Północna Chorwacja w tydzień

ch-beli.jpgTym razem jest to opis wyjazdu z Pawłem (moim mężem). Termin: czerwiec 2010 r. Trasa: Północ Chorwacji (południe już znamy), a dokładniej: Jeziora Plitwickie, wyspy Cres, Losinj i Krk oraz mały kawałek Półwyspu Istria. Ogólne informacje praktyczne - na końcu, info dotyczące zwiedzanych miejsc - w tekście.

 







21 czerwca,  I dzień
Zagrzeb – Karlovac – Turanj - Slunj - Jeziora Plitwickie

Deszczowe powitanie


Chorwacja przywitała nas deszczem! Fatalnie, bo szczerze mówiąc jakoś mało rozsądnie wmówiliśmy sobie, że lecimy na południe Europy, tam gdzie błękitne niebo i słońce, no i nie za bardzo przygotowaliśmy się ubraniowo na taką pogodę. No ale ogólnie i tak, nawet mimo deszczu, który sprawia wrażenie późnojesiennej aury, cieszymy się z Pawłem, że tu jesteśmy! Oboje Chorwację bardzo lubimy i zawsze chętnie tu wracamy!

Formalności z wypożyczeniem samochodu na lotnisku (bo do Zagrzebia przylecieliśmy około 14-tej) zostały załatwione szybko i sprawnie. Szczerze mówiąc po styczniowych problemach jakie mieliśmy we Włoszech w wypożyczalni renomowanej firmy Avis, gdzie dosłownie ze wszystkim były „schody” i w rezultacie wyrzuciliśmy sporo pieniędzy w błoto (40 euro skasowano nas tylko dlatego że kierowcą był Paweł, a karta kredytowa była na mnie), tutaj było aż za łatwo! Nikt nie chciał od nas żadnych kart, pan w wypożyczalni był grzeczny i uczynny, a cała operacja od zgłoszenia się do otrzymania kluczyków trwała może ze 3 minuty (we Włoszech ze 40 minut).

Czy ktoś chce się wykąpać?  :-)Po zapakowaniu się w srebrnego Hundaya, obraliśmy kierunek na Jeziora Plitwickie. Pierwszy przystanek zrobiliśmy sobie w Karlovacu, mieście które wielu osobom kojarzy się zapewne z piwem „Karlovacko”, które rzeczywiście się tu produkuje. Dużo wesołości wzbudził w nas przejazd przez most na przepływającej przez Karlovac rzece o jakże pięknie brzmiącej nazwie: „Kupa”. To i tak nic, bo trochę wcześniej przejeżdżaliśmy przez kanał „Kupa-Kupa”!

Miasto na kolana może nie rzuca, ale jako przerywnik w podróży może być. Pewnie spodobałoby nam się bardziej, gdyby nie ten okropny deszcz, sprawiający że nawet aparatu fotograficznego żal było wyciągać. Obejrzeliśmy sobie ładny ratusz, XVII-wieczną kolumnę morową stojącą na dużym placu koło kościoła, wyhaczyliśmy pomnik... żaby (!), a na koniec przeszliśmy się jeszcze wzdłiż pozostałości dawnych fortyfikacji wybudowanych w epoce Skansen wojny serbsko-chorwackiej.renesansu  na planie sześcioramiennej gwiazdy. Przy okazji odwiedziliśmy też dobrze zaopatrzoną informację turystyczną (przy głównej ulicy) i wymieniliśmy kaskę, bo bez kun (miejscowych pieniędzy) podróżować nie da rady.

Jest jeszcze w Karlovacu zamek, ale na peryferiach miasta i  w sumie nie jest to żadne imponujące zamczysko, tak więc go sobie odpuściliśmy. Na to konto zatrzymaliśmy się jakieś 10 km dalej na południe, w miejscowości Turanj, gdzie zrobiono wystawę sprzętu bojowego wykorzystywanego w czasie wojny Chorwatów z Serbami (wstęp wolny, czynne cały czas, bo nie ma żadnego płotu). Jest tam taki niby-skansen wojskowy - stoi trochę różnych czołgów i transporterów opancerzonych, jest jeden strasznie zmasakrowany samolot i drugi, Mig, jakby gotowy do lotu, poza tym rozstawiono różne zapory przeciwczołgowe,  mobilny bunkier itp. sprzęcior. Uzupełnieniem wystawy jest zniszczony bombami i pociskami budynek – bądź co bądź w czasie trwających w latach 1991-95 działań wojennych przechodziła tędy pierwsza linia frontu obrony. „Właśnie tutraj zostały powstrzymane sily serbskich zaborców” – głosi ulotka napisana m.in. po polsku.

Kolejny i już ostatni przystanek na naszej dzisiejszej trasie zrobiliśmy w miejscowości Slunj, gdzie są XVII wieczne wodne młyny (z drogi głównej trzeba kierować się znakami wskazującymi „Rastoke” , jak nazywają się miejscowe kaskady). Miejsce sympatyczne, choć znowu – deszcz trochę popsuł jego atmosferę. Jak na razie jest środek nocy i ciągle leje… Mam nadzieję że do rana przestanie, bo to jedyny dzień kiedy możemy zobaczyć chorwacki cud natury – Jeziora Plitwickie.

 

 

22 czerwca, II dzień
Jeziora Plitwickie – Kuterevo – Otok (Wyspa) Losinj

Hity dnia: Jeziora Plitwickie i odwiedziny w schronisku misiów


Jest godzina 20-ta, a my zamiast w hotelu, stoimy w porcie i tęsknie, choć w dobrych humorach, gapimy się na drugi brzeg.  Właśnie 10 minut temu uciekł nam prom, a następny mamy ch-promy.jpgdopiero za 2 godziny (o 22-ej). To, że pewnie na prom który popłynął nie zdążymy, braliśmy pod uwagę, bo nasz GPS wskazywał, że zabraknie kilku minut, no ale łudziliśmy się że: a) wersja Pawła – jakoś te kilka minut nadrobimy;  b) wersja moja – że a nóż-widelec zmienili rozkład, a poza tym Chorwaci to naród południowców, więc może tacy punktualni wcale nie są. Niestety, co do założeń Pawła to na przejeździe przez przez góry nijak nadgonić się nie udało, tym bardziej że jechaliśmy bardzo podrzędną drogą, która nie dość że była kręta i nad przepaściami, a momentami miała nawet 15% spadku, to jeszcze co chwila przebiegały przez nią zające (naprawdę było ich tam pełno). Na dodatek trafiliśmy na akcję ratunkową, bo jakiś samochód  zwalił się w przepaść, nic więc dziwnego, że ochota do przyśpieszania nam przeszła.

Niestety, moja wersja dotycząca promu również się nie sprawdziła, bo nie dość, że nie zmieniono zgodnie z naszym życzeniem rozkładu rejsów, to jeszcze jak nam udowodniono, tutejsze promy pływają co do minuty.  Krótko mówiąc mamy teraz dwie godziny czasu, zamówiona kolacja w hotelu pewnie nam  przepadnie, a w ogóle to dotrzemy do celu pewnie o północy, bo po przeprawie promowej mamy jeszcze 70 km jazdy. Jakby nie patrzeć  na mapę, musimy przejechać jeszcze dwa „otoki”, jak się po chorwacku mówi o wyspach – konkretnie Cres i Losinj.

ch-mis.jpgNasz obsuw z promem to rezultat tego, że zachciało nam się oglądać misie, czego zresztą absolutnie nie żałujemy. Chodzi konkretnie o sierociniec dla niedźwiadków jaki mieści się w wiosce Kuterevo , na skraju masywu górskiego Velebit. Miejsce to nie wiem dlaczego nie opisywane jest  w przewodnikach - ja namierzyłam je zupełnie przypadkowo na jednej z mapek.

Misie były urocze – mają ich tam 6, przy czym najmłodsze to psotne dwulatki, najstarsze – siedmiolatki. Jak nam powiedziała oprowadzająca nas młodziutka dziewczyna o imieniu Maja, niedźwiedzi w Chorwacji jest całkiem sporo – ponad tysiąc, tak więc nawet nie są chronione i co roku prowadzi się odstrzał 10-15% ich populacji. Jeśli chodzi o te, które trafiły do sierocińca, to bardzo różne są ich losy. Np. urodzony w 2003 roku samiec  Zdravi Gor (każdy ma jakieś imię) stracił matkę, bo przejechała ją ciężarówka.  Jego kumpel – Ljubo Lik (też rocznik 2003) został sam nie wiadomo w jaki sposób, ale skończyło się na tym, że zaczął nachodzić jakiś dom, w którym w dobrej wierze go dokarmiano, niestety robiąc mu w ten sposób krzywdę. W pewnym momencie miś zrobił się bezczelny i zaczął wchodzić, rzecz jasna nie proszony, do domu, więc gospodarze się wkurzyli i zgłosili natręta policji. Gdyby nie sierociniec, zwierzak pewnie zostałby odstrzelony.

ch-znak.jpgSierociniec to projekt jednej z organizacji ekologicznych, a ludzie którzy w nim pracują to wolontariusze nie tylko z Chorwacji, ale także z innych krajów (spotkaliśmy wycinające krzewy dziewczyny z Niemiec, Francji i Belgii).  Muszę powiedzieć, że zaimponował mi ogólny zapał, jaki tam było widać. Utrzymanie takiego ośrodka to niewątpliwie nie łatwa sprawa, bo choćby wykarmienie takich grubasów (dorosłe osobniki dochodzą nawet do 350 kg żywej wagi), to niezłe koszty. Pytałam co jedzą – okazuje się, że ponieważ to z założenia raczej wegetarianie, mięso dostają tylko dwa razy w miesiącu (cielaki i ryby), a tak to jadą na owocach (głównie jabłka, śliwki i gruszki). Podobno uwielbiają truskawki – Maja mówiła, że to dla nich taki substytut słodyczy i jeśli się tu przyjeżdża, dobrym pomysłem jest przywiezienie z 10 kg (!) truskawek. Ale również zajmowanie się maluchami to nie lada problem. Ponoć mleko, jakie daje niedźwiedzica, ma 7 razy większą zawartość tłuszczu niż mleko dla ludzi, no i w rezultacie jeśli trafiają do sierocińca misie w wieku do 2 lat (zajmowano się już takimi kilkumiesięcznymi) podaje im się mleko doprawione różnymi odżywkami.

Ciekawe, bo dowiedziałam się, że w okolicy pokazuje się systematycznie około 20 dzikich niedźwiedzi,  które z miejscowymi ludźmi żyją praktycznie w symbiozie, tzn. obie strony sobie wzajemnie nie przeszkadzają, jednak do kuzynów z sierocińca misie żyjące na wolności nie podchodzą.

Dla tych którzy zechcą odwiedzić sierociniec misiów: * trzeba dojechać do miejscowości  Kuterevo, kilkanaście kilometrów od miasteczka Otocac. Droga jest nie oznakowana (przydaje się GPS) i dopiero na końcu, już do parkingu, doprowadzą nas znaki, a jakże, z misiami. * Ośrodek jest czynny od marca do końca listopada (potem miśki idą spać), w godzinach od mniej więcej 8 do 20. * Wstęp – 20 kun od osoby.


ch-plitwice2.jpgTyle o misiach, bo jednak większą część dnia zajęły nam Jeziora Plitwickie, uchodzące zresztą za jedną  z największych atrakcji  Chorwacji. Miejsce faktycznie jest przepiękne, choć chyba miałam ciut większe oczekiwania (to wina plakatów pokazujących jeziora w pełnym słońcu, kiedy jest fajna gra kolorów, a dzisiaj wprawdzie już nie lało, ale mimo wszystko było pochmurno).

Naszą przewodniczką była Bethsy – i tu zaskoczenie – rodowita Peruwianka! Niesamowita historia – dziewczyna pracowała jako stewardessa na promach pływających po Karaibach i Morzu Śródziemnym, no i tam poznała Chorwata, w którym się zakochała. W połowie lat 90.-tych XX wieku, czyli zaraz po zakończeniu wojny chorwacko-serbskiej słowiańsko-latynoska para pobrała się i osiedliła koło Plitwic, mają obecnie czwórkę dzieci, a Bethsy pracuje w parku narodowym Jezior Plitwickich, wykorzystując swój świetny angielski, hiszpański rzecz jasna i ciągle uczy się trudnego dla niej chorwackiego (mówi bardzo płynnie, ale jak przyznaje – ma problemy  z pisownią). W każdym razie super miła dziewczyna. Obeszliśmy z nią jeziora od samej góry po najniższe i najdalej położone, a to że przy okazji omówiliśmy politykę Fujimori (byłego prezydenta Peru) i zioła lecznicze z Amazonii, to już inna sprawa.

ch-plitwice1.jpgWycieczka wzdłuż jezior była naprawdę fajna, bo i widoki są piękne (niesamowity jest kolor wody – seledynowo-turkusowy) i  w ogóle to sympatyczny, niemęczący (przynajmniej naszym zdaniem) spacer.  W sumie jeziorek jest 16 - połączone malowniczymi kaskadami, które teraz były szczególnie imponujące, bo po ostatnich deszczach wyjątkowo obficie nawodnione . Wody było tyle, że niektóre kładki, po których się chodzi, były zalane wodą i albo trzeba było gimnastykować się na szczebelkach położonych na nich drabinek, albo, co wiele osób praktykowało – zdjąć buty i zasuwać na boso. My, z Pawłem, dzięki różnym unikom, skokom i wyczynom gimnastycznym, zachowaliśmy suche buty prawie do końca. „Prawie” bo na sam koniec chcieliśmy podejść do największego nie tylko tutaj, ale w całej dawnej Jugosławii wodospadu (70 m spadku), no i właśnie tam nas solidnie zmoczyło.

Wstęp na „Plitwice” nie jest tani (w przeliczeniu na złotówki ok. 65 zł od osoby) ale trzeba powiedzieć, że jest to miejsce zadbane i z głową zorganizowane. Ponieważ jest to park narodowy, w dodatku wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, w ramach dbałości o przyrodę jest w nim sporo zakazów – m.in. nie wolno się w kąpać (a zwłaszcza w upale jeziorka kuszą, oj, kuszą!), ani łowić ryb, których w krystalicznej wodzie widać takie ilości, że ma się wrażenie, że da radę wyciągać je rękami. Swoją drogą jeszcze więcej niż ryb jest tu ludzi – Bethsy twierdzi że w szczycie sezonu (lipiec-s ierpień) nawet i po 10 tys. dziennie! Ponoć władze parku myślą o ograniczaniu liczby wejść, tak by nie doprowadzić do destrukcji tutejszego otoczenia. W okolicznych ch-plitwice3.jpglasach żyje całkiem sporo dzikiej zwierzyny, m.in. wydry, wilki i niedźwiedzie (przy parkingach są nawet znaki „Uwaga niedźwiedzie”, choć szansa na spotkanie z nimi jest raczej tylko nocą).

Info dla tych, którzy chcą zobaczyć Jeziora Plitwickie: * Wstęp – latem od godziny 7.30 do 19.30. * Bilet 1-dniowy 110 kun, 2-dniowy - 180 kun,  dzieci do lat 7 - gratis. W cenę biletu wliczony jest już rejs statkiem i korzystanie ze specjalnych buso-pociągów podwożących w niektóre miejsca. * Na teren parku prowadzą 2 wejścia, przy których są szczegółowe mapy i propozycje tras. * Podczas wycieczki zwłaszcza osobom starszym mogą przydać się kijki trekingowe. Buty na wycieczkę powinny być wygodne i na nieślizgającej się podeszwie (dobre są górskie, albo trekingowe sandały). 




23 kwietnia, III dzień
Mali Losinj i okolice (wyspa Losinj)

O delfinach, antycznym atlecie i winie z widokiem na morze


Poranek był ciężki, bo przez ten prom, na który się spóźniliśmy (o czym pisałam wczoraj), rzeczywiście dotarliśmy do hotelu baaaardzo późną nocą. No ale szkoda nam było tracić dnia, tym bardziej że wreszcie mamy słońce – dzielnie się rano pozbieraliśmy i pełni zapału pojechaliśmy zwiedzać okolicę.

Zaczęliśmy od Ogrodu Miomirisnog. Pozornie nic specjalnego – działka tuż obok głównej drogi, a na działce dom otoczony różnymi krzakami.  Nam się jednak podobało, bo lubimy ludzi z pasją, a u właścicielki posiadłości, pani Sandry, pasję akurat widać. Jak nam opowiadała, już w dzieciństwie uwielbiała chodzić po lesie i zbierać różne rośliny, no a teraz, w dojrzałym już dość wieku, postanowiła wykorzystać swoją wiedzę botaniczną i zrobić z tego sposób na życie. Ogród który prowadzi od 6 lat to dla turystów dobre miejsce aby zobaczyć, jak rosną np. kapary (nie wiedziałam że mają takie śliczne kwiaty!), różne zioła typu lawenda, szałwia czy rozmaryn, albo prozaiczne karczochy, które większości z nas kojarzą się głównie jako dodatek do pizzy. Swoją drogą na wyspie Losinj występuje około 1500 różnych roślin, z których 230 ma zastosowanie lecznicze. U pani Sandry można kupić różne naturalne medykamenty, kosmetyki, a także nalewki (te już niekoniecznie dla zdrowia). W ramach proponowanej degustacji chciałam spróbować nalewkę z oliwy (!) ale nie było otwartej butelki, więc skończyłam na przepysznym limoncello, czyli likierze z limonek. Przy okazji nauczyłam się jak jest po chorwacku „na zdrowie!” – „zivjeli!”.

A jeszcze co do różnych roślin… Pani Sandra żaliła się, że diabli wzięli jej mini-plantację lawendy. Ponoć w zeszłym roku przyszła jakaś zaraza w postaci insektów-pasożytów, no i trzeba było krzaki lawendowe zniszczyć. Ponoć dla wielu plantatorów chorwackich była to prawdziwa klęska.

Przy okazji lawendy zwróciłam też uwagę na kwiatki św. Jana – takie żółte, występujące w różnych częściach Europy. Ja je znam akurat z Norwegii, gdzie tłumaczono mi, że nazwa nawiązuje do okresu kwitnięcia (koniec czerwca, czyli okolice dnia św. Jana), a niektórzy mówią o tych kwiatkach że to symboliczna „krew św. Jana”, bo po roztarciu roślinki np. na ręce, zostaną nam czerwone ślady, właśnie jak po krwi. Kwiatki św. Jana na Losinju zalewane są oliwą z oliwek, którą zresztą również barwią na czerwono, a stosuje się potem taki specyfik na różne choroby skóry oraz... na depresję.

ch-veli losinj.jpgZ ogrodów pojechaliśmy zobaczyć Veli Losinj, czyli jedno z tutejszych miasteczek, które wbrew nazwie („Veli” znaczy „wielki”, „większy”) jest mniejszy od miasta Mali Losinj. To co interesuje turystów w owym Velim Losinju to dość kameralny ryneczek z -  jak opisują w przewodniku serii Bradt – tu cytat: „kościołem jak stodoła” (chodzi o jego dość masywną bryłę). Jak wygląda w środku nie wiem, bo niestety chorwackie świątynie otwierane są jedynie przy okazji nabożeństw. W każdym razie ryneczek jest bardzo ładny, a dobry widok na niego mamy ze szczytu wieży, dawniej obronnej, a obecnie służącej jako muzeum. We wspomnianym przewodniku muzeum określają jako „przerost formy nad treścią”, ale mnie akurat się podobało, choć na pewno duży wpływ miał po części żeglarski charakter ekspozycji. Losinj swego czasu, ściślej za okupacji weneckiej, słynął z budowy żaglowców. Tutejsze stocznie pracowały pełną parą, a faceci z Losinja pływali po całym świecie jako cenieni w swoim fachu kapitanowie.

Wydobyta spod wody rzeźba grecka datowana na I wieku p.n.e.Muzeum w Velim Losinju  to także okazja aby zapoznać się z historią bardzo reklamowanego tutaj Apoxiomena. Chodzi o wykonaną z brązu figurę greckiego sportowca, dzieło datowane na I wiek p.n.e. Rzeźbę okryli przypadkiem płetwonurkowie (w roku 1999), a wcześniej, przez wieki leżała przykryta podwodnym piachem, bo jak się przypuszcza, wyleciała w czasie sztormu ze statku, na którym ją transportowano. Póki co Apoxiomen znajduje się w muzeum w Zadarze, ale niedługo ma wrócić na wyspę Losinj, czyli miejsce swojego znalezienia. Już prawdopopodobnie w przyszłym roku będzie można oglądać antycznego sportsmena w Muzeum Miejskim tworzonym właśnie przy nabrzeu w Malym Losinju.

Ale teraz póki co ciąg dalszy o Velim Losinju, bo z ciekawych miejsc jest tam jeszcze Morskie Centrum Edukacyjne poświęcone gł. ochronie delfinów, a konkretnie delfinów butlonosych. Wokół wysp Losinj i Cres żyje ich około 150. Naukowcy z centrum nadali im różne imiona, dzięki czemu jeśli chcemy (tzn. jeśli wpłacimy odpowiednią kwotę rzędu 20-70 euro), możemy konkretnego delfina „zaadaptować”.  Aktualnie „ojców chrzestnych” czy raczej „sponsorów” poszukują m.in. „Debby” – samica będąca matka dwóch definiątek, „Mush” – samiec słynący ze spektakularnych skoków , „Sonja” – towarzyska samica często pomagającą innym delfinicom w opiece nad maluchami plus jeszcze kilka innych osobników. Żeby jednak nie było rozczarowań– w opisywanym Centrum prawdziwych definów nie zobaczymy, bo nie ma tam żadnego akwarium, a poza tym chodzi o ochronę Delfiny są nie tylko w morzu, także na pomnikach...tych zwierząt, a nie trzymanie ich w niewoli. Warto jednak do Centrum wpaść, aby poszerzyć swoją wiedzę na temat tych uroczych ssaków. Okazją do tego jest m.in. film video, komora do odsłuchiwania nagranych dźwięków delfinich "rozmów", a także specjalnie zrobione prezentacje komputerowe. Jak się okazuje, delfiny butlonose mogą nurkować na głębokość nawet 300 metrów (to i tak nic przy wielorybie humbaku, który schodzi nawet na 1500 m w głąb oceanu), żywią się rybami i kalmarami, mogą płynąć z prędkością nawet 40 km/godzinę, w ciąży są przez 12 miesięcy, mogą żyć do 50 lat, choć zazwyczaj kończy się na około 30, mają do 4 m długości i 400 kg wagi! (kto by pomyślał jak się patrzy jak wysoko skaczą).  Tak na marginesie to nie zdziwmy się, kiedy przy okazji tego typu informacji będzie padało określenie „dupina”. Tak odmienia się po chorwacku słowo "delfin" (w mianowniku „dupin”, no ale w dopełniaczu – „dupina”.  Uroczo!  :- )

Zanim wyszłam z Eko-Centrum, zapytałam pracujące tam dziewczyny co myślą o polecanych w tym rejonie wycieczkach-rejsach na oglądanie delfinów. Jak przypuszczałam, kłóci się to z ideą ochrony delfinów, bo liczne łodzie goniące delfiny sprawiają, że zwierzaki się płoszą. Teoretycznie w Centrum mówi się, że przy jednej łodzi dystans jaki powinno się trzymać w stosunku do delfinów wynosi 100 metrów, a przy trzech łodziach – 200 metrów, no ale nie ma się co łudzić - nikt tego nie pilnuje! Szczerze mówiąc sama byłam kilka razy na takim delfinim fotosafari (w Nowej Zelandii, na Zanzibarze i na Islandii) i

ch-dupin.jpg

rzeczywiście było to w stosunku do delfinów dość perfidne – goniliśmy ile sił w silniku aby być jak najbliżej zwierząt, które rzecz jasna próbowały nam uciec. Dopiero teraz zastanowiłam się nad problemem – następnym razem przemyślę, czy skorzystać z propozycji takiego rejsu.

 

Morskie Centrum Edukacyjne:  * Latem czynne od 9 do 22, w maju, czewcu i wrześniu od 9 do 16, w soboty od 9 do 14, w pozostałe miesiące od pn. do pt. 10-14.  * więcej: http://www.blue-world.org


Z Velkego Losinja pojechaliśmy do Malego (czyli większego), w którym żyje około 7 tys. mieszkańców, co oznacza że to już metropolia  :-). W miejscowym muzeum mieszczącycm się w XIX wiecznym pałacu (tzw. Fritzy Palace) obejrzeliśmy wystawę strojów regionalnych – ponoć ciągle chodzą w nich kobiety na pobliskiej wyspie Susac. Nawet zaczęłam kombinować, jak się na tę wyspę dostać, ale okazało się, że nic z tego, bo układ promów jest taki, że przy naszym dość napiętym planie, pomysł jest nierealny.

Po południu znowu wyruszyliśmy z Pawłem do miasta (bo w międzyczasie wróciliśmy do hotelu), tym razem już na piechotę. W pierwszej chwili chcieliśmy pożyczyć rowery, ale zniechęciła nas cena. Potem stwierdziliśmy że opcja "na nogach" była lepsza, gdyż przez część naszej drogi musielibyśmy te rowery prowadzić lub przenosić przez schodkowe uliczki. 

ch-plaza.jpgW każdym razie przeszliśmy się wzdłuż tzw. plaży, jeśli można tak nazwać ok. 30 metrowej długości wybrzeże z piaskiem czy raczej żwirkiem, ale ogólnie to wszyscy rozkładają się tu na całkiem romantycznych i zapewniających kameralność skałach. My akurat nie jesteśmy fanami opalania się, tak więc tylko sobie na plażę popatrzyliśmy, a potem wśród dających miły cień lasów piniowych, pomaszerowaliśmy do nadmorskiego kościółka. Chodzi o kościółek w  którym dawniej żony i narzeczone marynarzy modliły się i składały ofiary za szczęśliwy powrót ich mężczyzn. Stąd zresztą nazwa tego miejsca (a zarazem lokalnej plaży), czyli Cikat – od chorwackiego słowa oznaczającego „czekać”.  To ponoć najbardziej elegancki fragment wybrzeża w tej części wyspy. Na końcu malowniczej zatoki, w której można sobie całkiem fajnie popływać na windsurfingu (oj, jak żałowałam że nie miałam czasu na deseczkę!), stoją eleganckie wille – niektóre jeszcze z czasów Habsburgów, kiedy mieściły się tu sanatoria. Teraz część tych willi to hotele i restauracje, przy czym jak się okazało, część wykupili… Rosjanie! Byłam trochę zaskoczona, bo Rosjanie wcale nie rzucają się w tym rejonie w oczy. Najwięcej jest Niemców, Włochów i Austriaków, od niedawna coraz częściej pojawiają się Francuzi i Czesi. Nawet Polaków tu jak na lekarstwo.

ch-mali losinj.jpgW mieście sporo czasu spędziliśmy w porcie jachtowym (bądź co bądź jesteśmy żeglarzami), a potem pokluczyliśmy sobie wąskimi, brukowanymi uliczkami w starej części miasta. Na koniec poszliśmy na wielkie lody, które trochę inaczej smakują niż nasze (są według mnie bardziej „tłuste”), ale trzeba przyznać, że porcje są bardzo solidne.

W drodze powrotnej w ramach robienia skrótów przez las wylądowaliśmy w podejrzanych krzakach, ale z moją orientacją chyba nie jest tak źle, bo wprost z tych krzaków wyszliśmy na hotel. Sukces uczciliśmy buteleczką wina wypitą na balkonie, choć szkoda, że nie spojrzeliśmy wcześniej na etykietkę, bo zamiast kupić wino chorwackie, kupiliśmy serbskie. A tak swoją drogą rozmawiałam dzisiaj z tutejszą dziewczyną mającą  20-kilka lat o tym, jak młode pokolenie zapatruje się na wojnę w latach 90.-tych i co myśli na temat obecnych kontaktów z Serbami. Dziewczyna stwierdziła, że jest w porządku, bo jak Serbowie się gdzieś pokażą (a przyjeżdżają coraz częściej), temat wojny i polityki obydwie strony na wszelki wypadek omijają. Wychodzi się z założenia, że było, minęło, życie toczy się dalej…

 

 

 

24 czerwca, IV dzień
Mali Losinj – Nerezine (Wyspa Losinj) – Osor – Lubenice – Cres – Beli (Wyspa Kres) – Valbiska – Baska (Wyspa Krk)

O widokach jak z pocztówek i szpitalu dla sępów


Trochę z żalem opuszczaliśmy wyspę Losinj. Szybko się jednak okazało, że następna, czyli Cres jest jeszcze ładniejsza i ciekawsza, co sprawiło, że postawiłam ją na równi z moim ulubionym Hvarem (to z kolei wyspa położona dużo bardziej na południu, w Dalmacji).

Wyspy Losinj i Cres (czyta się przez „c”) oddziela zaledwie 11 metrowy kanał, przez który przejeżdża się po obrotowym moście. Zaraz przy moście na Cresie jest miasteczko Osor – warto się w nim zatrzymać, bo choć niewielkie (zaledwie 80 mieszkańców) są w nim urocze zakątki, stare mury obronne, wiekowe kościoły i różne symbole z czasów świetności tej pierwszej stolicy wyspy.  Wcześniej, jeszcze na wyspie Losinj, specjalnie wjechaliśmy do miejscowości Nerezine, ale szczerze mówiąc poza wiekową, ale zamkniętą na cztery spusty kapliczką, nic tam ciekawego nie zobaczyliśmy. Za to Osor wypadł lepiej niż się spodziewaliśmy!

Niewątpliwie warto zobaczyć też Lubenice, choć do tej oddalonej od cywiliacji wioski dość trudno dotrzeć. Okazało się, że droga w którą wprowadziłam Pawła, owszem – na mapie istnieje, ale w terenie jej praktycznie nie ma. Jakaś terenówka pewnie dałaby radę, ale naszego wypożyczonego Hundaja na takie próby narażać nie chcieliśmy. Problem jednak tkwił w tym, że wycofanie się z tej drogi wcale nie było łatwe, no bo jak tu zawrócić, jak droga taka, że ledwo się samochód mieści? Potem się okazało, że właściwa droga, do której w końcu dotarliśmy, wcale nie jest taka dużo lepsza. Owszem, przynajmniej asfalt ma, ale jest równie wąska i do tego obstawiona kamiennymi murkami, o które dość łatwo przytrzeć. Do tego dochodziły dosyć strome podjazdy, rowerzyści których trudno wyprzedzić i co najgorsze – jadące z naprzeciwka samochody, z którymi można się było wyminąć tylko w niektórych miejscach, tzn. tam gdzie zrobiono zatoczki. Podziwiałam Pawła, bo jako kierowca dawał sobie świetnie radę i nawet nie przeklinał bardzo gdy okazało się że strzałka z paliwem dochodzi do zera, a stacji benzynowej ni widu, ni słychu.

ch-morze.jpgLubenice okazały się wioską jak najbardziej godną naszych starań, trudów i stresów związanych z dojazdem. Miejsce jest po prostu bajkowe! Kamienne domy z czerwonymi dachówkami, niemal puste uliczki (oprócz kilkunastu lokalesów, docierają tu naprawdę nieliczni turyści i to tylko tacy, którzy naprawdę chc a tu dotrzeć, czyli jacyś wędrowcy lub rowerzyści). Po prostu ma się wrażenie znalezienia się w jakimś innym świecie. I do tego jakie widoki! Lubenice położone są na wysokim klifie, u stóp którego jest zatoczka z intensywnie lazurową wodą. Widok obłędny!

Na obiad stanęliśmy w konobie (czyli gospodzie) w samym środku wyspy, czyli w wiosce Loznati. Paweł jak zwykle wsuwał miejscowy specjał, czyli jagnięcinę, ja zaryzykowałam kalmary, które ze względu na wygląd nie są moim ulubionym daniem, ale smakowo  mi pasują. Z kolei w ramach próbowania miejscowych napojów, zdecydowaliśmy się na popularne w Chorwacji specjalne winne mieszanki. Paweł zamówił bambusa”, czyli ciemny napój z czerwonego wina zmieszanego z colą, ja zaryzykowałam z tzw. misz-maszem, co oznacza wino z fantą (tworzy się taki dwukolorowy drink, na dole pomarańczowy, u góry bordowy). Czy te „wynalazki” są dobre, to rzecz gustu – jak dla mnie, mogą być.

ch-miasto cres.jpgOczywiście w Cresie-mieście też byliśmy. Bardzo sympatyczna miejscowość, zwłaszcza okolica portu. Na całej wyspie mieszka około 3 tys. ludzi, z czego w stolicy (czyli w Cresie) jakieś 2,5 tys. Miłośnicy historii znajdą tu wiele wpływów weneckich – jest np. typowo wenecka dzwonnica, czyli tzw. kampanila, wenecka loggia i reliefy pokazujące skrzydlatego lwa, czyli symbol patrona Wenecji - św. Marka, z księgą. Ponoć jeśli księgę rzeźbiono otwartą, znaczyło to, że były to lata spokoju, jeśli księga była zamknięta, odnoszono to do okresów wojennych.

Przyznam, że począkowo trochę z rezerwą odnosiłam się do ostatniego punktu naszego dzisiejszego programu, czyli pomysłu wyjazdu do Beli – miejscowości położonej na samym krańcu wyspy, kawał drogi od promu, którym mieliśmy się przeprawiać na wyspę Krk. W Beli mieliśmy zobaczyć szpital dla sępów. Tymczasem okazało się, że to był hit dnia, jeśli nawet nie wyjazdu! Już sam przejazd przez dość dziką, słabo zaludnioną wyspę, najdłuższą w całej Chorwacji (67 km) był fajnym doświadczeniem, a kiedy wyłoniły się położone na szczycie wzgórza czerwone dachy Beli, wiedziałam już, dlaczego tak się tu różnym osobom podoba. W Beli jest po prostu rewelacyjne. Nic w tym miasteczku zasadniczo nie ma, ale labirynty uliczek i kociska wygrzewające się na kamiennych schodkach, sprawiają, że robi się zdjęcie po zdjęciu. Niedaleko wejścia do Beli jest też antyczny rzymski most – zeszliśmy do niego (bo jest w wąwozie), ale nie powiem żeby mnie jakoś wyjątkowo zafascynował i w efekcie więcej zdjęć zrobiliśmy ganiającym w okolicy owieczkom.

No ale to z czego Beli słynie to wspominany już szpital dla sępów płowych! Mieliśmy szczęście, bo trafiliśmy na niesamowitego kolesia z Polski, który już od 13 lat w tej placówce pracuje. Chłopak ma na imię Trzeżbór, ale choć to słowiańskie imię, trudno je wymówić, woleliśmy więc wersję „Borek”. Już sam megabarwny życiorys Borka zasługuje na specjalną opowieść (chłopak walczył w wojnie chorwacko-serbskiej), teraz jednak tylko pokrótce o sępach. No więc północ Cresu to jedno z nielicznych w Europie miejsc, gdzie ten zagrożony wyginięciem ptak jeszcze żyje, a różni pasjonaci z ośrodka sępów, wśród licznych zadań jakie wykonują, zajmują się wyciąganiem z wody młodych, którym nie za bardzo wyszły pierwsze loty. W czasie rekonwalescencji w szpitalu (czytaj – w wielkiej wolierze) ptaki ćwiczą mięśnie, a jak dojdą do siebie, są wypuszczane na wolność. W tej chwili pacjentów jest 15, z czego 4 będzie musiało zostać w niewoli do końca życia (jedna samiczka ma uszkodzone skrzydło, inne – zatraciły zdolność orientacji).

ch-sep.jpgNie można zaprzeczyć, że taki sęp to kawał ptaszyska! Pod względem rozpiętości skrzydeł, z wynikiem do 270 cm, sępy zajmują trzecie miejsce w kategorii rozpiętości skrzydeł. Okazuje się, że w młodości sporo „podróżują” – dzięki obrączkom wiadomo, że niektóre okazy docierają nawet do afrykańskiego Czadu! Niestety, ze względu na różne zagrożenia (strzelanie do ptaków, linie wysokiego napięcia, trucie różnych zwierząt i pośrednio - żywiących się nimi sępów, wszechobecne pestycydy itp., niewiele młodych ma szansę na przeżycie i założenie rodziny. A u sępów rodzina jest naprawdę wzorowa - oznacza związek między samcem a samicą raz na całe życie.

Żywią się sępy oczywiście padliną, ale jak się dowiedziałam, bardzo czyste to ptaki – po każdym posiłku obmywają się w kałużach, a w ogóle to mają takie pierze, że żadnych nieprzyjemnych zapachów nie wydzielają. W szpitalu sępy nie muszą szukać jedzenia – wszystko mają podane, a oznacza to 110 tys. kilogramów mięcha w skali roku. Borek opowiadał, jak kiedyś jeden z farmerów zadzwonił, że może oddać dla sępów osła który mu padł. Obsługa ośrodka rzecz jasna się ucieszyła, pojechała po zwierzaka, a tymczasem na promie okazało się, że rzekomo nieżyjący osiołek – Loża Szyderców? Nie, to tylko pensjonariusze sanatorium dla sępów.ożył. Nazwano go Pepi (bo miał stanowić obiad dla sępicy Pepiny), no i żył sobie jeszcze kilka kolejnych lat spokojnie i szczęśliwie, stając się ogólnym ulubieńcem i bohaterem różnych artykułów. Słynął z tego, że oprócz jabłek, bardzo lubił papierosy, nawet jeśli nie całe, to tylko pety! Kiedy osiołek umarł i urządzono mu pogrzeb, jego ciało wieziono w przyczepie pełnej jego ulubionych owoców i papierosów!

A tak w ogóle to przy okazji wizyty w szpitalu dla sępów dowiedziałam się, że przez Cres przechodzi 45 równoleżnik! Oznacza to, że jest stąd równy dystans zarówno do równika, jak i bieguna północnego – po 5 tys. km w każdą stronę!

 

 

25 czerwca - V dzień
Baška - Vrbnik - Krk - Cizici - Omisalj (wyspa Krk) - Opatija

O Baśce, winie dojrzewającynm w głębinie morza, zamkniętej jaskini i labiryntach brukowanych uliczek


Miasteczko Baska.Wczoraj wieczorem przeszliśmy się po Baśce, o ile tak można mówić o miasteczku, którego nazwę pisze się poprawnie jako Baška. Ruch turystyczny rozpoczęli tutaj dawno już temu… Czesi (!), którzy zresztą do tej pory lubią w te strony przyjeżdżać. Pewnie z tego powodu język czeski, obok chorwackiego, włoskiego i niemieckiego zalicza się tutaj do „urzędowych”, za to często brakuje napisów po angielsku! A tak na marginesie to ciąg dalszy słówek które wprowadzają w błąd:  jeśli po chorwacku mówi się „prawo” to chodzi o… „prosto”, a chorwacka „godina” to nie żadna „godzina”, lecz… „rok”!

Jak przystało na typowo wakacyjną miejscowość najważniejsza część Baśki to deptak, na którym po zapadnięciu zmroku przelewają się istne tłumy. A skoro jest deptak, to też i mnóstwo sklepów, kramów z pamiątkami, knajp, tu i ówdzie gra muzyka, w porcie cumują oświetlone statki wycieczkowe, naganiacze usiłują zachęcić do kupowania wycieczek... Skojarzyło mi się to z Łebą czy Świnoujściem w szczycie sezonu.

Dzisiaj rano, po śniadaniu, zrobiliśmy w Baśce praktycznie tę samą trasę, co wczoraj wieczorem, tyle że zamiast księżyca prażyło słońce, a tłumy były nie na deptaku, lecz na plaży o której mówi się że to jedna z najładniejszych chorwackich plaż. Nie oczekujmy jednak piasku – tutejsza „plaża” to wąski pasek nabrzeża pełen drobnych kamyków, tak więc wiele osób korzysta z licznych tutaj „water taxi”, czyli motorówek pływających do bardziej kameralnych miejsc ukrytych w romantycznych zatoczkach. Z praktycznych uwag – warto mieć ze sobą buty do kąpieli (można kupić je na miejscu)! Chodzi o zabezpieczenie przed przyczepionymi do skał jeżowcami, czy jak wolą Chorwaci – „jeżami morskimi” które są stałym elementem chorwackiego wybrzeża. W razie nadepnięcia na takie żyjątko rana nie tylko stopa boli, ale ropieje i dość długo się leczy. Swoją drogą są i tacy, którzy jeżowce bardzo lubią – na talerzu!

My z Pawłem na plażowanie czasu jak zwykle nie mieliśmy, bo wyspa jest ciekawa, a na jej zwiedzanie mieliśmy tylko jeden dzień. W samym centrum Baśki za dużo do oglądania nie ma, jeśli nie liczyć niewielkiego Akwarium pokazującego faunę Adriatyku i stojącego w centrum malutkiego kościółka, przy którym można zobaczyć wczesnochrześcijańskie mozaiki. Zaliczyliśmy też znajdujący się na obrzeżach Baśki kościółek św. Łucji, gdzie odkryto  pochodzącą z XII wieku tablicę z tekstem napisanym głagolicą, czyli starosłowiańskim pismem stworzonym jeszcze w IX wieku przez słynnych misjonarzy, Cyryla i Metodego. Oryginalną tablicę można zobaczyć w Zagrzebiu, a choć na wyspie Krk została tylko jej kopia, w kulturze chorwackiej jest to bardzo ważne miejsce, a i sam kościółek jest warty odwiedzin.

Potem podjechaliśmy do miasteczka Vrbnik, gdzie mieści się winnica pana Marinka Vladica – pasjonata, a zarazem dyplomowanego enologa (speca od win), który swego czasu będąc we Francji, podpatrywał jak dojrzewają tamtejsze szampany przechowywane 70 metrów pod ziemią. Pan Marinko myślał, myślał i wymyślił, tzn. wpadł na pomysł, że podobne warunki w Chorwacji można zapewnić… pod wodą. Z pomocą nurków metalową skrzynię z zawartością spuszczono w głębiny, a wkrótce okazało się pomysł jest trafiony i wino musujące przechowywane 20 metrów pod wodą faktycznie ma w takich warunkach właściwy sposób dojrzewa. Obrośnięte muszelkami butelki z tak oryginalnym „szampanem” (tu nazywa się go „morskim Valometem”) można kupić za około 200 euro, ale są też tańsze wersje owego Valometa, tyle że bez podmorskiej historii.

Oczywiście Vrbnik-miasto też przy okazji zwiedziliśmy – polecam wszystkim, bo miasteczko jest urocze. Wśród lokalnych ciekawostek jest, jak się chwalą miejscowi, „najwęższa uliczka świata”. Może i mają rację – wyminąć z drugą osobą na takiej "autostradzie" się nie da!

Sympatyczne jest też miasto Krk – stolica wyspy, z całkiem pokaźnymi fragmentami murów obronnymi. W konobie (gospodzie) przy wjeździe do Krk zjedliśmy obiadek – tym razem wybraliśmy lokalną specjalność, jaką są ręcznie robione kluski z gulaszem. Aaaa, jeszcze dostaliśmy na spróbowanie lozę – to słynna chorwacka wódka z winogron.

Po obiedzie wylądowaliśmy w domu poznanej dzisiaj Vesny – mojej rówieśnicy, której mąż prowadzi agencję turystyczną  bsługującą m.in. Polaków. Vesna mieszka na wsi, w domu wybudowanym po części na starych fundamentach. Jest tam nawet wciąż używana studnia z napisem świadczącym że powstała w 1888 roku!

W domu Vesny było bardzo miło – nie wiem czy zamiast o polskiej gościnności, nie powinno się mówić się o chorwackiej! Vesna poczęstowała nas domowej roboty orzechówką – Paweł jako kierowca musiał sobie darować, za to ja mogę powiedzieć, że trunek zacny i nie wiadomo kiedy znika!

Pewnie byśmy posiedzieli u chorwackiej koleżanki dłużej, gdyby nie to, że chcieliśmy jeszcze podjechać do znajdującej się na wschodnim wybrzeżu jaskini Biserujka. Niestety, jaskinia okazała się zamknięta, choć według oficjalnego grafika powinna być otwarta. Na pocieszenie zatrzymaliśmy się koło Cizici przy plaży z błotami – ciekawe miejsce, bo krajobrazowo wygąda jak miks zatoki morskiej z jeziorami mazurskimi, tym bardziej że zamiast wszechobecnyczh kamieni czy piasku otacza nas zielona trawa. Rzeczywiście owe błota muszą mieć jakieś uzdrawiające moce, jako że całkiem spora część ludzi wygrzembuje brunatne błocko i smaruje nim swoje ciało.

Na koniec dnia zahaczyliśmy jeszcze o miasteczko Omišalj. Też ładna mieścinka, w której przy głównym placu stoi wielka dzwonnica a przy niej, zupełnie nie pasujący do tej masywnej wieży maleńki kościółek jakby z innej bajki.

Potem, cóż, trzeba już było pożegnać się z Krkiem i wrócić na kontynent przejeżdżając długim na 1460 metrów mostem. W czasach kiedy go zbudowano (1980 rok) wpisany był ponoć do Księgi Rekordów Guinessa (chodziło o wielkie przęsła, nowatorskie wówczas rozwiązania konstrukcyjne). Czasy się jednak zmieniły i teraz już inne mosty mają palmę pierwszeństwa.

Dzisiaj nocujemy w Opatiji. To taki ekskluzywny nadmorski kurort, w którym kiedyś swoją rezydencje miał nawet cesarz Franciszek Józef. Ponieważ wszędzie pełno tu willi-hoteli, charakterem można chyba porównać to miasto do naszego Sopotu. Tak mi się wydaje, choć szczerze mówiąc… nigdy w Sopocie nie byłam!

 

 

 

26 czerwca, VI dzień

Opatija – Lovran - Moscenica - góra Vojak (1396 m n.p.m.) – Opatija
Zabytkowe wille i wysokie góry


Opatija (miejscowi mówią: "opatja"), gdzie zakwaterowaliśmy się na całe dwie noce, okazała się dużo fajniejszym miastem niż sobie wyobrażałam. W sume dobrze żeśmy tu przyjechali, bo to zupełnie inne miejsce niż nadmorskie kurorty które poznaliśmy wcześniej, a warto mieć skalę porównawczą. W każdym razie nie ma tu ani kawałka dzikich plaż, ale na szczęście nie ma też wielkich hotelowych kompleksów nastawionych na masową turystykę, są za to eleganckie wille i kameralne hotele, z których wiele pamięta czasy Habsburgów (a jeśli nie pamięta, to przynajmniej jest w miarę udanie wkomponowana w przesiąknięte historią otoczenie).

Zwłaszcza dawniej było to bardzo modne uzdrowisko. Wśród znanych gości przyjeżdżających tu "do wód" był m.in. cesarz Franciszek Józeł, Antoni Czechow, Zygmunt Freud i wielu innych, a ze słynnych Polaków m.in. Sienkiewicz (w centrum miasta, przy plaży jest jego popiersie) czy Piłsudski (ma pamiątkową tablicę).

ch-sienkiewicz.jpgZ kolei w sąsiednim Lovranie, gdzie też wpadliśmy (7 km od Opatiji) na jednej z opuszczonych willi wisi dla odmiany tablica przypominająca Witkiewicza, który przebywał tu z synem i pielęgniarką, choć niektórzy mają wątpliwości, czy pani oby na pewno zapewniała jedynie medyczną opiekę.  Ponoć ten opuszczony, „witkiewiczowski” budynek zamierza wykupić polska firma Polmot, która jak na razie zainwestowała w hotel stojący obok. Wpadliśmy tam nawet myśląc, że jest tam może polska obsługa, ale nie – przynajmniej ci których spotkaliśmy, byli rodowitymi Chorwatami.

A co do tych opuszczonych willi w tych okolicach, ich stan jest efektem wojny chorwacko-serbskiej, w trakcie której w miejscowych hotelach kwaterowali się uchodźcy z terenów objętych walkami (w tej okolicy żadnych działań wojskowych nie było). Po wojnie z kolei zabrakło pieniędzy by odnowić zdewastowane budynki – wiele z nich wciąż sto i pusta. Być może to dobra okazja do biznesów, tym bardziej że Lovran, jak się przekonaliśmy, ma także urokliwą starówkę – wprawdzie niedużą, ale bardzo "klimatyczną". Przy okazji ciekawostka - nad niektórymi domami wciąż można zobaczyć wykute w murze wąsate głowy – mają jakoby odwracać nieszczęście.

Korzystając z kilku godzin wolnego czasu skoczyliśmy jeszcze do niedalekiego, ładnie położonego na samym szczycie nadmorskiego wzgórza miasteczka Moscenica. Mają tam ciekawy młyn, który jeszcze w latach 70-tych XX wieku używany był do wyciskania oliwy z oliwek. Jak mi powiedziała miła pani z lokalnego muzeum, aby otrzymać 50 litrów oliwy, trzeba było sprasować 400 kg oliwek, co oznacza że na 1 litr oliwy trzeba średnio 8 kg oliwek. Przy okazji pani poczęstowała mnie też nalewką z rakiji (wódki z winogron) i miodu. Paweł miał pecha, bo wypić nie mógł, z racji prowadzenia samochodu, a jazdy mieliśmy jeszcze tego dnia sporo, bo postanowiliśmy zdobyć (na czterech kółkach) najwyższy szczyt tutejszego masywu Ucka, czyli mającego prawie 1400 m wysokości Vojaka. Wiem co niektórzy powiedzą - wjazd samochodem na górę może zbyt honorowy nie jest, ale na usprawiedliwienie powiem, że trzeba się trochę po drodze kierownicą nakręcić, bo cały czas są serpentyny, a nachylenie drogi sięga 15 % (o tym, że jest wąsko już nie wspominam). Swoją drogą sporo osób wjeżdża na Vojaka rowerami, a można też wejść na niego na piechotę (z samego dołu 4,5 godziny - my nie mieliśmy aż tyle czasu).

Widoki na szczycie – fajne. Trochę w stylu Niskich Tatr, choć góra niższa i przez to bardziej zalesiona (rośnie tu sporo kasztanów jadalnych). Poza tym taka wycieczka to bardzo miła ucieczka od upałów – na dole, na poziomie morza mieliśmy 24 stopnie, na górze było tylko 14! Widzieliśmy na zdjęciach w mini-muzeum w wieży widokowej, że zimą mają tu całkiem sporo śniegu – można zrobić sobie ciekawe wycieczki skitourowe.,

Wieczorem poszliśmy jeszcze raz przejść się po Opatiji. Jak przystało na dość snobistyczny kurort, jest to czas kiedy wszyscy wychodzą na ulicę, trochę dla lansu, trochę dlatego że dużo się na owych ulicach dzieje. Ciągle a to jakiś dancing, albo wesele poprzedzone kawalkadą kilkudziesięciu samochodów z których każdy trąbi ile wlezie, albo pokaz mody na schodach hotelu (oczywiście też przy puszczonej na cały głos muzyce). Na to nakładają się odgłosy meczy i krzyki kibiców oglądających w pubach piłkarskie Mistrzostwa Świata (akurat Ghana pokonała 2:0 Amerykanów! Bardzo mnie ucieszył ten wynik!).

Paweł o dziwo wcale nie chciał wracać ze spaceru do hotelu. A właściwie to wcale to nie dziwne - najpierw stał wpatrzony w modelki ze wspomnianego pokazu mody (jak się okazało – Rosjanki - faktycznie niezłe laski), potem nie mógł się oderwać od zaparkowanych przy głównej ulicy szpanerskich samochodów, które obfotografował w każdym szczególe. No cóż, wielki świat... A ja tymczasem tęsknię za wyspą Cres, gdzie było tak dziko, pusto i cicho...

 

 

 

 

27 czerwca - dzień VII i ostatni
Opatija – Rijeka – Zagrzeb (lotnisko)

Jak zwiedzaliśmy Rijekę...


Główny plac Rijeki.Samochód oddaliśmy do wypożyczalni, no i teraz siedzimy na lotnisku czekając na samolot do Frankfurtu (do Warszawy bezpośrednich lotów nie ma – trzeba kombinować z przesiadką). Oj, szkoda wracać...   :((

Po drodze (nie licząc błądzenia po Rijece, mieliśmy dziś do pokonania ok. 180 km) zwiedziliśmy Rijekę – największy port Chorwacji, trzecie co do wielkości miasto tego kraju (prawie 200 tys. mieszkańców).  Zgadzam się w pełni z tym co napisano w jednym z przewodników – „Trudno się w Rijece zakochać, ale zobaczyć ją wypada”.  Fakt, ani eleganckie Korzo (deptak otoczony kawiarniami i sklepami), ani port, nie rzuciły nas na kolana, targ rybny też lepszy był w Splicie, choć muszę powiedzieć że tak dobrych i wielkich moreli jak dzisiaj kupiliśmy na bazarze owocowym, jeszcze nigdy nie jadłam (ale cena taż była niezła – 2,5 euro za kilo). Niestety nie udało nam się zwiedzić muzeum miejsko-morskiego, bo było zamknięte na cztery spusty i do tego bez żadnej kartki, kiedy jest otwarte, a w katedrze do której  zajrzeliśmy, aby zobaczyć cudowny krucyfiks, była akurat msza. Z tym krucyfiksem chodzi o cud polegający na tym, że kiedyś jakiś lokales rzucił w ukrzyżowanego Chrystusa kamieniem, no i z boku Chrystusa popłynęła krew, a bezbożnika pochłonęła ziemia.

ch-rijeka.jpgLekko zawiedzeni centrum Rijeki pojechaliśmy na znajdujące się na obrzeżach miasta wzgórze zwane Trsat, skąd jak wyczytaliśmy, jest rewelacyjny widok. Mimo, że to z centrum pieszy dystans, a samochodem jak się zna drogę – z 5 minut jazdy, nasz GPS sprawił że kluczyliśmy prawie pół godziny, objechaliśmy wszelkie możliwe peryferie, aż wreszcie stanęliśmy na jakimś dziwnym parkingu. Widoków już nam się w międzyczasie odechciało, no ale szkoda było tak po prostu się poddać, więc przez kolejne 20 minut w największym upale (35 stopni) ambitnie wdrapywaliśmy się przez zarośnięty park na wzgórze, które uznaliśmy że musi być wzgórzem zamkowym. Fakt, nie przeczytałam informacji z przewodnika, tak więc resztki betonowej (!) budowli, jaka była na szczycie uznaliśmy za zamek, widok na port jakiś tam był, ale z licznymi kablami na pierwszym planie, tak więc do samochodu wróciliśmy lekko zawiedzeni i szczerze mówiąc – z nienajlepszą opinią na temat atrakcji Rijeki.

Los jednak nad nami czuwał... Już odpaliliśmy silnik, w międzyczasie zakodowaliśmy w GPSie hasło „Zagreb” i… już mieliśmy skręcać na autostradę, gdy coś mnie tknęło, że chyba jednak byliśmy nie w tym miejscu co trzeba, bo w otwartym w międzyczasie przewodniku wyraźnie jest o kafejce z ładnym widokiem, a przecież  żadnej kafejki nie widzieliśmy. Bogu dzięki mój mąż jest przyzwyczajony do szybkich decyzji (i ich zmian), tak więc zawróciliśmy i... rzeczywiście – podjechaliśmy w inne miejsce gdzie: był zamek z prawdziwego zdarzenia, był naprawdę fajny widok, no i była kafejka z rewelacyjną kawą z lodami! Rzecz jasna, od razu Rijeka nam się zaczęła podobać! Krótko mówiąc – jeśli przyjedziecie do Rijeki, na wzgórze Trsat koniecznie powinniście pojechać.

Do Zagrzebia wracaliśmy autostradą, a choć teoretycznie z takich dróg niewiele widać, muszę powiedzieć, że traska okazała się bardzo malownicza, bo prowadząca w większości przez zalesione góry, dające zupełnie inny obraz Chorwacji niż widoki które ma się na wybrzeżu czy na wyspach.  Tak przy okazji to z napisów na autostradzie nauczyliśmy się kolejnego fajnego chorwackiego słówka. Okazuje się, że polskie określenie „wypadek” to po chorwacku „niezgoda”.

Niestety, nie zdążyliśmy już wpaść do Zagrzebia.  Ale a propos chorwackiej stolicy, Łukasz Sz. przysłał mi ciekawą informację na temat nowej „atrakcji” tego miasta. Oto cytat z jednej z gazet:

"Zrzeszenie turystyczne chorwackiej stolicy proponuje turystom przybywającym do Zagrzebia wizytę w kawiarni Jedro (Żagiel), w której za napoje płaci się... modlitwami. Za cafe latte trzeba trzy razy zmówić "Ojcze nasz". Najdroższa jest coca cola - kosztuje aż pięć "Zdrowaś Mario".
Portal Tportal.hr informuje, że na pomysł "modlitewnej kawiarni" wpadła młodzież z tamtejszej parafii św. Ducha, która po mszy chce spędzać trochę czasu razem. W kawiarni pracuje kilkoro kelnerów-ochotników, a lokal finansuje parafia i sponsorzy.
Na razie kawiarnia jest otwarta tylko w niedzielę od godz. 13 do 14, ale planuje się przedłużenie czasu otwarcia, ponieważ zainteresowanie ofertą parafii okazało się ogromne. Pierwotnie w kawiarni było tylko sześć stolików; obecnie jest ich już 30.
W kawiarni nie podaje się napojów alkoholowych. Obowiązuje zakaz palenia."


I tym optymistycznym akcentem zamknęliśmy tygodniową pętlę po północy Chorwacji. Siedzimy teraz z widokiem na kołujący samolot i objadając się morelami z Rijeki już się zastanawiamy, kiedy znowu tu wrócimy…



 

Informacje praktyczne:


Wjazd do Chorwacji: wizy niepotrzebne. Choć to kraj niezrzeszony w Unii Europejskiej, można wjechać na dowód osobisty (chyba że jednak wolimy paszport).

ch-wymiana.jpgWaluta: kuny. Wymiany dolarów czy euro (czasem też i złotówek, ale nie wszędzie) można dokonać w bankach lub w kantorach zwanych „mjenjačnica”. Uwaga! kursy są podobne (albo i takie same) w bankach i kantorach, ale w bankach nie pobierają prowizji, a w kantorach zwykle tak (choć nie we wszystkich).

Język: oczywiście chorwacki, ale jeśli wytężymy mózg i obie strony będą mówić wolno i wyraźnie (my po polsku, Chorwaci po swojemu), jakoś się dogadamy. Zaskakująco dobrze jest w Chorwacji z użyciem angielskiego – zwłaszcza młodzież jest pod tym względem naprawdę dobra. W północnej Chorwacji angielski jest jednak na drugim planie – większość informacji (w muzeach czy w ulotkach) podawana jest poza chorwackim, także po niemiecku i po włosku.

Parkowanie samochodów w miastach: na żółtej linii – zakaz, na czerwonej – też zakaz ale wynikający z jakiegoś niebezpieczeństwa (np. kamień itp.), na linii białej – parkowanie darmowe, na niebieskiej – można po zapłaceniu w parkomacie. Ceny parkomatów: w centrum Karlovaca 5 kun za pierwszą godzinę, po 6 za każdą następną.


Opłaty drogowe:
- prom między wyspami Krk i Cres (miejscowości  Valbiska i Merag) – 115 kun za samochód, 18 kun za osobę
-  przejazd mostem z miejscowości Kraljevica koło Rijeki na wyspę Krk – 30 kun za samochód.

Ceny różne:
* godzina Internetu w kafejce internetowej – 18 kun * 3 litrowy karton białego wina – 50 kun  * 1 kg pomidorów – 7 kun  * 1 kg bananów – 8,5 kun  * arbuz – 4 kuny/kg * 2,5 l butelka coca coli – 12,5 kuny  * 1 l wody – 2,4 kuny , 1,5 l – od 4 kun; * mały pasztet – 3,5 kuny

Przewodniki: Polskojęzycznych przewodników po Chorwacji jest mnóstwo. Z tych co mieliśmy najlepiej sprawdzał nam się taki z serii National Geographgic (w rzeczywistości – tłumaczenie cenionej przez podróżników serii Bradt). Najgorzej oceniam przewodnik Wiedzy i Życia (biała okładka, dużo zdjęć) – ładnie wydany, ale w treści głównie kościoły i to opisane w tak nieciekawy sposób, że tylko można zniechęcić się do ich zwiedzania.







 

 
partnerzy

projekt i wykonanie: StudioWWW