są wielkie. Na ogół mają do 50 metrów wysokości (mniej więcej 15 piętrowy budynek), ale zdarzają się i takie, które dochodzą do 120 metrów! W niektórych górach lodowych, tam gdzie rzeczywiście jest lód, można zobaczyć pęcherzyki powietrza. Ponoć ciśnienie jakie w nich jest sięga nawet 5-7 atmosfer, stąd też podczas pękania góry można usłyszeć charakterystyczny odgłos jakby uchodzącego gazu. Po kształcie góry można rozpoznać jej przeszłość. Jeśli jej ściana jest wygładzona, znaczy że góra się wywróciła i to co było pod wodą, nagle znalazło się nad jej powierzchnią – owa gładka powierzchnia została wyszlifowana przez prądy morskie. Niektóre góry są jakby nadcięte, podmyte od dołu – to z kolei efekt ich obmywania przez wodę morską, która jest cieplejsza od temperatury wnętrza lodowej bryły. Z kolei dziury i łuki w górze to dawne studnie, jakie przed obróceniem się góry w jej czapie/szczycie wydrążyła woda. Niebieskie rysy w białej, śnieżnej górze to szczeliny do których dostała się woda, po czym zamarzła tworząc żywy lód. Z kolei czarne „zabrudzenia” z kamyczkami, żwirem itp. stanowią ślad, że góra wytworzyła się przy brzegu lodowca, tam gdzie ocierała się o ziemisto-kamienne podłoże.
Miasteczko Qeqertarsuaq (to po inuicku, bo po duńsku Godhaven), zgodnie z nazwą oznacza „Dobry Port”. Rzeczywiście, jest tu spokojna zatoczka, do której żeby się dostać trzeba przepłynąć przez pole paku lodowego. Mieszka tu około 900 osób, do czego dochodzi trochę turystów, ale niewiele, bo ich liczbę limitują promy (chyba 3 razy tygodniowo), przy czym większość z nich (mowa o turystach) wpada tu i tak tylko na kilka godzin (przypływa porannym promem, popołudniu wraca do Ilulissat).
Jeśli chodzi o zwiedzanie wyspy to na dzień dobry wpadłam do lokalnego muzeum. Już sam budynek jest historyczny, bo wybudowano go w połowie XIX wieku, przy czym do roku 1950 była to siedziba gubernatora mającego pieczę nad Północną Grenlandią, potem zaś rezydowali tu lekarze. Muzeum na kolana nie rzuca, tym bardziej że połowa ekspozycji to moim zdaniem średnio udana twórczość mieszkającego w miasteczku myśliwego (dokładniej to zmarły w 1938 roku Jakob Danielsen), który poza strzelaniem do fok odczuwał wenę artystyczną. Swoją drogą szkoda, że większość opisów przy eksponatach jest jedynie w wersji duńskiej i grenlandzkiej. Najciekawszy jest należący do muzeum budyneczek w którym można zobaczyć tradycyjne, wciąż używane sanie, typowy grenlandzki kajak, harpuny itp. sprzęty.
Potem odwiedziłam tutejszą Arctic Station. Szczerze mówiąc myślałam, że to placówka badawcza zajmująca się lodowcem i górami lodowymi, a tymczasem okazało się, że większość opracowywanych tu projektów dotyczy botaniki, zoologii, geografii czy geologii, oczywiście pod kątem Arktyki. Umówiono mnie z „managerem”, spodziewałam się więc, że przyjdzie jakiś trollowaty jegomość, potężne chłopisko przywykłe do trudnego polarnego żywota, a tymczasem pojawiła się bardzo ładna, drobna blondynka, młoda i niezwykle sympatyczna dziewczyna. Outi, bo tak ma na imię, oprowadziła mnie po wszelkich zakamarkach stacji. Jeden budynek to część mieszkalna dla przyjeżdżających naukowców – warunki mają schroniskowe, gotują na zasadzie zmiennych dyżurów, ale widać że klimat jest bardzo miły i ekipy są zgrane. Jest też budynek laboratorium – muszę powiedzieć, że polscy naukowcy np. ze stacji PAN na Antarktydzie, mogą tylko pomarzyć o takich możliwościach. Najbardziej podobała mi się biblioteka – imponujący księgozbiór, w którym jest np. pożółkły ze starości zielnik z 1911 roku, zrobiony z zasuszonych kwiatów opisanych przez duńskiego botanika Mortena Porsilda, który w 1906 roku Stację założył i potem przez 40 lat był jej szefem.
Outi zajmuje się wielorybami, które może obserwować choćby z okna swojej jadalni albo z budynku stacji gdzie nawet w świetlicy jest wystawiona specjalna luneta. Wśród zgromadzonych w bibliotece książek jest jedna z 1861 roku, w której Outi pokazała mi XVIII-wieczne spisy wielorybów, z których wynika że ich liczba w Zatoce Disko wcale się nie zmniejsza! Zdaje się większym problemem dla owych wielorybów niż polowania, są zmiany klimatyczne. Przypomniało mi się, że w muzeum w Ilulissat widziałam informacje, że w ciągu następnych stu lat temperatury wzrosną o średnio 5-7 stopni, zaś poziom mórz podwyższy się 10-90 cm.
Na zakończenie oprowadzania po stacji zgadało się coś na temat, gdzie zamierzam się zatrzymać. Nie miałam jeszcze pomysłu na nocleg, wiedziałam jedynie że na dwie noce w schronisku kosztującym w przeliczeniu na złotówki 170 zł za noc (najtańsze łóżko, w sali wieloosobowej) po prostu mnie nie stać. Ponieważ pogoda zapowiadała się przyzwoita, rozważałam wersję noclegu w plenerze, tym bardziej że miałam z sobą ciepły śpiwór, a jakiś dach chroniący przed rosą czy nawet deszczem, czy choćby wgłębienie w skałach, zawsze się znajdzie. O tym jednak Onti nie mówiłam – wspomniałam jedynie, że się za czymś przystępnym cenowo rozglądam i szkoda, że nie mam ze sobą namiotu. Onti na to, że namiot może mi na dwa dni pożyczyć, ale nie ma problemu żebym przespała się w nieużywanym domku należącym do jej chłopaka. Zadzwoniła do niego, on na to, że okej, ale musi coś tam posprzątać, tak więc zaproponowałam, że może spotkamy się wieczorem, a ja póki co wybiorę się na wycieczkę.
Tak się też stało. Poszłam na kilkukilometrowy spacerek zobaczyć ciekawe bazaltowe skały, a po drodze jeszcze skałę zwaną „Słoniową” bo rzeczywiście przypomina słonika pijącego wodę. Po drodze mogłam też popatrzeć na pływające w zatoczce, całkiem blisko, wieloryby, nie mówiąc o tym że i ląd był uroczy, bo szło się przez intensywnie zielone tereny pełne kwiatów. Nie chcę żeby to brzmiało przesadnie patetycznie, ale tu jest po prostu – cudownie, nawet mimo tego, że w międzyczasie zaczęło się chmurzyć.
O 18.30 wróciłam do domu Outi, gdzie poznałam Madsa, właściciela domku który na dwa dni ma być moim lokum. I tak oto siedzę teraz w przytulnym pokoiku z oknami na zatokę w której dryfują wielkie góry lodowe, a w charakterze stróżów mam kilka grenlandzkich piesków, szczęśliwych, bo ich właściciel przyniósł im wiadro pokarmu. Oj, zmienia się Grenlandia – pokarm to nie żadne odpady foczo-rybne, ale jak podejrzałam – zwykła sucha karma!
A co do domku – bardzo przytulna to kwatera. Luksus o którym nawet nie marzyłam. Najważniejsze, że jest łóżko (Mads wyjął nawet pościel, ale mam przecież śpiworek), kuchenka, więc mogę zagotować wodę na herbatę czy chińskie zupki, no i jest prysznic z gorącą wodą. Ciekawa jest toaleta – okazuje się że na Grenlandii stosuje się kibelki z takim niby workiem w środku. Nie spuszcza się wody, po prostu jak się już worek zapełni, oddaje się go odpowiednim służbom, niczym worki ze śmieciami. Przy kilku osobach chcących wejść do toalety jedna po drugiej, jest to zapewne dość stresujące. :-)
Z kolei jeśli chodzi o urządzenie domku to na ścianach wiszą mapy morskie, obowiązujące na morzu sygnały dźwiękowe, elementy wyposażenia jachtów, choć jest też okręcik… złożony z klocków Lego. Po prostu widać, że Mads jest żeglarzem - jeszcze nie tak dawno organizował regularne rejsy swoim jachtem do Kołobrzegu. Człowiek morza na całego…
22 lipca, 14. dzień poza domem Stania w Ilulissat ciąg dalszy (Grenlandia) Na niebieskim szlaku
Przedpołudnie minęły nam na różnych pracach pokładowych, tudzież podpokładowych, po obiedzie natomiast poszliśmy na wycieczkę. Wszyscy poza Bronkiem, który widać postanowił od załogi odpocząć :-) . Tym razem zrobiliśmy sobie siedmiokilometrowy szlak po części wzdłuż Icefiordu, potem zaś prowadzący w głąb lądu, do jeziorka przypominającego trochę nasze tatrzańskie stawy, by wreszcie przez malowniczy wąwóz wrócić do Ilulissat. Dobrze nam zrobił taki spacer, bo szczerze mówiąc mamy już trochę dość tego przymusowego siedzenia w porcie. Zaczynamy już tęsknić za morzem…
A tak poza tym to znowu mieliśmy na jachcie Polaków. Tym razem gości była trójka – akurat wracali z wycieczki łódką po zatoce i zobaczyli polską banderę. Panowie (ojciec z synem) poszli wcześniej, natomiast Marta, pasjonatka Arktyki od pewnego czasu mieszkająca w Irlandii, została u nas na obiedzie. Dziś kambuzuje Jacek – trafiło mu się niełatwe zadanie przerobienia ogromnej szyny (bo jak nazwać dużą szynkę?), otrzymanej w prezencie od Hensa – tego Duńczyka z sąsiedniego kutra.
21 lipca, 13. dzień poza domem Wciąż w Ilulissat (Grenlandia) Mamy gości, a także o wizycie w lokalnym muzeum
Dziś nie miałam „zadań specjalnych”, w związku z czym wybrałam się do lokalnego biura turystycznego prowadzonego przez Włocha o imieniu Silver (dosłownie: Srebrny, czy może lepiej – Sreberko?). Rozmawiałam z panem Włochem już wczoraj, ale wczoraj nie miał za bardzo czasu, więc prosił bym wpadła dzisiaj. Silver mieszka w Ilulissat już od iluś lat, ma żonę Inuitkę i śliczną nastoletnią córkę, która też pomaga mu w biurze. Bardzo miły facet - powiedział mi jak podpłynąć blisko czoła lodowca, co ważne – nie w ramach wykupionej w jego biurze wycieczki (jakieś 250 dolców od głowy), ale naszym jachtem, czyli gratis. Z tego co widziałam z mapy, będzie nam to zresztą po drodze, a dodatkowy plus stanowi fakt, że głębokości są dla Solanusa ok i nie ma w tym rejonie żadnych zdradzieckich skał.
Przy okazji, skoro już byłam w centrum miasteczka, poszłam zobaczyć bazarek rybny. Dokładniej jest to kilka stoisk w niewielkim budyneczku, przy czym ceny są stałe, bo na ścianach wywieszono urzędowe cenniki ile się należy za każdy kilogram danego rodzaju mięsa. Wyboru zbyt dużego nie było – trochę krewetek, ryby, mięso foki, ale wielorybów już nie, bo teraz ponoć nie sezon. Przy okazji oddałam się też pasjonującej :-) lekturze naściennych tablic. Jedną z najciekawszych była wielka informacja o prowadzonych badaniach łososi. Ryby mają wbite coś w rodzaju chipów, prosi się więc rybaków którzy złowili takie osobniki, o to by owe chipy odsyłali pod podany adres, w zamian za co naukowcy mają możliwość śledzenia wędrówek i zmian genetycznych ryb, zaś rybacy biorą udział w loterii, w której mogą wygrać 9 tys., a w finale nawet i 15 tys. koron.
Resztę czasu do obiadu spędziłam w lokalnym muzeum. Niewielki to budyneczek, z kilkoma małymi salkami, w których poupychane są eksponaty, ale warto odżałować 35 koron i je zobaczyć, bo jest to całkiem niezłe źródło wiedzy na temat zarówno Ilulissat, jak i Grenlandii jako takiej. Jedna salka poświęcona jest Knudowi Rasmussenowi – Inuitowi, który w tym właśnie domu w 1879 roku się urodził i który po zdobyciu wykształcenia w Danii wielokrotnie wracał do Arktyki prowadząc w tym terenie ciekawe badania geograficzno-kulturowe. Na Grenlandii jest on swego rodzaju bohaterem narodowym, bowiem to jego głos zaważył na posiedzeniu trybunału haskiego w 1933 roku, kiedy rozstrzygały się losy wyspy. Problem polegał na tym, że roszczenia do wyspy wysuwały różne kraje – Norwegia domagająca się północno-wschodniego kawałka Grenlandii, USA i Kanada mające zakusy na północno-zachodni kraniec (okolice miasteczka Thule), no i Dania, która z pozostałej części Grenlandii chciała uczynić swoją kolonię. Tymczasem Rasmussen od razu powiedział że Grenlandia to wyspa zamieszkała przez jeden, inuicki naród i tylko do niego powinna należeć. Potem, w czasie swoich ekspedycji udowadniał, że ów naród jest jeden od syberyjskiej Czukotki do Ittoqqortoormiut we wschodniej Grenlandii. A tak w ogóle to nazwa „Grenlandia” nie jest do końca właściwa – Inuici mówią o swoje wyspie „Kalaallit Nunaat”.
Druga salka muzeum to trochę archeologicznych znalezisk typu ostrza harpunów, lampki oliwne itp., choć są też np. starodawne okulary przeciwsłoneczne (!) zrobione z listewki z wyrzeźbioną w niej szparą, czy kawałki pirytów którymi krzesano ogień. Część z tych znalezisk pochodzi z prehistorycznej osady Sermermiut, jaka znajduje się koło Icefjordu. Aż wstyd się przyznać, ale podczas naszej wycieczki do Icefjordu tak byliśmy zafascynowani widokami na śniegowo-lodowe twory, jakie tam są, że jakoś nie zwróciliśmy uwagi na napisy informujące o cennych pozostałościach sprzed tysięcy lat. Na pierwszy rzut oka ich zresztą nie widać – dopiero wizyta w muzeum uświadomiła mi, że ten niepozorny kawałek w miarę równego poletka, to miejsce powstałej 4 tysiące lat temu osady zwanej Sermermiut. To m.in. dzięki tej osadzie lodowiec przy Ilulissat wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Mieszkał tu lud zwany Saqqaq (czasy 2500-900 lat p.n.e.), potem na ich miejscu osiedliły się ludy zwane Dorset (ok. 800 r. p.n.e.), po nich była przerwa w osadnictwie, aż do okresu mniej więcej 1200-1400 już naszej ery, kiedy miejsce przy lodowcu przyciągnęło kolejnych inuickich chętnych.
Kolejna salka muzealna to Ilulissat dawniej i dziś. Ciekawe są zdjęcia z początków XX wieku, kiedy w porcie w którym stoi teraz „Solanus” nie było żadnej fabryki ryb, tylko obróbka przywiezionego towaru odbywały się bezpośrednio na nabrzeżu. W jednej z gablot pokazane są stare książki szkolne. Okazuje się, że tutejsze abecadło rozpoczyna się tak: „A,B, D”, bo litera „C” w języku grenlandzkim nie występuje!
Sporo informacji jest też na temat psów. Już od 5 tys. lat Grenlandczyczy wykorzystują swoje psy do polowań i transportu. Tak jak już pisałam, psy rasy grenlandzkiej (po łacinie: canis familiaris) można trzymać jedynie na całym wschodnim wybrzeżu, a na zachodnim – na północ od linii kręgu polarnego. Na wymienionych terenach obowiązuje zakaz hodowania innych psów – można je mieć jedynie na zachodnim wybrzeżu poniżej kręgu polarnego. Pies z północy, który został zabrany na południe (poniżej linii kręgu polarnego), już nie może na północ wrócić – rasowo jest „skażony”.
W 2002 roku w komunie (gminie) Ilulissat było 4700 psów. Teraz liczba ta ma tendencję malejącą – w 2007 zarejestrowano już tylko 3555 psów. Problemem jest m.in. ocieplenie klimatu – dawniej można było przejechać zaprzęgiem psim na wyspę Disko, a teraz już nie – wody zatoki nie skuwają już takie lody jak dawniej. Psy są bardzo pożyteczne – zaprzęg 10-12 psów może ciągnąć sanie z ładunkiem 300 kg (zazwyczaj owy „ładunek” to turyści albo złowione spod lodu halibuty, tudzież upolowane foki). Hodowla psów jest dość mocno obwarowana przepisami z tzw. „Psiego Statutu” – ustawowo właściciele muszą o swoje czworonogi dbać, każdy pies w wieku powyżej 5 miesięcy musi być przywiązany, a bezpańskie psy wałęsające się po ulicach mogą być odstrzeliwane przez specjalne służby. Co do tego przywiązywania, to władze wyznaczają specjalne miejsca, gdzie psy mogą być latem trzymane. Właśnie przez taką „psiarnię” przechodzi się w drodze do Icefjordu – jest tam w sumie kilkaset psów. Co do szczepień psów, to zabezpieczone są one przez władze. Trochę zaskakujące, ale tutaj, podobnie jak w Azji, też od wieków jadało się mięso psów, choć ze względu na „ucywilizowanie”, powoli odchodzi się od tych tradycji. Zaprzestano też stosowania psich skór, z których dawniej robiono m.in. ciepłe spodnie. W muzeum wisi taka skórka – bardzo zresztą miękka i miła w dotyku, choć żal choćby myśleć, że jeszcze jakiś czas temu szczekała.
Jest też salka poświęcona pobliskiemu Icefiordowi i lodowcom jako takim. Okazuje się że Icefjord, czyli ten fiord wypełniony małymi i dużymi górami lodowymi oraz pakiem lodowym, ma długość 55 km, przy czym aby pokonać ten dystans, góra lodowa oddzielająca się od czoła lodowca potrzebuje od 3 do 12 miesięcy. Wyliczono, że tempo przesuwania się lodu może dochodzić nawet do 40 m dziennie (przeciętnie jest to 30 m dziennie). Oznacza to, że jest to jeden z najszybciej przesuwających się lodowców w skali świata – inne mają średnią prędkość przesuwu 30-40 m w skali roku. Poza tym lodowiec koło Ilulissat jest też grubszy niż większość innych lodowców – dochodzi do 2500 metrów (chociaż główny grenlandzki lądolód osiąga w centralnej części około 3 km grubości). Jest też największym lodowcem na całej Grenlandii – jego lód to mniej więcej 7% grenlandzkiego lądolodu.
Rocznie lodowiec „uchodzący” do Icefjordu produkuje około 46 km kwadratowych lodu – dryfuje on później po oceanie dopływając nawet tak daleko, jak do Wysp Azorskich (w 1921 i 1948 roku tak się zdarzyło), do wybrzeży Szkocji (w 1903, 1917 i 1936 roku), a nawet na odległy północny-wschód, gdzie w 1881 roku góry lodowe pojawiały się u wybrzeży środkowej i północnej Norwegii. Według mapki z muzeum góra lodowa na której w 1912 roku rozbił się Titanic, też pochodziła z lodowca „cielącego się” koło Ilulissat. Swoją drogą takie góry lodowe to niezłe źródło wody – góry „wycielone” z Icefjordu według danych z muzeum mogłyby zaspokoić roczne zapotrzebowanie na wodę w USA. Czasem widać, że lokalesi nabierają wiaderkami śniego-lodu z takich górek, bo wytopiona z niego woda jest dużo lepsza od kranówy (choć tutejsza kranówka i tak jest o niebo lepsza od warszawskiej). Aż dziwne, że przy takich zasobach woda którą można kupić w grenlandzkich sklepach za jakieś koszmarne pieniądze, sprowadzana jest z… Danii! Z drugiej strony Grenlandia eksportuje – i tu nie jestem pewna czy lód, czy wodę, do Dubaju, a sam lód – taki do drinków – do Japonii.
Niestety lodowiec w dość szybkim tempie cofa się. Jakieś 7 tys. lat p.n.e. jego czoło było tuż przy oceanie, czyli fiordu de facto nie było. Teraz czoło się cofnęło o te wspomniane 55 km, dzięki czemu utworzył się fiord. Poza tym czoło lodowca już nie „pływa” – jest już na dobre osadzone w korycie ze żwiru i skał.
Duże wrażenie zrobiła na mnie gablota poświęcona lodowcowym niebezpieczeństwom. Przykładowo w lipcu 2002 roku lokalna policja wydała oficjalne ostrzeżenie, w którym przestrzegała przed spacerami wzdłuż tzw. „plaży” (żeby się nikt nie łudził: nie ma nich żadnego jasnożółtego piasku). Problemem są nagłe, bardzo szybko przesuwające się i trudne do przewidzenia fale powstające w wyniku przewrócenia się lub zawalenia gór lodowych, zmiatające wszystko co napotkają na swojej drodze. W owym 2002 roku wielka fala zmyła obóz umiejscowiony 10 metrów ponad powierzchnią morza. Wychłodzonych i poranionych turystów znaleziono 100 metrów od obozu – cały ekwipunek morze im zabrało i wyrzuciło na otwarty ocean.
Był też w gablocie artykuł o dwóch Estończykach, którzy w 2006 roku zgubili się w okolicznych górach, we mgle. Przetrwali kilka dni dzięki diecie opartej na lokalnych jagódkach. Znaleziono ich w końcu głodnych i wyczerpanych, choć w miarę w dobrej kondycji psychicznej. Inna wzmianka prasowa mówiła o dwóch rybakach, którzy biwakowali na lodzie, ale że lód pękł, zaczęli dryfować na odkryte morze – ich też na szczęście uratowano. Szczęście miało również 21 rybaków, których też udało się zdjąć ze statku uwięzionego w lodzie.
Wizyta w muzeum byłaby bardzo udana, gdyby nie końcówka. Chodziło o to, że znalazłam fajną, choć bardzo drogą książkę, w której były opisane legendy związane z tupilakami (takie niby-magiczne figurki, o których wspominałam wczoraj). Nie ukrywam, że książki kupować nie zamierzałam, chciałam przeczytać jedynie interesujący mnie krótki fragment. Nawet nie chodziło o kserowanie czy robienie notatek – wyłącznie o przeczytanie kilkunastu linijek. A tu jak mnie kobita z muzeum nie ofuknie. Ja jej na to grzecznie, że interesuje mnie inuicka kultura, że chcę poszerzyć swoje wiadomości, żeby potem napisać ciekawszy artykuł, że to przecież dobrze dla Grenlandii, a pośrednio i dla niej, jeśli ludzie się coś ciekawego o tej wyspie dowiedzą, no bo jak się zainteresują, to może przyjadą, itp. itd. Pani twarda niczym grenlandzka skała patrzy i ciągle tylko te swoje – „you must have money” i że oni tu nie potrzebują turystów, którzy nie mają pieniędzy. Na nic się nie zdały sugestie, że mogłaby być milsza i bardziej uczynna i że jak niby mam napisać zachęcający do przyjazdów artykuł, jeśli zamiast pomocy napotykam przeszkody. Pani nadal nic - dała mi do zrozumienia żebym się wynosiła, bo jej przeszkadzam. Byłam tak wkurzona, że poszłam do miasteczkowego „ratusza” (czytaj: baraku), gdzie udało mi się znaleźć pokój stanowiący coś w rodzaju urzędu promocji turystycznej. Oczywiście pani odpowiedzialnej za kontakty z dziennikarzami nie było, bo gdzieś wyszła, ale że miałam czas, to się rozsiadłam przy jej stoliku i twardo czekałam. W końcu się doczekałam, ale tylko po to, by usłyszeć że owszem, tak, to źle że nie mam jak zdobyć informacji i… tyle. Na pocieszenie dostałam dwa folderki w których nic ciekawego nie ma i wskazówkę, że mój pomysł rozmów ze starymi mieszkańcami mającymi ciekawe życiorysy i dużo do opowiadania jest znakomity, ale przecież potrzebuję tłumacza, więc oni pomogą mi go załatwić, choć to będzie sporo kosztować! Opadły mi ręce… Im chyba naprawdę nie zależy na turystach.
Humor mi się poprawił jak wróciłam na jacht, bo Adam i Łukasz, czyli zaproszeni na zupę rybną Poznaniacy (o spotkaniu z Adamem pisałam wczoraj) już byli, a takie spotkania są zawsze bardzo sympatyczne. Poza tym chłopcy mają fajne pomysły – dużo podróżują, nurkują, pływają kajakami, czyli takie moje bratnie dusze. Niestety dłużej posiedzieć nie mogli, bo musieli zdążyć na statek, który ma ich gdzieś tam przerzucić.
Dobra, koniec pisania… Dziś mamy jeszcze jednego gościa – ma wpaść Hens, Duńczyk z sąsiedniego kutra, który załatwił nam podłączenie do prądu.
20 lipca, 12. dzień poza domem Ilulissat (Grenlandia) Praca, grill i - wszędzie ci Polacy!
Dzień minął nam dość pracowicie. Zaczęło się nerwowo, bo dyrektor techniczny fabryki rybnej przy nabrzeżu której stoimy, dał nam do zrozumienia, że nie za bardzo mu się podoba nasza obecność. Ponieważ wyrzucić nas w sumie nie mógł, bo nabrzeże jest ogólnodostępne, to przynajmniej odłączył nam prąd. Co oznacza brak prądu można sobie wyobrazić – brak oświetlenia, możliwości ładowania baterii aparatów i laptopów, problem z korzystaniem z narzędzi typu wiertarki itp., no i w naszym przypadku – problemy z ugotowaniem czegokolwiek, bo w portach nie korzystamy z naszych palników spirytusowych, tylko przestawiamy się na kuchenkę elektryczną.
Swoją drogą chętnie byśmy się gdzieś indziej z jachtem przestawili, bo nam też średnio odpowiada zapach (czytaj: smród) ryb, tylko po prostu nie ma gdzie. Nawet poszłam zapytać, gdzie niby moglibyśmy zacumować, ale z fabryki ryb odesłano mnie do kapitanatu portu, tam powiedziano bym poszła do fabryki ryb, gdzie znowu usłyszałam o kapitanacie… Typowo po grenlandzku – każdy chce intruza spławić – odesłać go do wszystkich diabłów, byleby nie mieć z nim kłopotu. Najbardziej kuriozalna była końcówka - w fabryce ryb usłyszałam, że najlepiej byłoby jakbyśmy odpłynęli… do innego portu! Zamurowało mnie z wrażenia! Kiedy wybąkałam coś, że w innych częściach świata to nikt nikogo z portów nie wygania, dodano jakby na usprawiedliwienie, że „tam może będzie łatwiej z prądem”. Na koniec spróbowałam jeszcze raz prosić o ponowne podłączenie do gniazdka, argumentując , że mamy awarię i naprawiamy silnik. Pan Techniczny był nieprzejednany. Na uwagę, że nawet nie możemy ugotować jedzenia odpowiedział, swoją drogą logicznie, że „przecież możemy pójść do restauracji”.
Skończyło się na tym, że nasz znajomy Duńczyk z kutra obok sam z siebie stwierdził, że to jakaś paranoja i podłączył nas do siebie (znaczy się do kutra). Tak czy owak jeśli chodzi o Grenlandczyków, to pierwszy raz spotkałam się z takim potraktowaniem żeglarzy. Ludzie morza zwykle sobie pomagają, a żeglarzy otacza się szczególną opieką. Tutaj tym bardziej to dziwne, że poza nami nie ma żadnych innych jachtów. Zresztą nie liczyliśmy już na jakieś specjalne względy, nie pojmujemy jedynie tego dziwnego utrudniania. Korzystanie z prądu to w innych portach zupełnie normalna sprawa, a że niekiedy odbywa się to za opłatą, rzecz jasna bierzemy pod uwagę.
W każdym razie tak jak już pisałam, każdy z nas miał dzisiaj na głowie różne zadania. Ja m.in. poszłam znaleźć serwis Yamahy, żeby naprawili nasz mały silnik do pontonu, bo z nim też nie najlepiej. Poza tym byłam z Jackiem na zakupach, co oznacza, że zwiedziliśmy wszystkie trzy lokalne supermarkety. Najważniejszy zakup został dokonany jednak już w porcie, wprost z rybackiej łódeczki , tzn. za 100 koron kupiliśmy dwie wielkie ryby! Oprawił je własnymi rękami nasz Wielki Kapitan, no i teraz mamy cały kambuz w rybnych filetach. Część z nich została przeznaczona na wieczornego grilla, część będzie na jutro na obiad, a z części Jacek który jest dzisiaj kambuźnikiem – ugotował zupę.
A teraz o wspomnianym „wieczornym grillu”, bo właśnie z niego wróciliśmy. Dzisiaj kolacja była na łonie przyrody, bo ze wspomnianymi rybkami, ziemniakami i specjalnie zrobionym masełkiem czosnkowym poszliśmy nad Icefjord, gdzie rozłożyliśmy zakupionego w supermarkecie jednorazowego grilla. Było bardzo sympatycznie, tym bardziej że atmosfera w załodze jest iście rodzinna, no a poza tym przy tak fantastycznych widokach jakie są w zawalonym górami lodowymi Icefjordzie, z założenia jest pięknie i fajnie. Jedyne co nas nieco stresowało, to chodzący w pobliżu chłopak z aparatem na statywie. Nie byliśmy pewni jak to z grillowaniem w takim miejscu (choć rzecz jasna skrzętnie zbieraliśmy wszelkie śmieci do przyniesionej specjalnie torby), a gdyby to był Grenlandczyk, to nie wiadomo byłoby, czy gdzieś by życzliwie nie doniósł, by nasłać na nas policję. I właśnie wtedy, kiedy kartofle zaczęły już się dopiekać, tajemniczy gościu do nas podszedł i… Tu zaskoczenie - zagadał po polsku!!! Dobrze, że jeszcze nie zaczęłam jeść, bo bym się udławiła z wrażenia! W ten to oto sposób poznaliśmy Adama, który wraz z kumplem włóczy się od 3 tygodni po wyspie w ramach wyprawy fotograficznej „Grenlandia 2010”. Zaprosiliśmy obu chłopaków jutro na jacht na zupę rybną. Zawsze to miło pogadać z rodakami taki kawał od rodzinnego kraju.
Z fiordu wygnała nas mgła. Niepojęte, jak tu się szybko zmienia pogoda. W ciągu kilkunastu minut błękitne, bezchmurne niebo zostało kompletnie zasnute szarą zasłoną, a zresztą nie tylko niebo, bo w ogóle widzialność ograniczyła się do kilkudziesięciu metrów.
W drodze powrotnej na jacht zahaczyłam jeszcze o warsztat, w którym jakiś lokales szlifował rogi renifera, kości wieloryba i fok, robiąc z nich różne pamiątki. Najciekawsze są wyglądające dość szkaradnie tzw. tupilaki, teraz sprzedawane jako pamiątki, chociaż dawniej traktowane jako magiczne figurki. Wysyłało się coś takiego największym wrogom, aby ich podstępnie zabiły, przy czym nijak nie można było ani od czegoś takiego uciec, ani się przed tą ich złą mocą ukryć. Każdy kij ma jednak dwa końce i z tupilakami też tak było – „obdarowany” taką przynoszącą nieszczęście figurką mógł odwrócić jej złe działanie o 180 stopni. Wystarczyło że miał odpowiednią moc i tupilak ze swoją mocą zabijania wracał niczym bumerang do nadawcy. Jaki z tego morał? Nie życz drugiemu co tobie niemiłe i zastanów się dwukrotnie, zanim coś zrobisz.
19 lipca, 11. dzień poza domem, około północy Ilulissat, Icefjord (Grenlandia) Z górami lodowymi w tle
Dzisiaj głównym wydarzeniem dnia była sesja zdjęciowa „Solanusa” pośród gór lodowych. Wypłynęliśmy w kierunku Icefiordu, zrzuciliśmy na wodę nasz ponton no i ja trzaskałam foty, a Bronek kręcił filmiki. Muszę powiedzieć, że nasz czerwono-żółty okręt idący pod żaglami z ogromnymi górami lodowymi w tle wygląda naprawdę prześlicznie. A przy tym po prostu nie mogę się napatrzeć na te ogromne masy lodu i śniegu. Działa to na mnie hipnotyzująco – taka moc natury, przy której człowiek czuje się taki malutki i bezbronny. Groźne, potężne, a zarazem piękne – każda o innym, niepowtarzalnym kształcie. Są wśród nich śnieżne zamczyska z białymi basztami, niby-bramy, piramidy, ale też i takie, które mają postrzępione grzbiety albo przypominają kształtem zaklętych w śniegowe figury ludzi-gigantów. Zupełnie płaskie, niczym blat stołu góry lodowe, takie jakie widziałam na Antarktydzie, tutaj występują bardzo rzadko.
Pływanie w pobliżu gór lodowych jest niesamowitą sprawą, ale jednak stresującą. Problemem jest to, że nigdy nie wiadomo kiedy taka góra pęknie, a że lód pracuje, słychać bardzo dobrze po różnych trzaskach, jękach i hałasach przypominających wybuchy. Fala, która mogłaby powstać po zawaleniu się choćby odłamka takiego śnieżnego kolosa, albo tym bardziej po jego wywróceniu, spokojnie mogłaby wywrócić ponton, nic więc dziwnego że nasza sesja zdjęciowa była szybka, po czym wycofaliśmy się na z góry upatrzone, dalsze pozycje. O tym, że z takimi niby-tsunami po obaleniu się gór lodowych nie ma żartów, przestrzegają nawet sami tutejsi rybacy, a i w zamieszczonym w Locji Admiralicji opisie portu można przeczytać, że niektóre z takich fal mają wysokość 2 metrów i robią sporo zamieszania wśród źle zacumowanych łódek.
Teraz jest wieczór i wpadłam na Internet pogadać chwilę przez skype`a z moim kochanym mężem. Muszę powiedzieć, że za rodzinką bardzo już tęsknię, ale za informacjami co w świecie i w kraju, jakoś dziwnie nie. Ponoć w Polsce bardzo gorąco. Tutaj też, tyle że panujące aktualnie „upały grenlandzkie” to raptem 21 stopni C. W każdym razie niech się nikomu nie wydaje, że na Grenlandii chodzi się wiecznie w kurtkach puchówkach. Ilulissat jest jakieś 200 km na północ od kręgu polarnego, a mimo to normalny jest tu widok ludzi w koszulkach z krótkim rękawem czy nawet w krótkich spodenkach. Zresztą tacy którzy chodzą z nagim zupełnie torsem, też się zdarzają.
A właśnie – jacy są Grenlandczycy? Ogólnie – dość specyficzni. Nie ma co oczekiwać spontaniczności i otwartości wobec przybyszy, tak jak to jest na przykład w Azji. Tu raczej nikt sam z siebie do nas nie podejdzie, nie zaproponuje pomocy i nie zapyta skąd jesteśmy, bo raczej go to nie obchodzi. Poza tym Grenlandczycy mają niezbyt miły styl zachowywania się w ten sposób, że odbiera się ich jakby lekceważyli rozmówcę, tzn. nie rozumiejąc co mówi traktują go jak powietrze. Odczułam to choćby dzisiaj, kiedy chciałam zobaczyć w środku miejscowy kościółek. Akurat wychodził z niego jakiś facet, więc się ucieszyłam, bo kościółek nie ma regularnych godzin otwarcia. Radośnie podbiegam, mówię mu „dzień dobry”, a tu facet w międzyczasie zamyka kluczem drzwi. W tej sytuacji uśmiecham się przyjaźnie i pokazuję, że tylko na moment chcę zajrzeć do środka. Myślicie, że pozwolił? Po prostu odwrócił się plecami i sobie poszedł! Prosiłam go jeszcze, że ja tylko na minutę, że przecież nie narobię kłopotu – gościu potraktował mnie jak widmo, którego niby nie widzi i nie słyszy. Wsiadł na motorek i pojechał, nie mówiąc ani słowa.
Takie zachowanie jest wśród Grenlandczyków jak najbardziej typowe. Podobnie jest w sklepach – w Nuuk chcieliśmy kupić paliwo do kuchenki, ale nie było tyle butelek, ile chcieliśmy. Zapytaliśmy czy jest więcej, a tymczasem sprzedawczyni zamiast nam odpowiedzieć, ostentacyjnie żując gumę zaczęła gadać z koleżanką. Czuliśmy się jak intruzi, chociaż w sumie to wcale nasza obecność dziewczynie za ladą nie przeszkadzała – ona po prostu jakby nas przestała widzieć! I jeszcze jeden przykład. Kiedy byłam pierwszy raz w Ilulissat, wtedy podczas tej mojej eskapady w pojedynkę, tuż przy najruchliwszym skrzyżowaniu w centrum miasteczka straciłam przytomność. Na krótko, ale byłam bardzo słaba, przywalona ciężkim plecakiem (nosiłam ze sobą całe żarcie i cały sprzęt biwakowy) i przez dłuższy czas nie miałam jak się podnieść. Ileś ludzi koło mnie przechodziło, ileś samochodów przejechało i nikt się mną nie zainteresował! Jakby to było normalne, że jakaś turystka tak sobie leży przygnieciona plecakiem w samym środku miasta.
Oczywiście nie mówię, że wszyscy są tu nieuprzejmi, aspołeczni i niekomunikatywni. Poznałam też wiele całkiem fajnych osób, choć to na ogół ci, którzy mieli okazję pobyć dłużej za granicą (zwykle w Danii), a czasem nawet się tam wykształcili. Z tych znajomości z poprzedniego razu pamiętam chłopaka-paralotniarza, którego poznałam w górach i z którym potem jeszcze długi czas miałam kontakt mailowy. Dzisiaj z kolei spotkałam bardzo sympatyczną Ananak (nie wiem czy dokładnie tak się pisze jej imię), która wracała akurat z polowania na foki. Nic nie upolowała (Bogu dzięki), za to ze swoją ogromną, mocno przestarzałą strzelbą kobitka wyglądała bardzo bojowo. Co prawda to ja ją zagadałam pierwsza, no ale gadało się miło, tym bardziej że Ananak jest jedną z nielicznych tutaj lokalesek mówiących po angielsku.
Jeśli chodzi o polowania, to jest to swego rodzaju „sport narodowy” Grenlandczyków. Strzelają tu chyba do wszystkiego, do czego mogą. Rozumiem jeszcze polowanie na foki, które potem zjadają – to w jakiś sposób jest usprawiedliwione. Wczoraj jednak wracając po północy z Icefiordu spotkałam młodych chłopaków strzelających do przelatujących nad wodą ptaków. W tym przypadku od razu wiadomo było, że chodzi o zabijanie dla zabijania – trafionego ptaka nie mieliby jak zabrać. Zapytałam, dlaczego to robią. Zdziwili się dlaczego zadaję takie głupie pytania – wiadomo że dla zabawy!
Z innej beczki, żeby nie wyszło że tylko krytykuję Grenlandczyków. Dziś zalogowałam się na krótko na Internecie, no i wśród licznej poczty znalazłam mail od kapitana Wojtka Jacobsona (przypomnę – pierwszy Polak, który pokonał Przejście Północno-Zachodnie). Poza licznymi, bardzo cennymi radami (dzięki, Wojtku!) jest też kilka zdań, które wprawdzie potwierdzają to, co i tak wiemy, ale rzecz jasna pocieszające nie jest. No więc Wojtek napisał: „Jak na razie to North West Passage jest zamknięty. Lody są 100% czyli 10/10. Nawet CCG reports są negatywne”. W skrócie chodzi o to, że sytuacja lodowa jest fatalna! Dziwne, że z jednej strony trąbi się na prawo i lewo o globalnym ociepleniu, a tymczasem w Arktyce lodu jest w tym roku więcej niż w poprzednich latach. No a my, niczym niepoprawni optymiści, wciąż liczymy że jednak się uda i obejdzie się bez zimowania jachtu. Póki co i tak nie pozostaje nam nic innego, jak czekać aż lody zaczną odpuszczać.
18 lipca, 10. dzień poza domem, późnym wieczorem W Ilulissat (Grenlandia) Na skałach przy lodowcu
Dziś pracuję w plenerze :) . Dokładniej to siedzę nad lodowcem i stukam w klawiaturę mojego HPeciaka słuchając trzasków rozłupujących się gór lodowych. Jest godzina 23-ta, ale słońce wciąż jeszcze wisi wysoko. Widok przede mną – obłęd! Gładka jak stół tafla wody, w której odbija się błękitne niebo i wyrastające z tej wody białe góry. Jest tych lodowo-śniegowych tworów tyle, że wygląda to jak jakieś lodowe gruzowisko. Czoło lodowca jest jeszcze kawał drogi stąd, w głębi głębokiego fiordu, przy czym wcale go nie widać, bo zasłaniają go te oderwane góry lodowe czekające na swoją kolejkę, aby wypłynąć na szerokie wody oceanu. Jest zupełnie pusto – ni żywej duszy i byłoby całkiem romantycznie gdyby nie tutejsza plaga, czyli natrętne muszki wchodzące w każdy otwór ciała (mam na myśli usta, nos i uszy). W oczach zresztą też już je miałam – w ciągu dnia chroniłam się przed nimi okularami, ale teraz słońce już na tyle osłabło, że okulary są bez sensu.
No więc siedzę w tych jak to niektórzy mawiają „pięknych okolicznościach przyrody” i nadrabiam zaległości blogowe. W sumie choć to kawał drogi (jestem jakieś 3 kilosy od portu), magia tego miejsca sprawiła, że jestem tu już drugi raz w ciągu tego samego dnia. Około południa byliśmy tu całą załogą. Wyszła z tego super wycieczka, bo widok jaki zobaczyliśmy, wszystkich nas bez wyjątku powalił, a poza tym dobrze nam zrobiło takie rozruszanie się, bo na jachcie możliwości ćwiczenia kondycji niestety nie ma.Niesamowicie zaimponował mi Tolek – patrząc jak gania po górkach niczym kozica trudno uwierzyć, że to facet który przekroczył 70-tkę! Kondycję ma niesamowitą!
Zanim wybrałam się na samotną, wieczorną wycieczkę do Icefiordu, połaziłam trochę po miasteczku. Zaczęło się od tego, że podjęłam się zlokalizowania jakiegoś w miarę taniego Internetu. Taniego Internetu rzecz jasna tu nie ma, bo na Grenlandii wszystko jest mega drogie, ale okazało się, że w tutejszym schronisku młodzieżowym jest jednak trochę taniej niż w hotelach. Jedyny problem polega na tym, że trzeba mieć żetony, a można je kupić dopiero rano. Cóż było robić – skoro z Internetu nici, postanowiłam inaczej wykorzystać czas.
Na dobry początek zrobiłam sesję zdjęciową tutejszym psom. Psiaki są śliczne – mają mordki niczym u miśków i grube, gęste futro, jednak nikt nie traktuje ich jako domowych pupili, tylko jako psy do pracy, a ściślej – siłę pociągową do sań. Zimą takie psie zaprzęgi to na Grenlandii dość powszechny środek transportu – przy ulicach są nawet znaki ostrzegawcze „Uwaga, sanie”. Latem sanie są rzecz jasna bezużyteczne – leżą zwykle koło domów, no i w tej sytuacji bezużyteczne są też psy. Nie ma co z nimi zrobić, w związku z czym uwiązuje się je łańcuchami przed domami lub gdzieś na obrzeżach miasteczka, czasem, choć nie zawsze postawi budę, no i tak to czworonogi wyczekują zimy. Jeśli ktoś zapyta z jakimi odgłosami kojarzy mi się Grenlandia, odpowiem bez wahania, że z ujadaniem głodnych psów. Właściciele uznają, że skoro psy nie pracują, to codzienna micha im się nie należy. Czasem, jak gospodarz hojny to może dwa-trzy razy w tygodniu wyrzuci im się rybne odpady i tyle. Powinnam jeszcze dodać, że te psy to specjalna grenlandzka rasa. Do linii kręgu polarnego, czyli na południe od mniej więcej miejscowości Sissimiut, można trzymać dowolne psy poza tymi właściwymi grenlandzkimi. Na północ od kręgu są już tylko psy rasy grenlandzkiej. W jednej z miejscowości na północy spotkałam kiedyś owczarka niemieckiego, ale okazało się że to czworonogi policjant, więc wydano na niego specjalne zezwolenie, a na głowie policjantów jest żeby przypadkiem nie popełnił przestępstwa i nie zbratał się z kumplami rasy grenlandzkiej. Po prostu - czysty rasizm!
Włócząc się po Ilulissat akurat trafiłam na porę szczekania. Wieczorami grenlandzkie miejscowości rozbrzmiewają jazgotem psiaków, które sprawiają wrażenie jakby ze sobą rozmawiały. Słowo „odszczeknij się” w tym przypadku jest jak najbardziej uzasadnione. No ale dziś było coś, co zagłuszyło nawet psy. Mam na myśli krzyki kibiców na meczu piłkarskim, który ściągnął chyba całe Ilulissat. Towarzystwo rozsiadło się na skałach otaczających boisko, no i żywo dopingowało biegające po boisku drużyny. Dla mnie to dobra okazja do obserwowania lokalesów. Wyraźnie widać, że młodzież inuicka (określenie „eskimoska” jest źle odbierane) stara się iść z duchem czasu i naśladować trendy europejskie. Stąd też wymyślne fryzury, osobliwe, czyli niby modne ubiory i szpanerskie okulary, na które zwraca się tu szczególną uwagę. Ciekawą grupę kibiców stanowią pary podjeżdżające samochodami i obserwujące mecz bez wysiadania z pojazdów. Coś mam wrażenie że to taki „podryw na auto”, tym bardziej że samochód to tutaj wyznacznik wysokiego statusu materialnego. W większości wypadków to zupełny bezsens, bo jeździć można co najwyżej po mieście i ewentualnie na oddalone o kilka kilometrów lotnisko – innych dróg nie ma. Ja jakbym tu mieszkała, wszędzie jeździłabym rowerem.
Z innej beczki - zaskakująca jest różnorodność tutejszej roślinności. Jeśli ktoś myśli, że Grenlandia to tylko lód i śnieg, ewentualnie gołe skały, to się grubo myli. Z tymi skałami to fakt – trochę ich tu jest, ale przynajmniej o tej porze roku jest tu naprawdę sporo kwiatów! W samym miasteczku najwięcej jest rumianków, poza nim – dominują fioletowe dzwoneczki (w Polsce też są podobne), ale do tego dochodzą jeszcze inne – różowe, żółte, nie mówiąc o białych wełniankach (takie trawki z niby kłaczkami „waty”). Do tego jest też mnóstwo grzybów – podgrzybków. Nawet chcieliśmy je pozbierać na potrzeby naszego kambuza, ale większość z nich jest robaczywa i podgniła. Za to nie ma zupełnie drzew. To typowe dla Grenlandii. Kiedy w czasie tej swojej pierwszej, samotnej podróży po Grenlandii zapytałam dzieciaki z północy wyspy, co im się najbardziej podobało podczas szkolnej wycieczki do Paryża, wcale nie mówiły o Wieży Eiffle`a czy o Eurodisneylandzie, gdzie je zabrano. Okazało się, że największe wrażenie wywarły na nich właśnie drzewa!
A wracając do tej swojej pierwszej grenlandzkiej podróży. Przechodziłam dziś koło miejsca gdzie kiedyś biwakowałam. Wtedy mój namiot był jedynym jaki tam stał, a miało to ten plus, że nie musiałam za nic płacić. Teraz okazało się, że to zastawione kilkunastoma namiotami pole namiotowe, a za przyjemność przespania się na nim musiałabym zapłacić 20 dolców za noc! Odkąd Icefiord w Ilulissat w 2004 roku wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, przyjeżdża tu mnóstwo turystów, dla których wyznaczono szlaki turystyczne, zbudowano drewniane podesty dzięki czemu nie trzeba moczyć butów, tak jak ja to musiałam robić i ogólnie jest bardziej cywilizowanie. Zupełnie coś innego. Trudno mi powiedzieć, którą Grenlandię wolę…
18 lipca, 10. dzień poza domem, rano W Ilulissat (Grenlandia) W Porcie Jakuba
Wczoraj wieczorem, około 21-ej, zacumowaliśmy wreszcie w Ilulissat. „Wreszcie” bo bardzo długo do niego dochodziliśmy, przebijając się między górami lodowymi i growlerami (bryłami lodu) i walcząc z kapryszącym silnikiem. Góry lodowe były niesamowite – każda inna, wcale nie tylko białe, ale urozmaicone odcieniami zieleni i błękitu. Jak na złość wysiadły nam po kolei wszystkie aparaty fotograficzne – tzn. padły baterie, a nie było ich jak podładować.
Co do silnika to już pisałam, że jego kaprysy zagwarantowały nam kilkudniowy postój w porcie. Zresztą i tak musimy poczekać na nasz telefon satelitarny, który też jakiś czas temu odmówił posłuszeństwa, został odesłany z Islandii do Polski, no i firma Iridium miała nam odesłać go już po naprawie na Grenlandię. Jak na razie o telefonie wieści nie ma. Dokładnie taka sama sytuacja jak na moim rejsie na „Starym” wokół Hornu, gdzie też mieliśmy problemy z telefonem i skończyło się na tym, że musieliśmy płynąć bez, bo przestaliśmy wierzyć w niedotrzymywane obietnice, że ktoś to cudo naprawi. Dobrze zrobiliśmy, bo telefon wrócił na jacht dopiero po 3 miesiącach! W tym rejsie nie ma jeszcze dramatu, bo mamy do dyspozycji prywatny telefon Jacka, no ale w końcu nie po to jest telefon jachtowy, żeby korzystać z grzecznościowego.
Teraz o Ilulissat… Pod względem wielkości ta zabudowana kolorowymi domami miejscowość jest drugą co do wielkości na Grenlandii – mieszka tu 4,5 tys. osób. W sumie z jednego końca „metropolii” na drugi można przejść w kwadrans, co jednak może być dość męczące, bo teren jest górzysty, więc warunki do ćwiczenia kondycji jak najbardziej są.
Tak w ogóle to nazwa Ilulissat jest nazwą grenlandzką, w związku z czym tak mówią o tej mieścinie wszyscy rodowici Grenlandczycy. No ale że Grenlandia to posiadłość duńska, na wielu mapach drukowanych za granicą (o Danii nie wspominając) można spotkać nazwę duńską, czyli Jacobshavn. W tłumaczeniu znaczy to „Port Jakuba” – chodzi o pana Jacoba Severina, który żył w latach 1691-1753 i którego uważa się za założyciela mieściny (miało to miejsce w 1741 roku).
W Ilulissat jesteśmy jedynym jachtem, ale port tu wyjątkowo tłoczny i ruchliwy. Pełno w nim zwłaszcza malutkich motorówek, choć my akurat stanęliśmy burta w burtę z dużym kutrem duńskim, którego kapitan i zarazem właściciel – sympatyczny Hens - od razu u nas mocno zaplusował, bo pozwolił nam na skorzystanie ze swojego prysznica (o szklance kakao i ciasteczku które dostałam przy okazji, już nie wspominam). No ale to było wczoraj, natomiast dzisiaj rano Hans dość niespodziewanie wyszedł w morze, powodując tym samym nasze szybkie postawienie się na nogi. Akurat byliśmy w stanie nieśpiesznego szykowania się do niedzielnego śniadania, kiedy okazało się, że Hens oddał cumy, nie przejmując się specjalnie, że jesteśmy wciąż do niego przywiązani. Pierwsza chwila to panika – Bronek-kapitan był akurat w toalecie na brzegu i nic o przestawianiu jachtu nie wiedział, Romek kończył właśnie smażyć jajecznicę, a tu nie ma zmiłuj się – trzeba było natychmiast zabrać się za manewry. Trzeba powiedzieć, że przejście od jajecznicy do dowodzenia naszym okrętem wyszło Romkowi doskonale, przy czym kręcące się po i tak ciasnym porcie małe łódeczki wcale mu nie ułatwiały zadania. Najbardziej zdziwił się Bronek, który przyszedł na nabrzeże i nie zastał jachtu.
Teraz już jesteśmy po śniadanku (jajecznica mimo przerwy w smażeniu udała się znakomicie) i szykujemy się na wycieczkę nad Icefiord, czyli fiord w którym jak to się fachowo mówi: „cieli się” lodowiec. Byłam już tam podczas swojego pierwszego pobytu na Grenlandii (jakieś 10 lat temu), kiedy włóczyłam się na własną rękę śpiąc pod namiotem i podróżując „statkostopem”. Ciekawe, co się w międzyczasie czasie tu zmieniło?
Z innych, ważnych jachtowych spraw: Romek zgolił brodę! Do dzisiaj wyglądał jak Święty Mikołaj w cywilu, no ale dzisiaj Jacek zrobił na pokładzie zakład fryzjerski i po brodzie Romka, tudzież włosach Bronka zostały tylko wspomnienia…
17 lipca, 9. dzień wyprawy W morzu, 60 mil od Ilulissat Rano
Wczoraj nie byłam w stanie nic pisać. Powód? Dopadła mnie! A już myślałam, że mi daruje! Chodzi o chorobę morską, która zaatakowała tym razem wyjątkowo dziwnie i podstępnie. Nie na początku, jak to zwykle na rejsach bywa, również nie wtedy, kiedy były wysokie fale i w sztormie rzucało nami na wszystkie strony, ale dopiero czwartego dnia po wypłynięciu, jak już się wiatrzysko uspokoiło i bujaliśmy się na stosunkowo małej fali.
Zaczęło się od nieprzyjęcia się kolacyjnej kanapeczki z pasztetem, a potem to już niemal „umierałam”. Rzecz jasna nie najlepszy stan ciała i umysłu nie wpłynął na moją pracę na jachcie – wachtowałam normalnie. Zresztą określenie „choroba” nie jest w tym przypadku właściwe, bo za stan rzeczywiście chorobowy uważa się sytuację, kiedy złe samopoczucie utrzymuje się przez dłuższy czas, a nieszczęśnik, którego to dotyczy, nic poza leżeniem w pozycji horyzontalnej nie jest w stanie robić.
Problem z zaaklimatyzowaniem swojego błędnika do rozbujanego morza ma zdecydowana większość ludzi, włącznie z największymi żeglarskimi sławami. Teoretycznie są w aptekach różne niby zapobiegające tej przypadłości leki, ale powiem szczerze – mnie żadne aviomariny czy inne specyfiki apteczne jakoś nie pomagają. Nie zawsze choruję, ale jak się zdarzy, to trudno, po prostu muszę się przemęczyć aż minie. Cóż, jak powszechnie wiadomo, najlepszą receptą na chorobę morską jest położyć się w cieniu rozłożystego dębu. A tak na poważnie - najlepiej się przemóc i po prostu się czymś zająć, np. sterowaniem.
W każdym razie dzisiaj w nocy miałam wachtę od drugiej do szóstej i rzeczywiście podczas sterowania było mi lepiej. Mało tego - było wręcz cudownie! Jak zobaczyłam o drugiej w nocy pomarańczowe słońce, czyli tutejszy zachód, który od razu jest wschodem, a do tego górę lodową oświetloną tym słońcem, z miejsca zapomniałam, że mnie mdli. Z każdą godziną gór lodowych było coraz więcej. Aż żal było nad ranem schodzić z wachty. Zanim położyłam się do koi pomogłam jeszcze Jackowi i Bronkowi zwinąć grota i foka, bo przestało zupełnie wiać i trzeba było odpalić nasz humorzasty silnik. Chyba przechodzi menopauzę, bo nie może się zdecydować, czy zapalić czy nie, a do tego żre takie ilości oleju jak jakiś smok.
A póki co, właśnie wstałam po odsypianiu zarwanej nocy i stwierdziłam, że po prostu szkoda przesypiać takie krajobrazy! Idę na pokład!
Po 16-tej Słoneczne Disko
Co za niedorzeczna nazwa: „Zatoka Disko”! No ale skoro już jesteśmy w tej „Diskotece” (Disko Bay), a w dodatku wiatru ni krztyny, postanowiliśmy się nieco pocieszyć, że się jakoś ten oczekiwany port zbyt wolno przybliża i dokonaliśmy degustacji przywiezionej przez Jacka pysznej naleweczki z aronii. Oczywiście z umiarem, bo to morze, ale faktem jest, że humory dopisują ( okej, bez nalewki też dopisywały). Jacek zrobił nawet koncert szant i piosenek górskich, bo jak to na morzu – żeglarze często śpiewają repertuar górski, nie mówiąc o tym, że Jacek po prostu ma talenty śpiewaczo-aktorskie.
Po obiedzie, który dzisiaj gotował sam kapitan (bo Bronek też ma wachty kambuzowe), siedząc całą ekipą na zalanym słońcem pokładzie, obserwowaliśmy teraz już naprawdę potężne góry lodowe. Piękne i dostojne, pokazują ponad powierzchnią wody zaledwie 1/9 swojej bryły. W każdym razie powiedzenie „wierzchołek góry lodowej” jest jak najbardziej prawdziwe. Korciło nas żeby podpłynąć blisko którejś z nich, ale rozsądek przeważył – nie ma żartów z takim kolosem. Świadczy o tym choćby opuszczona osada po drugiej stronie Zatoki Disko. Powodem wyludnienia wioski było zalanie przez wielką falę, takie niby tsunami utworzone właśnie po zawaleniu się góry lodowej.
Do portu zostało nam jakieś 20 mil. Teraz już grzejemy na silniku, bo wiatr zupełnie siadł, a woda przypomina bardziej powierzchnię jeziora niż oceanu. Przy sterze stoi Bronek (to pierwszy rejs, na którym jestem, gdzie kapitan nie tylko gotuje, to jeszcze pełni wachty nawigacyjne! W każdym razie dobrze to świadczy o Bronku!), Jacek z Tolkiem śpią na deku korzystając ze słoneczka jakie całkiem mocno przyświeca, ja z kolei korzystam z dobrodziejstwa laptopa i uzupełniam notatki. Mój „HaPeciak” jak go nazywam, spisuje się jak na razie doskonale – od wyjścia z Nuuk go nie ładowałam, a mimo dość częstego jego eksploatowania, wskaźnik baterii pokazuje że mam jeszcze 12 godzin pracy!
W Ilulissat pewnie trochę postoimy, bo jak już wspomniałam, mamy problemy z silnikiem i nie wykluczone że trzeba będzie go w celu naprawy wyciągnąć z jachtu. Póki co to marzy mi się prysznic. Na jachcie niby jest, ale szczerze mówiąc trudno się myć w przechyle, gdy nie ma mowy o utrzymaniu pionu, a poza tym nawet z użyciem umywalki są problemy (przy przechyłach na lewą burtę woda nie ma jak wyciekać). Poza tym wodę słodką na morzu z założenia się oszczędza. W każdym razie gorący prysznic w wersji lądowej i czyste ciuchy to moje stałe marzenia w każdym dłuższym rejsie.
A tak w ogóle to przed chwilą dodzwonił się do nas poznany w Nuuk Zbyszek Mościcki. Powiedział, że są na obiedzie u Piotra (jak widać Polonia grenlandzka trzyma się razem) i że jest tam również Walter (argentyński ksiądz), który się ponoć za nas modli. Miło pomyśleć o tym, że mamy na grenlandzkiej ziemi takie mocne duchowe wsparcie. Zwłaszcza informacja o tych modlitwach „Padre Waltera” mnie rozczuliła! Muchos gracias Walter!
16 lipca, 8. dzień poza domem Nadal w morzu, 100 mil od Ilulissat
W nocy całkiem dobrze sobie pospałam, bo wachtowałam do północy, a potem dopiero od 6-tej rano. Wachta poranna minęła całkiem sympatycznie, bo choć jest temperaturowo dość rześko (termometr wskazuje 7 stopni), wyjrzało słoneczko, dzięki czemu świat wydaje się piękniejszy. Poza tym pojawiły się delfiny. Wcześniej jedyne towarzystwo jakie mieliśmy stanowiły mewy, ale delfiny to jednak zwierzaki bardziej urocze.
Świetnym pomysłem na wachty okazały się audiobooki, czyli wgrane w odtwarzacz MP3 książki, jakie sprezentowała nam firma Audiobooki.pl . Jestem na etapie słuchania „Idioty” Dostojewskiego. Jakoś na lądzie nigdy nie mogłam zabrać się za wersję pisaną tej powieści, a tu masz – teraz sterując słucham sobie tego dziełka przez słuchawki i tak mnie akcja wciąga, że kiedy po godzinie przychodzi zmiennik na ster, wcale nie chce mi się schodzić. W przerwach między sterowaniem, kiedy nie za bardzo mogę mieć na uszach słuchawek, bo muszę wsłuchiwać się w odgłosy z pokładu, dla odmiany wyciągam wydaną już jakieś lata temu książkę „Gedanią za dwa kręgi polarne” autorstwa sławnego kapitana Dariusza Boguckiego (zresztą osobiście znanemu naszej ekipie). Szkoda, że nie doczekał naszego rejsu – zmarł kilka lat temu, a rejs który my teraz robimy to dokładnie jego marzenie. On ze swoją załogą też chciał zrobić Przejście Północno-Zachodnie, tyle że dobre 40 lat temu. Mieli szansę być pierwsi w świecie, ale mieli pecha, bo byli żeglarzami z wówczas komunistycznej Polski i Kanadyjczycy nie dali im zezwolenia na przepłynięcie na ich wody. Szkoda, bo mieli dużą szansę – Gedania była jachtem dobrze przygotowanym na lodową żeglugę. Teraz często spotykam Gedanię na wodach Morza Śródziemnego - trochę żal nie pływa po tych akwenach, na które została pierwotnie zaprojektowana.
Ale wracam do Solanusa. Jacht zamienił się w czytelnię. Tolek wertuje przywiezioną przeze mnie z kraju Politykę, Bronek też jest spragniony wieści z kraju więc zatopił się w Angorze, Romek dla odmiany leży w koi z jakąś opasłą knigą, nie wiem o czym. Na górze, przy sterze męczy się Jacek. „Męczy się” bo wiatr się odwrócił i chcąc płynąć jak najostrzej do wiatru, trzeba się bardzo pilnować by nie zrobić niekontrolowanego zwrotu. Chcąc niechcąc płyniemy teraz na wschód, co nie za bardzo nam pasuje , bo Ilulissat jest bardziej na północy, a na East (wschodzie) mamy brzeg, gdzie nikt nie mieszka.
Niby moglibyśmy odpalić silnik, ale jak to na polskich jachtach – czynnik finansowy (paliwo) sprawia, że zostawiamy go na trudniejsze czasy. Jedyne co zmieniło się na plus przy tym kursie, to to, że nie kiwamy się tak z burty na burtę – płyniemy w miarę na równej stępce, więc każda czynność na jachcie jest prostsza w wykonaniu i nie grozi siniakami czy zaatakowaniem przez wypadające nie wiadomo skąd przedmioty. Przez poprzednie dwa dni trudno było choćby spać, tak rzucało w koi, choć wypracowałam sobie odpowiedni sposób klinowania się. Doskonale sprawdza mi się pod tym względem mój olympusowski plecak fotograficzny, który rzecz jasna szczególnie dobrze zabezpieczyłam, co nie przeszkadza temu by stanowił świetną blokadę dla moich nóg.
A póki co chyba pomogę Tolkowi w obiedzie. Przez dwa poprzednie dni ze względu na będące efektem fali naprawdę ekstremalne sytuacje w kambuzie, robiliśmy na obiad to, co było gotowe, czyli wynalazki puszkowo-słoikowe. Dziś w kambuzie już nic nie lata, tak więc biedny Tolek podjął się ugotowania pełnego obiadku, czyli kartofli z wekowanym mięsem plus surówka (seler, marchewka). Właśnie z surówką mu pomogę…
15 lipca, 7. dzień poza domem w morzu – między Nuuk i Ilulissat Już za Kręgiem Polarnym
Dziś nad ranem przekroczyliśmy Krąg Polarny, czyli równoleżnik 66 stopni, 33 minuty, 33 sekundy. Uczciliśmy to okolicznościowym przydziałem „Grześków”, czyli czekoladowych batoników wiezionych z Polski.
Dzień zaczęłam o północy, przy czym rzeczywiście był to dzień, bo trudno nazwać nocą sytuację gdy nie ma ciemności. Miałam tzw. psią wachtę, czyli od północy do 4-ej rano, więc specjalnie nie pospałam. Na szczęście na wachcie spać mi się nie chciało, bo warunki były sztormowe, co zresztą potwierdza pojawiająca się w dzienniku jachtowym w rubryce „siła wiatru” cyfra osiem. Sztorm w skali Beauforta liczy się właśnie od 8-mki. Ponieważ płyniemy baksztagiem (wiatr mamy od rufy), choć fale są naprawdę spore, płynie się fajnie, zwłaszcza na zjeździe z fali. Właśnie w takiej sytuacji, czyli przy zjeździe z jednej z fal, log pokazał mi prędkość 14,5 węzła! Nieźle – to odpowiednik 27 km/godzinę! Z innych wachtowych ciekawostek – minął nas statek! Na tym pustkowiu to naprawdę rzadkie wydarzenie!
Teraz jesteśmy już po kolacji. Jacek, który dzisiaj ma kambuz zrobił pyszne kanapki z serkiem i szynką plus ogórkiem kiszonym. Co do chleba to wciąż mamy chleb z Polski. Wypiekała go specjalnie na ten rejs jedna z bydgoskich piekarni (info dla Bydgoszczan: ta, która zaopatruje sieć sklepów „Siódemka”). Wypiekane według specjalnych receptur bochny spisują się świetnie – żadnej pleśni, smak jakby prosto ze sklepu. Tu na Grenlandii chleb jest pieruńsko drogi, a poza tym takiego jak polski, po prostu nie ma.
No a tymczasem zgodnie z prognozami jakie dzięki kolegom z Polski dostajemy smsami przez telefon satelitarny, około 15-tej wiatr miał osłabnąć i tak się rzeczywiście stało. Teraz bujamy się z prędkością raptem 2 węzłów, co do wcześniejszych szybkości przy sile wiatru 7, 8 Beaufortów jest raczej żółwim tempem. Na szczęście udało się uruchomić zalane wodą morską webasto, czyli system naszego ogrzewania i znowu pod pokładem zrobiło się domowo i cieplutko.
14 lipca, 6. dzień poza domem W morzu, w drodze z Nuuk do Ilulissat
Świtówka minęła mi pod znakiem walki z klejącymi się oczami! Nawet stojąc przy sterze przysypiałam, choć bryzgi fal jakie co jakiś czas dostawałam prosto w twarz skutecznie mnie budziły. Sterowało się zresztą całkiem dobrze, choć trzeba było uważać bo były całkiem spore fale które sprawiały, że łatwo było zrobić niechcący zwrot przez rufę.
Prędkość mamy całkiem, całkiem – 5-6 węzłów (11 km/godz.), przy wietrze o sile mniej więcej sześć (mowa o skali Beauforta). Szkoda tylko że jest tak szaro i ponuro, a do tego przelotnie pada. Poprawka - właściwie to nawet nie pada tylko leje…
Co do fali to rzuca nami tak, że ubranie się to istna ekwilibrystyka, a zrobienie czegoś w kambuzie (dzisiaj akurat padło na mnie), to też wyzwanie do potęgi. Na szczęście ekipa nie jest jedzeniowo wymagająca – śniadanie skończyło się na kanapkach wręczanych każdemu do ręki, na obiad zaś był gotowiec, czyli „meksykański kociołek” z puszki. Bogu dzięki przynajmniej dobrze się czuję, bo dla kogoś kto ma chorobę morską kambuz to prawdziwa masakra.
13 lipca, 5. dzień wyprawy Wypłynięcie z Nuuk Żegnaj porcie!
Hurra! Już na morzu!
Choć w Nuuk było bardzo miło (dzięki naszym rodakom i argentyńskiemu księdzu), każdy żeglarz wie, że zbyt długie stanie w porcie rozbija rytm rejsu. Poza tym jak słusznie powiedział Jacek – jeśli coś się ma kiedyś zakończyć i mamy coś zrobić, musimy to najpierw zacząć. Zresztą koledzy Szwedzi też dzisiaj wyszli w morze. Przy pożegnaniu powiedzieliśmy sobie: „do zobaczenia w Cambridge”, czyli w tym porcie na północy Kanady, gdzie zatrzymują się wszyscy „przejściowcy”.
Dzień był dość pracowity. Rano każdy miał jakieś indywidualne zadania – ja kończyłam sztauowanie jachtu. Około południa byliśmy umówieni ze Zbyszkiem i Piotrem, że wpadniemy do nich do szpitala i zobaczymy ich miejsce pracy, a przy okazji pożegnamy się. Co do szpitala, to warunki super! Świetny sprzęt diagnostyczny, lekarze zadowoleni z siebie i uśmiechnięci, żadnych tam łóżek na korytarzach, kolejek do przychodni itp. I na dodatek mają tą służbę zdrowia za darmo! Zresztą leki też! Po szpitalu skorzystałam jeszcze z propozycji Zbyszka, aby wpaść do nich do domu na Internet. Chodziło gł. o wysłanie zdjęć, które wkrótce będziecie mogli zobaczyć na oficjalnej stronie rejsu, ale przy okazji sprawdziłam swoją pocztę i… zrobiło mi się miło. Mało komu mówię o swoich urodzinach ( to akurat dzisiaj, czyli 13 lipca), a ku mojemu zaskoczeniu jakoś sporo osób o nich wiedziało! W każdym razie dzięki wszystkim, którzy przysłali mi smsy albo e-maile – nie mam szans odpowiadać na nie indywidualnie, ale zwłaszcza taki kawał od kraju miło wiedzieć, że ma się tyle życzliwych osób w swoim gronie. Zresztą sporo maili, to już nie urodzinowych tylko z życzeniami udanego rejsu, przychodzi od osób których nie znam – to tym bardziej sympatyczne!
Ale wracając do dnia… Po powrocie na jacht wybraliśmy się z Bronkiem do kapitanatu portu, aby dowiedzieć się jak z możliwością zatankowania paliwa i wody. Okazało się że nie za dobrze, tzn. i to i to jest, ale trzeba się spieszyć, bo lada chwila ludzie z obsługi portu skończą pracę. Nie było wyboru – choć gotowi do wypłynięcia jeszcze nie byliśmy, trzeba było się zmobilizować, szybko dopakować i kwadrans później rzucaliśmy już cumy, bo stacja paliwowa znajdowała się z drugiej strony portu. Przy okazji tankowania odkryliśmy super sklepik, w którym jest wszystko, włącznie z bronią palną! Grenlandczycy są fanami polowań. Najczęściej strzelają do fok, a z lądowych zwierząt – do wołów piżmowych i do karibu (taki miks jelenia i renifera).
Wyjście z portu odbyło się z całym tradycyjnym repertuarem, co oznacza symboliczny kielonek, tym razem żurawinówki Jacka, wylanej za burtę dla Neptuna. Oczywiście my też nie wzgardziliśmy pyszną nalewką, bo Neptun Neptunem ale o swoje interesy również należy dbać.
Teraz już jestem po pierwszej wachcie. Ponieważ jest nas piątka, wachtujemy systemem takim, że co 4 godziny na pokładzie mamy 6 godzin przerwy. Na wachcie jesteśmy po 2 osoby, przy czym jedna stoi godzinę za sterem, druga w tym czasie ogrzewa się pod pokładem, śledzi mapę (na papierze i w komputerze), jak trzeba to i radar, a przy tym zrobi herbatkę, kanapkę etc. Ja wachtuję przez pierwsze dwie godziny z Tolkiem, przez kolejne dwie z Bronkiem-kapitanem.
W każdym razie ta pierwsza moja wachta na Solanusie minęła całkiem miło, bo ciągle się coś działo. A to zerkaliśmy na otoczone górami, znikające za rufą Nuuk, a to pojawiły się foczki, potem pierwsze glowlery (pływające bloki lodowe). W międzyczasie jeszcze postawiliśmy foka i bezana, czyli nasze żagielki. Grota póki co nie, choć go profilaktycznie zarefowaliśmy, bo wieje całkiem przyzwoita szóstka (6 w skali Beauforta).
W międzyczasie Bronek-Kapitan zapoznał mnie z Misiem-pluszakiem, który jeździ sobie w nawigacyjnej. Ponoć to prezent od córki nieżyjącego już Zbyszka Urbanyia, który swego czasu pływał na Solanusie, a wcześniej – na słynnym Eurosie. Teraz wychodząc na wachtę głaszczę misia – na szczęście! Ok, idę spać, bo rano mam świtówkę (wachtę od 4-tej do 8-mej).
12 lipca, Nuuk (Grenlandia) 4. dzień wyprawy Przygotowania do wypłynięcia
Dziś od rana zabraliśmy się ostro do prac na jachcie. Ja wraz z Romkiem i Jackiem przeglądaliśmy i sztauowaliśmy żarcie, a potem robiliśmy zakupy. Wszystko tu drogie jak diabli, no ale coś jeść trzeba. Dość kłopotliwe okazało się kupowanie spirytusu do kuchenki – gazowej nie mamy (bo na dalekiej Północy byłby problem z nabiciem butli), a tutaj ostatecznie udało nam się zdobyć potrzebne 50 litrów tego specyfiku, ale dopiero po wykupieniu zaopatrzenia z pięciu sklepów.
W międzyczasie byłam też z Jackiem na Poczcie Świętego Mikołaja. Wróciliśmy tam, bo umówiłam się z panią która tam pracuje, że pozwoli nam poczytać treść listów. Rzeczywiście wyniosła dwa wielkie wory korespondencji, tyle że z listami wyłącznie od dzieci duńskich. W tej sytuacji z lektury nic nie wyszło, ale ciekawe było choćby i to, jak dzieciaki te listy adresują – np. Christmas Father, North Pole (czyli Biegun Północny). Najczęściej mówi się jednak o Mikołaju „Julemanden”, bo to właśnie jest typowa nazwa duńska. Ponoć na te listy, na których jest adres zwrotny, ludzie z poczty (oficjalnie – asystenci Mikołaja) przed Świętami odpisują. Ciekawe, czy tylko dzieciakom duńskim, czy wszystkim?
I jeszcze jedno odnośnie Mikołaja. Jest tutaj, tzn. na Grenlandii i w Danii zwyczaj, że przysyła się Mikołajowi smoczki, z których maluchy już wyrosły. Dawniej przed świętami ustawiano tutaj wielki ruro-słup z pleksi i tam te smoczki wrzucano, a było ich dziesiątki tysięcy. Tyle że słup się jakoś ostatnio zawalił – planują postawienie kolejnego.
Późnym popołudniem mieliśmy na jachcie imprezę pożegnalną. Byli wszyscy nasi tutejsi znajomi, czyli Renia, Gosia, Zbyszek, dołączył też Piotr (lekarz, który wcześniej uczestniczył w różnych ambitnych himalajskich wyprawach), potem jeszcze zjawił się Walter, czyli wspominany wczoraj argentyński ksiądz, który przyprowadził jeszcze koleżankę (zapomniałam imienia) i jej super fajnego psa. W każdym razie posiedzieliśmy przy przyniesionym przez gości winie i upieczonym przez Renię cieście całkiem długo, na tyle długo, że o zakończeniu prac jachtowych nie było już mowy. Krótko mówiąc rano na pewno nie wypłyniemy, bo nie jesteśmy gotowi.
Co do żeglowania to sensacją przy śniadaniu było pojawienie się w porcie nowego jachtu. Wynurzył się dość nagle z porannej mgły (bo tu rano zawsze jest jakoś tak szaro-mgliście, a dopiero później się wypogadza) i wyglądał jak zjawa. Okazało się, że to mieszkający w Anglii Francuzi i Brytyjczycy. Byli w Disco Bay, czyli tam dokąd my teraz idziemy, a teraz już wracają do Anglii. Czyli chyba na tej Dalekiej Północy będziemy całkiem sami.
W kwestii pogody, to na razie jest dobrze, a nawet świetnie. W ciągu dnia przygrzewa słoneczko, dzisiaj można było nawet chodzić momentami w krótkim rękawku, choć jest trochę rześko. Termometr wskazywał 14 stopni, czyli jak na Grenlandię naprawdę cieplutko. Najgorsze są tu jesienie. Piotr i Zbyszek, jako że pracują w szpitalu, mówili że jest tu mnóstwo samobójstw, a ich fala kulminacyjna przychodzi właśnie jesienią. Ale i teraz też mają pacjentów po nieudanych próbach samobójczych. Inny poważny problem wśród lokalesów to alkoholizm. Dziwne tylko że tak piją, skoro alkohol tu taki drogi!
11 lipca, Nuuk (Grenlandia) 3. dzień wyprawy O różnych bratnich duszach…
Dzisiaj niedziela. Jako że najwcześniej z Jackiem wstaliśmy (przypadek wynikający z różnicy czasowej Polski i Grenlandii, co spowodowało że już nie mogliśmy dłużej spać), siłą rozpędu zabraliśmy się za robienie śniadania. Przy okazji uświadomiono nas, że zgodnie z jachtową świecką tradycją, skoro jest niedziela, to musi być jajecznica na bekonie. Szczerze mówiąc jako miłośniczka wegetarianizmu nigdy jajek na bekonie nie smażyłam, ale cóż było robić – nawet nie pisnęłam i ochoczo (tzn. z największym obrzydzeniem) wzięłam się za krojenie boczku. Efekt był ponoć dobry.
Przy śniadaniu tak się zagadaliśmy, że ledwo zdążyliśmy na umówione spotkanie z Renatką i Zbyszkiem (mieszkającymi tu Polakami, o których wspominałam wczoraj), którzy postanowili zabrać nas na mszę do miejscowego kościoła katolickiego. Ciekawe to było, bo kościół przypomina zwykły dom, tyle że z wielkim krzyżem, księdzem jest Walter - młodziutki Argentyńczyk, a pomagają mu trzy zakonnice - Francuzka i dwie Belgijki, zaś liczba uczestników nabożeństwa wynosiła 15 osób z czego 1/3 stanowiła nasza załoga. Z rodowitych Grenlandczyków była jedna osoba! Poza nami-Polakami była jeszcze Szwajcarka, Holenderka, rodzina filipińska i czarnoskóry facet z Ghany. Później w rozmowie z księdzem wyszło, że na całej Grenlandii , w populacji liczącej ok. 50 tys. osób, jest tylko około stu katolików i tylko jeden kościół – właśnie ten w Nuuk. Miejscowi są protestantami-luteranami, więc wszelkie grenlandzkie kościółki są właśnie tego wyznania.
Msza jak msza, choć po duńsku. Wprawdzie ksiądz podawał numery stron modlitewnika, więc można było odczytać treść modlitw, ale duński alfabet jest jednak dość specyficzny. Fajne było zbieranie na tacę – do woreczka zrobionego z foczej skóry. Najbardziej jednak podobało mi się, że po mszy wszyscy idą na pięterko plebanii, gdzie jest wspólne śniadanie. Bardzo to sympatyczne, bo wytwarza się dzięki temu poczucie wspólnoty, jest jakoś tak rodzinnie. Przy okazji co do nawyków żywieniowych, które podpatrzyłam – oni tu jedzą żółty ser, a także wędlinę z dodatkiem… dżemu!
Po wyjściu z kościoła poszliśmy pochodzić po mieście. Nuuk to głównie długie, brzydkie bloki, ale jest też starsza część z tradycyjnymi, kolorowymi domami, gdzie jest bardzo ładnie. Stoi tam m.in. pierwszy kościół (luterański), pomnik tzw. Matki Morza (rodzaj bogini) w towarzystwie białego misia i foczki, no i jest przypominający większą szopę „pałac” królewski, w którym zamieszkuje duńska królowa Małgorzata, kiedy odwiedza Grenlandię. Zdarza się to wprawdzie rzadko, ale bywa, ale nikt tu wówczas nie szaleje z nadmierną ochroną monarchini, o czym świadczy choćby płotek przy pałacu mający wysokość taką, że przeskoczy przez niego mały kundel.
W ramach spaceru byliśmy też przy Poczcie Świętego Mikołaja, co jest tutaj ważne, bo jak już pisałam, dobrotliwy roznosiciel prezentów według Grenlandczyków mieszka właśnie na ich wyspie. Poczta jest raczej sklepem z pamiątkami i informacją turystyczną w jednym, a co do usług pocztowych to za 50 koron czyli 7 euro można zamówić przysłanie na Boże Narodzenie pocztówki od Świętego Mikołaja na jakiś podany przez nas adres. Stoi też ogromna skrzynka pocztowa i jest okienko w którym można zobaczyć listy (nieotwarte) przysłane przez dzieciaki z całego świata. Najwięcej jest chyba z Polski. Aaa, i jeszcze jest wielka, zrobiona chyba z metalu choinka – jak się śmieją miejscowi największe grenlandzkie drzewo, bo tu ogólnie nie ma drzew.
Wpadliśmy też do miejscowego muzeum – zwanego hucznie Narodowym, gdzie można zobaczyć całkiem ciekawą ekspozycję dotyczącą tradycji i historii Grenlandii, a także słynne mumie jakie znalezione na północy koło wioski Uummannaq (byłam tam podczas mojej samotnej włóczęgi po Grenlandii jakieś 10 lat temu). Mumie pochodzą sprzed ok. 550 lat, a jest to zamarznięta grupka składająca się chyba z 6 kobiet i dwójki dzieci. Wyglądają koszmarnie.
Po dojściu na jacht zrobiło się jeszcze bardziej polsko, bo do naszej ekipy z którą byliśmy w kościele i na spacerze (poza nami – Renia i Zbyszek Mościccy plus Gosia, która jest tu od miesiąca i pracuje jako położna), dołączył jeszcze młody chłopak - Mirek ze swoją żoną Filipinką ( zna też trochę polskiego) z ich polsko-filipińsko-grenlandzkim dzieckiem, a potem wpadł jeszcze Walter, czyli ten argentyński ksiądz, który okazał się super fajnym facetem. Zaprosiliśmy ich wszystkich do nas na przygotowany przez samego Bronka-kapitana obiad (kartofle plus mięso z weków plus ogórki kiszone), więc tłok na Solanusie był taki, jakiego ten jacht nie widział od wypłynięcia z Polski.
Imprezę zakończyło wyjście całej załogi na mecz do domu Renaty i Zbyszka. Dziś był mecz finałowy – Mistrzami Świata została Hiszpania która pobiła Holandię. Ja wykorzystałam mecz na internet plus prysznic, bo nie wiadomo kiedy będzie następna okazja umyć się w tak luksusowych warunkach. Co do Internetu to razem z Romkiem sprawdzaliśmy komunikaty lodowe, ale jak na razie żadnych rewelacji (jest duuuużo lodu, ale powoli topnieje). Miłą niespodzianką wśród e-maili był mail od Wojtka Jacobsona, jednego z najwybitniejszych polskich kapitanów, który zrobił Przejście Północno-Zachodnie jako pierwszy Polak (na francuskim jachcie, wraz z Ludkiem Mączką i Januszem Kurbielem). Wojtek jest wyjątkowo uczynnym człowiekiem, chętnie dzieli się swoją wiedzą i z moich kontaktów z Nim wiem, że zawsze można na niego liczyć. Teraz też podesłał kilka kontaktów.
Po powrocie na jacht w ramach zacieśniania kontaktów międzynarodowych wylądowałam na jachcie u Szwedów. Kolega kapitan (imienia nie zapamiętam, bo wyjątkowo nie wpadające w ucho) sam wyszedł z inicjatywą herbatki. Chłopak żegluje – samotnie albo z przypadkowymi ludźmi, od wielu już lat. Był m.in. w czteroletnim rejsie dookoła świata, teraz chce dojść do Cambridge – miasteczka portowego w Przejściu Północno-Zachodnim, i tam pewnie przezimuje. Niestety, nasze trasy jednak się nie pokrywają, bo on idzie przez Zatokę Hudsona, gdzie potem jest mała cieśnina która jeśli otworzy się z lodu, jest super skrótem, ale duże ryzyko, że nie otworzy się i wtedy pozostaje już tylko wracać na południe. My nie chcemy aż tak ryzykować – idziemy na północ, w szersze cieśniny, gdzie lody puszczą z większym prawdopodobieństwem.
Dzień zakończyliśmy herbatką Tolka, zwaną też „paliwem lotniczym”, czego efektem były rozmowy na temat naszych rodzin. Długie, szczere dyskusje można podsumować tak, że wszyscy rozumiemy, jak trudnymi partnerami życiowymi jesteśmy, więc - Kochane Rodziny – bardzo Was za to cenimy i doceniamy! Dla tych, którzy może nie rozumieją tematu: to że się zostawia bliskich na długi czas (w moim wypadku 3 miesiące, w przypadku kolegów z załogi – na półtora roku), nie znaczy że się nie kocha. Na takich rejsach bardzo się tęskni, a bywa że właśnie dzięki takiej rozłące jeszcze bardziej człowiek uświadamia sobie, jak mu na tych pozostawionych w kraju bliskich zależy.
10 lipca – 2. dzień wyprawy Nuuk (Grenlandia) Pierwsze chwile na Solanusie, a także o polskim schabowym na Grenlandii
Właściwie to już jest 11 lipca, ale to o czym piszę niżej, dotyczy dnia wczorajszego, stąd też wczorajsza data. Wczoraj wieczorem mieliśmy jednak „długie, nocne Polaków rozmowy”, no i nie było warunków do pisania. Teraz z kolei jest tutejsza 6 rano, co oznacza polską dziesiątą, więc i tak nie mogę spać.
W każdym razie po długiej i nieco stresującej podróży, dotarliśmy wreszcie do Nuuk, stolicy Grenlandii. Piszę w liczbie mnogiej, bo w międzyczasie, na lotnisku w Kopenhadze, spotkałam się z Jackiem, który też dołącza do załogi Solanusa. Jacek ma bardzo duże doświadczenie w żeglowaniu na polarnych wodach, bo był na kilku rejsach antarktycznych, m.in. ze słynnym w kręgach żeglarskich Heniem Wolskim.
A dlaczego piszę, że podróż była stresująca? To ze względu na nadbagaż. Mój plecak nadawany jako bagaż główny ważył 30 kg, a w liniach Air Greenland można mieć 20 kg co jest bardzo restrykcyjnie sprawdzane (nawet kilogram ponad jest odsyłane do płacenia – 90 koron czyli jakieś 11 euro za każdy kilogram). Rzecz jasna płacić nie chciałam, a do podręcznego też nie za bardzo mogłam cokolwiek doładować, bo mój mały plecaczek ważył 12 kg, a może mieć maksimum 8 (pani przy odprawie bagaż podręczny też niestety ważyła). Trochę podstępnie, ale jakoś się jednak udało sprawę załatwić – efekt był taki, zę szłam do samolotu z 4 polarami i kurtką na ramieniu, przygotowana że gdyby coś, to będę musiała to na siebie założyć. Nie wiem tylko jakbym wytłumaczyła, że jest mi zimno, skoro tego dnia w Kopenhadze było jakieś 30 stopni.
Lot na Grenlandię minął całkiem fajnie, m.in. na lekturze magazynu pokładowego, z którego wyczytałam, że zaczęto tu sprzedawać wodę mineralną z jakiejś najgłębszej części lodowca. Pomysł mało oryginalny, za to cena – owszem – bardzo! 500 koron – czyli jakieś 90 euro za butelkę! Butelka jest szklana, nie plastikowa, no ale mimo wszystko, kupę kasy!
Niesamowite było lądowanie w Kangerlussuaq. To chyba jedyne grenlandzkie lotnisko gdzie mogą wylądować duże samoloty (lecieliśmy wielkim Airbusem 330 – takim po 9 osób w rzędzie), a i tam nie jest łatwo. Był taki moment że moja sąsiadka w przerażeniu odwróciła od okna głowę, a ja wprawdzie patrzyłam, ale miałam moment, że posądziłam pilota o tendencje samobójcze, obawiając się że zaraz zahaczy skrzydłem o skały. W każdym razie leci się bardzo nisko nad górami, robiąc ostry skręt w wąwóz, gdzie jest pas startowy. Adrenalinka jest! Tak na marginesie to Grenlandczycy też klaszczą po wylądowaniu!
W Kangerlussuaq była godzinka na przesiadkę, a że lotnisko to właściwie większy barak, więc na spokojnie miałam czas aby obfotografować napis, że witają nas na ziemi Świętego Mikołaja (bo Grenlandczycy zapewniają że prawdziwy Święty Mikołaj to właśnie stąd) plus drogowskaz pokazujący że na biegun północny jest już tylko 3,5 godziny lotu, podczas gdy do Kopenhagi o godzinę lotu dłużej. Tak na marginesie to wylatywałam z Kopenhagi o 9.10, a lądowanie na Grenlandii było o 9.40, czyli przez różnicę czasową (4 godziny) wyglądało jakbyśmy lecieli zaledwie pół godziny.
Do Nuuk lecieliśmy już malutkim samolotem, a i lotnisko w stolicy Grenlandii jest jeszcze mniejszym barakiem niż te w Kangerlusuuaq. Trochę kłopotliwepo wyjściu z "terminala" okazało się wyjaśnienie kierowcy taksówki, że chcemy jechać do portu, bo ani angielskie słowo „harbour”, ani też „port” czy „marina” nie jest dla nich zrozumiałe, ale pomógł rysunek jachtu i sms z namiarami gdzie jacht stoi , jaki dostał Jacek. A tak przy okazji – na Grenlandii mój telefon komórkowy jednak nie działa. Ani Plus, ani Orange nie ma tu zasięgu, jedynie można liczyć na Plus`a.
Na jachcie powitał nas Romek, który na dzień dobry zapowiedział też, że na obiad jesteśmy zaproszeni do polskiego małżeństwa które tu mieszka. Tam też spotkaliśmy resztę załogi. Zbyszek i Renatka Mościccy, którzy nas gościli, okazali się przesympatyczną parą, a obiad był pyszny i typowo polski (rosół, schaboszczak z ziemniakami i sałatą z pomidorami, do tego hiszpańskie wino i na deser domowe
|