* Blog Południowo-Afrykański

afryka-z-himba.jpgRPA-NAMIBIA-BOTSWANA-ZIMBABWE-ZAMBIA

Przylądek Dobrej Nadziei, Wybrzeże Szkieletów, spotkanie z buszmenami i plemieniem Himba, Delta Okavango i Wodospady Wiktorii, czyli kraniec Afryki dzień po dniu



 

 

 

 

 

 

 

Drobna uwaga: Stosowane w tekście określenia "Biali" i "Czarni", choć w naszym kręgu kulturowym może mogą razić, są w Afryce normalne.

 

7 lutego – w samolocie do Kapsztadu (RPA)


Już któraś godzina lotu. W sumie lot z Amsterdamu do Kapsztadu ma trwać 11,5 godziny. Strony z informatorem o locie (każdy ma przy siedzeniu indywidualny monitor), pokazują, że lecimy z prędkością 950 km/godz. na wysokości 10,5 km, przy czym temperatura na zewnątrz wynosi -47 stopni C. Teraz pod nami jest moja ukochana Algieria, a konkretnie znany mi dobrze rejon  Tamanrasset. Właściwie to nie widać nic poza morzem piasku z afr-zakumi.jpgktórego gdzieniegdzie wystają skaliste wierzchołki gór (wyglądają trochę jak góry wynurzające się z chmur).  W sumie to wkrótce będę na Saharze – za miesiąc mam wyjazd do Libii  :-). No ale Libia to nie to samo co Algieria, do której mam taki sentyment.

Samolot – pełny.  Co ciekawe, na te kilkaset osób w samolocie nie ma ani jednej osoby Czarnej! Trzęsie strasznie - wyrabiam normę turbulencji na następne 5 lat.

Po dobrym obiadku z winem, oczywiście południowoafrykańskim, teraz raczę się Amarulą – to taki słynny likier z RPA. Można go smakiem i wyglądem porównać do irlandzkiego Baileysa, choć podstawą Amaruli są występujące w południowej Afryce owoce dzikiego drzewa marula (chodzi o takie żółtawe kulki, wielkości piłeczki golfowej, zawierające 4-8 razy więcej witaminy C, niż pomarańcze). Nie bez powodu na butellkach Amaruli widnieje słoń - słonie bardzo lubią marule. Ponieważ około 400 gnijących owoców (mniej więcej 6 kg) posiada ilość alkholu porównywalną z puszką piwa, można sobie wyobrazić, jaka moc jest w 280 kg pożywienia, które słonisko może zjeść w ciągu jednego dnia. Krótko mówiąc można trafić na pijanego słonia!


W nocy, już w hotelu

Według tutejszego czasu jest 1.20, ale w stosunku do Polski to tylko godzina różnicy, więc żadna wielka zmiana.

afryka-gora-stolowa.jpgW Kapsztadzie – cieplutko (mimo, że to noc - około 25 stopni). Mieszkamy w hotelu prowadzonym przez Polaków – trochę daleko od centrum, ale za to bardzo sympatycznie, swojsko i spokojnie (niestety, w tym akurat kraju – wieczorne spacery ze względu na rozboje, lepiej sobie darować).

Z lotniska odebrał nas Marek. Fajny gościu – mieszka tu od 25 lat, bo przyjechał na 5-dniowe wakacje i… został.  Po drodze przerobił z nami historię RPA. Kiedy zeszło na czasy apartheidu, opowiedział o Chińczykach, których wtedy Biali zaliczyli do rasy Czarnej. Po jakimś czasie losy się odwróciły, apartheid się skończył, a za rządy wzięli się Czarni. Od tej pory to oni są uprzywilejowani, mają też pierwszeństwo przy zatrudnieniu. Tyle że Czarni Chińczyków zaliczyli z kolei do rasy… Białych. No i teraz Chińczycy kłócą się, składając wnioski do Sądu Najwyższego, że przecież żółty Chińczyk to nie Biały, tylko Czarny.

Ok, idę spać. Poduszki stylizowane na skórę zebry aż kuszą, żeby się na nie uwalić  :-).


8 lutego – Kapsztad (RPA)
Hit dnia: Góra Stołowa


afryka-kapsztad-z-gory.jpgDzisiejszy dzień minął nam na zwiedzaniu Kapsztadu.  W sumie to niewiele się w tym mieście zmieniło od mojej ostatniej wizyty w tym rejonie, jakieś 10 lat temu. Może poza tym, że w związku z mającymi się odbyć za kilka miesięcy Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej, zbudowano wielki stadion i odnowiono kilka reprezentacyjnych budynków. Trzy wielkie estakady, które już kiedyś raziły tym, że były niedokończone, nadal takimi pozostały, choć jak mówił Marek, nasz lokalny przewodnik, stanowią ulubione miejsce filmowców, chętnie kręcących na tych nagle urywających się „drogach do nikąd”, sceny z wylatującymi w powietrze samochodami. Nawiasem mówiąć RPA robi się mekką filmowców, którzy mają tu super plenery i dobrą pogodę. Stale przyjeżdżają tu też polskie ekipy, kręcące różne reklamówki.

Głównym punktem programu dnia był oczywiście wjazd kolejką na Górę Stołową. Kolejka jest śmieszna, bo obrotowa. Oczywiście podczas wjazdu odruchowo patrzyłam na strome skały, zastanawiając się, jak to byloby fajnei się na nich powspinać.

Z samej góry widok na Kapsztad i okolice – rewelacyjny! Dzięki tablicom informacyjnym dowiedziałam się, że wiek Góry Stołowej szacuje się na ponad 260 mln lat,  podczas gdy Himalaje mają "zaledwie" 40 mln lat, a  Alpy to już zupełne „młodziaki” , no bo co to jest 32 miliony lat!

Góra Stołowa rzeczywiście u góry jest płaska jak stół. Bardzo często jej szczyt okrywają ją chmury, nazywane przez niektórych „obrusem”. W sumie to naprawdę kawał góry – osiąga wysokość 1087 m, a ponadto trzeba pamiętać, że wznosi się od poziomu morza, które jest praktycznie u jej podnóża.

afryka-straz.jpgWiększą część dnia spędziliśmy w mieście. W Zamku Dobrej Nadziei (potężna twierdza zamieniona teraz na  kompleks muzealny) załapaliśmy się na południową uroczystość wystrzału armatniego. „Armata” nie była zbyt imponująca – miała może z 40 cm (przypominała dziecięcą zabawkę), ale huku narobiła strasznego. Co do Zamku to Marek wspominał, że kiedyś wynajęła go polska ambasada na przyjęcie z okazji rocznicy niepodległości.

Przy okazji zgadało się, jak są tu postrzegani Polacy. Ponoć bardzo dobrze! Z kolei RPA jest  dumne, że w czasie Powstania Warszawskiego piloci RPA robili zrzuty dla powstańców. Gdzieś pod Warszawą są ponoć groby południowoafrykańskich lotników, którzy przy tych akcjach zginęli.

Kapsztad to miasto kojarzące się bardziej z Europą niż Afryką. Wszędzie, a przynajmniej w centrum, jest europejska zabudowa, jeżdżą super samochody i ogólnie jest bardzo porządnie. A  w ogóle to co i rusz mamy kontakt z Polakami –  pieniądze wymieniał nam Polak, sklep z diamentami do którego na chwilę weszliśmy prowadzi Tomek z Gdańska, Polacy są tu lekarzami i cenionymi specjalistami w wielu dziedzinach. Budynek kapsztadzkiego Teatru Opery i Baletu to też dzieło pani Anya Miszewski, jest też Polak, pan Gadomski, który słynie jako projektant tutejszych meczetów.  Według Marka – naszego przewodnika, w Kapsztadzie mieszka ok. 1000 Polaków (dużo więcej jest w Durbanie i w Johannesburgu). Aż dziwne, że nie ma jeszcze polskiej restauracji, choć są ponoć nasze rodaczki, które ponoć dorabiają sobie przygotowując na zamówienie np. bigos czy pączki.

afr-kolorowo.jpgWspomniałam o meczetach... Dominującą religią jest w tym rejonie chrześcijaństwo (różne kościoły protestanckie), ale meczety też się widzi. Zwłaszcza w dzielnicy „malajskiej”, zwanej Bo-Kaap , gdzie mieszka dużo emigrantów z Malezji, a gdzie jest bardzo uroczo, bo zabudowę tworzą domy pomalowane na różne kolory.

W ramach spaceru po centrum zobaczyliśmy ratusz miejski, parlament i wielki park, w którym przy okazji wypiliśmy całkiem niezłe jak na mój gust lokalne piwo „Castle”. Przy okazji mieliśmy wstępną lekcję języka afrikaans... No więc ku uciesze Polaków jednym z popularniejszych jest tu słówko „huie” (tak się dosłownie czyta, bo pisze się przez "g") znaczące po prostu: „bardzo dobrze”.  Z kolei nasze "nie" tutaj też znaczy to samo - zaprzeczenie. A tak na marginesie to bardzo podoba mi się narodowej reprezentacji piłkarskiej RPA - "Bafana Bafana". W języku Zulusów "bafana" to "chłopcy" (liczba mnoga, bo pojedynczy chłopiec to "umfana"). Analogicznie o reprezentacji kobiecej (bo panie w RPA zapamiętale kopią piłę) mówi się „Banyana Banyana”, co jak się można domyślić, oznacza "dziewczyny". I jeszcze jedno - o piłce nożnej raczej nie mówi się tu "football" tylko z amerykańska: "soccer".

W drodze powrotnej do hotelu przystanęliśmy przy hipermarkecie, bo zrobiliśmy składkowe zakupy na grilla. Raz że mamy grilla w hotelowym ogródku (plus kuchnię,z której możemy korzystać), a dwa, że grill zwany tutaj braai to typowa tutejsza tradycja. Wyżerka była niezła, a poza tym była okazja do spędzenia miłego, afr-kaptown.jpgwspólnego wieczoru. Była razem z nami pracująca w hotelu Ola, która przy okazji poopowiadała nam o realiach tutejszego życia. Współczuję im – nie tylko Polakom, ale w ogóle Białym, których w okolicach Kapsztadu jest większość. Po latach ciężkiej pracy, kiedy jako tako się dorobili, wybudowali domy, mają przyzwoicie prosperujące biznesy, boją się teraz, czy Czarni im z dnia na dzień nie zabiorą majątków (tak jak to było w Zimbabwe). Ola opowiadała, że jej rodzice nawet wstrzymują się z planowanym remontem kuchni u siebie w mieszkaniu, bo zastanawiają się, czy warto (tzn. czy nie będą musieli tego mieszkania w trybie pilnym opuścić). W każdym razie Ola planuje zakup mieszkania w Polsce. Zresztą nie tylko po to, aby mieć gdzie mieszkać, kiedy w RPA zacznie się apartheid skierowany przeciwko Białym, ale przede wszystkim dlatego, że Polska jej się podoba i czuje w sobie słowiańską duszę. Miłe! A poza tym dobrze, że wartościowi ludzie, chcą do Polski wracać.

A tak na marginesie to obecnie rządzący tutaj prezydent Jacob Zuma ponoć wcale nie kryje, że nie lubi Białych. Swoją drogą niezłe z niego ziółko – aktualnie ma 3 żony, jedną kochankę i mnóstwo dzieci. Właśnie wybuchła afera, bo musiał przyznać się do kolejnego – chyba 20-tego potomka. Co ciekawe, niedawno Zuma włączył się w akcję walki z AIDS, no ale jego postępowanie, w tym oskarżenia o liczne gwałty, świadczą o tym, że sam za bardzo AIDS-em się nie przejmuje. Kiedy niedawno zapytano go, czy mając na koncie kolejny seksualny "wyczyn" nie boi się, że złapie tę chorobę, stwierdził że nie!, bo... po stosunku wziął prysznic! Od tej pory media uwielbiają pokazywać swojego prezydenta z atrybutem w postaci prysznica! :-)


9 lutego, RPA

Kapsztad - Przylądek Dobrej Nadziei
Hit dnia: pingwiny!


Dzisiaj objeżdżaliśmy Półwysep Przylądkowy, zakończony Przylądkiem Dobrej Nadziei. Wbrew temu, co wiele osób myśli, nie jest to wcale najbardziej na południe wysunięty kraniec Afryki i wcale nie przy nim jest granica między Oceanem Atlantyckim i Indyjskim. Takie funkcje pełni położony dalej na wschód (a raczej – południowy-wschód) Przylądek Igielny, no ale tam z turystami się raczej nie jeździ, bo i daleko, i mniej ciekawiej.

afryka-foczki.jpgNa dobry początek wjechaliśmy naszym busem na wznoszące się ponad Kapsztadem Wzgórze Sygnałowe, skąd mogliśmy popatrzeć z kolejnej perspektywy na miasto i Górę Stołową, a także nadmorską dzielnicę Sea Point, którą upodobali sobie bogaci Żydzi, wśród których jest ponoć mnóstwo polskich nazwisk. Przy okazji było też spotkanie z afrykańską dziką zwierzyną, czyli licznymi… perliczkami, które nie wiadomo skąd się tu wzięły, bo dawniej ich nie było.

Pierwszy dłuższy przystanek po wyjeździe z Kapsztadu zrobiliśmy w Hout Bay – portowym miasteczku, z którego wyruszają statki wożące turystów do pobliskich wysp z uchatkami. Niby mówi się, że to foki, ale po naukowych wykładach na Antarktydzie wiem, że to nie żadne foki, tylko właśnie mylone z nimi uchatki (już pal sześć różniący te gatunki układ płetw, ale przecież trudno nie zauważyć, że mają uszy, a foki - nie). Było ich pełno – część wylegiwała się na skałach, część  baraszkowała w wodzie. Najciekawiej wyglądały te unoszone przez fale, z płetwami wystawionymi ponad powierzchnię morza. Chodzi o to, że w płetwach koncentruje się większość naczyń krwionośnych doprowadzających ogrzaną krew do reszty ciała, no a że temperatura powietrza jest wyższa niż temperatura wody, jest to po prostu sposób na ogrzewanie!

afryka-przyladek.jpgKolejny przerywnik był przy tarasie widokowym przy tzw. Chapman`s Peak.  Tydzień temu zabił się tam jakiś facet, który w celach zdjęciowych przeszedł przez barierkę, no i zwalił się ze 160 metrowego klifu. Brrr! Teraz wisi tam skromny krzyżyk i wysuszony kwiatek... W każdym razie nikt z nas nie miał już ochoty na oryginalne ujęcia na skraju skał.

No a potem wreszcie był Przylądek. Najpierw (od końca XV wieku) nazywano go Przylądkiem Burz (Sztormów), co potwierdzają rozsiane w pobliżu liczne wraki, jednak potem portugalski król Jan Żeglarz zmienił tę nazwę na Przylądek Dobrej Nadziei.  Na bezdrzewnej, wielkiej przestrzeni, żyje sporo zwierząt. Nie widzieliśmy co prawda pawianów, przed którymi co i rusz ostrzegają znaki, ominęło nas też spotkanie z kobrami, które też tu występują (i też są znaki), za to były antylopy blesboki i liczna strusia rodzina. Przy okazji – warto wiedzieć, żę zdenerwowane strusie wcale nie chowają głowy w piasek. Mają inną metodę - biegają... w kółko!

afryka-pingwiny.jpgNajwięcej naszej sympatii zdobyły jednak pingwiny zamieszkujące plaże na obrzeżach miasteczka Simon`s Town. W porównaniu do innych pingwinów, te akurat (tzw. pingwiny przylądkowe) nie są duże, ale jak to pingwiny - uroczo śmieszne. Przy okazji byliśmy świadkami przykrej sceny jak mewa porwała pingwinie jajo. Wzięła je w dziób i celowo upuściła na skały, dzięki czemu mogła wyjeść pingwiniego embriona.

Po pingwinach była kąpiel – na sąsiedniej plaży, bo ta z pingwinami jest rezerwatem. Naprzeciwko (byliśmy w zatoce), Marek pokazał nam inną plażę, gdzie niedawno rekin zaatakowal (śmiertelnie) jakiegoś lokalesa. Oczywiście rekiny nie przepadają za ludzkim mięsem i w rzeczywistości rzadko atakują, no ale czasem można mieć pecha. W każdym razie u wybrzeży RPA rekinów, w tym nielicznych groźnych gatutnków, trochę jest. Zresztą jedną z atrakcji Kapsztadu, na którą niestety nie mamy czasu, bo to impreza całodniowa, jest nurkowanie z rekinami. Polega to na tym, że delikwenta spuszcza się w klatce i przywabia rekiny żarłacze (takie wypisz-wymaluj z filmu "Szczęki"). Zabawa jest oczywiście bezpieczna, bo klatka jest solidna, ale trudno nie czuć przypływu adrenaliny widząc pływającego potwora oko w oko.

afryka-pies.jpgNo a na koniec podjechaliśmy do centrum Simon`s Town, gdzie stoi pomnik… psa. Chodzi  o doga nazwanego „Nieznośnikiem”, maskotkę stacjonujących tutaj w czasie II wojny brytyjskich marynarzy. Kiedy psisko zeszło z tego świata, został pochowany z wszelkimi honorami wojskowymi – w jego pogrzebie uczestniczyło ponad 200 marynarzy.

A co do zwierzaków domowych, to sporo tu mają i psów, i kotów.  Ich liczbę władze miasta jednak ograniczają. W typowym mieszkaniu można ponoć trzymać do dwóch psów i co najwyżej dwa koty. Oczywiście w miejscach publicznych jest obowiązek sprzątania po czworonogach.


10 lutego, RPA

Kapsztad – Stellenbosch – Kapsztad (Waterfront)
Hit dnia: wina i rejs jachtem

Dziś rano czekało nas niemiłe zaskoczenie – deszcz! Mały wprawdzie, ale zawsze. W nocy ponoć była nawet burza, ale ja akurat jej nie słyszałam, natomiast poranne chmury nie napawały zbyt optymistycznie. Na szczęście już po drodze do Stellenbosch, miasteczka, które mieliśmy zwiedzić (jakieś 60 km na wschód od Kapsztadu) zaczęło się wypogadzać. Potem było już tylko lepiej…

afryka-uniwersytet.jpg„Stellenbosch” to dokładnie „busz Stella”. Dokładniej – chodzi o miejsce w krzakach (może poprawniej – w buszu), gdzie postanowił sobie pobiwakować w 1685 roku pan Simon van der Stel, ówczesny gubernator prowincji .

Mówi się o tym mieście również „Dębowe Miasto”, bo wciąż przy wielu ulicach rosną dęby posadzone jeszcze w XVII wieku. Ale pal sześć dęby - dumą Stellenbosch jest uniwersytet, jeden z dwóch w RPA, na którym wykładowym językiem jest afrikaans. Ponieważ studiują głównie Biali, tutaj także trudno uprzytomnić sobie, że jest się w Afryce. Tak jak Kapsztad przypomina jakieś europejskie, czy bardziej – amerykańskie miasto, tak Stellenbosch kojarzy mi się z miastem z australijskiej prowincji.

W Stellenbosch pochodziliśmy trochę po głównym kompleksie uniwersyteckim, ogrodzie botanicznym (można w nim względnie tanio kupić nasiona protei – tutejszego kwiatu narodowego), a na końcu zwiedziliśmy niby-skansen złożony z kilku domów urządzonych w stylu odpowiadającym różnym okresom historycznym.

afryka-winnice.jpgPotem przyszedł czas na winnice, bo okolice Stellenbosch to tzw. Rejon Winnic. Byliśmy w dwóch, w każdej degustując po kilka rodzajów wina.  Przy okazji nauczyłam się nowego słówka w języku afrikaans – babalas, co znaczy ni mniej, ni więcej tylko „kac”. Na razie jeszcze owej przypadłości nie mam, ale takie nazwy warto czasem znać.  A tak w ogóle to niezależnie od win, świetne były winogrona! Takie prosto z krzaka. Wypróbowaliśmy różne ich szczepy – najciekawsze były pochodzące z Azji winogrona o smaku… czarnej porzeczki!

Potem wróciliśmy do Kapsztadu, a dokładniej – pojechaliśmy na Waterfront, jak się nazywa reprezentacyjną część portu, gdzie w ogóle jest bardzo europejsko. Ten rejon to totalny kontrast dla tzw. township`ów, czyli slumsów, koło których przejeżdżaliśmy rano i gdzie rzeczywiście bieda aż piszczy.  Przy okazji rozmawiałam też z Markiem o braku zieleni przy oddanych Czarnym domkach (chodzi o domy wybudowane przez rząd, do których przenoszeni są mieszkańcy slumsowych bud). Jest dokładnie tak jak i w innych krajach afrykańskich. Krótko mówiąc lokalesi zazdroszczą Białym ogródków, kwiatów itp., ale kiedy sami mają możliwość uprawiania czegokolwiek, już nie są do tego chętni. Mam nadzieję, że nikt nie posądzi mnie o rasizm, bo jestem jak najbardziej przeciwna takim poglądom - po prostu przedstawiam obiektywny obraz tego, z czym się tutaj spotykam.

Muszę przyznać, że bardzo zmienił się Waterfront od czasu, kiedy byłam na nim 10 lat temu. Tzn. zrobił się jeszcze bardziej turystyczny. Wysokie ceny nie odstraszają zakupowiczów, w knajpach też tłumy. Co do knajp to nie ma już na Waterfroncie słynnej tu niegdyś knajpy z sieci „Planet Hollywood” – kilka lat temu podłożono pod nią bombę, więc teraz profilaktycznie na jej miejscu zrobiono sklep z płytkami z muzyką.

kapsztad----akwarium-(36).jpgFajne Akwarium tu mają! Może niezbyt duże, ale bardzo ciekawie urządzone. Moim ulubieńcem został duży pingwin, któremu do zagrody wstawiono lustro, więc ptak nic nie robi, tylko stoi przed lustrem, dziób w dziób ze swoim odbiciem, w którym chyba się zakochał. Z kolei przy basenie z rekinami podobała mi się zamieszczona tam „propaganda” w obronie rekinów. Na specjalnych plakatach przytacza się tam różne statystyki typu:   „W ostatnim roku z powodu upadku z krzesła zmarły 652 osoby.  791 osób zginęło w wyniku wad tostera.  Ataki rekinów doprowadziły do śmierci… 4 osób”.  Jest też uwaga: „Co roku ludzie zabijają ponad 100 milionów rekinów”.

Na koniec dnia popłynęliśmy jeszcze katamaranem na rejsik z oglądaniem zachodu słońca.  Zrobiło się nawet romantycznie, bo był i szampan, i żagle postawiliśmy. Tak w ogóle to całkiem mocno wiało, nic więc dziwnego, że widząc idące w przechyłach jachty aż mi się serce kroiło, że zamiast właśnie tak żeglować, wożę się jako zwykła pasażerka na komfortowej łódce.

afr-jacht.jpgZaletą rejsu było to, że wreszcie mogliśmy się do woli napatrzeć na Górę Stołową. I na stadion, ten na Mistrzostwa Świata, bo zbudowano go blisko morza. Dopiero teraz było widać , jak wielka to konstrukcja – może pomieścić 68 tys. osób.  Bilety na mecze Mistrzostw można kupić przez Internet, po oficjalnych cenach od 300 do 650 euro! Nieźle! Ciekawe, ile miejscowych Czarnych zasiądzie na trybunach?

W ogóle ceny w RPA często zaskakują. Mówił Marek, że jeden semestr nauki w kapsztadzkiej Szkole Filmowej kosztuje 5300 dolców! Rozumiem, że kinematografia to jeden z najlepiej rozwijających się tutejszych przemysłów, więc przynajmniej jest gwarancja, że znajdzie się jakąś pracą, No ale mimo wszystko – kwota ogromna!

I na koniec jeszcze o sposobach na wyciąganie pieniędzy, tym razem nie od turystów tylko od swoich, lokalesów, wcale nie w negatywnym kontekście. No więc jedna z firm ubezpieczeniowych zaproponowała dedykowane specjalnie dla kobiet „ubezpieczenie torebki” (na wypadek gdyby ktoś ową torebkę np. wyrwał). Ale ich główny produkt to ubezpieczenia kobiecych samochodów, które są tańsze (ubezpieczenia znaczy się) niż te dotyczące samochodów, którymi jeżdżą panowie. Argumentuje się to tym, że kobiety prowadzą ostrożniej i lepiej. Podoba mi się taki marketing.


11 lutego

Kapsztad (RPA) – Walvisbaai - Swakompund (Namibia)
Hit dnia: Swakopmund - niemiecka Afryka

Dziś Tłusty Czwartek! Udało mi się z tej okazji kupić namibijskie pączki! Podobne do naszych, też z marmoladą, choć szczerze mówiąc – polskie lepsze!

afryka-samolot.jpgTak w ogóle to zmieniliśmy kraj. Na lotnisku w Kapsztadzie wynalazłam jeden „polski  element”,  a mianowicie sklep z diamentami firmy „Shimansky”. Prawda, że fajnie brzmi?

Lot z Kapsztadu do Walvisbaai (inaczej: Walvis Bay) w Namibii trwa 2,5 godziny, z czego przez pierwsze pół godziny siedziałam z nosem przy szybie, bo przelatywaliśmy nad Górą Stołową, Robben Island (wyspa, na której więziony Mandela spędził 18 lat ze swojego 27-letniego wyroku), a poza tym było widać cały Półwysep Przylądkowy z majaczącym w dali Przylądkiem Dobrej Nadziei. Potem widoki się skończyły, bo najpierw mieliśmy pod sobą tylko wodę i wodę (Atlantyk znaczy się), a potem nic tylko piach i piach (Pustynia Namib, nawiasem mówiąc najstarsza pustynia świata, „wyceniona” na 80 mln lat!). W międzyczasie wpadłam w panikę, bo ocknęłam się, że w moim mającym 2 lata paszporcie właśnie kończą się miejsca na wizy. Zostały mi tylko dwie wolne strony, z czego jedna żeby nie wiem co, musi zostać na wizę libijską (przed wyjazdem do Libii nie zdążę już wyrobić nowego paszportu), a ja póki co mam przed sobą jeszcze Botswanę, Zimbabwe, Zambię i ponowny wjazd do RPA, gdzie sam znaczek wizowy zajmuje pół strony.  Ostatecznie doszłam do wniosku, że nie ma sensu martwić się na zapas i w związku z tym poprosiłam stewardessę o merlota z południowoafrykańskich winnic.

Co do zmartwień to nie doleciał bagaż jednego z uczestników i to dopiero jest powód do zmartwień, bo w bagażu były leki, które właściciel walizki musi systematycznie brać. Mam nadzieję, że waliza doleci jutrzejszym lotem. W każdym razie przy zgłaszaniu zaginionego bagażu nasi nowi przewodnicy wzruszyli ramionami, dając w ten sposób do zrozumienia, że nie ma się co przejmować, bo są grupy kiedy połowa uczestników nie ma swoich rzeczy, a zdarza się, że w ogóle nikomu nic nie doleci. „Normalka”  (przynajmniej według nich).

afryka-domy.jpgTak jak napisałam – lotnisko jest w Walvisbaai, ale to miasto gdzie nic ciekawego nie ma, więc od razu przyjechaliśmy do odległego o 30 km Swakompund. Adaś, jeden z moich turystów, „narzeka”, że przecież to żadna Afryka. Fakt, pozostałością niemieckiej kolonizacji jest tu wciąż funkcjonujący niemiecki porządek, architektura typowa dla europejskiego miasteczka i wiele niemieckich nazw.  Na plaży, w sklepach czy licznych knajpach - prawie sami Biali, a jeśli Czarni, to raczej z tych lepiej ubranych i majętnych.  Trochę jednak do tych niemieckich wpływów nie pasuje spuścizna angielska – lewostronny ruch, a w łazienkach te wkurzające w użyciu, typowo angielskie krany czyli jeden kurek do zimnej, drugi do ciepłej wody. Oczywiście uzasadnia to historia Namibii. Już w 1884 roku ogłoszono na tych terenach protektorat niemiecki, potem, w czasie I wojny światowej wkroczyły tu wojska ówczesnego Związku Południowej Afryki (czyli późniejszego RPA), które okupowały ten rejon aż do 1990 roku, bo dopiero wtedy Namibii udało się uzyskać niepodległość. No a jak RPA, to brytyjskie inklinacje, stąd też ten wspomniany tutaj miks niemiecko-brytyjski.

afryka-latarnia.jpgOk, zmieniając temat, to mamy już naszą ciężarówę! Od dzisiejszego popołudnia naszym środkiem lokomocji stała się wielka terenowa ciężarówa, w której mamy jechać na zabudowanej pace z siedzeniami.  Obsługę stanowi dwóch młodych, czarnoskórych chłopaków – Patryk, jako przewodnik i kierowca oraz Kasidi - drugi przewodnik i kucharz.

Teraz mamy już ostatnie dwie noce w cywilizacji – potem zaczynamy objazd parków narodowych, więc będzie bardziej dziko.  Jak na razie to bardzo podoba mi się w Afryce, że wszędzie jest Internet   :-)  – jak się ma laptopa to przynajmniej w tych hotelach, w których śpimy, są bezprzewodowe i na dodatek darmowe łacza. I to nie tylko tu, gdzie jest „europejsko”. Nawet w biednej Ugandzie czy Burundi tak było.

Tak przy okazji uwag dotyczących naszego hoteliku w Swakopmund ("Dunedin Star"), to na furtce wejściowej mamy wymowny napis skierowany do nielokatorów: „ Bardzo nam przykro, ale nie dajemy żadnych datków, nie mamy żadnych propozycji pracy i nie mamy zamiaru nic kupować”. To oczywiście w tłumaczeniu z angielskiego. Tu przynajmniej łatwiej się dogadać, bo wszyscy mówią w tym języku, jako że urzędowe są tylko dwa – właśnie angielski oraz nama. W RPA było o tyle trudniej, że urzędowych jest 11 języków, a choć angielski również jest wśród nich, używa go tylko część społeczeństwa i to rzadko kiedy w czystej, poprawnej wersji.



12 lutego, Namibia

Swakopmund, pustynia
Hit dnia: kameleon i pustynne węże


Jeśli ktoś myśli, że w Afryce, na pustyni jest gorąco, czy choćby ciepło, to się myli. Przynajmniej nie tutaj, i nie dziś.  Dawno tak nie zmarzłam i nie tęskniłam za gorącą herbatą.

afr-wydmy.jpgDzisiaj grupa miała dzień wolny. Tzn. kto chciał, mógł wykupić sobie  przejażdżkę po pustyni quadami, skok tandemowy na spadochronie, sandboarding (zjazdy na desce na wydmach) itp. atrakcje, albo wybrać opcję "plaża" czy "sklepy", co zresztą wybrała większość ekipy.  Ja zdecydowałam, że dołączę do Grażynki i Witka, sympatycznego małżeństwa, które postanowiło wybrać się na organizowaną przez jedno z miejscowych biur wycieczkę pod hasłem „Żyjąca pustynia”.

Spotkaliśmy się na śniadaniu, ubrani w krótkie spodenki, ja nawet w koszulkę na ramiączkach, no bo kilka godzin na pustyni rokowało nadzieję, że będzie okazja się poopalać. Już trochę opalona jestem, ale jak zwykle w wersji do rękawków i z białymi nogami, uznałam więc, że może to stosowny moment, aby wyrównać kolor różnych połaci swojego ciała.

To, że poranek był chłodny, specjalnie nas nie zdziwiło, no bo „przecież zaraz się ociepli”. Niestety określenie „zaraz” nie było właściwe…  Ponoć tutaj tak jest, przez bite 200 dni w roku, że do południa wieje chłodny wiatr (a jazda w samochodzie bez okien dodatkowo ten chłód wzmaga). Szkoda, że nikt o tym nie powiedział wcześniej - przez kolejne 3 godziny niczym ostatnia sierota trzęsłam się z zimna w owej koszulce na ramiączkach, cała pokryta gęsią skórką.

afryka-waz.jpgInna sprawa, że wycieczka była ciekawa. Jeździliśmy po przepięknych widokowo wydmach, czasem nawet było dość adrenalinowo, bo wydmy wielkie i strome że aż dech zapierało, a w czasie licznych postojów nasz przewodnik ciągle nam coś wyszukiwał. Najpierw znalazł węża. Niedużego – ok. 30 centymetrowego (dorosły okaz), ale jadowitego. Po ukąszeniu widzi się trójwymiarowo, a w przypadku dzieci kończy się zwykle utratą wzroku. Pytałam się, jak sobie radzić kiedy nas taki wijący się stwór ukąsi. Okazuje się, że wszystko zależy co to jest, bo jak wąż, to trzeba obwiązać ranę bandażem, tamując przepływ krwi, ale przy żmiji już się tak nie postępuje. A skąd mamy wiedzieć, co jest co? To już nasz problem. Niby mówi się że trzeba w takiej sytuacji zabić płaza, aby móc pokazać, co nas użarło, ale jak stwierdził przewodnik, to średnio dobry pomysł, bo zazwyczaj taka akcja kończy się drugim ugryzieniem i przez to - zwiększeniem dawki jadu. Wniosek? Nie dać się ugryźć, co zresztą nie jest wcale takie trudne, bo wąż bardziej się boi nas, niż my jego.

Kiedy już wężom daliśmy spokój, wyszukaliśmy jaszczurkę zwaną popularnie „piaskowym nurkiem”, ze względu na umiejętność naprawdę błyskawicznego zakopywania się w piachu.  W ramach wycieczkowych żartów przewodnik przyczepił mi ją do ucha niczym kolczyk, czy raczej przystawiona do ucha jaszczurka sama złapała pyszczkiem za mój płatek uszny, i jakby nic sobie wisiała.

afr-gekon.jpgPrzy następnym postoju była kolejna jaszczurka, tym razem bez nóg. Nikt jej odnóży nie urwał - to coś w rodzaju naszego padalca, tylko wielkości dżdżownicy, o ładnym opalizującym kolorze. Moim ulubieńcem stał się jednak pustynny gekon – niezwykły przede wszystkim dlatego, że ma zupełnie przeźroczyste, przypominające galaretę ciało i niesamowite duże oczy. Pustynnego gekona jest o tyle trudno  znaleźć, że to zwierzątko nocne, w dzień zakopujące się całkiem głęboko w piachu, w którym trzeba wiedzieć, gdzie kopać.

Jak już staliśmy się ekspertami od rozpoznawania różnych śladów i wyszukiwania kolejnych gatunków, przewodnik przyniósł gwiazdora imprezy – kameleona. Sporo już kameleonów w swoim życiu widziałam, ale takiego jeszcze nie. W przeciwieństwie do tych z dżungli, okaz z pustyni nie robi się zielony.  Jeśli się zestresuje, staje się czarny, ale w zależności od sytuacji może być też jasnoszary, czy wręcz biały. Obfotografowałam kolegę-kameleona ze wszystkich stron, włącznie z sytuacją kiedy z niesamowitą szybkością wysuwa swój długi jęzor, równy długości ciała, i ze stuprocentową skutecznością łapie nim owady. 

afr-kameleon.jpgNiestety, kameleon wykończył nie tylko różne owady, ale również mojego Canona. Aparat ni stąd, ni zowąd, bez żadnej przyczyny odmówił współpracy. Po prostu wyświetlił się komunikat „Error 99” i tyle – o dalszych zdjęciach nie ma mowy. Zostaje mi jedynie rezerwowy „idiot-kamera”, czyli mały kompakt (Canon G11). Byłam w tutejszym serwisie fotograficznym, ale dowiedziałam się tylko, że najbliższy punkt, gdzie może coś by się dało zrobić, to dopiero Kapsztad. Jednym słowem od tej pory torbę fotograficzną z trzema obiektywami mogę odstawić – skorzysta mój i tak już krzywy kręgosłup.

W drodze powrotnej do hotelu zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, gdzie ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu spotkałam Johana. To mój tutejszy znajomy – lokalny przewodnik z którym prowadziłam grupę kilka lat temu i który dość często słał później maile, a ja, małpa do potęgi, bardzo rzadko na nie odpisywałam. Johann bardzo się ucieszył ze spotkania (nie mówiłam mu, że będę w Namibii), a że popołudnie miałam wolne, więc się umówiliśmy na pogadanie przy kawie. Przy okazji podpytałam jak się w Namibii żyje Białym (bo Johan to Biały), tym bardziej, że jest tu ich zdecydowana mniejszość (zaledwie 6 % społeczeństwa). Johan stwierdził, że nie ma powodów do narzekań – chwalił rząd, twierdził że w przeciwieństwie do RPA czy do Zimbabwe Biali z Czarnymi się nie kłócą, i ogólnie on przynajmniej ma poczucie bezpieczeństwa. Johan prowadzi w Swakopmundzie biznes pod hasłem „wynajem samochodów” – aktualnie ma 15 dżipów i twierdzi, że idzie mu świetnie.

afr-plaza.jpgFakt, w Swakompmundzie, i w ogóle w Namibii jest bez porównania bezpieczniej, niż w sąsiedniej RPA, gdzie trzeba mieć uszy i oczy dookoła głowy. Dzisiaj na wycieczce na pustyni poznałam Angielkę, która opowiadała, że w RPA (w Johanesburgu) zwinęli jej aparat fotograficzny na stopniach samolotu! To już przykład prawdziwej bezczelności złodziei! Tu na szczęście (w Swakop znaczy się) można bez problemu chodzić po ulicach, a pozostały po kolonizatorach „niemiecki porządek” jest jak najbardziej pozytywny. Inna sprawa, że są sytuacje, gdy niemieckie wpływy nawet może nie tyle drażnią, co sprawiają surrealistyczne wrażenie. Jeden z moich turystów, opowiadał mi na przykład, jak poszedł z żoną na typowe tutejsze ciastko. Owym lokalnym specjałem był… „Apfelstrudel mit Schlagsahne” (niemiecka nazwa szarlotki z bitą śmietaną), a kiedy przyszło do płacenia, czarnoskóra kelnerka chcąc otrzymać 38 dolarów namibijskich (jakieś 4 eurasy), rzuciła im dźwięczne: „Acht und dreißig”. No i jak tu wierzyć, że jesteśmy w Afryce?

A co do kontaktów z lokalesami… W jednym z miejscowych sklepów widziałam śmieszną koszulkę z napisem: „Prześpij się z Południowo-Afrykańczykiem. Potrzebujemy ich więcej”.  :-)

Na dzisiaj to tyle… Nie napisałam jeszcze, że dotarła zaginiona na lotnisku (to znaczy nie wzięta w ogóle z Kapsztadu) walizka Krzysztofa. Cudowne odnalezienie uczciliśmy winem postawionym przez szczęśliwego właściciela.



13 lutego , Namibia

Swakopmund – Uis - Skamieniały Las - Khorixas (380 km)


Teraz już na dobre rozpoczęliśmy naszą „ekspedycję”. Całkiem dobry patent taka turystyczna ciężarówa, która na ileś dni staje sie niemal domem na kółkach. Patryk i Kasibi, nasi przewodnicy, ciągle podkreślają, że to żaden „bus” , "auto" ani "car" ("samochód"), tylko „truck” (czyli właśnie „ciężarówa”).  Teoretycznie są w niej 24 siedzenia, ale jedziemy tylko w 9-tkę, więc mamy luz. Każdy ma swoją własną szafkę na bagaż, jest nawet lodówka (taka turystyczna, na lód kupowany w supermarketach), a jedyne co może trochę przeszkadza, to uniemożliwiający rozmowy hałas w czasie jazdy po wertepach. Wszystko jest perfekcyjnie przygotowane - mamy rozkładane stoły i krzesełka, jest wysuwany blat do przyrządzania jedzenia. Jesteśmy również przygotowani na różne niespodzianki czyhające na afrykańskich drogach – mamy ze sobą trzy ogromne koła zapasowe, zbiornik wypełniony 220 litrami afryka-wrak.jpgwody, awaryjne światło mogące świecić przez 14 godzin, namioty, zapasy jedzenia… Krótko mówiąc - nie zginiemy!

Dziś spędziliśmy cały dzień w drodze. Najpierw jechaliśmy przez pustynię wzdłuż wybrzeża oceanu, z przystankiem przy ciekawie wyglądającym, osiadłym praktycznie na plaży wraku statku. Jakby nie było, to już praktycznie początek słynnego "Wybrzeża Szkieletów" nazwanym tak od rozbijających się tutaj niegdyś dość licznie statków.

W miejscowości Henties Bay odbiliśmy w głąb pustyni, zamieniając stopniowo krajobraz z piaszczystych wydm na porośniętą suchą roślinnością, bezdrzewną jeszcze sawannę. Przy okazji nabraliśmy też wysokości, bo z poziomu oceanu niezauważalnie wjechaliśmy na prawie tysiąc metrów ponad poziomem morza. Ponieważ trafiliśmy na bardzo dobrą widoczność, widać było zamykające horyzont góry – po jednej stronie mieliśmy Groot Spitzkuppe (1789 m n.p.m.), na którym można się ponoć fajnie powspinać, przez co ochrzczono ten szczyt „Matterhornem Namibii”, z drugiej strony towarzyszył nam Brandberg – najwyższa góra w całej Namibii (2579 m n.p.m.).

afryka-herero.jpgPrzygotowany wspólnymi siłami lunch zjedliśmy w niewielkim miasteczku nazwanym Uls. Dziura straszna – centrum to jeden hotel, stacja benzynowa i tzw. bazar kamieni szlachetnych. Bazar wygląda tak, że w cieniu krzaków przysypia sobie grupka czarnoskórych kolesi, którzy jak tylko pojawią się jacyś turyści, podrywają się, biegną na złożony z kilku na stałe zrobionych straganów bazarek, wysypują z zawiniątek różnokolorowe znaleziska i namolnie próbują to sprzedać. Kamienie są różne, w większości rzeczywiście znalezione w okolicy. Są ametysty, piryty, kwarce i mnóstwo innych, których nazw nie znam. W sumie to żal tych handlujących lokalesów – kiedyś była w miasteczku kopalnia cyny, ale odkąd ją jakiś czas temu zamknięto, nie mają za bardzo gdzie się zatrudnić.

Następny postój zrobiliśmy przy rozstawionych w szczerym polu straganach, obsługiwanych przez ubrane w tradycyjne suknie i charakterystyczne „rogate” kapelusze kobitki z plemienia Herero.  Niektóre były z mężami – panie handlowały, dwoiły się i troiły by nas zwabić na swoje stoiska, a panowie rozłożeni w zacienionym miejscu, na ziemi, spali.  Wśród handlujących koralami z nasion pań, była chodząca o kulach 23-letnia Elizabeth. Okazało się, że cztery lata temu dziewczynę ukąsił wąż, no i żeby ją uratować, trzeba było amputować nogę.

afryka-skamienialy.jpgWedług programu żadnego zwiedzania dziś wprawdzie nie było, ale zaproponowałam grupie, abyśmy podjechali do tzw. Skamieniałego Lasu (Petrified Forest) koło miejscowości Khorixas.  Miejsce okazało się bardzo ciekawe – chodzi o mające mniej więcej 240-300 mln lat (!) pnie drzew, które leżąc przez długie wieki pod zwałami mułu, gliny, a niegdyś, w czasie zlodowacenia – pod liczącą tysiąc metrów warstwą lodu, doskonale się zachowały. W sumie doliczono się pozostałości po ok. 50 drzewach przyniesionych przez nurt rwących rzek z centralnej Afryki. Sprawiają wrażenie, jakby były pozostałością po nie tak dawnym wyrębie, ale wystarczy postukać i widać wyraźnie, że po tylu tysiącach lat drewno zamieniło się w kamień.

afryka-welwiczja2.jpgPrzy okazji zobaczyliśmy wreszcie welwiczje. Ta przedziwna roślina jest narodową rośliną Namibii. Już się trochę obawiałam,  że wyjedziemy z tego kraju i welwiczji nie zobaczymy, ale okazało się, że w tym akurat rejonie jest jej zatrzęsienie. Nazwa pochodzi od austriackiego botanika Friedricha Welwitscha, który w 1859 roku, podczas badań na Pustyni Namib (tyle że na terenie obecnej Angoli) odkrył tę roślinę. Welwiczja może rosnąć ponoć około tysiąc lat, a jej nasionko ma zdolność kiełkowania przez 2000 lat! Przez całe swoje życie ma tylko dwa dochodzące do 3 metrów długości liście, które pękają tworząc długie wstęgi, nigdy nie usychające i nie odpadające, ale rosnące cały czas wraz z rośliną. Ciekawostką jest rozdzielnopłciowość welwiczji – z jaką płcią mamy do czynienia można rozpoznać po kwiatostanach – żeńskie przypominają fioletowawe szyszki, męskie z kolei to coś w stylu czerwonych gwiazdek.

Teraz jest już ciemna noc... Dziś mamy pierwszy nocleg na prawdziwym pustkowiu, w związku z czym nie ma Internetu. Zza okna domku, w którym mieszkam, dochodzą jakieś niesamowite odgłosy – ptaków i niesamowitej ilości różnych owadów. Podczas delektowania się zrobioną przez Kasibiego kolacją (pieczone w żarze ogniska ziemniaki, do tego mięcho i duszone w kociołku afryka-cma.jpgwarzywka) przyleciała ogromna ćma mająca skrzydła o rozpiętości równej długości łyżeczki do herbaty. Co i rusz siadała sobie na kimś z nas, choć najbardziej upodobała sobie łydkę Witka.

Ćma ćmą, ale nie wszystkie tutejsze zwierzaki są przyjazne. Ponieważ w miejscu gdzie jedliśmy kolację była przyjemna trawa (niemal taka jak na działce moich rodziców), zdjęłam buty i chodziłam sobie na boso. Tymczasem Patryk (przewodnik) zwrócił mi uwagę, że to niezbyt dobry pomysł, bo: a) w trawie mogą być węże,  b) mogą być też skorpiony. W tej sytuacji wolałam nie sprawdzać "co w trawie piszczy" (bo to pewnie ja bym w razie czego piszczała) i czym prędzej założyłam buty. Tak na marginesie to dzisiaj, w Skamieniałym Lesie, widzieliśmy sporo krocionogów - chodzi o takie wyjątkowo obleśne nawet nie stonogi, co „tysiącnogi”, które też potrafią być jadowite.



14 lutego, wciąż Namibia

Khorixas  - wioska plemienia Himba – Etosha National Park (Okaukuejo  Camp)


afryka-himba.jpgGłówną atrakcją dnia była wizyta w wiosce plemienia Himba. To chyba najbardziej egzotycznie wyglądające plemię z tego regionu Afryki. I kobiety, i mężczyźni chodzą w wersji topless, w spódniczkach z koziej skóry (panowie też), smarują się mazią w kolorze ochry, a po ich fryzurze można rozpoznać, jaki kto ma status małżeński. Zanim dziewczynka osiągnie dojrzałość, zaplecione włosy ma przerzucone na czoło. Kiedy już można ją wydać za mąż, wiąże włosy na tyle głowy, z kolei mężatki noszą na głowie tzw. embrę, czyli specjalną skórzaną ozdobę.

Panie Himba nie zakrywają biustu, bo nie jest to dla nich nic intymnego, za to uważają, że nieskromnie jest pokazywać… kostki u stóp. W związku z tym noszą na dolnych częściach nóg coś w rodzaju getrów z metalowych koralików. Poza tym, również na nogach, mają skórzane bransolety, których liczba określa, ile dzieci ma dana kobieta. Jeśli jeszcze w ogóle nie ma potomstwa, nosi na szyi grubą obrożę. A co do zdobień - zarówno kobiety jak i mężczyźni Himba, w ramach upiększania się (a także twierdząc, że dzięki temu mają lepszą wymowę) wybijają sobie cztery dolne zęby. No cóż, różne są kanony urody :-) .

Istotne jest też to, że facet Himba może mieć tyle żon ile chce – zależy to od jego statusu materialnego i zgody starszyzny wioskowej. Co ciekawe, może przyprowadzić do swojego gospodarstwa jakiegoś krewnego, któremu w ramach okazania gościnności, daje na noc jedną ze swoich żon. Himba absolutnie widzą w tym nic niestosownego i nie uważają, że jest to dyskryminacja czy wykorzystywanie kobiet. Ponieważ są  plemieniem pasterskim, a wypasający stada mężczyźni często przebywają dłuższy czas z dala od domów, w ich mniemaniu wypada dołożyć wszelkich starań, aby „zaniedbywane” przez to seksualnie kobiety, w miarę możliwości zaspokoić. Jeden facet, zwłaszcza taki w podeszłym wieku, mając wiele żon, może nie dać  rady, czemu więc nie skorzystać z wyręczyciela?

afr-himba2.jpgW wiosce w której byliśmy mieszka ok. 40-50 Himbów. Szefuje kobieta, tak zwana "Królowa", przed chatą której pali się „święty ogień”. Muszę przyznać, że Himba są bardzo sympatyczni, chętnie zgadzają się na zdjęcia (potem chcą się zobaczyć na ekraniku aparatu), choć dla dobrych kontaktów warto nauczyć się ich zwyczajowych pozdrowień. I tak w języku Himba "dzień dobry" to fonetycznie „morro”, "jak się masz?" – „peribi”, na co odpowiada się "nałła" (takie „ok, dobrze się mam”). Całość powitania to typowy afrykański trzykrotny uścisk dłoni (trudny do opisania – trzeba pokazać), podczas którego wymawia się formułkę: „morro-peribi-nałła”. A jeśli ktoś chce wiedzieć, jak jest „dziękuję” to też się dowiedziałam: „oguhepa”.

W chatach Himbów praktycznie nic nie ma. Nic z dobrodziejstw cywilizacji, typu prąd, woda czy telewizja. Po prostu jest klepisko, dla pań zarezerwowana jest strona prawa, dla facetów lewa, a śpi się na rozkładanych na noc skórach zwierzęcych, choć w obecnych czasach do użytku wchodzą też koce. Przy okazji jedna z lokalnych kobitek pokazała nam, jak się Himba myją. Wody nie używają, tylko… okadzają się nad dymem z ogniska, do którego dorzucają jakieś swoje specyfiki. Również zamiast prania wolą „odświeżać” ubrania przy pomocy dymu. Ciekawe, że mimo takich metod wcale tak bardzo nie śmierdzą.

Po spotkaniu z Himbami obraliśmy kurs na Park Narodowy Etosha. Po drodze stanęliśmy jeszcze na sesję zdjęciową przy znaku drogowym „Uwaga, przechodzące słonie!” oraz zjedliśmy polowy lunch (normalny, nie w wersji Himbów, którzy pokazywali nam żyjące na drzewach tłuste larwy, uznawane przez nich za przysmak będący źródłem protein).

afr-antylopy.jpgTeraz już jesteśmy na campie (Okaukuejo Camp), na którym nocujemy. Właśnie wróciliśmy z popołudniowego safari. Szczerze mówiąc nie widzieliśmy zbyt dużo zwierzaków, ale lepsze to niż nic. Najpierw wszyscy rzucili się na fotografowanie impali (antylopy przypominające sarenki), potem pojawiły się springboki (kolejne antylopy, u których i samce, i samice mają rogi), a w końcu zobojętnieliśmy i na jedne, i na drugie. Ponownie ożywiliśmy się przy wielkich gnu (czyli znowu antylopy), ale te akurat są mało "przystojne", więc sesja zdjęciowa z nimi zakończyła się dość szybko. W międzyczasie były jeszcze wiewiórki (dla odróżnienia od naszych – drzewnych, tutejsze żyją na ziemi), no ale jakoś głupio w odpowiedzi na pytanie „co widziałeś na afrykańskim safari” odpowiedzieć : „wiewiórki”, więc potraktowaliśmy je bez większych emocji. Dużo więcej czasu poświęciliśmy szakalom – aż trudno uwierzyć, że tak sympatycznie wyglądające psiaki mogą być drapieżne i groźne.

Z trochę większych zwierzaków były żyrafy, ale baaaardzo daleko, i zebry – tych akurat sporo i blisko. Tutejsze zebry różnią się od tych które znam np. z Tanzanii, kolorem pasków – tamte są czarno-białe, te mają odcień „przybrudzony” na żółto. 

Niestety nie widzieliśmy żadnego przedstawiciela „Big Five”, czyli afrykańskiej „Wielkiej Piątki”. Tworzą ją zwierzaki zaliczane przez dawnych myśliwych do najbardziej cenionych afrykańskich trofeów – chodzi o słonia, bawoła, nosorożca, lwa i lamparta. Tutaj, tzn. w Parku Narodowym Etosha, z Wielkiej Piątki nie ma bawoła, no ale akurat tego zwierzaka możemy zobaczyć jeszcze później, w Botswanie.


Po kolacji…


afr-hiena.jpgFajny wieczór… Temperatura bardzo przyjemna, tzn. ciepło, ale tak akurat. Może to tak po burzy – zresztą wciąż jeszcze widać na horyzoncie błyskawice. Bogu dzięki komarów jak na razie nie ma, tak więc jeszcze wstrzymuję się z braniem tabletek antymalarycznych. Na niebie – piękna Mleczna Droga, przy jej końcu - słynny gwiazdozbiór Krzyż Południa, no i te niesamowite odgłosy wszędzie dookoła. Przy kolacji słyszeliśmy ryk lwa, a w ogóle to po campie biegają szakale! Ciekawe jak się tu dostają, bo camp jest ogrodzony? Na początku myśleliśmy, że to psy, tym bardziej że obecność ludzi im wcale nie przeszkadza, ale okazuje się że nie – najprawdziwsze dzike szakale szukające resztek jedzenia. Na wszelki wypadek kuchnie, w których ekipy takie jak my, przygotowują jedzenie, są osłonięte siatką. Swoją drogą sporo tu takich „ciężarówkowych ekip”, z których część śpi w namiotach (my póki co w domkach, ale namioty też będą – w Botswanie).

Po kolacji i zmyciu naczyń (mamy „dyżury” kuchenne – codziennie dwie osoby pomagają przy gotowaniu i sprzątaniu), poszliśmy do pobliskiej sadzawki zobaczyć czy nie ma przypadkiem jakichś zwierzaków przychodzących tam do wodopoju. Niestety znowu były tylko szakale, a wcześniej – impale. Ponoć czasami zjawiają się też lwy (właśnie ze względu na nie, obóz od sadzawki oddziela ogrodzenie pod napięciem). Nie mieliśmy jednak szczęścia – lwów nie zobaczyliśmy.



15 lutego, Namibia

Etosha National Park (Camp Halali)


afr-lwica.jpgJak to przy porannych safari - wstaliśmy wcześnie (o 5.30), najeździliśmy się, ale chyba mamy pecha, bo znowu obyło się bez rewelacji (hitem było stadko żyraf). Może ta "bryndza" z lokalną fuaną to też dlatego, że obecnie jest tu dość mokro, codziennie troszeczkę pada (ale tak, że nam nie przeszkadza), więc zwierzaki zamiast schodzić się do wodopojów ustyuowanych tam, gdzie przyjeżdżają żądni wrażeń turyści, rozchodzą się po całym terenie ogromnego powierzchniowo parku, korzystając z wszechobecnych kałuży.

Inna sprawa, że prawie każdy z nas był już wcześniej na safari w tanzańskim parku narodowym Serengeti, a tam zwierzyny jest rzeczywiście pełno (albo może łatwiej ją spotkać?).Ktoś kto zaczyna afrykańskie safari od namibijskiej Etoshy, pewnie wcale rozczarowany nie jest. Zwierzaki na pewno tu są, bo przeglądałam „księgę wyjazdów”, gdzie kierowcy wpisują dokąd wyruszają, a po powrocie – odhaczają się, chwaląc się tym, co widzieli. Wychodzi na to, że nosorożce, lamparty i gepardy to niemal norma, natomiast o słoniach meldowano raczej rzadko.

Etosha to ogromny park – jeden z największych w Afryce. Jego obecna powierzchnia – 22 tys. km. kw to i tak zaledwie ¼ pierwotnie chronionego rezerwatu, utworzonego przez niemieckiego gubernatora jeszcze w 1907 roku. Centralne miejsce w parku zajmuje tzw. Etosha Pan, czyli mające 4,5 tys. km kw., długie na 130 km solnisko, stanowiące pozostałość po dawnym, słonym jeziorze. Kiedyś było ono nawadniane przez wpływającą do afr-solnisko.jpgniego rzekę, ale rzeka zmieniła bieg, więc jedyna woda jaka się czasem w niewielkiej ilości w gliniasto-solnej niecce pojawia, to ta z deszczu.

Grzebiąc po różnych źródłach doczytałam się ładnej legendy opowiadającej jak powstało to solnisko. No więc kiedyś na jedną ze znajdujących się tu wiosek buszmeńskich napadło wrogie plemię, wybijając wszystkich mieszkańców. Z rzezi uchroniła się tylko jedna, jedyna kobieta, która po stracie całej rodziny tak płakała, że wylała istne „morze łez” i z nich właśnie utworzyło się słone jezioro. Po pewnym czasie, przy tutejszym gorącym klimacie, jezioro wyparowało, została tylko wielka pustynia, nazwana Etosha Pan. Samo słowo „Etosha” to w języku miejscowych plemion „Miejsce Suchej Wody” albo „Wielkie, białe miejsce”.

Po południu znowu pojechaliśmy tropić zwierzaki. Tym razem było trochę lepiej, bo widzieliśmy czarnego nosorożca. Z daleka, ale zawsze. Co do nosorożców, to są w Afryce także nosorożce białe, choć nazwy nadawał chyba jakiś daltonista, bo jedne i drugie (to znaczy czarne i białe) są szare, a różnią się jedynie wielkością (czarne są mniejsze), kształtem pyska (czarne mają bardziej owalny) i występowaniem (białych jest już bardzo mało, a w Etoshy nie ma ich w ogóle).

Z innych zwierzaków znowu było sporo antylop (kudu, impale, steenbcki i springboki), mnóstwo ptaków (m.in. bocianopodobny ptak „sekretarz”, zwany tak od piórek przypominających włożone za ucho długopisy), przechodzący przez szosę ze stoickim spokojem kameleon oraz hiena, której najrobiliśmy tyle zdjęć, że Adaś, nasz grupowy żartowniś, stwierdził, że „nawet Pamela Anderson nie ma tyle zdjęć co ta hiena”.

afr-zebra.jpgPewnym urozmaiceniem we wpatrywaniu się w trawę, krzaczory i drzewa, wśród których przeważają takie z gatunku zwanego „mopane” (inaczej: drzewo terpentynowe), był wjazd naszą ciężarówą na solnisko. Niesamowicie ono wygląda, bo na wypalonej słońcem jałowej ziemi nic nie rośnie, a dookoła jest tylko wielka pustynia. Ponoć jedyne zwierzaki jakie przez przechodzą przez ten wyjątkowo nieprzyjazny istotom żywym wielki obszar, to słonie pustynne oraz oryksy, które mogą przebywać kilka dni bez wody.

Na campie też mamy dzikie zwierzaki. Przede wszystkim wiewiórki, które zresztą dobierały nam się dzisiaj do skrzynki z żarciem. Już po zmroku, po kolacji na którą Kasidi upiekł wielkie niczym talerz steki, pojawiły się z kolei futrzaki przypominające miks borsuka ze skunksem (zresztą w razie zagrożenia te tutejsze dziwolągi również wydzielają nieprzyjemny odór).

Szczerze mówiąc to liczyłam, że jakaś dzika zwierzyna pojawi się przy zrobionym na obrzeżach campu wodopoju (tym bardziej, że wielka tablica przy ścieżce tam prowadzącej informuje, że idzie się tam wyłącznie na własne ryzyko). Podobno ktoś z naszej grupy widział tam antylopy, ale podczas mojej wizyty, poza ślicznym zachodem słońca, nie było  nic. Może to ja jestem pechowa?

afr-autko.jpgA tak w ogóle to całkiem spory ruch widać na tutejszych campach. Nie ma wprawdzie (na szczęście) takiej masówki  jak w Kruger National Park w RPA czy w parkach tanzańskich albo kenijskich, ale turystów trochę jednak jest. Na każdym campie są różne warianty zakwaterowania. Wycieczki niemieckich emerytów (bo ich tu najwięcej), przyjeżdżają autokarami, sypiają w najlepszych bungalowach i jadają w restauracjach. Turyści tacy jak my, czyli z ekspedycji truckami (ciężarówami), mają bungalowy w wersji standard (i tak całkiem wygodne), a poza śniadaniami które są w cenie zakwaterowania, posiłki przyrządzają samodzielnie (tzn. kucharz przyrządza). Są też i tacy (zazwyczaj mieszkający w Namibii Biali), którzy podróżują własnymi lub wynajętymi samochodami i śpią w namiotach.  Najpopularniejsze są namioty rozbijane na… dachu samochodu. Świetny patent  - wchodzi się po nich po drabince, ich stabilność wzmacnia specjalny stelaż, a plusem takiej konstrukcji jest to, że nie wejdą do nich żadne węże czy różne groźne zwierzaki.


16 lutego, ostatni dzień w Namibii

Etosha National Park – Windhoek


afryka-kosciol.jpgWróciliśmy do cywilizacji. Po  kilku dniach w buszu dotarliśmy do Windhoek, czyli 200-tysięcznej stolicy Namibii. Za wiele do zwiedzania tu nie ma – miasto ma raptem niewiele ponad sto lat, tak więc jedyne zabytki to budowle powstałe w czasach pierwszych osadników. Są więc dawne niemieckie koszary (stacjonowała tu słynna wówczas Schutztruppe, krwawo gromiąca powstania miejscowych plemion), byliśmy też w protestanckim kościółku z 1907 roku, a przy okazji zerknęliśmy na wybudowany po sąsiedzku Parlament. Potem było trochę czasu na pochodzenie po centrum, w którym jak się okazuje już około 17 zamiera wszelkie życie - zamykane są sklepy, nawet kawiarnie i ogólnie nie ma za bardzo co robić.

Windhoek (miejscowi mówią: Winduk, inni – łindhuk) zabudową przypomina miasta europejskie czy amerykańskie – domy są schludne, dobrze wyglądające, raczej niskie. Mimo że w stosunku do innych miast w Afryce jest tu dużo bezpieczniej, i tak wszędzie widać kraty, kolczaste płoty, czy nawet ogrodzenia pod napięciem.

afryka---windhoek1.jpgCiekawe są nazwy ulic. No bo jesteśmy w Afryce, a tu na przykład „Fidel Castro Strasse”, czy ulica Bismarcka. Spotykani ludzie to w większości Czarni (jakby nie było Czarni stanowią aż 88 proc. namibijskiego społeczeństwa), przy czym rozrzut jest od handlujących na bazarku z pamiątkami półnagich kobiet Himba, po elegancko ubranych w garniturki urzędników biurowych.

Zanim jednak przyjechaliśmy do Windhoek, jeszcze przed opuszczeniem granic parku narodowego Etosha, mieliśmy po drodze poranne safari. Na antylopy i kolejne ptaszki nikt już praktycznie nie reagował, ale w końcu udało nam się zobaczyć lwy. Najpierw pojawił się obżerający się zdobyczą samiec, jednak dość daleko, więc bez lornetki nie dało rady go obserwować. Na szczęście potem trafiliśmy na chroniącą się w cieniu krzaków lwicę, zaledwie kilka metrów od nas. Lwica sprawiająca wrażenie grzecznego kotka była fajnym pożegnaniem z Etoshą, bo słonie mamy szansę zobaczyć jeszcze w ciągu kolejnych dni, a z lwami byłby problem.



17 lutego – Namibia-Botswana

Z Windhoek (Namibia) do Ghanzi (Botswana) – 570 km


Dziś mieliśmy najdłuższy przejazd na całej naszej trasie. Wykorzystałam go po części na zacieśnianie kontaktów z Patrykiem i Kasidim (poprawnie imię to pisze się: Cassidy), czyli naszymi przewodnikami, bo zamiast na pace naszej ciężarówy, z resztą grupy, pojechałam przez część trasy w szoferce. Pogadaliśmy sobie o życiu w naszych krajach, a także o tym, jak w Zimbabwe, kraju z którego chłopcy pochodzą, polityka wpływa na turystykę.  Konkretniej – znowu wróciliśmy do umiejscowienia Zimbabwe na liście najbardziej niebezpiecznych krajów świata. Chłopcy umocnili mnie tylko w przekonaniu, że nie jest to niczym uzasadnione, a afr-modliszka.jpgwłaściwie jest, bo wychodzi na to, że to rodzaj sankcji Zachodu i USA za politykę Mugabe (prezydenta Zimbabwe).  Polityki Mugabe rzecz jasna nie popieram, ale sama kompletnie nie rozumiem, dlaczego w Zimbabwe ma być bardziej niebezpiecznie niż np. w słynącej z przestępczości Wenezueli, Kenii, Brazylii czy  Gwatemali. Jakiś czas temu głośno było też o epidemii cholery w Zimbabwe – według chłopców informacje jakie podawano na ten temat w zachodnich mediach były mocno przesadzone, a poza tym ponoć dużo większy problem z cholerą miała i ma Zambia, choć o Zambii media milczały.

Potem zeszło na inne tematy. Zaczęliśmy m.in. opowiadać sobie różne przygody z safari. Ja opowiedziałam o hienie, która w Serengeti śpiącym po sąsiedzku Włochom wykradła z namiotu plecak z dokumentami i kasą (a także z żarciem), Patrick z kolei opowiedzieli mi o szakalach, które kradną nieopatrznie zostawione przed namiotami buty, bo podoba im się zapach przepoconych ludzkich stóp. W każdym razie można się na sawannowym campie nieco zdziwić, nie mając rano co założyć na nogi.

A w ogóle to już jesteśmy w Botswanie. Rano mieliśmy w centrum Windhoek godzinę wolnego na wydanie ostatnich namibijskich dolarów, po czym obrzeżem pustyni Kalahari pojechaliśmy ku granicy. Już na wjeździe do Botswany widać, że to kraj mający problem z AIDS (wg niektórych statystyk zarażonych wirusem HIV jest tu 40% społeczeństwa). Rząd botswański stara się walczyć z chorobą – poza darmowymi lekami rozdaje też darmowe prezerwatywy. Dystrybutor z nimi był już na granicy, mamy też go w hotelu, a co ciekawe – są w nim prezerwatywy zarówno dla panów, jak i dla kobiet, jedne i drugie ze szczegółową, obrazkową instrukcją obsługi.

botswana-aids.jpgCo do Botswany, to póki co nie zauważyłam efektów „botswańskiego cudu gospodarczego”, jak się mówi o rozwijającej się ekonomii tego kraju. Inna sprawa, że na razie to jesteśmy na głębokiej prowincji tego wielkiego, niemal dwa razy większego od Polski kraju (600 tys. km kw.), w którym żyje zaledwie 1,8 mln ludzi. Kiedyś była to kolonia brytyjska (wówczas nazywana Beczuana), ale od 1966 roku jest to już niepodległe państwo. Największe źródło dochodów stanowią tu diamenty, choć  to co dla przeciętnego turysty jest bardziej zauważalne, to przede wszystkim hodowla bydła. Wałęsające się samopas krowy to stały obrazek przy tutejszych drogach, podobnie jak wózki-dwukołówki ciągnięte przez osiołki. Co do zwierzaków gospodarskich to widzieliśmy też sporo puszczonych wolno koni.

Skoro wjechaliśmy do kolejnego kraju, to krótka lekcja lokalnego języka – setswana. Pozdrowienie w stylu „hallo” to tutaj „dumela”, chociaż rozróżnia się, do kogo je kierujemy. Zwracając się do panów, mówimy dumela RRA, do pań – dumela  MMA, do dziewczyn-małolat – dumela MME, a do grupy – dumelaNG.  Śmiesznie się mówi pozdrawiając kogoś przy wejściu na jego posesję: Ko ko! Najbardziej wszechstronnym słowem jest jednak pula. Tak nazywają się tutejsze pieniądze, tak mówi się o deszczu, słowo to jest nawet w godle Botswany (dosłownie:  „deszcz”, w domyśle: „niech spadnie deszcz!”), a poza tym „Pula!” to także odpowiednik naszego toastu „Na zdrowie!”.

afryka-buszmeni.jpgW sumie to najważniejszym punktem programu było dzisiaj spotkanie z buszmenami z plemienia San. Ich liczbę szacuje się na około 55 tys., z czego na terytorium Botswanyżyje 60% z tej liczby. Nazwa „San” oznacza „dzikich ludzi nie przystosowanych do życia na farmach”, chociaż oni sami siebie nazywają Nooakhoe, co oznacza „czerwonych ludzi” (określenia „buszmeni” nie lubią, uważając je za obraźliwe, choć i tak wszyscy o nich tak mówią).  Szczerze mówiąc tutejsi Buszmeni nijak się mają do Buszmenów znanych mi z Tanzanii – tamci nie wiedzieli nawet co to są pieniądze, nie mieli dokumentów, nie znali pojęcia czasu, ci natomiast są już mocno ucywilizowani, i co jak co, ale siłę pieniądza już zdążyli poznać.

Po kolacji pojechaliśmy do niedalekiej wioski zobaczyć  buszmeńskie tańce. Trochę to „cepelia” dla turystów, ale było ciekawie. Kobitki buszmeńskie siedziały przy ognisku i klaskały, a dwóch facetów-Buszmenów tańczyło (jeden z nich albo wpadł w trans, albo był naćpany). Strój Buszmenów stanowiły niby-majtki ze skóry jakiegoś dzikiego zwierza i getro-grzechotki z kokonów, w które po wyjęciu larw włożono kamyki. Każdy taniec Buszmenów afr-nogi.jpgdedykowany był zwierzętom, mającym dla Buszmenów znaczenie (bo albo je jedzą, albo wykorzystują ich skóry). Był więc taniec ku czci antylopy, żyrafy (one także trafiają do garnka), lwa, gołębia (ich nie jedzą, bo uważają te ptaki za święte), a także ku czci deszczu i piasku.  Co jakiś czas przeżywający wewnętrznie taniec panowie  podchodzili do siedzących kobitek i kładąc im na głowach ręce, przekazywali „ducha”, czy raczej – energię (wg Buszmenów ich tańce mają właściwości uzdrawiające). Na koniec panie-Buszmenki powyciągały przyniesione do sprzedania naszyjniki, no bo business is business – najwięcej było  niby-koralików z drobniutkich kawałków skorupy strusiego jaja.

Niestety, w połowie występów przyszła ulewa  (w końcu trwa akurat pora deszczowa, a to i tak pierwszy deszcz, który nas dopadł), więc trzeba było się przenieść na mało romantyczny, zadaszony taras jakiegoś budynku.  Grzmiało też i błyskało, najgorzej zresztą w momencie, gdy trzeba było wracać do hotelu, a jechać mieliśmy na odkrytej pace podstawionego dla naszej grupki pick-upa. Zmoczyło nas dokumentnie – poza Jackiem który wpadł na pomysł, aby się rozebrać. Przy okazji Jacek nie mógł przeboleć, że niepotrzebnie zmywał po kolacji naczynia (dziś wypadł jego dyżur), bo wystarczyło zostawić je na deszczu.



18 lutego, Botswana

Ghanzi – Maun – ok. 300 km

 

Rano

afr-zuczek.jpgMyślałam, że się wreszcie wyśpię (przez pisanie tego bloga zarywam trochę czas na spanie), ale gdzie tam. Co z tego, że można było położyć się wcześniej i pospać aż do 7-mej, bo dziś wyruszamy w trasę trochę później (o 9-tej). Najpierw nie mogłam usnąć, bo „coś” rozrabiało za drzwiami na niby balkon (dokładniej – na trawę). Trochę niepokoiło mnie co to jest, owe „coś”? Człowiek raczej nie, czyli jakiś zwierzak. Stukanie do drzwi, jakie co i rusz się rozlegało, było jednak dość dziwne. Ostatecznie, kiedy już się zdobyłam, by jednak otworzyć drzwi i sprawdzić, nie do końca będąc pewną, czy nie stanę oko w oko np. z likaonem (dzikim psem), okazało się, że to… żuki,  w rozpędzonym locie walące właśnie o moje drzwi. Tutejsze żuki są ogromne – mają po kilka centymetrów długości, jest ich mnóstwo, i rzeczywiście jak przywalą o drzwi, to nieźle stukają.

Rano dla odmiany hałasowały ptaki. I niech mi nikt nie mówi, że to miłe być obudzonym przez ptaszki. W każdym razie nie godzinę przed zakładaną pobudką, kiedy jakaś skrzydlata jędza skrzeczy mi tuż koło głowy.


Wieczorem


Maun to chaotycznie zabudowane miasteczko (czy może nawet – miasto, bo jakby nie było mieszka w nim 30 tys. ludzi), będące „bramą” do Delty Okawango. Tu już przynajmniej można znaleźć trochę afrykańskich klimatów – Białych lokalesów jest tu niewielu (ci, których się spotyka to zwykle turyści), nie ma już takiego porządku jak w Namibii czy RPA, no i gdzieniegdzie (zwłaszcza na obrzeżach) można zobaczyć tradycyjne rondavel`e, jak mówi się  o okrągłych chatach ze ścianami z gliny i stożkowym dachem z liści palmowych. Trochę tu taka atmosfera „Dzikiego Zachodu” – życie skupia się przy głównej ulicy, w centrum ze stacją benzynową, kilkoma bankami i supermarketami. O dziwo praktycznie nie ma sklepów z pamiątkami, ani knajp nastawionych na turystów.

afryka-delta.jpgMy mieszkamy na campie 15 km od Maun, ale pojechaliśmy do miasta wymienić kasę, zrobić drobne zakupy, no a poza tym kto chciał, mógł przelecieć się małą awionetką nad Deltą Okavango. Ja też się załapałam – polecieliśmy w piątkę pilotowaną przez Białego chłopaka Cesną. Nie powiem żeby widoki jakoś specjalnie rzuciły mnie na kolana, ale warto było się przelecieć, aby zrozumieć, na czym polega charakter tego niezwykłego miejsca, jakim są rozlewiska Okavango. Wyobraźcie sobie rzekę, która tworzy potężną deltę, nie kończącą się wcale w morzu, tylko znikającą w piaskach pustyni Kalahari. Ogromna, bagnista przestrzeń (obszar mniej więcej 250 x 150 km) pocięta jest labiryntem kanałów, usiana mnóstwem wysepek, do których nie prowadzą żadne drogi, a jedyna możliwość dotarcia do różnych miejsc, to albo samolot, albo tzw. mokoro, czyli długa, płaskodenna łódeczka-pychówka.

Teraz w delcie i tak jest mało wody. Doroczna fala powodziowa  nawodniająca ten obszar, dotrze dopiero za jakieś dwa-trzy miesiące (najwięcej wody jest w lipcu). Przypływ mas wody to zasługa  ulewnych deszczy padających na wyżynach Angoli, mniej więcej tysiąc kilometrów stąd, ale że spadek terenu jest niewielki, musi upłynąć kilka miesięcy, zanim woda dotrze w te okolice. Tak na marginesie to rzeka zmienia nazwę, w zależności od kraju, przez który przepływa – w Angoli jest to Cabango, na krótkim odcinku przez Namibię – Kavango, no i w Botswanie – Okavango.

afryka---ja-i-pilot.jpgCałkiem sporo widzieliśmy z samolotu. Zaraz za Maun uwagę zwracała ciągnąca się przez wiele kilometrów linia. Dokładniej to z wysokości wygląda to jak linia, a w rzeczywistości jest to „bawoli płot” oddzielający żyjące poza nim dzikie bawoły afrykańskie od domowego bydła. Najdalej wysunięty punkt  45-minutowego lotu stanowiło jezioro o kształcie kontynentu afrykańskiego. Hitem jednak stało się połyskujące w słońcu bajorko ze stadkiem słoni, choć były też słonie i bawoły niespiesznie wędrujące sobie po tym zielonym bezkresie. Niesamowicie wyglądały też ścieżki hipopotamów – istna pajęczyna takich szlaków, bo żerujące nocami hipopotamy to całkiem ambitni wędrowcy (potrafią przespacerować w ciągu jednej nocy kilkanaście kilometrów).

Fajnie, bo przez następne dwa dni będziemy w głębi delty, poznając ją na piechotę lub pływając łódkami. Znowu – żegnaj cywilizacjo!



19 lutego, Botswana

Delta Okavango

 

Około południa

afr-lodki.jpgAleż tu ślicznie! Siedzę sobie na tarasie namioto-domku z widokiem na bagniska Delty Okavango, a jedyne co słychać to śpiew ptaków i szum drzew.  Dookoła tylko zieleń i zieleń i  niezwykły spokój. Nie dzwonią komórki (nie ma zasięgu), nie ma Internetu, więc nie kusi mnie by sprawdzać e-maile, jednym słowem jest szansa na totalne zapomnienie i wyciszenie. Inna sprawa, że trochę kojarzą mi się te krajobrazy z naszymi polskimi bagnami biebrzańskimi  i jedynie widoczne gdzieniegdzie palmy przypominają, że jestem w tropikach.

Camp na którym mieszkamy nazywa się „Moremi Crossing” (Moremi to nazwa tutejszego rezerwatu). Niełatwo się tu dostać. Najpierw lecieliśmy 20 minut 10-osobowym samolotem, potem kolejne 20 minut płynęliśmy łodzią motorową. Po dotarciu do celu czekało nas niezłe zaskoczenie - wiedzieliśmy, że mamy mieszkać w namiotach, ale nie przewidywaliśmy, że aż tak luksusowych! Dokładniej to skrzyżowanie namiotu z domkiem – ściany są płócienne, z dużymi „oknami” z drobnej siateczki, ale jest drewniana podłoga, normalne łóżka, ubikacja, czyli pełen komfort i całkiem spora przestrzeń (mniej więcej połowa mojego normalnego, warszawskiego mieszkania!).

afr-defilada.jpgZe względu na otoczenie bagnami, zaczęłam brać środki antymalaryczne (tym bardziej, że tutejsza menadżerka, dziewczyna z RPA, potwierdziła, że malaria o tej porze roku się zdarza). Ponieważ nie ma ogrodzenia, ostrzeżono nas, że jest możliwość spotkań z dziką zwierzyną – ponoć przychodzą słonie i hipopotamy, zaś stałymi rezydentami na wyspie są guźce i pawiany. Ze względu na te ostatnie kazano nam zamykać domki, bo ciekawskie małpy lubią wchodzić do środka i przeglądać się w lustrze, a poza tym jak głosi hotelowy informator „o niczym bardziej nie marzą, jak o tym, by sprawdzić, co ze sobą mamy”.  :-)


Po obiedzie…


Ale mam widowisko – naprzeciw mojego domku stoi stado czterech słoni. Są jakieś 100 metrów ode mnie i  wachlują się swoimi wielkimi uszami.  Większość mojej grupy widziała też wspominane guźce – dokładniej to szwenda się w okolicach domków pani guźcowa z dwoma warchlakami. Oczywiście jak pobiegłam z aparatem zrobić im zdjęcie –  gdzieś zniknęły.


Wieczorem…


Coraz bardziej mi się tu podoba… 

afr-mokoro.jpgPo południu pływaliśmy po bagnach łodzią. Najbardziej typowy tutejszy transport to mokoro, czyli tradycyjne łodzie-pychówki dawniej dłubane z pni drzew hebanowych lub kiełbasianych (nazwa nadana ze względu na długie owoce, wyglądające niczym wiszące kiełbasy). Teraz jednak mokoro robi się z włókna szklanego,  bo to bardziej ekologiczne. Żeby zrobić jedną łódź, potrzeba drzewa które rośnie ok. 100 lat, a łódź wytrzymuje jedynie 5 lat.

My pływaliśmy jednak nie mokoro, lecz większą łodzią motorową. Raz, że było nas dużo, dwa – że motorówą  mogliśmy popłynąć dalej i szybciej, czyli w podtekście więcej zobaczyć. Trzy – to sprawa bezpieczeństwa – motorówka jest bardziej bezpieczna przy spotkaniu z rozjuszonym hipopotamem niż wywrotne mokoro, które hipcio może przeciąć na pół jednym kłapnięciem swojej wielkiej szczęki.

Hipopotamy oczywiście widzieliśmy. Z jednym nawet omal się nie zderzyliśmy, bo wskoczył z brzegu do wody tuż przed naszą łodzią. W jednym miejscu było nawet spore stadko tych tłuściochów – nie dało rady ich policzyć, bo co chwila jedne się wynurzały, a drugie zanurzały, a mogą tak siedzieć pod wodą nawet 6 minut. Zapytałam, czy lokalesi jedzą mięso hipopotamów – ponoć tak!

afr-krokodyl.jpgByły też krokodyle. Tyle, że małe, zaledwie półtorametrowe. Dorosłe sztuki tutaj występujące mogą osiągać nawet 5 metrów długości1 Największe wrażenie zrobił na mnie nażarty krokodyl leżący przy resztkach żyrafy. Po zniszczonych trzcinach widać było, że żyrafa dzielnie i długo walczyła. No cóż, natura jest brutalna.

Najwięcej było ptaków. Różne odmiany czapli, gęsi, śliczne zimorodki z gatunku zimorodków malachitowych (ze względu na niebieskie upierzenie), poza tym jastrząb i afrykański orzeł-rybołów. A na koniec mieliśmy cudowny zachód słońca z palmami w tle.

Teraz jest już ciemna noc. Po zmroku na campie obowiązuje zakaz samodzielnych spacerów. Nawet idąc na kolację i wracając z niej, trzeba umawiać się na obstawę strażników (rzecz jasna chodzi o dzikie zwierzęta).  Że rzeczywiście zwierzyny jest tu mnóstwo, można zorientować się choćby po odgłosach.  Koło mnie jest najbardziej dziko, bo mieszkam na samym końcu campu, a domko-namioty są porozstawiane w pewnej odległości od siebie. Pewnie trudno będzie usnąć, taki tu hałas. Żaby usiłują zagłuszyć świerszcze, co chwila coś ryczy,  szeleści, szura,  do tego dochodzą najróżniejsze krzyki, gwizdy, skrzeki, ryki i pohukiwania. Chyba w następnym wcieleniu zostanę badaczem natury.  :-)

afr-bagna.jpgNie napisałam jeszcze o tutejszej obsłudze, wyjątkowo miłej i dobrze zorganizowanej. Poza Białym małżeństwem kierującym campem (pochodzą z RPA), reszta załogi to czarnoskórzy lokalesi z wioski na sąsiedniej wysepce zwanej Thabazimba, co znaczy „Wyspa Węży” (faktycznie węże tu są, zarówno na lądzie, jak i w wodzie – widzieliśmy nawet jednego).  Do cywilizacji stąd – kawał drogi. Kogo nie stać na lot samolotem (turyści płacą ok. 60 dol., dla lokalesów są jednak duże zniżki), może dopłynąć do Maun łodzią. Tradycyjną dłubanką mokoro, podróż na tej trasie zajmuje około 3 dni, motorówą – nie wiem ile. Dla porównania samolotem – 20 minut!

W sumie w wiosce mieszka około 250 osób. W większości są oni wyznawcami chrześcijańskiego Kościoła Syjonu (ang.:  Zion Christian Church), o czym świadczą metalowe gwiazdy na zielonej plakietce, z dumą noszone przy ubraniach. To chyba dość powszechna religia w rejonie Maun, bo w mieście też widzieliśmy sporo osób z tymi gwiazdami.  Ogólnie mówiąc są to ewangelicy, którzy podobnie jak i inni chrześcijanie, wierzą w Boga, Chrystusa, Matkę Boską i różnych świętych, a różnią się formą nabożeństw, w trakcie których bardzo dużo śpiewają, klaszczą i tańczą, czyli stawiają na spontaniczną formę modlitwy. Ponoć to ruch religijny wywodzący się z Zimbabwe, ale coraz bardziej rozpowszechniający się na południu Afryki, głównie wśród Czarnych, choć Białych wyznawców też przybywa.

Ale wracając do wioski… Domy w których żyją lokalesi zbudowane są z piasku zabranego z wszechobecnych tu termitier i zmieszanego z wodą, a do pokrycia dachu stosuje się rosnącą na bagnach trzcinę lub trawę. Budową zajmują się kobiety – panowie zazwyczaj ograniczają się do zapewnienia drewna na konstrukcję dachową.

afr-ptaszek.jpgWszelkie sprawy i problemy mieszkańców rozwiązuje starszyzna wioskowa. Jeśli nie można znaleźć rozwiązania – wtedy sprawę przedstawia się wyższej „instancji”, czyli na wokandzie plemiennyego sądu w wiosce Nxhoga.

Źródłem dochodów mieszkańców jest oczywiście praca na pobliskich campach, a także sprzedaż pamiątek. W naszym sklepiku na każdej rzeczy jest informacja, kto daną rzecz zrobił. Są na przykład rzeźby niejakiego Parta – Part jest niewidomy, ale mimo to jest prawdziwym artystą. Rzeźbi w drewnie z końcówki drzew palmowych – znajduje je po przejściu słoni, które w poszukiwaniu orzechów palmowych, walą w pień drzewa, po części go obłamując.  Również siostra Pata,  Manthse, jest niewidoma – mimo to robi całkiem ładną biżuterię, naszyjniki i bransolety.

A tak przy okazji w materiałach hotelowych dorwałam mini-słowniczek języka setswana (głównego języka Botswany). Oto krótka ściąga:
- Hello, cześć                            Dumela
- Jak się masz/macie?                Le Kae
- Dobrze się mamy                    Re teng
- Dziękuję                                Ke Leboga  lub Keitumetse
- Proszę                                  Tswee Tswee
- Śpij dobrze                            Robala sentle
- Dobranoc                               Boroko
- Do widzenia (do tych, którzy wyruszają)    Tsamaya sentle (dosł. Idź dobrze)
- Do widzenia (do pozostających)   Sala Sentle   (dosł. Pozostaj dobrze)
- Mam na imię…                           Leina la me ke
- Która jest godzina?                   Ke nako mang?
- Potrzebuję pomocy…                  Ke kopa thuso

Inne ważne słówka:
- Motswana           - pojedynczy obywatel Botswany (liczba poj.)
- Batswana         -  obywatele Botswana (liczba mnoga)
- Setswana         – język używany w Botswanie
- Rra             – grzecznościowa forma dodawana jeśli zwracamy się do mężczyzn
- Mma             – grzecznościowa forma w stosunku do kobiet



20 lutego, Botswana
Delta Okavango - kolejny dzień


Dzisiaj rano za bardzo nie pospaliśmy. Wstaliśmy o 5.30, zjedliśmy szybkie śniadanie i poszliśmy na wycieczkę na pobliską Chef`s Island.  Nazwa (Wyspa Szefa) pochodzi z czasów, kiedy był to teren polowań miejscowego kacyka. To największa wyspa w Delcie  - ma ponad 100 km długości i do 15 km szerokości, tak więc zwierzyny trochę na niej jest.

afryka-zyrafy.jpgPo krótkiej przeprawie w mokoro, czyli w tych tradycyjnych łodziach-pychówkach, ochoczo ruszyliśmy na poszukiwanie zwierzaków. Minęła jedna godzina, druga, a jedyne co widzieliśmy, to ślady (m.in. lwa i lamparta) oraz… kupy. Z kwadransa na kwadrans stawaliśmy się coraz lepszymi znawcami odchodów – wiedzieliśmy jak wyglądają kupy słonia, antylopy gnu, impali czy żyrafy (te nasz przewodnik wziął do ręki i z wielką radością rozgniótł, porównując do orzeszków ziemnych w łupinach).  Kiedy przewodnik doszedł do miejsca w którym żyrafy niby miały być, stwierdzając przy tym, że wczoraj widziano tu 7 żyraf, a dwa dni temu nawet 17 (!), Adam skwitował, że to nic - my jesteśmy lepsi, bo przecież widzieliśmy kupę żyraf. No fakt, określenie „kupa” ma różne znaczenia. 

Żyrafy jednak wytropiliśmy!  W momencie kiedy zaczęło opanowywać nas lekkie znudzenie i chęć powrotu do obozu, pojawiły się - dostojne, bez pośpiechu sunące przez busz, cztery długoszyje gracje. Staliśmy jak zahipnotyzowani w odległości około 50 metrów od nich i nie mogliśmy się napatrzeć. Zresztą żyrafy też nas uważnie obserwowały. Chwilę postały, po czym przedefilowały krokiem godnym modelek i zniknęły w krzakach.

afr-slon.jpgTymczasem w naszego przewodnika wstąpił nowy duch – postanowił pokazać nam słonie! Gorzej było z nami, bo początkowy entuzjazm na myśl o spotkaniu ze słoniami po kolejnej godzinie przedzierania się przez krzaki i wysokie trawy zwane tu „trawami lwimi” (bo stanowią dobre miejsce do krycia się lwów), nieco nam opadł. Wprawdzie kolejne, świeże kupy słonia (83… - liczył Jacek), świadczyły o tym, że zwierzak gdzieś w okolicy jest, ale coraz większa duchota sprawiała, że nieco zwątpiliśmy w powodzenie poszukiwań. No i znowu – kiedy już zbierałam się, aby powiedzieć przewodnikowi, że mamy dość, facet dał znak że jest! I rzeczywiście – stał (nie przewodnik, tylko słoń), zaledwie 30 metrów od nas – wachlując się uszami, niemniej zdziwiony przypadkowym spotkaniem niż my. Wrażenie było niesamowite. To naprawdę zupełnie coś innego obserwować słonia z samochodu, a co innego stać blisko niego, nie do końca będąc pewnym, jak zwierzak zareaguje. Teoretycznie przewodnicy znają zwyczaje zwierząt, wiedzą jak mogą zareagować, no ale w końcu to jednak dzikie istoty. Szczerze mówiąc mimowolnie rozglądałam się za najbliższymi drzewami. Co tu kryć – odruchem ludzkim jest w stanie zagrożenia wiać, chociaż według naszego przewodnika jeśli sytuacja wygląda na beznadziejną, widząc rozjuszonego słonia lepiej  po prostu stać bez ruchu, niczym drzewo. Uciec praktycznie nie ma szans – szarżujący słoń na krótkich dystansach może osiągnąć prędkość afr-termitieria.jpgnawet 40 km/godz.

A tak w ogóle to mało kto wie, że te kolosy to prawdziwe żarłoki – żerują przeciętnie 18 godzin dziennie, zjadając przez ten czas ok. 300 kg pożywienia. W czasie kiedy jest kiepsko z wodą i z pożywieniem, objadają korę z drzew – pełno tu takich pni, ze śladami słoniowego objadania.

Z innych ciekawostek „pieszego safari” to zobaczyliśmy jak wygląda drzewo ołowiane (nazwane tak, ze względu na duży ciężar właściwy drewna) oraz  porobiliśmy zdjęcia przy drzewie kiełbasianym, w polskich atlasach roślin egzotycznych fachowo nazywanym:  kigelia afrykańska. Leżało pod nim trochę owoców, czyli owych „kiełbas”, nie nadających się wprawdzie do jedzenia, ale mających zastosowanie w medycynie ludowej (od reumatyzm przez ukąszenia węży) i rytuałach magicznych (odganiają jakoby złe duchy, a nawet odpychają tornada).  Poza tym w poszukiwaniu termitów rozkopaliśmy troszeczkę termitierę (ale tylko troszkę). Sporo tu kopców termitów – największe  osiągają wysokość nawet 5 metrów! Pytaliśmy jak to jest, gdy przychodzi fala powodziowa – okazuje się, że zmyślne termity tak budują swoje „domy”, że zalewane kanaliki są po prostu „zamykane”, a raczej zasklepiane aby woda się nie dostała, a poza tym zawsze owady mogą się przenieść na wyżej położone piętra. Tak na marginesie to podobnie jak np. w Ameryce Południowej, tutaj też lokalesi termity zjadają.

Wieczorem

Po południu znowu pływaliśmy łodzią. W międzyczasie, akurat gdy mieliśmy poobiednią sjestę, nieźle popadało. Najpierw zaczął wiać porywisty wiatr, który sprawiał wrażenie, że zmiecie nasze namioty, zrobiło się chłodno, a potem lunęło. Na szczęście na czas naszej wodnej wycieczki znowu się wypogodziło.

afr-hipcie.jpgPodobnie jak na wczorajszym rejsie, dzisiaj też były hipopotamy, różne ptaszyska (w tym orły – rybołów i wężojad), a poza tym antylopy gnu, no i słonie! Co do hipopotamów to niestety tym razem zaliczyliśmy zderzenie z biednym zwierzakiem – nie było go widać, no i na pełnym gazie na niego wpłynęliśmy. Mieliśmy nawet z tego powodu wyrzuty sumienia, ale zapewniano nas, że nic mu nie będzie. Mam nadzieję…

Na zakończenie jeszcze krótka afrykańska bajeczka, jaką w czasach dzieciństwa nasz przewodnik usłyszał od swojej mamy, a tłumacząca styl życia hipciów. No więc dawno, dawno temu, afrykańskie zwierzaki żyły na lądzie, wszystkie razem, niczym w jednej rodzinie. Pewnego dnia hipopotamy przyszły do króla-lwa skarżąc się, że inne ssaki się z nich śmieją, bo są grube i brzydkie, a poza tym źle im na nagrzanym lądzie, bo mają bardzo wrażliwą na słońce skórę. W tej sytuacji poprosiły króla-lwa o zgodę na życie w wodzie. Pomysł się nie spodobał – król-lew uważał, że to nie dobrze, że lądowe stworzenia chcą opuścić jego królestwo, by przenieść się do wody, z kolei inne zwierzaki buntowały się, że jeśli do tego dojdzie, hipopotamy będą zżerać im ryby. Skończyło się na salomonowym rozwiązaniu – hipopotamy wywalczyły, że ok, w ciągu dnia mogą siedzieć w wodzie, ale na noc będą wracać na ląd, obiecały też, że nie będą spożywać żadnych ryb, zostając wegetarianami. Umowa trwa do tej pory. Hipopotamy żerują nocami na lądzie, ryb rzeczywiście nie ruszając, zajadając się roślinami.



21 lutego, Botswana

Maun – Gweta (200 km)

Hit dnia: afrykańska msza, baobaby


afr-delta-z-gory.jpgŻal było rano opuszczać lodge w Delcie Okavango. Josephina, moja ulubienica z personelu kuchennego, zawsze uśmiechnięta dziewczyna z pobliskiej wioski, powiedziała, że jeśli wrócę, to mogę mieszkać u niej w domu. Josephina ma dziewięcioro rodzeństwa, które się mną zajmie i będzie obwozić w mokoro po Delcie. Ja jej też obiecałam, że jak kiedyś przyjedzie do Polski, to będzie moją czarnoskórą siostrą (tej odmienności koloru skóry oczywiście nie podkreślałam).

W drodze powrotnej do Maun lecieliśmy dwoma samolocikami. Wszyscy piloci, których tu spotkałam to Biali – m.in. z Australii. „Lotnisko”  z którego startowaliśmy to kawał ugoru, krótki pas startowy przy którym siedzą sobie grzecznie pawiany i jeden niewidomy pan, pilnujący porządku (właściwie to nie za bardzo wiem co należy do jego obowiązków, bo przyloty są zwykle raz na dobę, żadnego budynku tu nie ma, a bagaże i tak sobie każdy sam nosi, tym bardziej że do awionetki można zabrać co najwyżej 10 kg). Co do samego lotu to mimo, że tak jak i na poprzednich lotach siedziałam na fotelu drugiego pilota, przy swoim krótkowidztwie niewiele z góry widziałam, choć ponoć były i słonie, i żyrafy. W pewnym momencie za to się lekko przestraszyłam, bo tuż obok przemknęła druga awionetka – zdaje się że piloci urządzili sobie wyścigi.

Po 20 minutach w powietrzu znowu byliśmy w cywilizacji. Ponieważ dzisiaj niedziela, a w programie nie mieliśmy żadnych atrakcji, poprosiłam Patricka, by zawiózł nas na jakąś afrykańską mszę. W ten to sposób trafiliśmy na nabożeństwo wspólnoty kościoła chrześcijańskiego o niewiele mi mówiącej nazwie Ministry Church. Kościoła w sensie budynku nie było – wspólnota wynajmuje na spotkania placyk pomiędzy przychodnią dentystyczną i zakładem krawieckim. Z szybkiego wywiadu wyszło, że to nowy ruch, wprowadzony w Maun przez otaczanego tu dużym afryka-msza.jpgszacunkiem lekarza z Nigerii, który pełni teraz funkcję pastora. Pastor zresztą był na „mszy” – elegancko ubrany, widać że wyedukowany i  zaangażowany w sprawę. Również pastorowa (żona pastora) robiła wrażenie kobiety z klasą – ładna, o bardzo inteligentnym wyrazie twarzy, w długiej sukni.

Ponoć w całej Botswanie są tylko dwie wspólnoty Ministry Church, a czy są jakieś w innych krajach, tego moi rozmówcy nie wiedzieli (niewykluczone, że w Zimbabwe, natomiast raczej nie ma w RPA). Również gdy spytałam o liczbę wyznawców, stwierdzono, że nikt tego nie wie. Znak modlitwy mają taki sam jak u innych chrześcijan (znak krzyża), ogólnie wiara też jest taka sama (Bóg, Jezus, Matka Boska etc.), tylko że dochodzi post w środę (i nie chodzi wyłącznie o rezygnację z mięsa, ale kompletną głodówkę!). Poza tym bardzo dużo czasu spędza się na spotkaniach religijnych. Oprócz nabożeństwa niedzielnego trwającego trzy godziny (!), dwa razy w tygodniu są jeszcze zbiorowe czytania Biblii.

afr-w-kosciele.jpgTo na czym byliśmy trudno nazwać klasycznym nabożeństwem. Wszyscy tańczyli, klaskali, skakali, a my razem z nimi.  Na prowizorycznym ołtarzu udzielał się fantastyczny chórek, spontaniczny gościu grał na organach elektrycznych, a pełni energii „animatorzy” instruowali jaki zestaw kroków czy gestów należy wykonywać (momentami wychodziło coś w rodzaju zbiorowej makareny). W pewnym momencie wyciągnięto naszą grupę na ołtarz i trzeba było się przedstawić – skąd jesteśmy, jak mamy na imię itp. Potem było coś w rodzaju „przekazywania sobie znaku pokoju”, tyle że w wersji bardziej spontanicznej – wszyscy ze wszystkimi się obściskiwali, całowali i ogólnie bratali. Aż głupio było myśleć, że statystycznie co 2-3 osoba z nich ma AIDS.

Po kościelnym poranku mamy hasło wycieczki: „hej men”. Prawie wszyscy z nas (ja na początku też) co chwila krzyczane lub śpiewane słowo odebrali  jako życzliwe pozdrowienie – takie angielskie „ Hi, men”. Dopiero potem okazało się, że chodzi o „Amen”,  wymawiane w wersji „ej-men”. Cóż, przyjęło się - teraz moja dzielna grupa pozdrawia się owym „Hej men”.

Dziś mieliśmy krótką podróż. Urozmaiceniem był przystanek „sanitarny” czyli blokada drogi i konieczność wyjścia z ciężarówki z posiadanymi butami, po to, by odkazić je w specjalnym płynie. To taki tutejszy wymóg związany z hodowlą bydła, na którą Botswana jest bardzo nastawiona. Chodzi o nieroznoszenie groźnych dla bydła chorób.

Potem była jeszcze krótka przerwa fotograficzna na słonie. Jechaliśmy główną, ruchliwą drogą, ale ponieważ przecina ona teren parku narodowego (Makgadikgadi & Nxai Pans National Park), słonie stały tuż przy drodze.

afryka-baobab.jpgNajwięcej zdjęć narobiliśmy jednak przy baobabach! Mieszkamy na campie nie bez powodu nazwanym „Planet Baobab” – baobabów jest tu rzeczywiście sporo. Po raz pierwszy zobaczyłam te drzewa z liśćmi – jakoś do tej pory zawsze trafiałam na nie w porze suchej, kiedy gubią liście. To właśnie wtedy mają taki dziwny wygląd, który według legendy buszmeńskiej jest efektem tego, że baobab rozłościł Boga, a ten z kolei za karę zasadził drzewo do góry korzeniami. W ogóle z baobabami w Afryce związanych jest dużo opowieści i przesądów. Są np. plemiona wierzące, że w pniach tych drzew mieszkają dusze przodków. Są też tacy, którzy uważają, że wypicie wody w której zanurzono nasiona baobabu, chroni przed atakiem krokodyla. Lepiej natomiast nie skusić się na zerwanie kwiatu baobabu – ponoć kto to zrobi, zostanie pożarty przez lwa.

Szkoda że nie dane nam będzie zjedzenie owoców baobabów (ja już jadłam, ostatni raz na Madagaskarze, ale chciałam żeby grupa spróbowała). Wiszą wprawdzie na drzewach (takie duże, do 40 cm długości, owalne), ale są jeszcze zielone.  Jadalny biały miąższ z tych owoców, przypomina lekko sypki biały ser – wykorzystuje się afr-owoce-baobabu.jpggo do produkcji batoników, zaś sproszkowane nasiona to substytut kawy.  Poza osłonką nasion jeść można również liście – na surowo, pieczone lub ugotowane niczym szpinak, a także pędy - spożywane podobnie jak szparagi.  Dobry jest też ponoć olej wytłaczany z nasion baobabu, a także sok, który jest bardzo zdrowy (pod względem zawartości wapnia baobab dwukrotnie przewyższa mleko, ma też bardzo dużo  witaminy C, więcej niż w pomarańczach). Przydatne jest również włókno z kory – używa się go do wyrobu lin, koszy, ubrań, strun instrumentów muzycznych, zaś pyłek z kwiatów nadaje się do zrobienia kleju.

Baobaby należą do najdłużej żyjących drzew na Ziemi – w niektórych źródłach podaje się, że mogą rosnąć nawet 5 tysięcy lat! Trudno to zweryfikować, bo nie mają w pniach słojów, które u innych drzew pozwalają ustalić wiek. W każdym razie te które są w naszym obozie, muszą być bardzo stare – jest taki jeden którego obwód ma kilkanaście metrów!



22 lutego, Botswana

Gweta – Kasane - Chobe National Park (400 km)

Hit dnia: rejs rzeką Chobe


Dziś nocujemy 12 km od zbiegu granic czterech państw – Botswany, Namibii, Zambii i Zimbabwe. Właśnie wróciliśmy z rejsu stateczkiem po rzece Chobe, a dokładniej – jej odcinku chronionym jako Park Narodowy Chobe. Równocześnie to rzeka graniczna pomiędzy Botstwaną a Namibią.

afryka-statek-w-chobe.jpgDumą parku narodowego Chobe są słonie. Jest tu ich około 55 tysięcy, co w przeliczeniu na powierzchnię parku (11,7 tys. km kw.) daje największe ich zagęszczenie w skali całej Afryki. Niestety specjalnie tego nie odczuliśmy, jako że nie widzieliśmy nawet pół słonia! Jak powiedział przewodnik – normalnie są, ale w porze deszczowej, która teraz jest, znad rzeki przenoszą się w głąb buszu.

Sytuację uratowały liczne hipopotamy – niby widzieliśmy ich sporo wcześniej w Delcie Okavango, ale tam były w wodzie, a tu pasły się na brzegu, a poza tym miały elementy „zdobnicze” w postaci ptaszków siedzących im na grzbiecie i wydziobującym insekty. Poza tym były też krokodyle – jeden naprawdę wielki, miał może ze 4 metry.  Z innych przedstawicieli fauny były jeszcze gnu, duże stado impali, guźce i sporo przeróżnej ptasiej braci.

afryka-chobe.jpgGdyby nie egzotyczne zwierzaki, to można byłoby pomyśleć, że jest się na Mazurach! Dokładnie taki krajobraz – płasko, woda porośnięta trzcinami, różne zarośla… Nic dziwnego, że jak się pojawiła jakaś samotna palma, wszyscy chętnie ją fotografowali.
Skojarzenia z Polską budziła dziś także pogoda. Na rejsie było wręcz chłodno – taka niby nasza polska wczesna jesień. Na szczęście nie padało.

A co do motywów polskich… Dziś na kolacji okazało się, że oprócz zupy marchewkowej ugotowanej przez Kasidiego, pojawił się też… żurek! To z kolei dzieło Bogny i Adama, którzy z ideą przygotowania „polskiej kolacji” w tajemnicy przed wszystkimi przez całą wycieczkę tachali z sobą żur (jeszcze z Polski), a dzisiaj od rana szukali jaj. Nawet się zdziwiłam, ale myślałam że są na jakiejś dziwnej diecie   :-). W każdym razie dzisiaj wszystkich zaskoczyli! Z kolei wracając do Kasidiego, ponieważ to pożegnalna kolacja - upiekł… szarlotkę. W garnku, na ognisku! I naprawdę wyszło z tego super ciasto!



23 lutego, Botswana-Zimbabwe

Kasane – Victoria Falls (ok. 90 km)

Hity dnia: wodospady Wiktorii, skok na bungy ze 111 metrów


afryka--guzce.jpgJesteśmy już w Zimbabwe. Wrażenia po  pierwszym dniu w tym jakoby jednym z najbardziej niebezpiecznych krajów świata (według rankingów amerykańskich) okazały się całkiem przyjemne. Po przejechaniu mocno zeuropeizowanej Namibii, RPA czy Botswany, tu już jest zdecydowanie bardziej „afrykańsko”, choć i tak w stosunku do krajów takich jak Etiopia czy Uganda, mimo wszystko jest bardziej „cywilizowanie”. Inna sprawa, że po pobycie wyłącznie w Victoria Falls i tak nie można wyrabiać sobie wrażenia o całym kraju – bądź co bądź jesteśmy w typowo turystycznym miejscu.

Dobre wrażenie robią na mnie zwłaszcza mili, uśmiechnięci  ludzie, którzy w przeciwieństwie do innych rejonów Afryki nie chcą kasy za fotografowanie. Nie widzi się tu bosonogich biedaków w brudnych, podartych ubraniach, bo nawet ci, którzy twierdzą, że nie mają pracy, albo że nie jedli od dwóch dni, wyglądają zupełnie przyzwoicie. O tym, że ekonomicznie nie jest tu za dobrze, świadczą propozycje robienia biznesów za wszelką cenę. Nie mamy pieniędzy? Nie ma problemu – padają propozycje handlu wymiennego – możemy „zapłacić” koszulką, butami, spodenkami, długopisami… 

afryka-pan-w-piorach.jpgA co do pieniędzy -  Zimbabwe zasłynęło największą w świecie inflacją. Teraz wszyscy operują tu obcymi walutami – można płacić botswańskimi pulami, euro (kiepski przelicznik), a najlepiej – dolarami amerykańskimi. Rodowita miejscowa waluta - dolary Zimbabwe - mają już wyłącznie pamiątkowy charakter. Dziś za jednego dolara USA dostałam kilka lokalnych banknotów, w tym jeden (wyemitowany w 2008 roku) – sto tysięcy trylionów dolarów! Dla tych którzy nie wiedzą ile to jest, zapis cyfrowy: 100 000 000 000 000 (14 zer!!!).Wizualnie całkiem ładny papierek – z wodospadami Wiktorii i portretem bawoła afrykańskiego!

Do południa poznaliśmy na wylot kilkunastotysięczne Victoria Falls – miasteczko złożone z kilku ulic na krzyż, a poza tym spędziliśmy też godzinę na tutejszym bazarze z pamiątkami. Miałam nic nie kupować, no ale trafiłam na fajną drewnianą miskę pomalowaną we wzorek  a`la żyrafa, no i miska jest moja. Poza tym tylko dużym wysiłkiem woli powstrzymałam się od kupna obrusu z wizerunkiem afrykańskiej „Big Five” (lew, bawół, nosorożec, słoń i lampart). Były też różne fajne i w dodatku tanie rzeźby, ale tu rozsądek czujnie przypomniał mi, że i tak mam takich pamiątek w domu od groma i nie ma gdzie tego stawiać.

Po południu pojechaliśmy na wodospady. Imię angielskiej królowej (Wiktorii) nadał im David Livingston, pochodzący ze Szkocji misjonarz i podróżnik, który dotarł tu w 1855 roku, przez co uznaje się go za odkrywcę tego miejsca (ściślej - za pierwszego Białego człowieka, który tu dotarł). W wielu źródłach mówi się, że to największe wodospady świata – rozciągają się na odcinku 1,7 km, a wysokość spadku wody dochodzi do 110 metrów.

afryka-wodospady.jpgPewnie zdania są różne, ale mnie wodospady na kolana nie rzuciły. Miejsce ładne, ale znając inne słynne wodospady (Iguacu na granicy Argentyny i Brazylii, amerykańską Niagarę, czy wenezuelski Angel), tu chyba miałam za duże oczekiwania. Na pewno wrażenie osłabiła kiepska widoczność – było mglisto, a poza tym nie przypuszczałam, że będzie aż tak mokro. Sama nie wiem czy to był tak intensywny deszcz, czy skraplająca się mgiełka z wodospadu, ale skończyłam wycieczkę dokumentnie przemoczona, z chlupiącą w butach wodą. Na dodatek prawie nie zrobiłam zdjęć, bo aż szkoda było w tych warunkach wyciągać aparat. Teraz mój pokój przypomina wielką suszarnię, w której oprócz ubrań i plecaka suszą się także: moja komórka, paszport i pieniądze.

Ostatnią atrakcją dnia, jako że w końcu przestało lać, było bungy jumping. Łączący Zam i Zim (tak się tu nazywa Zambię i Zimbabwe) most nad rzeką Zambezi, to jedno z najwyższych  na świecie miejsc do skoków z gumową liną (skacze się z 111 metrów). Z naszej 9-osobowej ekipy odważyły się dwie osoby plus ja. Trochę mina mi zrzedła jak się okazało, że nie organizują już tego Nowozelandczycy, którym ufam w takich zabawach – jakiś czas temu przejął biznes ktoś z Zimbabwe („gruba ryba” mówią tu o nim). Jednym słowem w tej chwili obsługa skoków to miejscowi, czarnoskórzy chłopcy, choć muszę powiedzieć, że bardzo profesjonalni w tym co robią. Mówili, że wymieniają linę po 500 skokach... I tak nie ma wyjścia - trzeba im wierzyć.

afryka-bungy.jpgPierwszy chciał skakać Jacek, potem była kolej na mnie, na końcu był Adam. Nikt nie spękał, choć jak mówiła obsługa – mimo zapłacenia 110 dolców, wycofuje się około 10 procent klientów. Pietra miałam jak diabli – skakałam już na bungy z kilkanaście razy, ale za każdym razem podobnie się boję i nie przepadam za momentem, kiedy zaczyna się odliczanie i muszę rzucić się w przepaść. Jak najbardziej zgadzam się z tym, że to nienormalne, ale na pytanie dlaczego to robię, nie zamierzam odpowiadać, bo… sama nie wiem! Chyba po prostu należę do grona ludzi, którzy od czasu do czasu potrzebują dawki adrenaliny. A tak poza wszystkim tutejszym skokom towarzyszy  przepiękna sceneria – wisi się na linie tuż ponad rzeką, w wąwozie między skałami, patrząc na niedalekie wodospady, a że wszystko jest do góry nogami, więc jest jeszcze ciekawiej niż normalnie.

Tak jak już wspomniałam, most z którego się skacze (biegnie nim również linia kolejowa i całkiem ruchliwa szosa) to granica między Zimbabwe i Zambią. Aby na niego wejść trzeba pokazać paszport, no i  na tym formalności graniczne się kończą. Jest za to sporo ciekawego folkloru – obok posterunku granicznego pasą się spokojnie guźce, obok celników biegają  małpy, po moście idą kobiety z pudłami na głowach, natrętni sprzedawcy chcą sprzedać bransoletki z włosia  z ogona żyrafy… Choćby dla samych takich obrazków warto tu przyjść.



24 lutego, Zimbabwe

Victoria Falls

Hit dnia: rafting na Zambezi


Dziś był według programu dzień wolny, czyli każdy robił to na co ma ochotę. Grażynka z Witkiem poszli rano na „spacer z lwami” (przez godzinę mogli przebywać wśród 18-miesięcznych lwiątek), Ewa z Krzysiem wrócili nad wodospady na spokojnie nacieszyć się ich widokiem (wczoraj trudno było wczuwać się w nastrój miejsca, bo lokalna przewodniczka zaaplikowała nam istny sprint po punktach widokowych), natomiast ja z Adamem i Jackiem pojechaliśmy na rafting.

afryka-raft2.jpgRzeka Zambezi to chyba najbardziej znane na świecie miejsce, jeśli chodzi o spływy pontonami i ponoć w przypadku spływów organizowanych komercyjnie – najtrudniejsza. Przynajmniej tak zawsze słyszałam. Teraz jednak mam już skalę porównawczą i uczciwie muszę stwierdzić, że w listopadzie na Nilu Błękitnym w Ugandzie spływ był dużo trudniejszy. Fakt, że teraz na Zambezi ze względu na porę deszczową jest wysoki stan wody, więc spływy są łatwiejsze i krótsze (dla znawców tego miejsca – od bystrza 11 do 23), jednak pokonywane dzisiaj bystrze o skali trudności 5 (w międzynarodowej, sześciostopniowej skali, przy czym "szóstek" na pontonach się nie robi), to i tak pikuś przy "czwórkach" w Ugandzie. Zresztą w Ugandzie mieliśmy trzy bystrza „piątkowe”, a tu tylko jedno. 

Być może moje „rozczarowanie”, że było za łatwo,  wynika z tego, że nastawiłam się na Bóg wie jaki hard-core. Ogólnie jednak było fajnie, a adrenalinowych momentów też oczywiście nie brakowało.

Zaczęło się od tego, że strasznie lało. Teraz chyba nadrabiamy zaległości deszczowe, bo do wczoraj mieliśmy super pogodę i pory deszczowej praktycznie nie odczuwaliśmy. W każdym razie nim zeszliśmy do wody (bo trzeba na piechotę pokonać całkiem sporą różnicę poziomów), byliśmy już kompletnie mokrzy. 

afryka-hipo.jpgZałogę oprócz naszej trójki stanowiły jeszcze trzy Australijki, które kilka dni temu poznaliśmy w lodge`u w Delcie Okavango. Po krótkim instruktażu, wypłynęliśmy. „Kapitanem” był wesoły, czarnoskóry grubasek, super fajny gościu, który powiedział wprawdzie jak ma na imię, ale zaraz dodał, że ma ksywę „Hipo” . Rzeczywiście wyglądał niczym dwunogi hipopotam, a poza tym jakby nie było, pracujac jako instruktor raftingowy, sporą część życia spędza na wodzie.

Tak jak i na innych raftingowych rzekach, tutaj też każde bystrze (próg) ma swoją nazwę. Zaczęliśmy od „Zjadacza wyprawowych ciężarówek” („Overland truck eater”), potem były m. in. „Trzy brzydkie siostry” („The Three Ugly Sisters”), „Terminator”, „Pralka” („Washing Mashine”) i inne. Po drodze było miejsce, gdzie ze względów bezpieczeństwa (wielkie wiry), musieliśmy wyjść z pontonu, który przeprowadzał bez obciążenia jakiś lokalny spec, a my po skałach i po części wpław przez jakieś bajorka, owe niebezpieczne miejsce obchodziliśmy. Przejście było już po stronie zambijskiej – Hipo śmiał się że to jedyna okazja, aby zaliczyć pobyt w Zambii bez płacenia 50 dolców za wizę.

afryka-za-burta.jpgCo do progów, to było kilka momentów emocjonujących. U nas obyło się bez wywrotki, nikt też z pontonu nie wypadł, za to wywrócił się płynący równolegle z nami inny ponton, dzięki czemu mieliśmy okazję zobaczyć akcję wyławiania rozbitków przez kajakarzy-ratowników.

Nikt nie kryje, że na raftingach na Zambezi wypadki śmiertelne czasem się zdarzają. Oficjalnie przez 27 lat organizowania tutaj spływów zginęło 11 osób, ale zdaniem niektórych są to dane zaniżone. Oczywiście przed rozpoczęciem imprezy wszyscy podpisują papier, że płyną na własną odpowiedzialność, zdają sobie sprawę z ryzyka itp.

W sumie pokonaliśmy pontonem jakieś 18 km, co ze względu na szybki nurt wody zajęło dwie i pół godziny. Ogromnym plusem spływu są widoki! Płynie się niesamowitym wąwozem, otoczonym bazaltowymi skałami, gdzieniegdzie widać wstążki wodospadów afryka-rafting.jpg(przynajmniej w porze deszczowej), no i wszędzie tło robi ta niesamowita, tropikalna zieleń. Choćby dla tych widoków warto się na spływ wybrać! Od czasu do czasu na brzegach widzi się wędkarzy i ich prymitywne namioty – przychodzą nad rzekę na kilka dni, i dopiero kiedy już trochę ryb nałowią, idą na targ spieniężyć swoje zdobycze.

Najbardziej w kość daje końcówka raftingu, tzn. wdrapywanie się od koryta rzeki na krawędź wąwozu, gdzie czeka samochód. Przy okazji można zachwycać się panoramkami, choć ja nie mogłam, bo patrzyłam pod nogi, by nie wejść na krocionoga. Nie znoszę tych obrzydliwych robali, a tu akurat było ich mnóstwo!

W drodze powrotnej do miasta zatrzymaliśmy się na chwilę w miejscu, z którego było widać wodospady, a dokładniej – unoszący się ponad nimi „dym”. Wyglądało to jak pożar – nawet nie przypuszczałam, że z tak daleka owy „dym” może być widoczny. Ponoć widać go z odległości 60 km! Mijaliśmy też prawdziwe wioski złożone z wybudowanych z gliny „okrąglaków” – wreszcie mamy prawdziwą Afrykę, taką, jaką każdy kojarzy z różnych filmów.

afryka-heli.jpgPraktycznie prosto z raftingu pojechałam z Bronią i Elą na lot widokowy helikopterem. W ciągu 12 minut spędzonych w powietrzu jest okazja aby popatrzeć z góry na wodospady – rewelacyjnie wyglądają. Lata się też nad parkiem narodowym, gdzie niby jest szansa na różne zwierzaki, ale jakoś żadnego nie widziałam.

Popołudnie spędziłam w miasteczku. Centrum  Victoria Falls można przejść w ciągu kilkunastu minut, choć mnie zajęło to dłużej, bo fotografowałam biegające po ulicach pawiany i guźce. Przy okazji zakumpliłam się z miejscowym policjantem, który uwolnił mnie od niepożądanego towarzystwa kilku kolesi, którzy natarczywie chcieli mi sprzedać przeróżne drewniane żyrafy, słonie i inne pamiątki. Zgodziłam się za to na towarzystwo Bright` a – 13-letniego chłopca, któremu dałam w prezencie kilka długopisów i koszulkę. Chłopak jest sierotą – mamę stracił w wieku zaledwie dwóch lat, ojciec zginął w wypadku samochodowym. Wychowuje go rodzina, która na szczęście opłaca mu naukę (25 dolarów co 3 miesiące).  Każdego poranka o 6-tej Bright wychodzi do szkoły, bo lekcje porannej zmiany rozpoczynają się już o 7 rano. Chłopak lubi się uczyć - jego marzeniem jest zostać pilotem samolotów.  Swoją drogą zdolny jest – bardzo ładnie mówi po angielsku, choć na co dzień posługuje się lokalnymi językami plemiennymi.  Bardzo polubiłam tego dzieciaka - może dlatego, że o nic nie prosił. Następnym razem jak tu będę, wezmę dla niego jakiś extra prezent.



25 lutego, Zimbabwe-Zambia

Victoria Falls (Zim) – Livingstone (Zam)

Hit dnia: wodospady Wiktorii od drugiej strony


W ramach pożegnania z VicFalls (miejscowi mówią “Vic” zamiast “Victoria”), pojechaliśmy zobaczyć Big Tree, jak nazywa się tu wielkiego baobaba o ponad 20-metrowym obwodzie pnia. Po drodze, na ruchliwej szosie, była wieeeelka kupa słonia – ponoć często można spotkać te zwierzaki w tych okolicach. Mniejsze i nie mniej groźne istoty też tu bywają – wczoraj Ewa na hotelowym trawniku widziała się z… kobrą! Początkowo nawet nie chciała wierzyć, że to kobra, ale obsługa hotelowa potwierdziła.

afryka-wioska.jpgPrzekraczanie granicy  na moście na Zambezi poszło nam dość sprawnie. Niedługo potem skacząc po wertepach gruntowej drogi dojeżdżaliśmy do tradycyjnej zambijskiej wioski zwanej Mukuni. Spodziewałam się sztucznego, turystycznego skansenu, ale nie – wioska choć w dużej mierze nastawiona na wizyty turystów, jest jak najbardziej typową, żyjącą na co dzień osadą. W sumie to jedno z najdłużej zasiedlonych miejsc w regionie – Mukuni istnieje już od 700 lat, przy czym do XVI wieku władały nim królowe, a dopiero w XVI wieku doszedł król. Teraz rządza wspólnie - i król, zwany nandżina, i królowa zwana lampasa, prywatnie brat i siostra, mieszkający w oddzielnych „pałacach” czy raczej ogrodzonych matami chatach. W sumie żyje tu około 7 tys. osób, należących do plemienia Tokalea i mówiących językiem tokalea (w Zambii są aż 73 różne plemiona). Dla lubiących się uczyć lokalnych zwrotów: „dzień dobry” to mabuka, a „dziękuję” – tualumba.

Wioska jest bardzo zadbana, czysta, wokół skromnych, glinianych chałupek rosną kwiaty, a co najważniejsze – nie ma żadnego żebractwa i namolnych prób sprzedania pamiątek w trakcie spaceru po wiosce (do handlu wydzielona jest przestrzeń bazarku, na którym siedzą sami mężczyźni, podczas gdy kobiety zajmują się domami). Zarządzanie wioską odbywa się na zasadzie komuny – pieniądze i prezenty od turystów wędrują do wspólnego „wora”, którego zawartość dzieli król. Władcza musi się starać, aby być w tych podziałach sprawiedliwy – jeśli wioskowe społeczeństwo będzie niezadowolone, zwyczajowo może króla zmienić. Chcąc tego dokonać, trzeba króla… otruć, a robi się to podkładając mu w afryka-wioska2.jpgposiłku truciznę. Był ponoć jeden król – siódmy w historii wioski, który został pogrzebany żywcem. Dokładniej to również starano się go otruć, ale podano mu za słabą dawkę, więc na swoje nieszczęście ożył. Obecnie panujący władca ma dobrą opinię, dzięki czemu jak na razie żyje mu się dobrze i nikt go truć nie zamierza.

W wiosce nie ma żadnych samochodów. Luma, nasza wioskowa przewodniczka, mówiła że jeśli ktoś nagle zachoruje, to król ma telefon komórkowy i wzywa taksówkę, która zabiera chorą osobę do odległego o 20 km Livingstone. W ogóle tutejsi ludzie wydają się być całkiem szczęśliwi. To nic, że  prąd jest tylko do zasilania pompy z wodą (wodę czerpie się ze specjalnych ujęć), a oświetlenie jest tylko w szkole i w „pałacach” królewskich. Inna sprawa, że w centrum wioski przy tych glinianych chatkach zaskoczyły nas… baterie słoneczne, ponoć prezent zasponsorowany przez turystów.

Pozaglądaliśmy do chat, porobiliśmy zdjęcia dzieciakom (na 1500 tutejszych dzieci, 350 to sieroty!), zobaczyliśmy lokalne uprawy (m.in. orzeszki ziemne czy kwiatki, które pomagają na ból zęba, a zarazem chronią przed wężami), na koniec jeszcze zrobiliśmy drobne zakupy (mnie przybyła kolejna drewniana miseczka), po czym pojechaliśmy do Livingstone, czyli największego w okolicy miasta. Po drodze przystanęliśmy jeszcze przy kolejnym baobabie – tym razem osobliwym z tego względu, że można na niego wejść, bowiem rozłożyste konary wykorzystano jako osobliwy punkt widokowy na dymiące w dali wodospady.

afryka-wod1.jpgPrzy wodospadach oczywiście też byliśmy. Szczerze mówiąc od tej strony zrobiły na mnie większe wrażenie niż z Zimbabwe, gdzie prawie nic nie widzieliśmy, ze względu na unoszącą się nad nimi mgłę. Oczywiście od strony Zambii na ścieżkach spacerowych też jest strasznie mokro (ale tym razem miałam ze sobą mojego wodoodpornego Olympusa), tyle że przynajmniej coś widać, bo podchodzi się praktycznie nad krawędź wodospadu, nas samą największą kipiel.

Po stronie zambijskiej promuje się lokalną nazwę wodospadów, czyli nie „Victoria Falls” (Wodospady Wiktorii), lecz „Mosi-Oa-Tunya”, czyli „Dym, który grzmi”. Przy okazji, w miejscowym centrum informacyjnym, wyczytałam ciekawe porównanie tych wodospadów z innymi. I tak jeśli chodzi o szerokość, mające 1,7 km Wodospady Wiktorii biją na głowę Niagarę, która ma „tylko” 998 metrów, choć z kretesem przegrywają z najszerszymi wodospadami Khome Falls w Laosie, które rozciągają się na szerokości 10,8 km. Jeśli chodzi o wysokość, to Wodospady Wiktorii ze swoimi 108 metrami są dużo  niższe od Salto Angel w afryka-wodospady3.jpgWenezueli (tamten ma 800-900 metrów), ale znowu – przewyższają Niagarę mającą jedynie 58 metrów. Wodospady Wiktorii są też większe od amerykańskiej Niagary jeśli brać pod uwagę ilość spadającej wody – w porze deszczowej spada tu 10 mln litrów wody na sekundę (w Niagarze 6,8 mln), choć prym pod tym względem biorą wodospady Iquacu na granicy Brazylii i Argentyny, gdzie jest aż 55 mln litrów na sekundę!

A tak w ogóle to przy wodospadach spotkaliśmy dwie podróżujące na własną rękę Polki. Dziewczyny to typowe „plecakowiczki”, jeżdżące gdzie się da stopem i jak najtaniej, czyli  podobnie jak ja (o ile nie jeżdżę z grupami). Widać, że po tygodniach włóczenia się po Afryce są już nieźle zaprawione w bojach – jadą z Ugandy do RPA.

Po powrocie do Livingstone większość z nas rozeszła się po mieście w poszukiwaniu miejscówki na kolację. Ja z Witkiem wylądowaliśmy w centrum handlowym, gdzie jest sporo fast- foodów. Zastanawiam się, kto poza turystami z nich korzysta? Ceny dla zwykłych lokalesów zaporowe – mała pizza margherita (czyli najtańsza) kosztuje 26000 kwacha (tak nazywa się tutejsza waluta; 1 dolar to 4300 kwacha), ale są też i pizze za 64500 kwacha! A co do fast-foodów to miejscowy odpowiednik McDonaldsa nazywa się „Hungry Lion” („Głodny lew”)! Śmiesznie!

afryka-livingstone.jpgCo do miasta to zrealizowałam również program kulturalny, tzn. poszłam do miejscowego muzeum. Oczywiście jak przystało na metropolię o nazwie Livingstone, przed wejściem stoi pomnik szkockiego podróżnika (drugi, bardzo podobny, jest przy wodospadach. Choć właściwie to przy wodospadach stoją dwa Livingstony – jeden po stronie Zambii, drugi w Zimbabwe). W środku muzeum duża część wystawy jest oczywiście  poświęcona słynnemu Szkotowi – można zobaczyć m.in. jego płaszcz, sztucery i listy. które pisał (moje gryzmoły przy jego, to pikuś). Najciekawsza dla mnie była jednak część etnograficzna, gdzie obejrzałam stroje i maski stosowane przy obrzędach inicjacji, poczytałam też o miejscowych przesądach (np. czego nie może kobieta w ciąży: stać lub siedzieć w drzwiach, trzymać ręce na biodrach, zjadać wszystkiego z talerza, spożywać surowe orzechy, nie wracać się, gdy czegoś zapomni itp.).Dowiedziałam się też dlaczego Wodospady Wiktorii miejscowi uważają za święte – według dawnych wierzeń jest to miejsce zamieszkałe przez boga rzeki Nyami-Nyami, dlatego też aby mu nie przeszkadzać, dawniej uważano że nie można schodzić w głąb wąwozu w którym płynie rzeka, bo mogą żyć tam tylko zwierzęta. A, i jeszcze wyczytałam, jak należało witać się dawniej z Buszmenami. No więc na zwyczajowe ich pytanie: „Z jakiego dystansu mnie ujrzałeś?”, należało odpowiedzieć, że z bardzo daleka. Jeśli odpowiedź była że „właśnie co, przed chwilą, cię zobaczyłem”, niziutcy Buszmeni mający kompleks swojego mikrego wzrostu mogliby w afekcie zabić przybysza.

I na koniec... W ramach propagowania lokalnych ciekawostek to kupiłam grupie na spróbowanie suszone larwy, które  stanowią przysmak tego regionu Afryki, a w obecnych czasach są nawet sprzedawane w supermarketach. Smakują jak chipsy. Jakoś grupa nie miała jednak na nie ochoty…



26 lutego

Livingstone (Zambia) – Johanesburg (RPA) – wylot do Europy

Hit dnia: Soweto w Johanesburgu


Livingstone pożegnał nas ponurymi chmurami i deszczem, więc nawet nie żal było wylatywać. Jednak mimo kiepskiej pogody, wodospady Wiktorii, a raczej unoszącą się nad nimi chmurę pary wodnej, było z samolotu widać.

afryka-stadion.jpgW Johanesburgu mieliśmy 10 godzin przerwy. Żeby nie tkwić bez sensu na lotnisku, załatwiliśmy sobie mikrobus i pojechaliśmy zobaczyć miasto.  Jak przystało na gospodarza mających się tu odbyć w czerwcu br. Piłkarskich Mistrzostw Świata, na każdym kroku widać przygotowania do tej imprezy. A to logo mistrzostw, a to reklamy narodowej reprezentacji RPA (Bafana-Bafana) i nawet balon, w którym można się wznieść  (na uwięzi) i podziwiać panoramę Soweto (więcej o tej dzielnicy za chwilę) – też ma czaszę w formie piłki. Po drodze, z autostrady, widzieliśmy również wielki na 95 tys. miejsc stadion, na którym mają się odbyć ceremonie otwarcia i zamknięcia Mistrzostw.

afryka-hector.jpgA teraz o Soweto… Chodzi o dzielnicę, czy raczej miasto satelitarne Johanesburga, powstałe po tym, jak w 1954 roku, czyli w czasach apartheidu wysiedlono z innych rejonów czarnoskórą ludność (na miejscach zrównanych przez buldożery powstawały dzielnice tylko dla Białych) i przesiedlono ich do rejonu zwanego South-Western Township. Od zlepku pierwszych liter tych wyrazów postała właśnie nazwa „Soweto”. Nadmierne zagęszczenie ludzi, brak wody, elektryczności i ogólnie fatalne warunki życia, sprawiły, że dzielnica była kojarzona jako jedne wielkie slumsy, słynące z przestępczości, więc Biali, poniekąd dla własnego bezpieczeństwa, jeszcze do niedawna omijali to miejsce szerokim łukiem. Nic dziwnego, że właśnie tutaj była kolebka walki z apartheidem, tworzyły się różne organizacje walczące o równość ras, tak więc w historii RPA jest to miejsce bardzo ważne.

Obecnie w mającym powierzchnię 120 km kw. Soweto mieszka ok. 5 mln ludzi, podczas gdy w prawie 5 razy większym powierzchniowo Johanesburgu „głównym” (pow. 580 km kw.) liczba mieszkańców wynosi 3,5-4 mln. Na szczęście zmienił się i nadal zmienia obraz Soweto. Po pierwsze – Biali mogą tu już spokojnie wjeżdżać (choć na ogół robią to zwykle pod opieką miejscowych przewodników), po drugie – widać, że standard życia, nawet najbiedniejszej ludności, powoli się poprawia.

afryka-soweto.jpgPonieważ Fefe – nasz kierowca, to chłopak od urodzenia mieszkający w Soweto, pokazał nam naprawdę sporo. Zaczęliśmy od najlepszego rejonu, z pięknymi rezydencjami, nie odbiegającymi od tych w USA czy w Europie. Jak tłumaczył Fefe, większość z nich powstała jeszcze w latach 60-tych, bo w końcu bogatych Czarnych też nie brakowało, a że w tamtych czasach mogli się osiedlać wyłącznie tutaj, więc stąd te okazałe wille.

Potem dla kontrastu zobaczyliśmy slumsy – byle jak sklecone budy, z dachami na ogół z blachy falistej, bez dostępu do prądu. Tak jak mówił Fefe i tak jest nieźle, bo teraz przynajmniej każda rodzina ma toaletę (tzn. stojącą niezależnie sławojkę), a dawniej jeden przybytek musiał starczyć na 10-20 rodzin. Gorzej z wodą – na jeden kran nadal przypada 10 rodzin. Inna sprawa, że państwo na swój koszt stopniowo przeprowadza najbiedniejsze rodziny ze slumsów do normalnych mieszkań w domach komunalnych, całkiem przyzwoicie wyglądających.

Mimo wszystko nie zrobiło na mnie Soweto jakiegoś przygnębiającego wrażenia. Owszem, budynki w których kiedyś kwaterowano robotników pracujących w kopalniach  złota, wyglądają dość paskudnie, ale nie różnią się wcale od śląskich familoków, w których miałam okazję kiedyś być. Równocześnie są w Soweto naprawdę ładne osiedla, centra handlowe o architekturze której moglibyśmy pozazdrościć, są normalne drogi i funkcjonalnie zaprojektowane przystanki autobusowe (inna sprawa, że komunikacja autobusowa dopiero od niedawna się tu afryka-mandela.jpgrozwija, a póki co i tak najbardziej popularnym środkiem transportu są tu zbierające pasażerów po drodze mikrobusy zwane „taxi” (taksówka w naszym pojęciu to w RPA „taxi-meter”).

Oczywiście nie wypada nie być w Soweto i nie zobaczyć domu Madeli. Tak naprawdę to teraz jest to muzeum, bo Mandela przeniósł się do innej części Johanesburga , do większej i lepiej chronionej posiadłości. Tuż po sąsiedzku domu Mandeli w Soweto jest też dom drugiego laureata Pokojowej Nagrody Nobla z RPA – anglikańskiego arcybiskupa Tutu. A co do Mandeli to jest on w Soweto wszechobecny – jego imię noszą restauracje i szkoły, a wizerunki charyzmatycznego przywódcy widzi się namalowane na murach, czy nawet na ogromnym kominie nieczynnej już elektrowni (tak na marginesie to między kominami urządzono niedawno stanowisko do bungy jumping).

afryka-witraz.jpgPojechaliśmy też do najwiekszego w Soweto  kościoła katolickiego zwanego Regina Mundi (Królowej Świata), który w czasach apartheidu był miejscem nielegalnych spotkań, a ślady po kulach które tu i ówdzie można ponoć wypatrzyć, są świadectwem tego, że policja tu wkraczała, strzelając do chroniących się w świątyni demonstrantów. Dla Polaków to miejsce o tyle ważne, że witraże zdobiące kościół zafundowała Polonia (po tym jak w 1993 roku jeden z naszych mieszkających w RPA rodaków, Janusz Waluś, zastrzelił czarnoskórego lidera południowoafrykańskich komunistów). Z kolei największy witraż zasponsorowała osobiście Joanna Kwaśniewska, która była w tym kościele podczas oficjalnej wizyty w RPA w 1998 roku. Witraż jest o tyle ciekawy, że jak się patrzy od wewnątrz, twarze  pokazanych na nim ludzi są białe, podczas gdy widziane od zewnątrz – czarne. Zresztą nie tylko nasza pani Prezydentowa odwiedziła tę świątynię - pokazano nam także, w której ławce siedział George Bush.

Na koniec przystanęliśmy jeszcze przy placyku z pomnikiem upamiętniającym "Hectora Petersona i innych młodych ludzi, którzy oddali swoje życie w walce o wolność, pokój i demokrację”. Hector miał 13 lat i był najmłodszą ofiarą krwawo stłumionych demonstracji (rok 1976), których początkowym powodem było to, że czarnoskórzy studenci z Soweto nie chcieli angielskiego jako języka wykładowego, domagając się nauki w afrikaans. Jak opowiadał Fefe – policja zabiła wtedy około 650 osób. A co do znajomości języków – Fefe, jakby nie było zwykły kierowca bez żadnych studiów, mówi biegle po: angielsku, w afrikaans, zulu, xosa i jeszcze sześciu innych językach plemiennych. Szczęka opadła mi z wrażenia!

afryka-joburg.jpgZ Soweto pojechaliśmy jeszcze do centrum Johanesburga. Zaczynało się już ściemniać, poza tym jest to miasto w każdym przewodniku określane jako niezbyt bezpieczne, tak więc ograniczyliśmy się tylko do objechania całkiem przyzwoicie wyglądającego centrum, w którym kolonialna architektura miesza się z nowoczesnymi  budynkami ze szkła i stali, a jako ozdobniki porozstawiano różne zabytkowe machiny wykorzystywane niegdyś w kopalniach. Wyszliśmy z auta jedynie na krótki spacerek, którego celem był wjazd windą na taras widokowy na ostatnie, 50 piętro budynku zwanego „Top of Africa”. To najwyższy budynek w całej Afryce – po części biurowiec, po części centrum handlowe. Widok z góry – fajny, a zresztą w ogóle Johanesburg zrobił na mnie lepsze wrażenie niż się spodziewałam. Samo centrum kojarzyło mi się nieco z Nowym Jorkiem, no może z trochę mniejszym ruchem ulicznym.

Johanesburg, czy jak wolą miejscowi - Joburg (czyt.: dżoburg) to największe miasto RPA i trzecie co do wielkości w Afryce (po Kairze i Lagos). Mówi się też o nim "Jewburg", czyli „miasto Żydów” (już na lotnisku widać było, że to dość znacząca tutaj grupa), albo "eGoli", czyli „miejsce złota”. O obecności w tej okolicy kopalni złota świadczą wielkie hałdy, którymi otoczone są obrzeża miasta. Jak nam mówił Fefe, ziemia z odkrywek jest skrupulatnie przesiewana, bo można jeszcze z niej odzyskać trochę kruszcu – z 1 tony przeciętnie 1,5 grama.

afryka-facet-z-soweto.jpgW ramach pożegnania z Afryką mieliśmy iść na kolację na jakąś dziczyznę, oczywiście taką kojarzącą się z safari. Lot do Amsterdamu mieliśmy dopiero o północy, więc czasowo wieczór w restauracji jak najbardziej nam pasował. Wylądowaliśmy w „Rogal Boma”, knajpie położonej jakieś 10 minut jazdy od lotniska. Polecam każdemu kto będzie chciał dobrze zjeść za stosunkowo niewielkie jak na miejscowe warunki pieniądze. Za 9 euro jest bufet złożony z kilkudziesięciu dań, można obżerać się do woli, jak długo kto chce i w ilościach jakich da się radę. Skończyło się na tym, że wszyscy zapomnieliśmy o chęci spróbowania mięsa zebry, żyrafy czy antylopy – hitem okazały się krewetki przyrządzane przez kucharza śpiewającego afrykańskie piosenki.

Teraz jesteśmy już w samolocie - to już 7 godzina naszego lotu. Przelatujemy nad Sycylią. Żegnaj Afryko – wrócę na Czarny Ląd za chyba 3 miesiące.












 
partnerzy

projekt i wykonanie: StudioWWW