* Expressowy Bliski Wschód

LIBAN - SYRIA - JORDANIA


Dziennik 16-dniowego wyjazdu w ramach pilotowania przeze mnie grupy z biura "Logos Travel".





Więcej zdjęć z tego wyjazdu - w galerii "Bliski Wschód" albo klikając tutaj .


21-22 kwietnia, Bejrut (Liban)

O cedrach, maronitach, Pepe z Byblos i różowych taksówkach


liban--logo.jpgChmura wulkaniczna raczyła się rozwiać i udało nam się wylecieć (jako jedni z pierwszych po przerwie w funkcjonowaniu lotniska Warszawa-Okęcie). Na przesiadce w Niemczech wnikliwie sprawdzono nam paszporty, czy oby na pewno nie ma w nich pieczątki izraelskiej. Widać Lufthansa miała już do czynienia z pasażerami, którzy z tego powodu nie zostali wpuszczeni do Libanu, więc linia musiała ich na swój koszt odesłać z powrotem.

W każdym razie znowu jestem na Bliskim Wschodzie. Ale klimaty… Zza okna dobiegają śpiewne nawoływania muezzina do wieczornej modlitwy, zagłuszają je klaksony samochodów, bo tuż pod oknem mam ruchliwą ulicę, a do tego na pobliskim placu jakaś ekipa przygotowuje się do koncertu, którego główną atrakcją zdają się być perkusyjne solówki.

Teraz to mi nawet nie przeszkadza – nawet nie umiałabym sobie wyobrazić Bejrutu bez zgiełku i ulicznego ruchu. Rano jednak byłam wkurzona do potęgi  - przylecieliśmy o drugiej, czyli w środku nocy, spać położyłam się około czwartej, budzik nastawiłam na 8.30, no ale ledwo po siódmej, kiedy każda chwila snu cenna, obudziły mnie uliczne hałasy.

Mało czasu mamy na Liban na tym wyjeździe – raptem 2 dni. To co najważniejsze zaliczyć niby można, ale kiedyś, podróżując na własną rękę, w pojedynkę, byłam tu przez 2 tygodnie, a i tak czasu na zobaczenie wszystkiego co chciałam, zabrakło. Inna sprawa, że wtedy jeździłam autostopem, albo z lokalesami, busikami, no i sporo czasu spędzałam w domach gościnnych Libańczyków. Teraz jestem tu jako pilot niewielkiej ośmioosobowej grupki, mam do dyspozycji prywatny mikrobus, a i hotele są takie, o jakich mi się wtedy, 10 lat temu nie śniło.  Ale mówiąc szczerze brak mi teraz tamtej spontaniczności, niepewności i przygody.

gw-maronici.jpgPoznawanie Libanu zaczęliśmy od słynnych cedrów. Z Bejrutu to 3,5 godziny jazdy, najpierw wzdłuż wybrzeża, a potem już górską, wijącą się serpentynami drogą wzdłuż doliny Kadisza. Zatrzymaliśmy się na chwilę w miasteczku Bcharre, gdzie udało się zajrzeć do katedry maronickiej. Maronici (nazwa od ich żyjącego w IV wieku ich głównego guru – św. Marona) to w sumie katolicy – w przeszłości uznawano ich za heretyków, ale teraz mają w Watykanie swojego kardynała, a jak papież Jan Paweł II w 1997 roku był w Libanie, to odprawił mszę w maronickiej katedrze. Zresztą kościoły maronickie wyglądają podobnie do rzymskokatolickich (tyle że są skromniejsze), też jest w nich droga krzyżowa (ponoć kościół katolicki przejął ją właśnie od maronitów), a jedyna różnica polega na tym, że zamiast znanych nam świętych, wyeksponowane są obrazy pokazujące św. Marona.

liban-kosciol maronicki.jpgCo do układów religijnych to Liban jest pod tym względem bardzo ciekawym krajem.  Niektórzy uważają, że to kraj islamski a tymczasem muzułmanie stanowią tu ok. 60 proc. społeczeństwa, jednak bardzo liczy się też 39 procentowa mniejszość chrześcijańska (na ogół to właśnie maronici). Religia ma przełożenie na władzę – utrzymywana jest zasada, że zawsze prezydentem zostaje chrześcijanin maronita, premierem muzułmanin sunnita (czyli z liberalnego odłamu islamu), a przewodniczącym parlamentu – muzułmanin szyita (odłam konserwatywny).

Rezerwat cedrów jest kwadrans jazdy od Bcharre. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś te góry w całości obrośnięte były cedrami, a teraz została ich jedynie niewielka kolonia, rodzaj parku z powyznaczanymi alejkami.  W dawnych czasach drewno cedrowe było głównym produktem eksportowym Libanu – w X wieku p.n.e. wykorzystano je m.in. do budowy pierwszej Świątyni Jerozolimskiej, a w VI w. p.n.e. - do Świątyni Artemidy w Efezie. Poza tym budowało się z niego statki i robiono olejek stosowany przez Egipcjan do mumifikowania zwłok. 

liban-cedry.jpgZ tych swoich cedrów Libańczycy są niesamowicie dumni, o czym świadczy choćby to, że umieścili je we fladze narodowej.  A swoją drogą dziwne, że skoro tak chronią cedry i trzeba pół kraju przejechać, by je zobaczyć, po czym okazuje się, że wycinają je na pamiątki, którymi zawalone są tutejsze stragany. Najwięcej jest kawałków cedrowych pni z namalowaną flagą libańską, ale są też bardziej wymyślne wytwory typu serduszka z cedrów czy wycięte w drewnie napisy „Love”. Kiczowatego serduszka nie kupiłam, za to jeden ze sprzedawców obdarował mnie cedrowym wisiorkiem do kluczy i przy okazji życzliwie poinformował jak odróżnić drewno cedrowe od podróby (cedrowe ładnie pachnie).

Pobyt przy cedrach wykorzystałam też, aby coś zjeść. Dokładniej to skorzystałam z libańskiego fast foodu i zafundowałam sobie coś co się nazywa manouchen- saj [czyt. manusz – szaż], a chodzi o placek w stylu naleśnikowym smażony na profilowanym gorącym blacie i wypełniany farszem (ja sobie wzięłam taki z libańskiego białego serka zwanego labneh plus oliwki). Na popitkę miałam ayran – lekko słony niby-jogurt, którego fanką zostałam jeszcze w Turcji, bo tam też ayran mają.

liban-byblos.jpgW drodze powrotnej do Bejrutu zatrzymaliśmy się jeszcze w Byblos. Kiedyś był to potężny port, z którego odpływały statki transportujące drewno cedrowe, no ale teraz po czasach dawnej świetności miasta mającego, bagatela, 7 tys. lat, zostały tylko ruiny. Przy okazji zajrzeliśmy do słynnej tutaj knajpki „Pepe-Fishning Club”. Sławę zawdzięcza nie tyle licznym gwiazdom, które do niej zaglądały (Brigitte Bardot, Marlon Brando i inni), ale swojemu właścicielowi o ksywie Pepe. Bardzo barwna postać ów Pepe, syn Libańczyków którzy wyemigrowali do Meksyku, podczas gdy Pepe postanowił wrócić zza Oceanu na łono ojczyzny. Poznałam go jak byłam tym poprzednim razem w Libanie – okazało się, że to śmieszny facet w marynarskiej koszulce i czapce, niezły kawalarz. Teraz się dowiedziałam, że Pepe od kilku lat nie żyje, knajpę prowadzi jego syn, no ale tutejsze władze doceniły jego wkład w tworzenie atmosfery miasteczka i nazwały imieniem Pepe ulicę naprzeciw knajpki.

Szkoda że Bejrut, ze względu na brak czasu, widzieliśmy tylko z okien autobusu. Wprawdzie od mojego pobytu miasto zostało zbombardowane przez Izrael (w 2006 roku),  ale centrum raczej nie ucierpiało, bo celowano w biedniejsze dzielnice muzułmańskie na obrzeżach. Muszę przyznać, że tzw. "downtown" Bejrutu całkiem nowocześnie wygląda – przy głównej ulicy otoczonej eleganckimi sklepami nie odczuwa się różnicy w stosunku do Europy. No może tylko te arabskie napisy… Ale z drugiej strony widać też francuskojęzyczne (pozostałości po francuskiej władzy – od 1920 do de facto 1943 roku) i anglojęzyczne, bo to język teraz już w tutejszych szkołach obowiązkowy.

liban--bejrut.jpgStrasznie się ciężko po Bejrucie jeździ, ale poniekąd dzięki temu, stojąc w korku, była okazja przyjrzeć się  tutejszym samochodom. Ich właścicieli można poznać po tablicach rejestracyjnych – biały kolor oznacza że to pojazd prywatny lub firmowy (wtedy zwykle wpisuje się jeszcze nazwę firmy), niebieskie tablice mają samochody rządowe, czerwone – taksówki (są wśród nich i takie bez napisu „taxi”), zielone – autka z wypożyczalni.  Co do taksówek to fajny pomysł mają tu z taksówkami specjalnie dla kobiet – kierowcami w nich są wyłącznie kobiety, a samochód jest pomalowany na jaskraworóżowe barwy. Na wielu samochodach można dostrzec flagi – to oznaka kibiców którzy już teraz manifestują swoje sympatie  odnośnie drużyn narodowych które w czerwcu będą grać w RPA na piłkarskich Mistrzostwach Świata. Ekipa Libanu nie zakwalifikowała się do Mundialu, no ale że Libańczycy nie chcą rezygnować z emocji, to wymyślili sobie że będą kibicować innym. Najwięcej widziałam flag brazylijskich i brytyjskich.



23 kwietnia – Bejrut – Beiteddine – Baalbeck – Aanjar (Liban) – Damaszek (Syria)

O druzach, pałacu emira, Hezbollahu i starożytnych ruinach


liban- golebie skaly.jpgCiekawy dzień…  Jeszcze przed opuszczeniem Bejrutu podjechaliśmy zobaczyć Rawsheh, albo bardziej zrozumiale - Gołębie Skały. Chodzi o dwie wyrastające z morza samotne skały, które stały się swego rodzaju symbolem libańskiej stolicy, bo rzeczywiście wyglądają malowniczo, aczkolwiek żadnych gołębi tam nie przyuważyłam. Kiedyś na skały można było wleźć ( wcześniej jednak trzeba było do nich dopłynąć), no ale odkąd stały się one ulubionym miejscem miejscowych samobójców, o wchodzeniu nie ma już mowy.

Potem odbiliśmy już od wybrzeża i wjechaliśmy w góry Sziwa. Mieszka w nich sporo druzów – chodzi o  bardzo ciekawą grupę etniczno-religijną, która wyłoniła się w XI wieku w Egipcie jako odłam muzułmanów  i teraz zamieszkuje tereny Libanu, Syrii i Jordanii. W Libanie druzowie to ok. 10 proc. społeczeństwa, dzięki czemu w 128 osobowym parlamencie przypada im aż 8 miejsc.

W sumie niewiele o nich wiadomo – źródeł jest niewiele, bo druzowie bardzo strzegą informacji na temat swojej wiary, a ksiąg pisanych nie uznają (korzystają wyłącznie z takich przepisywanych ręczne). Do ich „świętych ksiąg” należy zarówno Koran, jak i Nowy Testament , a także własne opracowania i pisma religijne. Wiadomo jednak, że wierzą w reinkarnację, w czwartkowe noce zbierają się na medytacje i filozoficzne dysputy w domach modlitwy zwanych khelve (nie są to w każdym razie meczety) i nie uznają tzw. pięciu filarów islamu, choć mimo to rządzą się liban-mussa.jpgzasadami podobnymi do reszty muzułmanów. Ich wspólnota dzieli się na tzw. dżuhhal, czyli nieświadomych i ukkal czyli wiedzących, mędrców, których można poznać po specyficznych strojach.

Po drodze poprosiłam naszego libańskiego kierowcę o zatrzymanie się przy Zamku Musa. Trafiłam do tego miejsca w czasie mojej pierwszej włóczęgi po Libanie na własną rękę i byłam pod wrażeniem tego miejsca. W skrócie historia wygląda tak: był sobie pan Musa (w sumie to „jest”, bo nadal żyje i ma się dobrze), który zakochał się w koleżance. Miał jednak pecha, bo dziewczyna odrzuciła amory chłopaka pochodzącego z biednej rodziny, mówiąc mu że może wyjść jedynie za kogoś, kto jest bogaty i posiada zamek. Chłopak bardzo się przejął i już od tych młodzieńczych czasów zaczął marzyć o własnym zamku. A że marzenia czasem się spełniają, okazało się że w życiu mu się poszczęściło - ożenił się wprawdzie z inną kobietą (i dobrze zrobił, bo po co mu taka materialistka) i w miarę dorabiania się, zamek sobie wybudował. Zamek wygląda rzeczywiście bajkowo, jest bardzo ładnie położony, a w jego wnętrzach rodzina Musa urządziła muzea. Niestety nie mieliśmy czasu ich zwiedzić – zrobiliśmy tylko zamku zdjęcia z zewnątrz, a ja jeszcze chwilę pogadałam z synem pana Musy (on sam akurat był nieobecny). Kogo zainteresowała historia zamku, po szczegóły niech kliknie tutaj .

bw-beitedine.jpgKolejnym przystankiem był pałac Beiteddine, wybudowany w XVIII wieku przez lokalnego emira, który za swoje antytureckie działania (w tamtych czasach teren Libanu podlegał pod Imperium Osmańskie), został przez Turków skazany na wygnanie i via Stambuł wysłany na Maltę. Pałac jest ładny, zadbany, ale trudno żeby było inaczej, jeśli to rezydencja prezydenta. Prezydent przyjeżdża tu jednak rzadko, w związku z czym część pałacu udostępniono do zwiedzania. W dawnych stajniach pokazywane są mozaiki  pochodzące z różnych części kraju – pracowali przy nich m.in. polscy archeolodzy. Tak na marginesie to dyrektor pałacu-muzeum ma ponoć polską żonę!

Po przejechaniu gór wjechaliśmy w dolinę Bekaa. To taka wysokogórska dolina oddzielająca pasmo pokrytych jeszcze gdzie niegdzie śniegiem gór Libanu (wysokości  niektórych szczytów przekraczają 3 tys. m n.p.m.)  od pasma Antylibanu. Dolina Bekaa słynie jako baza Hezbollahu, co rzeczywiście widać, bo wszędzie powiewają żółte flagi z charakterystycznym zielonym karabinem, no i na każdym kroku wiszą portrety różnych ważnych szyickich postaci. Inna sprawa, że wbrew temu co się myśli, Hezbollah to nie tylko konserwatywni szyici, ale sympatyzuje z tą partią również wielu sunnitów i chrześcijan. Zresztą zarówno Nancy – nasza przesympatyczna wczorajsza przewodniczka, i Wald – chłopak liban-flaga hezbollahu.jpgktóry jeździł z nami dzisiaj, też mówili o Hezbollahu w pozytywnych słowach, chociaż sami są chrześcijanami – maronitami. Wald się w pewnym momencie nawet zdenerwował –Dlaczego zachodnie media nazywają ich terrorystami? – pieklił się –Przecież oni walczą o wolność swojego kraju, który jest okupowany”. W sumie to miał rację – nawet w polskiej Wikipedii zarzuca się, że Hezbollach w 1983 roku dokonał zamachu na dowództwo armii izraelskiej w Tyrze, ale nie wspomina się przy tym, że był to czas wojny libańsko-izraelskiej, a Tyr jest przecież miastem libańskim, więc wojska izraelskie należały tam do nieproszonych gości . –Wy takich ludzi walczących w Polsce z okupantem w czasie II wojny światowej nazwacie partyzantami, bohaterami, a w przypadku Libanu mówicie, że to terroryści – zarzucał Wald.

Wald podkreślał też, że Hezbollah to nie żadna organizacja przestępcza czy terrorystyczna, tylko oficjalna partia polityczna, z której wywodzą się różne osobistości w rządzie i liczni parlamentarzyści, nie mówiąc o tym, że często są to ludzie bardzo wykształceni, inżynierowie, lekarze, ludzie  zaangażowani w działalność charytatywną (Hezbollah sponsoruje liczne publiczne szkoły, szpitale i inne podobne placówki). Jedyne co się Waldiemu w Hezbollahu nie podobało, to  nadmierny nacisk na religię, tym liban-mlode pokolenie.jpgbardziej że poza szyitami Libańczycy to społeczeństwo lubiące się zabawić, zaszaleć, a więc wprowadzanie obyczajów podobnych jak w Iranie, nie wchodzi w grę.

Rozmowa o Hezbollahu była długa, tym bardziej że opowiedziałam Waldiemu jak to włócząc się samodzielnie po górach Libanu w dolinie Bekaa, niechcący trafiłam do sztabu Partii Boga (Hezbollahu znaczy się) i wzięto mnie tam za izraelskiego szpiega. To długa historia, nie będę jej tu opowiadać w szczegółach. W każdym razie wszystko zakończyło się szczęśliwie, bo w trakcie przesłuchania uwierzono mi, że żadnym szpiegiem nie jestem, a już na pewno nie izraelskim. Na sam koniec ludzie z Hezbollahu bardzo mi zresztą pomogli, bo zorganizowali transport który przerzucił mnie przez góry (w życiu bym stamtąd autostopem nie wyjechała) i jeszcze dali namiary na swoich kumpli w Bejrucie, którzy gdyby coś, mieli się o mnie zatroszczyć (z tego kontaktu jednak już nie skorzystałam).

bw-baalbeck.jpgNajważniejszym punktem oficjalnego programu dzisiejszego dnia, były wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa  UNESCO ruiny starożytnego Baalbeck (nazwa z czasów pogańskich, oznaczająca "miasto Baala", czyli boga słońca). Ruiny są niesamowite, bo tutejsza Świątynia Jowisza, wybudowana w II wieku n.e. przez Rzymian, w starożytności była największą kamienną świątynią na świecie. Do tej pory stoi przy niej 6 potężnych kolumn o wysokości 22 metrów i średnicy 2,2 m, a dawniej takich kolosów było 54. Po tym jak się kult Jowisza skończył, no bo nastąpił koniec ery poganizmu i nastało chrześcijaństwo, kilka kolumn stąd zostało zabranych do Stambułu (wtedy nazywanego Konstantynopolem) i tam użyto ich przy budowie słynnej bazyliki Hagia Sophia.

liban-obelisk.jpgPatrząc na ogrom świątyni w Baalbeck trudno pojąć, jak w tamtych czasach można było coś takiego zbudować! Tym bardziej, że wiele kolumn przywożono z odległego Assuanu w Egipcie, a marmur sprowadzano z Grecji. Jeszcze pal sześć załadować to na statek, ale Balbeeck leży dobre 90 km od Bejrutu, więc trzeba było to jakoś przewieźć.  Część budulca (bloki piaskowca) pochodziła wprawdzie z okolicy, ale nawet z pobliskich kamieniołomów trudno było taką masę materiału transportować. Niedaleko od świątyń, przy południowym wjeździe do miasta, jest kamieniołom, w którym leży wielki blok mający wymiary 21,5 x 4,8 x 4,2 m, a ważący, bagatela, około 1170 ton! Nie wiadomo dlaczego nie zabrano go na plac budowy. Ja obstaję przy wersji, że starożytni kamieniarze chyba lekko przekombinowali i po prostu nie dało się im takiego kloca zabrać.

bw-anjar.jpgJuż ostatnim punktem programu był krótki postój na zwiedzanie Aanjar. To kolejne ruiny, tyle że miasta z czasów arabskich, powstałego w 701 roku, a zniszczonym w czasie najazdu konkurencyjnego kalifa, 40 lat później. Bardzo sympatyczne to miejsce, bo ruiny nie są zbyt rozległe, za to ładnie położone (u stóp gór Antylibanu). Może to dziwne, ale najbardziej podobały mi się nie pozostałości pałacu emira czy rezydencji pałacu dla kobiet (inaczej: budynek haremu), lecz zmyślnie skonstruowane mury ze specjalnym patentem z cegieł na wypadek trzęsienia ziemi (chodziło o elastyczność, tak by w razie czego budynek się nie zawalił).

Aanjar był ostatnim miejscem jakie oglądaliśmy w Libanie. Zaledwie kilka kilometrów od ruin jest granica libańsko-syryjska. Strasznie dużo czasu na nią straciliśmy, bo panuje tam ogólne zamieszanie i chaos, no ale możemy już powiedzieć – jesteśmy w Syrii!



24 kwietnia – Damaszek – Malula – Sad(a)naja – Crac des Chavaliers – Tartus - Latakia (Syria)

O tym jak brzmi język Chrystusa, gdzie się schowała św. Tekla i jakie twierdze budowali krzyżowcy


Oj, chyba dzisiaj nie pośpimy… Mieszkamy w hotelu, w którym odbywa się wesele, a nasze pokoje są akurat nad salą balową. O 23.30 zrobiło się wprawdzie cicho, więc myślałam że uszanowano ciszę nocną hotelowych gości, ale gdzie tam, wraz z nadejściem północy puszczono muzykę o podwójnej mocy. Dobrze, że mam koreczki (stopery) do uszu, ale coś mi się wydaje, że na wszelki wypadek jutro powstrzymam się z pytaniem mojej grupki, jak minęła im noc.  :-)

syria-ikona.jpgDzisiejszy dzień minął nam za to pod znakiem kościołów, czy raczej cerkwi, bo chodzi o świątynie obrządku wschodniego (greko-ortodoksyjne). Zaczęliśmy od Sadanaji, gdzie znajduje się cerkiew, której chlubą jest malutka ikonka namalowana ponoć przez samego św. Łukasza (właściwie to nie „namalowana” tylko „napisana”, bo tak mówi się o ikonach). Według legendy świątynię wybudowano  w miejscu, gdzie polujący na jelenie (inna wersja:  na gazele) cesarz Justynian już miał strzelić z łuku do zwierzęcia, gdy między jego rogami (rzecz jasna nie cesarza) ukazała się Matka Boska i kazała cesarzowi  wybudować klasztor.

Następnym punktem programu była Malula – miasteczko, w którym na dobry początek obejrzeliśmy klasztor św. Sergiusza i św. Bakchusa. Chodzi o dwóch żołnierzy rzymskich, ulubieńców cesarza Maksymiliana, którzy podpadli za to, że nie chcieli złożyć ofiary w świątyni Jupitera (Jowisza). W tamtych czasach chrześcijaństwo było zakazane, biednych wojaków  skazano więc na śmierć. Bakchus miał to szczęście, że zginął od razu, w czasie biczowania, Sergiusz zaś biczowanie przeżył, więc kazano mu jeszcze chodzić po deskach z nabitymi gwoździami, a potem przewiercono w wardze dziurę, przewleczono przez nią sznurek i zaciągnięto na właściwą egzekucję. Koszmar…

syria-sw. tekla.jpgWracając do samego klasztoru… Najważniejsze w jego wnętrzu były dla nas, Polaków, dwie ikony podarowane przez generała Andersa, który przed wyruszeniem na szlak bojowy spędził w Maluli dwa miesiące.  Niezwykłe wrażenie zrobiła też modlitwa „Ojcze nas” odmówiona przez przesympatyczną miejscową dziewczynę po aramejsku (dokładniej chodzi o zachodnio-aramejski, bo jest też odmiana wschodnia tego języka, dużo bardziej rozpowszechniona, m.in. w Turcji, Iranie, Gruzji, Armenii itp.). Malula jest jedną z trzech wiosek, gdzie wciąż używa się języka, którym posługiwał się Chrystus i który uważany jest za najstarszy bezustannie używany język świata (chociaż rzecz jasna w obecnych czasach ludzie porozumiewają się tu głównie po arabsku). Dwie pozostałe z wspomnianych trzech wiosek też są w tej okolicy, przy czym obie są muzułmańskie, a jedynie Malula jest chrześcijańska.  Co ciekawe, aramejski przetrwał  jedynie w mowie – miejscowi bez problemów się nim posługują, ale już pisać w nim nie umieją. Teraz może się to jednak zmieni, bowiem dwa lata temu powstał w Maluli instytut nauki aramejskiego, gdzie uczy się pisowni, choć to ponoć bardzo trudna do opanowania umiejętność.  My nauczyliśmy się (mówić, nie pisać) dwóch słówek:  „dziękuję” – po aramejsku isalmyn, i „dzień dobry” – jesatyl sphysz.

syria-wawoz.jpgPo skosztowaniu miejscowych win (całkiem dobre), zeszliśmy malowniczym wąwozem do klasztoru św. Tekli. Z nią to dopiero była historia… Po wysłuchaniu nauk św. Pawła została jego uczennicą i obiecała sobie (a może raczej Bogu), że zachowa czystość, co oczywiście nie spodobało się jej narzeczonemu. Facet Teklę podkablował, do jej ojca zresztą, a że ojciec był gubernatorem, więc postanowił córę przykładnie ukarać.  Kara była sroga, bo Tekla też miała nieszczęście żyć w czasach gdy chrześcijaństwo było zakazane.  Najpierw skazano dziewczę na spalenie na stosie, ale gdy tylko stos podpalono, przyszła burza i rzęsisty deszcz stos zgasił. Potem wrzucono nieszczęsną na pożarcie wygłodzonym lwom, ale zwierzaki jak zaczarowane zaczęły się do niej tulić. Potem postanowiono ją ściąć, ale uciekła, w końcu docierając do Maluli, gdzie wpadła do wąwozu, a tam drogę zagrodziły jej skały. I wtedy ponoć stał się cud – skały miały się rozsunąć, a Tekla została w wąwozie, żyjąc tam w swojej pustelni, utrzymując jednak  kontakt z ludźmi, których nauczała i leczyła. Jest wprawdzie i inna wersja – że pustelnia przyszłej świętej była zupełnie gdzie indziej, choć mieszkańcy Maluli rzecz jasna nie chcą o tym słyszeć. Cała historia dotyczy III wieku n.e., ale mimo upływu tylu wieków w klasztorze mieszczącym grób św. Teklii ciągle jest tłum pielgrzymów. Nie ważne zresztą co o tym wszystkim sądzić - wody z cudownego źródełka świętej Tekli – na wszelki wypadek się napiłam.

Po szybkim lunczyku w formie falafela (kotlety z soczewicy zawinięte w naleśnik) pojechaliśmy zobaczyć potężny zamek krzyżowców, czyli Crac des Chavaliers. Wybudowane na wysokim wzgórzu zamczysko robi wrażenie, choć trochę dziwnie wyglądały kolumny pokryte hieroglifami, ludzie poprzebierani za dworzan faraonów i wizerunki egipskich bogów. Nie wiem czy mieliśmy szczęście czy nieszczęście, ale w wiekowych murach kręcono akurat film pt. „Kleopatra”.

syria- krak.jpgKolejny przystanek był przy niedalekim klasztorze św. Jerzego. Właściwie są to trzy kościoły, na trzech poziomach (najstarszy z III/IV wieku p.n.e., wyższy – z XII wieku,  najwyższy – współczesny). Całkiem ciekawy klasztor – są w nim nawet tajemne przejścia (jedno przez kanał prowadzący do rzeki), które w dawnych czasach w razie czego umożliwiały chrześcijanom ucieczkę przed „polującymi” na nich legionistami rzymskimi. 

Na koniec stanęliśmy jeszcze w Tartus, gdzie w dawnej katedrze Matki Boskiej urządzono muzeum archeologiczne. Kiedy dojechaliśmy, muzeum było już zamknięte, ale i na zewnątrz widać sporo „kamieni” (kapitele kolumn, sarkofagi itp.). Tartus to drugi co do wielkości port Syrii – pierwszym jest Latakia, gdzie zresztą dziś nocujemy, z widokiem na portowe żurawie.


25 kwietnia, Latakia – Ugarit – Apamea – Hama (III dzień w Syrii)

O alfabecie ugaryckim i kolumnowym cardo


syria-ugarit.jpgDzień rozpoczęliśmy od zwiedzania starożytnego Ugaritu – ruin położonych przy miejscowości nazywanej współcześnie Ras Szamra. W przewodniku Pascala uprzedzano, że miejsce rozczarowuje i pewnie rzeczywiście wiele osób patrząc na wielki teren wypełniony zarośniętymi blokami kamiennymi tak pewnie myśli, ale z drugiej strony trudno oczekiwać czegoś więcej od miasta z trzeciego tysiąclecia p.n.e.

Sławę Ugaritowi przyniósł wymyślony w tych okolicach alfabet – pismo klinowe stanowiące podstawę do stworzenia alfabetu greckiego, a potem łacińskiego. Wcześniej stosowano na tych terenach alfabet babiloński, opierający się na 600 (!) znakach, a że w alfabecie ugaryckim było już tylko dwadzieścia kilka znaków, nic dziwnego, że szybko zdobył sobie uznanie. Na miejscowych straganach można kupić kopie glinianych tabliczek, jakie w ilości około 800 sztuk znaleziono na terenie Ugaritu. Najciekawszy jest „list do króla” – kawałek kamienia z podobizną jakiegoś kacyka i z treścią zapisaną alfabetem ugaryckim.

syria-apamea.jpgPo kilku godzinach jazdy dojechaliśmy do Apamey (to też nazwa starożytna, bo na mapach czy drogowskazach jest Afamia). Niesamowite miejsce, które weszło do listy moich ulubionych. Teoretycznie i tu nie ma zbyt wiele do oglądania, gdyż poza nie robiącym wrażenia, bo źle zachowanym teatrem i ruinami dawnej świątyni jest tylko jedna antyczna ulica. Okej, jedna, ale za to - jaka! W czasach największej świetności, czyli w III wieku n.e. w otoczonej 6,5 kilometrowymi murami Apamei mieszkało ponoć około pół miliona ludzi, nic więc dziwnego że ulica, fachowo nazwana Cardo, ma blisko 2 km długości (do zwiedzania udostępniono ok. 1,5 km). Ponieważ dookoła nic nie ma (tzn. są pozostałości różnych budowli, ale wciąż w większości przykryte ziemią), stojący przy ulicy rząd kolumn i odsłonięty antyczny bruk (gdzieniegdzie z resztkami kanalizacji sprzed wieków) wyglądają wręcz abstrakcyjnie. Poza tym fantastyczna jest wszechobecna cisza przerywana jedynie śpiewem ptaków – nie wiem czy w Apamei zawsze jest tak mało turystów, ale zazwyczaj zwiedzam ruiny w tłumie wycieczek prowadzonych przez przekrzykujących się przewodników, a tym razem mieliśmy ruiny wyłącznie dla siebie. Gdybym była tu sama, jeżdżąc na własną rękę, na pewno był została w ruinach na noc (tym bardziej, że nikt ich nie pilnuje). Fajnie byłoby zasnąć w śpiworku rozłożonym na antycznym bruku i rano obudzić się mając nad sobą kapitele kolumn pamiętających czasy rzymskiego imperium.

syria-jedzenie.jpgWieczorem dotarliśmy do Hamy.  W 1982 roku wybuchł tutaj antyrządowy bunt jednego z muzułmańskich bractw (większość mieszkańców to szyici), no i skończyło się na tym, że miasto otoczono, ostrzelano z ciężkiej artylerii, a do tego przeprowadzono masowe egzekucje, w których zginęło kilkanaście tysięcy osób. Teraz już praktycznie nie widać śladów tamtych wydarzeń – miasto tętni życiem, centrum jest w miarę zadbane, na miejscu zburzonych budynków wyrosły nowe bloki. Wieczorem kiedy przeszliśmy się na spacer do parku miejskiego, patrząc na roześmianych, szczęśliwych ludzi zastanawiałam się, ilu z nich było świadkiem tych krwawych wydarzeń. Swoją drogą chciałam zahaczyć przewodnika o te sprawy, ale od razu powiedział, że na temat polityki i spraw związanych z wojskiem nie rozmawia.

Z innej beczki – dziś wieczorem czekając na Kamila (naszego wspaniałego kontrahenta, pół Polaka, pół Syryjczyka) chciałam zapalić sobie w hotelu nargillę, czyli fajkę wodną (zwaną też sziszą). Ogólnie to nie palę (papierosów – nigdy!), no ale nargilla to składnik arabskiej kultury. Tymczasem okazało się, że kilka dni temu w Syrii ogłoszono zakaz palenia we wszelkich pomieszczeniach, przy czym zarządzenie dotyczy nie tylko papierosów, ale także nargilli. Co do papierosów to nie można ich palić nawet w taksówkach, a trafiłam na nierozstrzygniętą dyskusję czy według prawa można palić we własnym samochodzie!? Jak to dobrze, że nie palę…


26 kwietnia , Hama – Ubra – Aleppo (IV dzień w Syrii)

O norjach, suku i mydełkach


syria-kola wodne.jpgOdnośnie Hamy, w której nocowaliśmy, zapomniałam napisać,  że w czasie II wojny światowej tworzyła się tutaj na rozkaz gen. Sikorskiego Brygada Strzelców Podhalańskich – ta sama, która wsławiła się potem walcząc pod Tobrukiem.

Zanim opuściliśmy Hamę, podjechaliśmy zobaczyć słynne tutaj norje. Chodzi o wielkie, drewniane koła budowane od XIV wieku, a wykorzystywane jako element systemu nawadniającego. Przypominają młyńskie koła – odpowiednio ustawione czerpaki wlewały wodę do akweduktów. Dawniej takich kół było w mieście około dwustu, do dzisiaj przetrwało ich kilkanaście. Największe ma 21 metrów średnicy, chociaż poza miastem są też takie, co dochodzą do 30 metrów. Niesamowity jest ich dźwięk – jak się doliczyli muzycy, wydają około 170 różnych tonów.

W drodze do Aleppo stanęliśmy w Ebli. Z dawnego miasta, które 2400 lat p.n.e. liczyło 40 tys. mieszkańców, zachowało się jedynie trochę odkopanych przez archeologów fundamentów. Ponieważ prace prowadzili tutaj Włosi, więc wszędzie są opisy wskazujące na różne „palazzo”. Ale pałace akurat nie są tu istotne - najważniejszym znaleziskiem były (podobnie jak w opisywanym już Ugarit) tabliczki gliniane z pismem klinowym. Znaleziono całe archiwum – coś koło 7030 takich tabliczek, poukładanych skrzętnie na półkach. Kształt tabliczek związany był z tym, co na nich zapisano – na okrągłych były modlitwy, na prostokątnych legendy, na kwadratowych dokumenty. Zwłaszcza tych ostatnich było sporo syria-cytadela.jpg– spisano m.in. imiona ambasadorów w różnych krajach, podatki, wykaz bydła, rachunki pałacowe i... polecenie wysłania tronu królewskiego do Mari (innego syryjskiego miasta).

W Aleppo mieliśmy sporo czasu, więc zwiedziliśmy cytadelę.  Twierdzę wzniesiono na 30-metrowym wzgórzu (do tego dochodzi wysuszona już teraz fosa 22 metrowej głębokości), tak więc ze szczytu widać całe Aleppo. Do najważniejszych miejsc w cytadeli należy Meczet Abrahama nazwany imieniem biblijnego proroka (czczonego przez muzułmanów), który jakoby przez jakiś czas tutaj mieszkał.  Najbardziej imponującą budowlą jest jednak Pałac Sułtański, którego główna sala służy m.in. do przyjmowania różnych ważnych gości. Całkiem niedawno był w niej na bankiecie np. król Hiszpanii i premier Turcji. A tak w ogóle to mało kto wie, że w połowie XIX wieku komendatem cytadeli w Aleppo był nasz generał Józef Bem! Po upadku powstania węgierskiego w 1849 roku uciekł on do Turcji, przeszedł na islam i już jako Murad Pasza wstąpił do sułtańskiej armii kończąc karierę własnie w tym miejscu. Słowo "kończąc karierę" jest jak najbardziej właściwe, bo w 1850 roku zmarł, notabene na malarię.

syria-na suku2.jpgWracając do zwiedzania... Po południu pochodziliśmy jeszcze po suku, czyli tradycyjnym arabskim bazarze. To prawdziwe miasto w mieście – bazar jest zadaszony, z mnóstwem wypełnionych sklepami uliczek. Co i rusz ktoś nas witał i wołał po polsku – widać że Polacy są tutaj dość licznymi klientami. Najlepszy był facet sprzedający wielkie noże, który wyskoczył do nas z napisaną po polsku kartką: „prezent dla teściowej”. Noży nie kupiliśmy, za to hitem okazały się czarne mydełka z oliwy z oliwek, których jest tu pełno – chyba nie było w grupie osoby, która by ich nie kupiła. Przy okazji fundnęliśmy sobie też po soczku ze świeżo wyciskanych pomarańczy – kosztuje on tutaj równowartość jednego dolara, a jest naprawdę pyszny!   


27 kwietnia, Aleppo – Qalat Siman - Aleppo (V dzień w Syrii)

O Szymonie Słupniku, hammamie i moich syryjskich znajomościach


syria-bazylika szymona.jpgAle fajny dzień! Rano pojechaliśmy do odległego o 35 km od Aleppo Qalat Siman. Qalat to po arabsku twierdza, cytadela (bo rzeczywiście w pewnym momencie historii tamtejsze wzgórze stanowiło obiekt strategiczny), zaś Siman to imię – chodzi konkretnie o Szymona. Krótko mówiąc jest to miejsce, w którym w I połowie V wieku żył sobie Szymon zwany Słupnikiem, czyli ten, który siedział na 18 metrowym słupie, w ogóle z niego nie schodząc, przez 37, 39 lub 47 lat (podaję trzy różne wersje, bo autorzy przewodników i przewodnicy nie są w tej kwestii zgodni). Dokładniej to na tym słupie była mała platforma  (4 m kw.), ale nie było nawet dachu, więc w razie deszczu jedyną osłonę dla Szymona stanowił płaszcz z kapturem. Warto jednak wiedzieć, że zaraz po tym jak Szymon w 459 roku zmarł, jeden z jego uczniów, niejaki Daniel, postanowił  kontynuować dzieło mistrza – on z kolei przemieszkał na słupie 42 lata (zmarł w 502 roku). Daniel miał jednak pecha - świętym uznano  tylko Szymona, choć właściwie to kościół katolicki w związku z niedostateczną ilością udowodnionych cudów niedawno wykasował go z listy świętych,  no i świętym pozostał jedynie w kościele prawosławnym.

syria-krzyz.jpgPo śmierci Szymona  na rozkaz cesarza jego ciało zabrano do Konstantynopola, natomiast wokół słupa wybudowano  katedrę.  Teraz ogląda się jej ruiny – to efekt  trzęsień ziemi, które doprowadziły też do zawalenia się kolumny, z której pielgrzymi na potęgę zaczęli odłupywać pamiątkowe kawałki.

Muszę powiedzieć, że to bardzo ciekawe i nie męczące ruiny. Teren jaki zajmują nie jest duży, ale co chwila odkrywa się coś ciekawego: a to dawną chrzcielnicę, a to kolumny z wyrzeźbionymi krzyżami, nie mówiąc o tym, że jest też pozostałość słynnej kolumny. Niestety, po tym obtłukiwaniu przez pielgrzymów wygląda bardziej jak niekształtne kamienne jajo, a nie jak dawny słup.

syria-pistacje.jpgPrzy okazji chodzenia po wzgórzu z dawną świątynią, zobaczyliśmy jak rosną drzewa pistacjowe. Szczerze mówiąc sama pierwszy raz je widziałam! Poza tym popatrzyliśmy sobie na wzgórza należące już do Turcji – do granicy z Qalat Siman jest już tylko przysłowiowy rzut kamieniem. Ciekawe, bo na syryjskich mapach drogowych (wiem, bo zakupiłam takową) granica nie odpowiada temu co mam w oficjalnym atlasie Bliskiego Wschodu przywiezionym z Europy. Według tutejszych map Antakia czy Iskenderun – miasta obecnie tureckie, zaznaczone są jako terytorium Syrii.  Konflikt o te tereny sięga czasów międzywojennych (czyli chodzi o XX wiek) i jest jednym z powodów, za które Turcja i Syria za sobą nie przepadają.

Popołudnie spędziliśmy w Aleppo. Najpierw zwiedziliśmy całą grupą tutejszy Wielki Meczet, przed wejściem do którego panie muszą założyć śmieszne kapoty z kapturami (i oczywiście zdjąć buty). Za ozdobną kratą koło mihrabu (tak nazywa się nisza wskazująca kierunek Mekki) przechowywana jest czaszka św. Zahariasza, czyli ojca św. Jana Chrzciciela.

syria-w meczecie ummajadow.jpgPotem poszliśmy zobaczyć jeszcze kolejny chan (czyli karawanseraj, albo inaczej mówiąc – dawny zajazd dla podróżujących karawanami). Później, przez resztę dnia, był już czas wolny. Ja wykorzystałam go m.in. na wizytę w hammamie, czyli arabskiej łaźni. Nie dlatego, że byłam brudna, tylko dlatego że to ważne miejsce jeśli chodzi o tutejszą kulturę i obyczajowość. Kiedyś byłam w hammamie w Stambule, ale muszę powiedzieć, że różnica jest ogromna, bo tamten (turecki) był jednak bardzo turystyczny (wszystko na wysoki połysk i super zorganizowane), a tutaj rzeczywiście przychodzą kobitki-lokaleski i cała procedura odbywa się dość spontaniczne (nie mówiąc o zupełnie innych, rzecz jasna dużo niższych standardach higieny). Trochę miałam problem z dogadywaniem się, bo panie korzystające z hammamu mówiły do mnie jak najęte, zupełnie nie przejmując się, że nie znam arabskiego. Za to  bez problemów komunikowałam się (głównie na migi) z przydzieloną mi „łaziebną” – wesołą dziewczyną w spodniach dresowych z napisem Nike (podróba rzecz jasna) i  z dość mocno obwisłym biustem (bo chodziła topless). Dziewczę było niższe ode mnie o głowę, ale jak mnie zaczęło szorować, to z taką siłą, że myślałam że zedrze mi całą skórę. W każdym razie z mojej opalenizny nic już nie zostało.

syria-hammam.jpgOgólnie wyglądało to tak: dostałam do przepasania się jakąś ścierkę, potem przez 10 minut katowałam się w pomieszczeniu będącym odpowiednikiem sauny parowej, potem pani łaziebna kazała mi przejść do pomieszczenia kąpielowego i już nago usiąść na marmurowej podłodze, no i przez następny kwadrans pastwiła się nade mną na różne sposoby. Zaczęła od głowy (miałam wrażenie, że mnie oskalpuje), potem szorstką ścierą przejechała mi kilka razy po twarzy, a następnie przeszła do reszty ciała. Co jakiś czas polewała mnie wiaderkiem do którego nabierała wodę z marmurowego baseniku (bo prysznica nie ma). Woda była za gorąca, ale zwłaszcza jak miałam w nosie i oczach pianę, traktowałam te gorące polewanie jak zbawienie. Potem znowu kazano mi wrócić do tej parówki (sauny), a potem znowu było mycie, ale już łagodniejsze, raczej w formie masażu, z tą jednak różnicą że już nie siedziałam na podłodze, tylko leżałam (też na podłodze) rozpłaszczona niczym żaba.

W przerwach wymieniałam uprzejmości z dwoma Syryjkami które na okrągło paliły papierosy! Nawet w tej dusznej saunie! Syryjki uważnie mi się przyglądały (porównywały zapewne budowę ciała) i przepytały dokładnie w sprawie męża, dzieci etc.

syria-mieszkancy.jpgMuszę powiedzieć, że wyszłam z hammamu z dużą ulgą, bo nie jestem fanką takich miejsc, no ale z drugiej strony warto coś takiego przeżyć,  jeśli chce się poznać wschodnie klimaty. W ramach owych klimatów połaziłam jeszcze trochę po dzielnicy w której hammam się znajdował. To już kawałek od centrum, więc turyści  raczej tam nie zaglądają, a w podtekście – nie ma już takiego porządku jak na reprezentacyjnej, wpisanej na Listę UNESCO starówce. Są za to walące się domy i przesympatyczni, szczerze gościnni ludzie. Ponieważ trochę się w labiryncie uliczek pogubiłam (trafiłam w ślepy zaułek), jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, zaraz pojawiły się śledzące mnie dzieciaki, potem przyszły ich mamy, no i w końcu wylądowałam w jednym z domów zaproszona na kawę. Akurat odbywało się tam jakieś babskie spotkanie, na którym kobitki pozdejmowały już te swoje czarne, wierzchnie okrycia i bez problemów pokazywały twarze i całkiem fajne sukienki jakie noszą pod spodem.

Kiedy już wyszłam z gościnnego domu, zrobiłam sobie spacer z powrotem na starówkę. Zupełnie przypadkowo wyszłam na Maristan Arghun al-Kamili – budynek od XIII wieku do początku XX służący jako szpital dla psychicznie chorych. Miejsce jest ciekawe architektonicznie, ale ma też ciekawą ekspozycję dotyczącą metod leczenia (m.in. stosowano muzykoterapię).

syria-mydlo.jpgPotem poszłam zobaczyć jeszcze fabrykę mydła. Fabryk mydła jest w Aleppo około stu, ale ta (Al-Joubaili) jest pod względem produkcji największa. Mieści się w mającym 400 lat budynku karawanseraju (czyli w chanie), a działa od 200 lat, stanowiąc przekazywany z pokolenia na pokolenie biznes rodzinny. Można w niej zobaczyć ogromne kadzie w których robi się mydło, ale teraz są one puste, bo produkcja trwa zaledwie 3 miesiące w ciągu roku (uzależniają ją zbiory oliwek). Najbardziej podobały mi się „dywany” suszących się mydeł – naprawdę wygląda to jak dywan, bo chodzi o wylaną na podłogę i zastygłą masę mydlaną, pociętą wstępnie na prostokątne kawałki. To proces „leżakowania” –  aby mydło miało odpowiednią jakość, po dwóch dniach jego robienia (przebywania oliwy z dodatkami w kadzi) i dwóch dniach suszenia, musi przeleżeć przez rok.

Szef fabryki pokazał mi jak wygląda wysokiej jakości mydło – po przekrojeniu nie ma jednolitego koloru, bo jego środek ma zupełnie inna barwę, stanowiąc taki niby rdzeń. Dostałam nawet syria-w aleppo.jpgtakie prawdziwe mydło w prezencie. Jednak wizyta w fabryce okazała się dopiero początkiem wtajemniczania mnie w temat mydeł, bo okazało się, że nie mówiący po angielsku szef fabryki ma kuzyna, który po angielsku mówi świetnie (na stałe mieszka w Kanadzie) , tak więc poszliśmy gadać o mydłach do kawiarni. Riad (tak ma na imię kuzyn) Aleppo zna na wylot, wszędzie ma kumpli, no i w rezultacie aż do powrotu do hotelu miałam super przewodnika, który przeciągnął mnie po miejscach, do których bym pewnie sama nie trafiła. Już sama knajpka do której poszliśmy na kawę i początkowo rzeczywiście gadaliśmy o mydłach, była rewelacyjna – istne mini-muzeum różnych sprzętów domowych. Potem dyskutowaliśmy już o wszystkim – nawet o prostytutkach, które obsługują tutejsze domy publiczne. Dla zainteresowanych: dziewczyny pochodzą głównie z Ukrainy i Rosji, a skorzystanie z ich usług to wydatek około 100 dolców (jak na tutejsze warunki – bardzo drogo).

syria-pomarancze.jpgPrzy okazji chodzenia pod opieką Riada, miałam okazję spróbować różnych miejscowych specjałów. Na przykład roznoszonego przez ubranych w specjalne stroje panów syropu z tzw. daktyli indyjskich – całkiem to dobre, trochę podobne do kompotu śliwkowego. Byliśmy też na falafelku (kotlecie z ciecierzycy), pysznych ciastkach z migdałowym nadzieniem i miejscowych lodach. Lodów w ciepłych krajach raczej nie jadam, ale głupio było odmówić, a poza tym wyglądały przyzwoicie i raczej widać było, że nie są z kilkukrotnego zamrażania. O drobiazgach typu orzeszki pistacjowe, z których słynie ten region już nie wspominam, ale swoją drogą  dziwne, że są one takie drogie – niektóre nawet po 22 dolary za kilogram! Tyle samo kosztują też sprzedawane na ulicach trufle pustynne – tych jednak nie próbowałam, bo wymagają przyrządzenia w domu.

Bardzo jestem wdzięczna Riadowi za ten spacer, bo dzięki niemu złapałam wreszcie klimat Aleppo. Do tej pory specjalnie nie zachwycałam się tym miejscem – istniało duże prawdopodobieństwo, że będzie mi się kojarzyć  głównie z zatłoczonym sukiem i ulicami przez które pieszemu trudno przejść (trzeba mieć silne nerwy, aby uwierzyć że pędzący kierowca jednak nas wyminie albo że ma sprawne hamulce i zdąży wyhamować). Teraz już wiem, że to miasto z charakterem, z typu „wciągających”, do których chce się wracać. Szkoda, że już jutro z Aleppo wyjeżdżamy…



28 kwietnia, Aleppo – Palmyra (VI dzień w Syrii)

Znowu ruiny…  :-)


syria-aleppo.jpgWczoraj wracając z kafejki internetowej, trafiłam na jeden z miejscowych klubów nocnych. Była jakaś pierwsza w nocy, ale mimo tak późnej pory, czułam się tutaj (czyli w Aleppo) bezpieczniej niż na warszawskich ulicach. Nadal był całkiem spory ruch i tak sobie szłam, aż w pewnym momencie doszłam do miejsca, z którego dobiegała głośna muzyka. Oczywiście jak to ja, pchana ciekawością od razu wpakowałam się do środka, ku uciesze bramkarzy, bo chyba nie mieli tego dnia zbyt wielu gości. W środku na scenie gibały się w rytm muzyki skąpo odziane dziewczyny (wyglądały na Bułgarki), z boku przy stolikach siedzieli wpatrzeni w nie faceci. Chwilę postałam i sobie poszłam, upewniając się jeszcze, że dziewczyny to z typu tych „pracujących”. Na koniec bramkarz życzliwie mi powiedział, że show z rurą był wcześniej, ale jak jutro przyjdę, to będzie więcej ludzi.

„Jutro” przyjść nie mogłam, nie tylko dlatego że ogólnie wolę inne rozrywki, ale choćby z powodu porannego wyjazdu w trasę (najpierw jednak zobaczyliśmy miejskie Muzeum Archeologiczne i znajdującą się tam plastyczną mapę XII-wiecznego Aleppo).

syria-swiatynia baala2.jpgDroga dłużyła się okropnie, ale w końcu po 5 godzinach jazdy dotarliśmy do Palmyry. To dopiero są ruiny! Zaczęliśmy od świątyni Baala – czczonego tu w czasach fenickich boga słońca, odpowiednika greckiego Zeusa czy rzymskiego Jupitera.  Najbardziej podobały mi się potężne kolumny, których kapitele w starożytności były obłożone złotem i brązem, dzięki czemu odbijały światło i służyły jako rodzaj widocznej z odległości 70 km latarni nie tyle morskiej, co pustynnej. Ale nie tylko sama świątynia była ciekawa, także znajdujące się na jej terenie inne "drobiazgi". Na przykład pozostałości starożytnego kanałku, którym z ołtarza ofiarnego spływała krew zwierząt. Albo kamienne naczynie do robienia wina, w którym po wrzuceniu winogron sok wyciskały dziewczyny chodzące w tej kadzi na boso i co w tym wszystkim najważniejsze, musiały być to koniecznie dziewice.

Potem przeszliśmy się starożytnym cardo, czyli jedną z głównych ulic miasta, wyznaczającą oś północ-południe. Oczywiście co chwila były jakieś kolumny, łuki, posągi… Przy okazji poznałam Julię – to tutejsza długonogą piękność  o krzywych zębach, która chyba chciała mnie opluć, ale na szczęście opiekujący się nią Beduin o imieniu Ali, założył jej „namordnik” (bo chodzi o wielbłądzicę). Wielbłądów do wynajęcia jest tu mnóstwo, ale jakoś raczej nikt z turystów się nie kwapi, by na nich pojeździć. Ja też nie, bo już się w swoim życiu na wielbładach najeździłam, a ruiny wolę zwiedzać na piechotę.

bw-jezdzcy.jpgPrzy agorze wynajęty lokalny przewodnik opowiedział nam historyjkę o królowej Zenobii. Znałam ją (historyjkę, nie Zenobię rzecz jasna) już wcześniej, ale nie znałam kolejnych wersji zakończeń. W skrócie chodzi o miejscową władczynię, która w III wieku n.e. po śmierci swojego męża, któremu zresztą pomogła zejść z tego świata, została królową Palmyry, a nawet nazwała się „Augustą”, czyli imperatorową, co oczywiście wkurzyło faktycznego rzymskiego cesarza. Zenobia była ponoć piękna – wysoka, z dużymi oczami i zębami lśniącymi jak perły (cytuję przewodnika), a do tego wyedukowana, przeambitna i skutecznie władająca swoją armią, której udało się podbić rozległe tereny od Aleksandrii w Egipcie po turecką obecnie Kapadocję. Trudno się dziwić, że wściekli Rzymianie wysłali legiony, aby kobitkę przyprowadzić do porządku – zdobyli Palmyrę, a dumną Zenobię przywieźli do Rzymu, gdzie zakutą w  złote kajdany przeciągnęli po ulicach miasta. A teraz pięć różnych wersji, jaki był kres życia pięknej Zenobii (można sobie wybrać co nam pasuje):   1) została skazana na ścięcie;  2) zażyła truciznę;  3) odmawiała przyjmowania jedzenia tak długo, aż w końcu umarła z głodu;  4) zakochał się w niej jeden z rzymskich senatorów i została jego żoną (ta romantyczna wersja podoba mi się najbardziej);  5) panujący wówczas Aureliusz zdobył się na gest i oddał jej do syria-zachod1.jpgdyspozycji willę, w której sobie żyła niczym w luksusowym domowym areszcie.

Na zakończenie dnia pojechaliśmy jeszcze na miejscową cytadelę zobaczyć z zamkowego wzgórza zachód słońca. Fajny widoczek, ale rozwiało się straszne wiatrzysko, a do tego wraz ze zniknięciem słońca zrobiło się od razu zimno (choć w ciągu dnia był upał).  Po prostu – uroki pustyni.



29 kwietnia, Palmyra – Damaszek (VII dzień w Syrii)

O polskich odkryciach i wschodnich sukach


syria-grobowce2.jpgRano kończyliśmy zwiedzanie Palmyry. Zostały nam do zobaczenia tutejsze grobowce, które występują w kilku rodzajach, z których najciekawsze są wieżowe (takie niby-kominy z 3-4 piętrami) i tzw. hypogeum - te dla odmiany podziemne (w przypadku jednych i drugich wchodzi się do środka). Każdy z takich grobowcó mieścił wiele ciał, bo we wnętrzach było mnóstwo półek, które można było wykorzystać dla siebie i swojej rodziny, albo komuś wynająć. Chyba była to całkiem dobra inwestycja, bo w tzw. Grobowcu Trzech Braci, który rzeczywiście został wybudowany przez trzech braci, doliczono się aż 360 miejsc! Interes się kręcił, bo co jak co, ale na groby popyt jest zawsze.

Najciekawsze przedmioty, które archeolodzy znaleźli w ruinach Palmyry, można obejrzeć w miejscowym Muzeum Archeologicznym. Dużo w nim zwłaszcza przepięknie rzeźbionych kamieni z miejscowych grobowców – nie żebym była jakąś nekrofilką, ale to prawdziwe, misternie wykonane dzieła sztuki. Z innych ciekawostek są tam np. starożytne buteleczki na... łzy czy „bileciki”-zaproszenia na dawne bankiety i różne imprezy. Robiono je z kamieni, na których z jednej strony ryto treść, na drugiej – info kto zaprasza.  Poza tym są też rysunki, jak transportowano znad morza wielkie kamienne bloki czy przywożone z Egiptu marmurowe kolumny służące do budowy palmirskich świątyń – używano do tego wozów ciągniętych przez woły, przy czym dzienny dystans jaki pokonywał taki zaprzęg wynosił około 15 km.  W jednej z gablot są z kolei bite w Palmyrze monety z podobizną wspominanej już w dniu wczorajszym królowej Zenobii. Ta syria-palmyra3.jpgrządząca w III wieku n.e. władczyni  przedstawiana w wojskowym hełmie, kojarzy mi się trochę ze starożytną feministką – ciekawe jak ją odbierały ówczesne kobitki?

Najważniejsze, przynajmniej dla mnie, były jednak pokazywane w muzeum eksponaty znalezione przez polskich archeologów. Polska misja archeologiczna (niegdyś kierowana przez słynnego profesora Michałowskiego) działa w Palmyrze od 1959 roku do chwili obecnej, choć jak mi powiedziano, teraz Polacy pokazują się już tylko latem (pewnie jak studenci mają praktyki wakacyjne).  Z bardziej znaczących odkryć „nasi” mają na koncie piękną mozaikę z tzw. Obozu Dioklecjana, ciekawy posąg Ateny będący kopią jednego z dzieł słynnego Fidiasza, a także wykopane w tych okolicach mumie.

Co do polskich akcentów, to miło mi się zrobiło, kiedy przy wejściu do muzeum zobaczyłam plakat reklamujący koncert muzyki Chopina (niestety, wiele osób myśli, że to Francuz, a nie było nigdzie wzmianki że chodzi o polskiego kompozytora). Odbywa się właśnie całe  tournee chopinowskie, jakiegoś chyba chińskiego pianisty, który będzie grał w różnych antycznych teatrach. Szkoda że nie mam szans wysłuchania takiego koncertu, bo to samo w sobie ciekawe: Azjata grający polskie mazurki na Bliskim Wschodzie.

syria-krajobrazy.jpgZ Palmyry pojechaliśmy już do Damaszku (dystans 215 km), po drodze robiąc postój w przesympatycznej knajpce nazwanej „Bagdad Cafe”. Już pomijam fakt, że mają tam ceny niższe niż u konkurencji, to miejsce jest po prostu fajne. Przy okazji poprzebieraliśmy się w beduińskie stroje i zajrzeliśmy do „prawdziwego” beduińskiego namiotu wykonanego z koziej wełny.

Po przyjeździe do Damaszku na dobry początek przeszliśmy koło restaurowanej obecnie cytadeli, a przy okazji mogliśmy zobaczyć niezwykły system sprzedaży stosowany przez sprzedawców mających swoje sklepiki na… balkonach. Do sklepików wejść nie można, bo budynki od ulicy przegradza rzeczka. Sprytni handlarze wykładają swój towar na owych balkonach, potencjalny klient pokazuje palcem, albo mówi, co go interesuje, po czym dana rzecz wkładana jest do podwieszonego na linie pojemnika, który spuszcza się do klienta. Ten po obejrzeniu towaru albo odsyła towar z powrotem, albo wkłada do pojemnika pieniądze. Sprytne, no a z drugiej strony ludzie muszą być tu uczciwi (mowa o kupujących), skoro już długi czas jakoś to skutecznie funkcjonuje.

syria-azem palace.jpgNa starówce obejrzeliśmy Muzeum Syryjskiej Sztuki i Tradycji, mieszczące się w dawnym pałacu osmańskiego gubernatora Damaszku Assada Maszy al-Azema. Każde z pomieszczeń poświęcone jest innemu tematowi. Jest nawet dawny hamman (łaźnia) i kafejka, do której dawniej panowie (panie nie mogły) schodzili się, aby obejrzeć teatr cieni czy posłuchać zawodowego opowiadacza historyjek i bajek. Bardzo ciekawa jest też sala poświęcona pielgrzymkom muzułmańskim, zwłaszcza tym do Mekki (tzw. hadżdż). Jednym z eksponatów  jest np. wielbłądzi manekin z wielką skrzynią na grzbiecie, przykrytą bogato zdobioną płachtą. Tajemniczy ładunek to tzw. mahmal, który zawierał różne cenne przedmioty, zostawiane w Mekkce jako podarunek czy ofiara od danej społeczności. Wielbłąd który na własnym grzbiecie taki mahmal doniósł do Mekki, mógł liczyć na nagrodę, a dokładniej na labę (zwolnienie od pracy) do końca życia.

Meczet Ommajadów zostawiliśmy sobie na jutro, za to zrobiłam czas wolny na tutejszy suk, czyli typowy arabski bazar. Ten w Damaszku jest sporo większy od tego w Aleppo i też jest kryty, choć akurat jego dach nie za bardzo pasuje do stylowej reszty. Dach jest blaszany i mocno podziurkowany, co według opowieści przewodnika stanowi pozostałość jeszcze z lat kiedy Syrią rządziła Francja (I połowa XX wieku) i kiedy doszło do buntu miejscowych damaszek-na suku.jpgktórzy sobie Francuzów na swojej ziemi nie życzyli. Ponieważ Francuzi, rebeliantów ostrzelali z samolotowych działek, stąd właśnie wspomniane, wciąż nie załatane dziury.

Niezwykłe są takie bazary, zwłaszcza że w przypadku tego w Damaszku nie jest to miejsce wyłącznie dla turystów, tylko raczej dla lokalesów. Dość długo stałam i obserwowałam ludzi. Pozasłaniane dziewczyny kupowały skąpą bieliznę (nawet nie skąpą - bardzo skąpą!), koleś przebrany za tygrysa sprzedawał dzieciakom lizaki, właściciele straganów krzyczeli zachwalając swój towar, krzyczeli też dostawcy towaru, bo chcieli przejechać swoimi załadowanymi po brzegi wózkami, a wszechobecny tłum skutecznie w tym przeszkadzał. Ogólnie mówiąc harmider jest straszny, ale to właśnie stanowi o atmosferze tego miejsca.

W przerwie w upajaniu się atmosferą bazaru, poszłam na ponoć najlepsze w Damaszku lody. Firma nazywa się ”Bakdash”, a ma swoją cukierenkę przy głównej alejce suku. Lody są typowo wschodnie – takie lekko gumiaste, nakładane ręką (!), choć przez rękawiczkę, a co do smaku  to rzeczywiście są niezłe, choć jednak wolę nasze, polskie. Miejscowym muszą jednak naprawdę smakować, bo kolejka jest ogromna. Nawet w niej stanęłam, ale skończyło się na tym, że sympatyczni sprzedawcy zawołali mnie i bez żadnego płacenia wręczyli lodową porcyjkę. A propos kupowania i suków to dzisiaj Janusz, jeden z moich turystów, który raczej nie jest zainteresowany zakupami, stwierdził że przy takich klientach jak on, to „suki zejdą na psy”.

damaszek-lodziarz.jpgCo do mentalności Syryjczyków to ogólnie  fajni ludzie – bardzo sympatyczni, otwarci, a wielu z nich zna trochę język polski, co jest po części związane z licznie przyjeżdżającymi tu polskimi grupami, a po części z tym, że wielu Syryjczyków w Polsce było lub nawet studiowało. Niestety gorzej, jeśli trzeba z Syryjczykami współpracować zawodowo. Muszę powiedzieć, że jako pilot grupy mam z nimi sporo problemów, wynikających głównie z różnic  mentalności. Piszę z „nimi” bo już jeden przewodnik został karnie wymieniony. Kompletny brak wiedzy i zero zorganizowania  jakoś starałam się zatuszować, no ale facet nie mógł zrozumieć, że jest w pracy i to on ma się dopasowywać do grupy, a nie odwrotnie Przykład?  Po całym dniu w drodze grupa siedzi w autokarze, chcąc jak najszybciej dojechać do hotelu, gdzie czeka kolacja, wszyscy są głodni i mocno zmęczeni, a tymczasem przewodnik z kierowcą jakby nigdy nic, bez żadnego uzgodnienia ze mną, idą do knajpy zamówić sobie kolację! Żeby jeszcze coś na wynos, ale nie – przy stoliku, bez pośpiechu, na dodatek bez żadnych wyrzutów sumienia, że my czekamy.

Obecny przewodnik pod względem wiedzy też jest daleki od ideału, no ale przynajmniej jest trochę bardziej rozgarnięty i ma lepszy kontakt z grupą. Niestety do ścięć i tak jednak dochodzi, bo standardem jest że nasz local-guide nie zna miejsc,  które mamy zwiedzać, nie ma pojęcia kiedy są czynne (nawet jeśli dotyczy to jego rodzinnego miasta!), a co do przekazywania wiadomości to stwierdził, że przecież mogę przeczytać informacje z polskojęzycznego przewodnika! Kiedy mu powiedziałam, że tak syria-glowki.jpgrobić nie można, bo przecież czytać to każdy sam umie, uniósł się honorem i od tej pory mam już inny problem – jak tłumaczyć niektóre wypowiedzi, które przeradzają się  w totalne bzdury albo nic nie znaczące wodolejstwo.  To że notorycznie mylą im się tutaj czasy przed naszą erą z tymi z naszej ery, że cesarza Trajana potrafią wstawić w czasy krzyżowców etc., to jeszcze pal sześć, ale dzisiaj przewodnik zrobił wywód o tym,  że w meczecie wiszą lampy zielone, niebieskie i czerwone (co wszyscy widzieli),a potem powtórzył to jeszcze dwa razy! No cóż,  zwykle nie chcąc podważać autorytetu przewodnika  mówię to, co sama wiem (w końcu trochę się do tego wyjazdu przygotowywałam), ale bywa że już naprawdę mnie wewnętrznie „nosi”  i dużo mnie kosztuje aby opanować zirytowanie. Na dodatek miejscowi faceci nie znoszą, gdy kobieta podejmuje decyzje,  ma swoje zdanie, a na dodatek coś im zarzuca, lub jeszcze gorzej - gdy narzuca (a narzucać muszę, w imię dobra grupy). Reasumując – lubię Syryjczyków, ale jeśli chodzi o profesjonalizm przewodników, których tu mam, to niestety, do dobrych ocen daleko.



30 kwietnia , Damaszek (VIII dzień w Syrii)

O kościołach i meczetach, które stoją obok siebie i jakoś nikomu to nie przeszkadza…


Dzisiaj piątek, co w Syrii oznacza dzień wolny od pracy. Większość sklepów jest pozamykana, na ulicach mniejszy ruch niż normalnie, samochody wypucowane. Prawdziwe święto.

syria-kaplica.jpgOd rana do wieczora byliśmy w Damaszku. Zaczęliśmy od Muzeum Narodowego, gdzie mogliśmy obejrzeć to, co znaleziono w miejscach, które odwiedziliśmy na naszej trasie. Potem był czas na świątynie. Najpierw podjechaliśmy do dzielnicy chrześcijańskiej, gdzie znajduje się kościółek pw. Św. Ananiasza. Stoi on na miejscu domu Ananiasza, który był jednym z 72 uczniów Chrystusa i który zaopiekował się późniejszym świętym Pawłem. Dla tych którzy nie orientują się w Nowym Testamencie w uproszczeniu historia wygląda tak:  był sobie Szaweł, rzymski legionista z zapałem ścigający chrześcijan, którzy jak wiadomo w I wieku n.e. za wyznawanie swojej wiary płacili nawet życiem. Szaweł zmierzał właśnie do Damaszku, aby łapać kolejnych chrześcijan, kiedy ukazał mu się Jezus pytając dlaczego go prześladuje. Oślepiony tajemniczym światłem Szaweł, spadł z konia i w efekcie stracił wzrok. Zaopiekował się nim Ananiasz, który przywrócił mu wzrok i sprawił, że Szaweł przyjął chrzest od tej pory nosząc imię Paweł. W ten to sposób z prześladowcy stał się prześladowanym, bo oczywiście znaleźli się „życzliwi” którzy uprzejmie donieśli gdzie trzeba o zmianie poglądów niedawnego pogromcy chrześcijan. Wysłano nawet po Pawła oddział żołnierzy, którzy mieli go aresztować, wiedząc że przebywa w wysokiej wieży, ale umknął im spuszczony z okna  w wielkim wiklinowym koszu. Teraz w wieży  mieści się chrześcijańska kaplica – stoi w niej kopia słynnego kosza, a na ścianach wiszą  namalowane przez jakiegoś rosyjskiego malarza obrazy, przedstawiające scenki z życia Szawła-Pawła, którego po ścięciu mieczem w Rzymie ogłoszono świętym.

damaszek-meczet2.jpgWczesnym popołudniem, jak tylko w meczetach skończyły się główne piątkowe modlitwy, poszliśmy dla odmiany obejrzeć słynny meczet Ummajadów. Najpierw damska część grupy musiała się przebrać w znane nam już z Aleppo płaszcze z kapturami, potem jeszcze zdjęliśmy buty, aż w końcu znaleźliśmy się w miejscu niezwykłym, bo i pięknym architektonicznie, i bardzo uduchowionym. Meczet Ummajadów to miejsce ważne dla wyznawców różnych religii.  Nie tylko dla muzułmanów, ale i dla chrześcijan, którzy przychodzą zobaczyć najważniejszą tutejszą relikwię – czaszkę św. Jana Chrzciciela. Modlił się przy niej w 2001 roku również nasz papież – był to zresztą pierwszy przywódca chrześcijański, który wszedł do meczetu. Co do podobieństw obu religii to jeden z trzech minaretów jakie ma meczet (pierwotnie były cztery, ale jeden się zawalił) nosi imię Issa czyli Jezusa, który w islamie jest jednym z najważniejszych proroków. Jak wierzą syryjscy muzułmanie, w momencie Sądu Ostatecznego Jezus zstąpi na ziemię właśnie przez ten minaret.

Właściwie to, co się teraz ogląda w ramach kompleksu Meczetu Ummajadów to zlepek kilku świątyń. Wciąż na przykład widać (na placu przed wejściem) pozostałości monumentalnej świątyni Jowisza, wzniesionej jeszcze przez Rzymian. Później, kiedy nastały czasy legalnego chrześcijaństwa, zastąpiono ją świątynią chrześcijańską – też ciągle widać jej ślady (są nawet fragmenty bizantyjskich mozaik). Kiedy w VII wieku przyszli Arabowie, nie zniszczyli kościoła, dobudowali do niego tylko kilka islamskich elementów, takich jak np. mihrab (nisza wskazująca kierunek modlitw, czyli Mekki), no i przez długi czas korzystali ze świątyni wspólnie muzułmanie i chrześcijanie. W końcu jednak ówczesny syria-meczet wewnatrz.jpgkalif z dynastii Ummajadów zdecydował, że świątynię trzeba powiększyć, upiększyć, i że w takim razie będzie to już tylko meczet, natomiast chrześcijanie dostali teren i rekompensatę finansową do wykorzystania na wybudowanie nowego kościoła w innym miejscu.

W ogóle trzeba  przyznać, że w czasach dawnych najazdów Arabowie w stosunku do chrześcijan byli ogólnie w porządku,  nie zmuszali na siłę do wyznawania islamu i nie mordowali, jak to robili krzyżowcy. A krzyżowcy, cóż, niestety w imię „obrony” chrześcijaństwa urządzali rzezie, rabowali i na potęgę co się da niszczyli. Jak się zachowywali  w zdobytych miejscach świadczy fragment zapisków francuskiego (czyli chrześcijańskiego) kronikarza, który towarzyszył krzyżowcom w jednej z krucjat w XI wieku. Francuz relacjonował: „W Maarrat an-Numan nasi gotowali dorosłych pogan w kotłach, a dzieci nadziewali na rożny i pożerali upieczone...” Tego typu masakry trwały ponoć dwa tygodnie i nie uratował się nikt z mieszkańców podbitego miasta.

Dzisiejsza Syria to zlepek różnych religii – islamu i rozmaitych odłamów chrześcijaństwa (najwięcej jest greko-ortodoksów, ale są też rzymsko-katolicy, syryjski kościół ortodoksyjny i inne). Póki co wszyscy żyją pokojowo obok siebie i jakoś nie słyszałam z żadnej ze stron głosów agresji i krytyki wobec „konkurencji”. Polecam przyjazd do Syrii tym którzy są tak zażarcie przeciwni budowie damaszek-mauzoleum.jpgmeczetu w Warszawie i krzyczą, że muzułmanie nie są tolerancyjni wobec chrześcijan. Zresztą nie tylko tutaj jest tak, że obok siebie bez problemu stoją kościoły i meczety - podobnie sytuacja wygląda w innych arabskich krajach takich jak Egipt, czy konserwatywna Algieria.

Po meczecie zajrzeliśmy jeszcze do przylegającego do niego Mauzoleum Saladyna. Tak nazywał się muzułmański władca, z pochodzenia Kurd, który w XII wieku zajął Palestynę z Jerozolimą wypierając stamtąd krzyżowców, a w ogóle to słynął ze szlachetności, honorowych zasad, dotrzymywania słowa i tego, że nie urządzał rzezi podbitych armii (w przeciwieństwie do krzyżowców).

W ramach czasu wolnego był jeszcze krótki czas wolny na wydanie na suku ostatnich syryjskich funtów, bo jutro już wyjeżdżamy z Syrii. Dzisiaj, z racji piątku, tylko nieliczne sklepy były otwarte, głównie te prowadzone przez chrześcijan, bo dla muzułmanów to dzień święty. Kupiłam kilka drobiazgów – m.in. przyprawy z których bazary bliskowschodnie słyną, a także torebkę zielonej pszenicy, którą gotuje się podobnie jak ryż (dużo wody) i jest po prostu pyszna.

syria-tancerz.jpgWieczorem, w ramach pożegnania z Damaszkiem, pojechaliśmy na kolację do eleganckiej knajpki z występami.  Przy sąsiednim stole mieliśmy jakichś bogatych Syryjczyków-chrześcijan, którzy w lokalu urządzili rodzinne przyjęcie z okazji komunii świętej jednej z dziewczynek. Mała miała na sobie śliczną komunijną sukienkę, wianek, a do tego zawieszony krzyż. Patrzyłam czy piją alkohol, ale nie, nawet piwa (w Syrii mają swoje piwo).

Występy były całkiem fajne. Taniec brzucha może akurat był taki sobie (bo widziałam lepsze), ale wirujący derwisz (czy raczej pseudo-derwisz, bo ani on, ani taniec nie miał nic wspólnego z religią) był na bardzo wysokim poziomie. Najbadziej podobał nam się „taniec ze spódnicami” (podobne są w Egipcie) polegający na niesamowitych metamorfozach jakie tańczący robi ze swoimi dwiema spódnicami (w jednej jest cały czas, drugą w międzyczasie ściąga i kręci nią niczym parasolem).



1 maja – Damaszek – Bosra (Syria) – Dżarasz – Amman (Jordania)
Ruiny, granica i Czerkiesi

syria-bosra.jpgOpuściliśmy już Syrię i wjechaliśmy do Jordanii. Po drodze do granicy podjechaliśmy jeszcze do Bosry (czyt. BUsra), gdzie znajduje się jeden z najlepiej zachowanych teatrów antycznych (II wiek n.e.), trochę nietypowy w konstrukcji, bo w XII wieku zamieniony w cytadelę. Różne są wersje odnośnie pojemności widowni – jedne przewodniki twierdzą, że było tu nawet 15 tys. miejsc, inne są bardziej sceptyczne – że 5 tys. miejsc siedzących i do tego kilka tysięcy stojących, ale fakt, że teatr jest wielki.

Tuż przy teatrze są ruiny starożytnego miasta (do których nasz przewodnik nie chciał iść, bo przecież „tam nic ciekawego nie ma”, ale przeforsowałam, żebyśmy je jednak zobaczyli). Wśród czarnych bazaltowych kamieni, z których Bosra była zbudowana, sterczą m.in. pozostałości mini-pałacu, w którym według legendy miejscowy król umieścił swoją ukochaną córkę. To z troski, aby nic złego się jej nie stało, bo była przepowiednia, że dziewczyna dość szybko umrze. Żyła w tej złotej klatce niby bezpiecznie, aż pewnego dnia okazało się że w przyniesionym jej koszu owoców znalazł się jadowity wąż. Biedaczka umarła, udowadniając, że przed przeznaczeniem jednak się nie ucieknie. Tak na marginesie to identyczna legenda wiąże się z jedną ze stambulskich wież otoczonych wodami Bosforu – widać na terenie Imperium Otomańskiego, do którego Syria też należała, była moda na takie historyjki.

syria-bosra2.jpgRuiny Bosry - miasta okazały się naprawdę ciekawe. Jest wśród nich także Meczet Omara – zdaniem niektórych historyków jeden z najstarszych w świecie, bo wzniesiony jeszcze w VII wieku, za czasów kalifa Omara, jednego z najbliższych przyjaciół i dowódców Mahometa. W pobliżu są też ruiny wybudowanej w IV wieku bizantyjskiej bazyliki, w której zaledwie 12-letni Mahomet, wędrujący wtedy z karawaną swojego wuja, wdał się w dysputę z miejscowym mnichem, a ten widząc mądrość chłopca, przepowiedział jego wielką przyszłość.

Przekroczenie granicy między Syrią a Jordanią okazało się wyjątkowo skomplikowane i czasochłonne. Załatwianie pieczątek, opłacanie taksu wyjazdowego z Syrii (500 syryjskich funtów, czyli 10 euro od osoby) – wszystko to trwa, a po stronie jordańskiej jest jeszcze prześwietlanie bagażu (dotyczy turystów, bo miejscowym po prostu grzebie się w torbach). Przyczepiono się do noża kupionego przez jedną z pań na bazarze w Aleppo (żaden antyk – zwykły kindżał-pamiątka). Nie byłam chętna do dawania bakszyszu (kasy), więc gdzieś tam dzwoniono, zabrano „winowajczyni” paszport, no ale w końcu nóż oddano.

syria-dziewczyny.jpgNie powiem, z ulgą wyjechałam z Syrii bo ostatnie pół dnia współpracy z syryjskim przewodnikiem było wyjątkowo ciężkie. Co myślę na temat profesjonalizmu miejscowych przewodników (czy raczej jego braku) już pisałam, więc nie będę się powtarzać. W każdym razie zero wiedzy, zero znajomości terenu, a do tego co chwila jest albo obrażanie się, albo podnoszenie głosu.  Za to przewodnik, który czekał na nas po stronie jordańskiej od pierwszego momentu okazał się bardzo fajny. Ma na imię Marwan i jest z pochodzenia Czerkiesem, co zresztą widać, bo wygląda jak typowy Europejczyk. Ponieważ studiował w Odessie, to mogłam przejść z angielskiego na rosyjski, który bardzo lubię, a poza tym mówi też po turecku, bo przez kilka lat w Turcji pracował, więc czasem wplatamy w rozmowy także słówka tureckie (bo turecki też bardzo lubię). A co do Marwina jako przewodnika, to najważniejsze, że przy oprowadzaniu grupy po prostu MYŚLI, no i w przeciwieństwie do swoich syryjskich kolegów wie, gdzie grupę prowadzić.

Co do tych Czerkiesów to jest tu ich całkiem sporo, bo w XIX wieku dogadali się z ówczesnym sułtanem ze Stambułu, jako żę Jordania, podobnie jak i Syria, była w tamtych czasach częścią Imperium Osmańskiego. Sułtan uciekającym z Kaukazu Czerkiesom dał wtedy możliwość osiedlania się na tych terenach, no i w tej chwili jest tu ich około 100 tysięcy. Marwan bardzo ucieszył się, kiedy powiedziałam mu, że w ramach jednej ze wspinaczkowych wypraw na Kaukaz (m.in. na Elbrus) byłam w jego ojczyźnie, zwanej obecnie Karaczajo-Czerkiesją. Teoretycznie to teren autonomiczny, a w rzeczywistości pod okupacją Rosji, gdzie obecnie mieszka więcej Rosjan niż Czerkiesów.  Do Jordanii przeniósł się pradziadek Marwana, ale mimo że obecnie to już któraś generacja mieszkających w Jordanii Czerkieso-Jordańczyków, to nadal mówią swoim językiem i utrzymują swoje tradycje. Ponoć to oni pierwsi zaczęli budować w Dżarasz domy, bo kiedy przybyli w ten rejon, byli tu głównie Beduini-nomadowie mieszkający w namiotach.

jordania-owalne forum.jpgDzisiaj nocujemy w Ammanie, stolicy Jordanii, ale po drodze stanęliśmy jeszcze w wymienionym Dżarasz, gdzie znajduja się doskonale zachowane pozostałości starożytnego miasta z czasów rzymskich (nazywało się wówczas Geraza). Bardzo dużo tu do oglądania, m.in. niezwykłe w kształcie, owalne forum, wielki hipodrom, teatr, dawne świątynie, otoczona kolumnami cardo, czyli główna ulica orientowana z północy na południe i wiele innych obiektów. Byłam tu kiedyś w czasie mojej pierwszej, samodzielnej włóczęgi po Jordanii i wtedy spędziłam w ruinach bite pół dnia, zaglądając w miejsca, których normalnie przewodnicy turystom nie pokazują.



2 maja – Amman – Góra Nebo - Madaba – Al-Karak – Wadi Musa (Petra) – II dzień w Jordanii

O Mojżeszu, bizantyjskich mozaikach, okrutnych krzyżowcach i szlachetnym Saladynie


jordania-gora nebo.jpgZaczęliśmy biblijnie, bo z samego rana pojechaliśmy na odległą o godzinę jazdy od Ammanu Górę Nebo. Właśnie z tego wzgórza wznoszącego się około 800 m n.p.m. Mojżesz jakoby zobaczył Ziemię Obiecaną, do której zgodnie z tym co mu powiedział Bóg – nie doszedł, bo w międzyczasie na owej górze umarł (niektórzy zwracają uwagę, że trudno się dziwić, że tak się stało, skoro dobiegający stu lat starzec wlazł na taką górę). Gdzie jest jego grób nie wiadomo, no ale nie zmienia to faktu, że góra (na której szczyt teraz wjeżdża się samochodami), pełna jest turystów i pielgrzymów. Pielgrzymów różnych wyznań, bo Mojżesz jest ważną postacią zarówno dla chrześcijan, wyznawców judaizmu, jak i muzułmanów.

Trzeba przyznać, że Góra Nebo to całkiem przyjemne i zadbane miejsce (opiekę nad nim sprawują franciszkanie). Przy pomniku upamiętniającym 2000-lecie chrześcijaństwa i wizytę Jana Pawła II są wmurowane w chodnik tabliczki upamiętniające różnych sponsorów – jest wśród nich wymienione miasto Wrocław.

Trochę się zmieniła Góra Nebo od mojej wizyty w tym miejscu kilka lat temu – oliwka zasadzona przez Jana Pawła II podrosła, udostępniono do oglądania odkopane mozaiki, a wokół ruin kościółka z VI wieku wyrosły potężne (i brzydkie) rusztowania. Szkoda, bo przy okazji zasłonięto  dostęp do symbolicznego krzyża ze stylizowanej laski Mojżesza z owiniętym wokół niej wężem – ulubiony motyw na zdjęciach, jakie sobie tu każdy wcześniej robił. Oczywiście popatrzyliśmy też na panoramę – być może z tego samego miejsca, w którym dawno temu stał Mojżesz. Akurat trafiliśmy na dobrą pogodę - było widać Dolinę jordania-warsztat mozaik.jpgJordanu, Morze Martwe, no i Izrael oraz okupowaną przez niego Palestynę z Jerychem (Beltejem nie widać, bo za daleko).

Zjeżdżając z góry zatrzymaliśmy się przy sklepo-fabryce, gdzie robi się mozaiki. Pracują tam niepełnosprawni, którzy kleją drobne kamyczki dwiema  metodami – nowoczesną (na klej super glue) oraz tradycyjną (używając kleju z wody i mąki, a potem po odwróceniu swojego dzieła na drugą stronę, wszystko razem spaja się jeszcze cementem).

Do tematu prawdziwych, bizantyjskich mozaik wróciliśmy trochę później w Madabie, mieście u podnóża Góry Nebo. Jest tam greko-ortodoksyjna cerkiew  św. Jerzego, a w niej mozaika uważana za najstarszą na świecie mapę Ziemi Świętej. Misternie ułożona powstała w VI wieku (naszej ery rzecz jasna), pracowano przy niej 6 lat, a składała się z 2,5 tys. kawałeczków. Do czasów obecnych zachowała się tylko część mozaiki, ale i tak sporo na niej widać, bo są tam i statki pływające po Morzu Martwym, zaznaczone miejsce chrztu Chrystusa w Jordanie, grób Chrystusa w Jerozolimie i wiele innych punktów pielgrzymkowych. Co do chrztu Chrystusa to warto pamiętać, że prawdziwe miejsce gdzie się to stało, znajduje się w Jordanii, zaś w Izraelu pokazuje się „konkurencyjne”, nie wspominając zwykle że to twór marketingowy, nie mający nic wspólnego z oryginałem. Zresztą sam fakt że papież Jan Paweł II udając się do miejsca chrztu Chrystusa był właśnie nad jordańskim Jordanem, tylko potwierdza historyczną prawdę.

jordania-zamek karak.jpgZ Madaby po 2,5 godzinach jazdy przyjechaliśmy do Al-Karak, gdzie zwiedzaliśmy jeden z największych i najlepiej zachowanych na Bliskim Wschodzie zamków krzyżowców (choć  obiektywnie przyznaję, że Crac des Chavaliers w Syrii zrobił na mnie większe wrażenie). Dowódcą twierdzy był w XII wieku niejaki Renald z Chatillon, rycerz okrutny i daleki od rycerskich cnót. Wsławił się choćby zrzucaniem więźniów z wysokich zamkowych murów, a  żeby przedłużyć im psychiczne i fizyczne męki, żeby nie stracili zbyt szybko świadomości, kazał im zakładać na głowy drewniane skrzynki.  Wszyscy w okolicy mieli Renalda dosyć, zwłaszcza że nie dotrzymywał zawartych układów pokojowych i stale napadał na kupieckie karawany i pielgrzymów wędrujących do Mekki, łupiąc i mordując na potęgę. W końcu wkurzył samego  Saladyna, słynnego muzułmańskiego władcę słynącego z poszanowania zasad i szlachetności, który obiecał że zabije bezdusznego i zwyrodniałego Renalda własnymi rękami. A że Saladyn obietnic dotrzymywał, rzeczywiście tak się stało, po uprzednim 8-miesięcznym oblężeniu zamku. W międzyczasie (w czasie oblężenia) miało ponoć miejsce wesele Renalda – Saladyn wiedząc o tym zaprzestał na ten czas ostrzału zamku (oczywiście armat jeszcze nie było - strzelano kamieniami wyrzucanymi z katapulty).

jordania -mlodziez.jpgZ zamku w Karak pojechaliśmy już na nocleg, czyli do Wadi Musa – współczesnego miasteczka wyrosłego przy ruinach starożytnej Petry. „Wadi Musa” znaczy dokładnie „Dolina Możesza”  i faktycznie na wjeździe do miejscowości znajduje się kolejne ze znanych mi źródeł Możesza (kolejne, bo z Góry Nebo też się takowe pokazuje).

Po drodze wykorzystałam, że Marwan to naprawdę fajny przewodnik i podpytałam go trochę o arabskie słówka (przy okazji dowiedziałam się że słowo „bilet” po polsku i po arabsku to samo znaczy), a potem pogadaliśmy na różne ciekawe tematy. Przerabiając temat miejscowej przyrody dowiedziałam się na przykład, że kwiatem narodowym Jordanii jest czarny irys – szkoda bo akurat dwa tygodnie temu przestały one kwitnąć. Ciekawą sprawą okazały się tutejsze dni wolne. W przeciwieństwie do np. Libanu, gdzie  wzorem większości świata wolny od pracy weekend przypada w sobotę i niedzielę, czy inaczej niż w sąsiedniej Syrii i Arabii Saudyjskiej, gdzie nie pracuje się w piątki i soboty (weekend muzułmański), w Jordanii wolne są piątek i sobota. Inna sprawa, że jak mówił Marwan z tym weekendem i tak jest płynnie, bo wielu sklepikarzy robi sobie wolne w piątek oraz w niedzielę i podobnie nieczynnych jest wiele szkół (uwzględnia się, że uczniowie są różnych wyznań, więc z myślą o chrześcijanach i muzułmanach daje im się możliwość odbywania praktyk religijnych w święte dla nich dni). Tak na marginesie, to jak się okazało Marwan, praktykujący muzułmanin, posyła swoje dzieci do szkoły chrześcijańskiej i nie widzi w tym nic dziwnego, skoro szkoła jest dobra, a do tego jest blisko domu. I niech mi ktoś w Polsce mówi o nietolerancyjności wobec chrześcijan w krajach islamu…

jordania-krolowie.jpgPogadaliśmy też o królu. A właściwie o królach, bo w Jordanii na każdym kroku wiszą  portrety zarówno obecnie panującego Abdullaha II, jak i jego ojca, zmarłego w 1999 roku Husajna I. O obydwu mówi się z ogromnym i chyba szczerym szacunkiem, Husajna ceniąc przede wszystkim za jego wkład w pokój na Bliskich Wschodzie, a Abdullaha za dbałość o naród i rozwój kraju. Jego Królewska Mość Abdullah II urodził się w 1962 roku, ożenił się z wyedukowaną na Zachodzie, młodszą o 8 lat córką palestyńskiego lekarza (prawie połowa ludności Jordanii to Palestyńczycy), no i od 17 już lat para królewska stanowi przykładną rodzinę, z czwórką dzieci z których najstarsze ma w tym roku 16 lat, a najmłodsza córeczka  5 lat. Król, podobnie jak jego małżonka, też jest doskonale wyedukowany (uczył się w Anglii i w Stanach), do tego wysportowany (wiem że lubi nurkować i skakać ze spadochronem), no i chyba rzeczywiście mądrze rządzi. Zresztą Marwan pokazywał po drodze osiedla całkiem ładnych domków zbudowanych z państwowej kasy dla najbiedniejszych ludzi, opowiadał też o szpitalach, elektryfikacji kraju i o stawianiu na turystykę, która jeszcze do niedawna była zupełnie nieznaczącą gałęzią gospodarki, a teraz daje 16 proc. wpływów do budżetu, z tendencją wzrostową. Tak na marginesie to mam wrażenie że jest jordania-buteleczki.jpgtu zatrzęsienie polskich wycieczek – ciągle wpadamy na grupy rodaków, a właściciele straganów mają już opanowane podstawy języka polskiego.

Teraz jest już ciemna i zimna bardzo noc. Z tym chłodem to chyba uzasadnione – jesteśmy na wysokości 1500 metrów, w hotelu wysoko ponad Wadi  Musa, z pięknym widokiem na góry wśród których ukryte są ruiny Petry. Akurat jak przyjechaliśmy, mieliśmy fantastyczny zachód słońca  – zresztą hotel nazywa się „Panorama” i rzeczywiście nazwa jest właściwa. A co do pogody to ponoć w tym roku były tu duże opady śniegu, co stanowiło rzecz jasna zaskakującą anomalię pogodową. To, że w tych górach czasem śnieg bywa, ponoć się zdarza, ale mimo wszystko biała pokrywa pojawia się w minimalnych ilościach i szybko topnieje. W tym roku jednak na drogę z Szubak do Wadi Musa (tą, którą dzisiaj jechaliśmy) spadło ponoć pół metra śniegu i trzeba było ją zamknąć! Podobnie trzeba było na 2 dni zamknąć Petrę, która jest wprawdzie sporo niżej, więc śniegu w niej nie było, za to została podtopiona przez ulewne deszcze. Turystów którzy akurat byli w ruinach, ewakuowano ponoć jeepami.



3 maja – Petra – Akaba (III dzień w Jordanii)

W ruinach „Różowego Miasta”


jordania-siq.jpgPetra – dawna stolica Nabatejczyków, lata świetności miała w czasach od I wieku p.n.e. do III wieku naszej ery, ale to co pozostało, jest rzeczywiście imponujące. Byłam w Petrze już dwa razy, z czego raz w pojedynkę, na własną rękę, kiedy przyjechałam na kilka godzin, a zostałam przez dwa dni. Miałam wtedy zamiar spać na dziko w ruinach, ale ostatecznie zaopiekowali się mną Beduini, zaprosili na nocleg do swojej wioski i jeszcze dali na kilka godzin (za darmo) własny pojazd z napędem na cztery nogi, czyli osiołka. Wtedy jednak nie miałam przewodnika (jeśli nie liczyć kolesia  o którym mowa w artykule dostępnym tutaj), teraz więc bardzo ucieszyłam się, że mam ze sobą Marwana, który pokazywał mnóstwo interesujących rzeczy.

Już samo dojście do ruin jest w Petrze kapitalne. Idzie się wąskim, mającym 1,2 km wąwozem, zwanym Siq`iem, między skałami dochodzącymi do stu metrów wysokości. W najszerszym miejscu Siq ma 13 metrów szerokości, w najwęższym zaledwie 3 metry, więc widokowo jest po prostu cudnie! Do tego co i rusz są wyryte w skałach nisze, w których dawniej stawiano pogańskich bogów, gdzieniegdzie nadal widać starożytny bruk, są też pozostałości antycznego systemu kanalizacyjnego - jednym słowem można przenieść się oczami wyobraźni w czasy ponad 2 tysiące lat wstecz. Na końcu wąwozu wyłania się tzw. Skarbiec (który wcale skarbcem nie był, tylko grobowcem) - kręcono przy nim sceny do filmu „Indiana Jones – Ostatnia Krucjata”.  Z daleka jordania-skarbiec.jpgwygląda to jak fasada budynku, jednak Nabatejczycy wcale nie budowali, tylko ryli w skale, bo czego jak czego, ale skał mieli tu pod dostatkiem. Ciekawe są też inne grobowce – doliczono się ich jak na razie ponad sto, a najładniejsze to tzw. Grobowce Królewskie, które z daleka przypominają wydrążone w skałach pałace.

Kiedy już wszystko zobaczyliśmy (starożytny teatr, tzw. Wielką Świątynię, ruiny bizantyjskiego kościółka z mozaiką, ulicę kolumnową etc.) i grupa miała czas wolny, ja z Marwanem poszliśmy do ruin zbudowanej przez krzyżowców cytadeli. Fajne miejsce, bo praktycznie nikt już tam nie chodzi (mało kto w ogóle wie, że można się tam wdrapać), no a trzeba przyznać, że widok jest warty włażenia pod stromą górę, w dodatku w upale jaki zwykle panuje w Petrze. Posiedzieliśmy sobie u góry, pogadaliśmy, a potem Marwan pognał do autokaru (zapomniał papierosów, a to nałogowiec), a ja powłóczyłam się jeszcze po ruinach po swojemu i zajrzałam do jednego ze sklepów, z którego wyszłam z naszyjnikiem z kości wielbłąda. Jednak największe spustoszenie w moim portfelu zrobiła świeżo zakupiona książka o Petrze – droga jak diabli, ale bardzo się z niej cieszę, a poza tym to swego rodzaju inwestycja w moją wiedzę na przyszłość.

jordania- wielblady.jpgZ Petry przyjechaliśmy do Akaby, czyli jordańskiego kurortu nad Morzem Czerwonym. Tuż obok (naprawdę po sąsiedzku) jest izraelski Ejlat, a nieco dalej widać już granicę z Egiptem. Dla odmiany ok. 20 km od Akaby na południe jest granica z Arabią Saudyjską. Już przy wjeździe widać, że Akaba jest bardzo nowoczesna – miasto liczy ok. 100 tys. mieszkańców, a reklamuje się go jako główny (właściwie to jedyny, ale „główny” lepiej brzmi) kurort nadmorski Jordanii. Dzisiaj sobie już odpuściłam ganianie po mieście, bo jutro jest dzień luzu (dla grupy czas wolny), na spokojnie więc zobaczę co się zmieniło od mojego pobytu tutaj 5 lat temu. Tylko że wtedy przyjechałam specjalnie na nurkowanie, (co widziałam pod wodą, czytajcie tutaj ), a teraz ze względów czasowo-organizacyjnych o nurach nie ma mowy. Szkoda…



4 maja – Akaba (IV dzień w Jordanii)

Nad Morzem Czerwonym


Akaba zawsze kojarzyła mi się z popularnym w krzyżówkach hasłem: „zatoka Morza Czerwonego”.  No i teraz tu jestem, w dodatku w dzień swoich imienin  :-).

jordania-nury.jpgAkaba to zarówno zatoka, jak i miasto. Już wczoraj pisałam, że na odcinku coś około 40 km wybrzeżem Morza Czerwonego dzielą się cztery kraje: Jordania, Arabia Saudyjska, Izrael i Egipt. Niestety, nie mam z hotelowego okna romantycznego widoku na morze – zaraz za oknem, dokładnie pół metra dalej, mam ścianę drugiego budynku z malowniczą stalową rurą. Grupa ma chyba lepiej – z pokoju, w którym byłam gościnnie, jest widok na wysadzany palmami skwer i szpital ozdobiony ogromnym (w nocy podświetlanym) portretem króla Abdullaha II.

Dziś miałam dzień luzu, który może do końca wypoczynkowy  nie był (robiłam rozliczenia, wypełniałam różne dokumenty, rozmawiałam z naszym przewodnikiem i managerem hotelu), ale psychicznie trochę odżyłam. Wczoraj miałam strasznego „doła”, po tym jak zostałam potraktowana przez jedną z moich turystek.  Nie ważne o co poszło i o kogo chodzi, miałam zresztą o tym na blogu nie pisać, ale jednak zmieniłam zdanie, z myślą o tych którzy chcą robić kursy pilotów i o tych, którzy uważają  że praca pilota to „wakacje”. Rozumiem, że jako pilot jestem w pracy, a grupa na urlopie, co oznacza że  turyści mogą mieć kiepski humor, a pilot musi nauczyć się znosić różne kaprysy, jednak są jakieś granice odnoszenia się do pilotów wynikające choćby z kultury i ludzkiej życzliwości. Najbardziej przykro, gdy obrywa się za nic, w sytuacjach kiedy człowiek  stara się być życzliwym, a druga strona nie tylko tego nie docenia, ale jeszcze dostaje się po głowie.

jordania-ruiny aili.jpgPo południu udało mi się wreszcie  pójść do miasta. Zaczęłam od mariny, co przy moich żeglarsko – morskich zainteresowaniach nie jest dziwne. Ku mojemu zaskoczeniu w ogóle nie było jachtów żaglowych, cumowały jedynie super „wypasione” jak powiedziałaby młodzież, jachty motorowe. Potem zobaczyłam sobie ruiny dawnego miasta Aila czyli ważnego portu, który powstał tutaj jeszcze w czasach przedislamskich (właśnie od historycznej Aili wziął nazwę położony tuż obok izraelski Ejlat).

Najwięcej czasu spędziłam na plaży. Kto mnie zna, wie, że ja akurat nie z tych, co lubią prażyć się godzinami na słońcu (choć opalona lubię być), a zresztą na publicznej plaży Akaby i tak nie wypada się kobiecie rozbierać. Turyści mieszkający w Akabie, jeśli nie mają hotelu tuż przy morzu, dojeżdżają zwykle na płatne plaże poza miastem, gdzie jest i czyściej, i ładniej, no i można występować nawet i w toplessie (w ofercie naszego hotelu taka oferta całodniowego plażowania kosztuje 8 dinarów czyli jakieś 12 dolców za dzień).  Plaża w Akabie jest jednak ciekawa ze względu na lokalesów. Przychodzą tam całe rodziny i głównie piknikują. Komu  uda się zająć nieliczne parasole z ławeczkami, ten szczęściarz – pozostali rozkładają się nie na leżakach, bo takich udogodnień tu nie ma, nie na żadnych ręcznikach, ale na… dywanach, które można wypożyczyć na plaży. Oprócz dywanów są też do wypożyczenia… namioty, a także koła ratunkowe, w których hasa w wodzie dzieciarnia. Poza nimi w wodzie widać też jord-akaba.jpgnielicznych mężczyzn (pławią się przy brzegu, bo na ogół nie umieją pływać), natomiast kobiety przesiadują na brzegu, poubierane w swoje długie, czarne abaje i pozasłaniane po czubek głowy. Z plażowych atrakcji są jeszcze rowery wodne oraz łódki ze szklanym dnem, które można wynająć za 20 dinarów (30 dolarów) za godzinę (kwota za całą łódkę, na którą może wejść kilka osób).

Z plaży wygoniło mnie pragnienie, bo butelka z wodą została w hotelu. Kupiłam sobie do picia tutejszy odpowiednik mojego ulubionego solonego niby-jogurtu, który w Turcji i Syrii nazywa się ayran, a tutaj shaneineh. Klucząc po bazarze wydałam też ostatnie dinary. Kupiłam m.in. puszkowany humus, czyli pastę z ciecierzycy z dodatkiem oleju sezamowego, suszone figi i kilka innych drobiazgów. Miałam zamiar iść też na jakiś lokalny obiad, ale przez tutejszy zwyczaj częstowania się tym co jest na straganach (sprzedawcy sami co chwila coś podtykają) tak się nasyciłam migdałami i różnymi orzeszkami, że już mi się odechciało jeść.

jordania-w marinie.jpgW ramach pożegnania z Akabą (bo jutro rano wracamy już do Ammanu) poszłam z grupą do portu na zachód słońca. Zachód jak zachód, ale jakie góry, które stopniowo nabierały czerwonawej barwy!  W drodze powrotnej do hotelu namierzyliśmy sklep z alkoholami, co jak dotąd w Jordanii było niespotykanym wręcz zjawiskiem  (może i są jakieś monopolowe, ale ja nie widziałam żadnego). Ku swojemu zdziwieniu odkryłam całkiem spory wybór lokalnych piw, przy czym najsłabsze, o brzmiącej nieco z amerykańska nazwie Philadelphia (w rzeczywistości to starożytna nazwa Ammanu) ma 5 % alkoholu, a najmocniejsze, nazwane Petra, aż 10 %!  Poza tym jest mnóstwo różnych araków, czyli inaczej mówiąc anyżówek, które nie powinno się mieszać z dodatkami typu cola etc., tylko pić z lodem i wodą, pod wpływem której owa wódeczka mętnieje. Ja akurat nie jestem fanką takich wynalazków, no ale jeśli ktoś lubi to na zdrowie – po tutejszemu „saha”!



5 maja – Akaba – Wadi Rum – Amman (V i ostatni dzień w Jordanii)

Przez pustynię do domu


To już ostatni dzień naszego podróżowania po Bliskim Wschodzie. Samolot mamy z Ammanu, tak więc aby dotrzeć z Akaby do stolicy Jordanii, musieliśmy pokonać dystans 330 km, większą część drogi pustynną autostradą.

jordania-wadi rum.jpgPo drodze zaliczyliśmy jeszcze dwugodzinną przejażdżkę samochodami terenowymi po najbardziej malowniczym fragmencie tutejszej pustyni zwanym Wadi Rum. Już same samochody były atrakcją – zdezelowane toyoty Land Cruisery z lat 70-tych. Mieliśmy do dyspozycji dwa takie pół wraki, z czego ten, w którym ja jechałam, nie miał hamulców, więc kierowca hamował biegami, albo raptownie skręcał (tę metodę zastosował uciekając od  przywalenia w śmietnik). W drugiej toyocie hamulce były, ale za to nie wchodziły biegi, a poza tym przy ruszaniu nie chciała zapalić. O takich szczegółach jak wlew paliwa zatkany odpowiednio zgniecioną puszką, kierownica powiązana sznurkiem czy brak klamek już nie wspominam.

Wycieczka była całkiem fajna, chyba nawet fajniejsza od objazdu pustyni jaki zaliczyłam kilka lat temu, kiedy byłam sama i pojechałam na pustynię ze znajomym Beduinem. Podejrzewam, że ponieważ byliśmy wtedy jego prywatnym autkiem (nówka sztuka), to pewnie żal mu było eksploatować maszyny na wertepach. Inna sprawa, że podczas tamtego wyjazdu nocowaliśmy na pustyni, co rzecz jasna było największą atrakcją. Teoretycznie mogłam skorzystać z namiotu w obozowisku dla turystów, ale jak zobaczyłam jak taki obóz wygląda (kilkadziesiąt  namiotów jordania-samochod.jpgrozstwionych jeden przy drugim), od razu powiedziałam że wolę gdzieś bardziej dziko. Ostatecznie spaliśmy przy ognisku rozpalonym na piachu przy wielkich skałach i poza tym że rano było pieruńsko zimno, to wspominam to bardzo fajnie.

Jeśli chodzi o to, co teraz zobaczyliśmy, to na samym początku zatrzymaliśmy się na chwilę przy tzw. Źródle Lawrence`a (chodzi o słynnego angielskiego podróżnika, archeologa, a zarazem wojskowego i agenta wywiadu, który pod koniec I wojny światowej w tych okolicach przebywał). Przy okazji zobaczyliśmy też kamień z napisami z czasów Nabatejczyków, a potem pojechaliśmy zobaczyć Khaz`ali Siq, czyli niesamowity wąwóz, tak wąski, że trudno się momentami między skałami wysokimi na kilkaset metrów przecisnąć. Swoją drogą to góry są tu całkiem wysokie – najwyższy szczyt w okolicach wioski Rum sięga około 1750 m n.p.m. Chciałabym przyjechać tu kiedyś specjalnie na wspinanie – Wadi Rum to ponoć najlepszy teren do skalnej wspinaczki na całym Bliskim Wschodzie.

jordania-matka z mlodym.jpgNa koniec pustynnego safari zrobiliśmy jeszcze postój przy wielkiej wydmie, którą razem z Januszem, jednym z moich turystów, usiłowaliśmy zdobyć, ale piasek był już tak nagrzany (a ja byłam w sandałach), że wymiękłam. Potem jeszcze obfotografowaliśmy wielbładzicę z młodym, wypiliśmy kawę (jestem fanką arabskiej kawy – takiej parzonej po turecku, z dodatkiem kardamonu i podawanej w małych filiżankach), i wreszcie po przesiadce znowu do naszego autobusu, ruszyliśmy do Ammanu.

Po drodze podpytałam Marwana o to, jak tu jest z dziećmi przy rozwodzie. Okazało się, że ustawowo dzieci do lat 15-tu zostają z matką (ojciec ma obowiązek płacenia alimentów), jeśli jednak matka powtórnie wyjdzie za mąż, wtedy dzieci według przepisów powinny przejść pod opiekę ojca (chyba, że rodzice między sobą domówią się inaczej).

Po dojeździe do Ammanu zrobiliśmy krótki objazd stolicy. Niestety ze względu na korki musieliśmy odpuścić teatr antyczny znajdujący się w centrum miasta. Widzieliśmy tylko cytadelę (teraz z daleka, ale byłam już na niej podczas tej swojej samodzielnej włóczęgi po Jordanii), parlament i pałac królewski, czy raczej  otaczający go mur, a z samego pałacu tylko wystający ponad drzewami dach. No i jeszcze po drodze mignął nam ogromny maszt z równie ogromną jordańską flagą – ponoć to jordania-amman.jpgnajwyższy maszt  na świecie – ma  127 metrów wysokości. Co prawda Korea Północna postawiła sobie wyższy maszt, ale ten koreański podtrzymują kable, a maszt jordański stoi bez wspomagania.

Miłym zakończeniem dnia było spotkanie z Fadim – przedstawicielem naszego kontrahenta. Przesympatyczny chłopak, bardzo dobrze mówiący po polsku, jako że studiował w Łodzi przez 7 lat. Spotkanie zakończyło się w sklepie, bo poszliśmy kupić arabską kawę, z kardamonem rzecz jasna (to znaczy kupił ją Fadi – dzięki Fadi!). Przy okazji przeszkoliłam się w zakresie tutejszych kaw – większość z tych które nazywają się „arabskimi” to w rzeczywistości brazylijskie :-) , tyle że właśnie z dodatkiem kardamonu. Skończyło się na kupieniu takiej świeżo zmielonej (zmielił ją przy nas pan z obsługi sklepu). Ma tak mocny aromat, że Fadi mnie ostrzegł, że wszystko mi w torbie tym zapachem przesiąknie. 

No a póki co czas się pakować – samolot do Europy mamy o 2.55, czyli w środku nocy. O 9-ej rano powinnam być już w Warszawie. Jak tutaj mawiają: Inszallah (jak Bóg pozwoli)!

 
partnerzy

projekt i wykonanie: StudioWWW