* Blog jemeński

JEMEN - listopad 2010 r.

jem-oczy.jpgGdy mówiłam że jadę do Jemenu, znajomi pukali się w czoło! Przecież tam Al-Kaida, bazy terrorystów, niebezpiecznie, strzelają do cudzoziemców, porywają…  - nasłuchałam się. No i oto tu jesteśmy. Ja jako pilot i moja siedmioosobowa grupka. Jak jest? Sympatycznie, no i egzotycznie, bo Jemen to jeden z najciekawszych krajów arabskich, nieskażony jeszcze masową turystyką. A jak z bezpieczeństwem? To już trudniejszy temat - zależy w jakim regionie...

 


Zdjęcia z Jemenu można zobaczyć klikając tutaj.

 

 

 


7 listopada, 1. dzień
Sana
W mieście z bajki, a raczej z „Baśni z Tysiąca i Jednej Nocy”


Widok na starówkę Sany.Niesamowicie magiczne to miejsce. Nie tylko ja tak myślę – cała nasza grupa uważa podobnie. Mowa o Sanie, jemeńskiej stolicy, według legendy założonej przez jednego z synów Noego (tego od arki zbudowanej w celu przetrwania potopu). Zdaniem Jemeńczyków to najdłużej nieprzerwanie zasiedlone miasto świata, ale nie chcę im mówić, że tak samo mówią o swoim mieście mieszkańcy Damaszku. Nikt jednak z historyków nie kwestionuje, że metropolia istnieje już minimum 2,5 tysiąca lat.

Nic konkretnego dziś nie zwiedzaliśmy, po prostu "wtapialiśmy się" w lokalne klimaty. Do południa odsypialiśmy zarwaną lotami noc (przylecieliśmy nad ranem), a potem przez kilka godzin po prostu chodziliśmy po starówce.  A starówka jest tu rewelacyjna! Istny żyjący skansen, pełen średniowiecznych budynków między którymi kręcą się tradycyjnie ubrani ludzie, rozmawiający przez telefony komórkowe.  Co do tych tradycyjnych strojów to faceci mają długie dżalabije, tutaj zwane też zanna, albo krótkie „spódniczki” zwane fota lub magdob, a do tego niemal każdy zakłada jeszcze szeroki, zdobiony pas z przypiętą do niego dżambiją – nożem w zakrzywionej pochwie. Co do kobitek to  najczęściej przydziewają czarny czador, w którym jedyne co widać z ich ponętnego kobiecego ciała to oczy. Ponoć najpiękniejsze w Jemenie są właśnie kobiety z Sany, tylko jak to stwierdzić?

Na targu warzywno-owocowym.Trzeba przyznać, że ludzie są tu niezwykle sympatyczni. Co chwila pozdrawiają, uśmiechają się, zagadują (był nawet taki jeden co krzyczał „Kocham cię!”), a do tego pozwalają się fotografować bez żądania „Photo-one dolar”. No i poza tym nie wciągają na siłę do sklepów, a jeśli sprzedają coś do jedzenia, to chętnie towarem częstują, nawet jeśli widzą, że i tak nic się nie kupi.

Na straganach jest oczywiście wszystko – od zabawek i ciuchów „Made in China”, przez różne owoce (mnóstwo daktyli, ale także egzotyczne dla nas cytrony wyglądające z zewnątrz jak ogromna, pomarszczona cytryna, a wewnątrz jak melon). Oczywiście jest też mnóstwo przypraw (czarny i biały sezam, kardamon, anyżek itp.), przeróżne słodycze (kupiliśmy takie domowej roboty, pyszne migdałowe ciasteczka i zdecydowanie nie pyszne, ociekające słodkim syropem racuszki), są też wyroby ze srebra, no i na każdym kroku - mirra i kadzidło, które kiedyś było najcenniejszym tutejszym skarbem.

Co do zabytków to cała starówka jest jednym wielkim zabytkiem. Do tej pory w obrębie murów miejskich zachowało się 6,5 tysiąca domów powstałych przed XII wiekiem! Mają po kilka pięter, okna w formie witraży i zdobienia w stylu stiukowych koronek.

jem-sana- suk.jpgWeszliśmy na kawę na dach jednego z takich domów służących jako hotel – muszę przyznać że widok na ciasno zabudowaną takimi wieżowcami starówkę, robi wrażenie, a jeśli do tego dodać jeszcze nakładające się głosy muezzinów śpiewających ezan (wezwanie do modlitwy) to naprawdę człowiek czuje się jak w „Baśni z Tysiąca i Jednej Nocy”.

Poprosiłam Alego, który jest naszym przewodnikiem, aby zabrał nas do ruin kościoła Qalis. Wybudowano go w miejscu, gdzie jakoby Chrystus zatrzymał się na modlitwę w czasie swojego 40 dniowego życia na odludziu, tuż przed ukrzyżowaniem. Ponoć w tych też okolicach, na jednym ze wzgórz, miało miejsce kuszenie Chrystusa przez szatana/ Coś w tej teorii jednak nie gra, bo nawet 2 tys. lat temu  odludzia to tu nie było, a poza tym w ciągu 40 dni nie sposób byłoby pokonać 2 tys. km w każdą stronę, jakie dzieli Jerozolimę od Sany. Moje wątpliwości nie zmieniają faktu, że kościół w VI wieku n.e. tutaj powstał i była to swego czasu jedna z najwspanialszych świątyń chrześcijańskich, do której wyposażenie przysyłał z Konstantynopola sam cesarz Justynian.

Dla równowagi religijnej zajrzeliśmy przez bramy wejściowe do Wielkiego Meczetu (do środka innowiercom wejść nie można). Miejsce jego budowy wskazał ponoć sam Prorok Mohamed, co oznacza, że początki świątyni to VII wiek. W Sanie jest  aktualnie 106 meczetów, przy czym ten zwany Wielkim wcale nie jest największy, bo niedawno powstał dużo większy, mogący pomieścić 35 tys. wiernych. jem-dzieci z sany.jpgPowstał na polecenie samego prezydenta, któremu jakoś nie przeszkadzało przeznaczenie na ten cel 75 tys. dolarów, podczas gdy większość obywateli żyje w sporej biedzie. Inna sprawa że mam wrażenie, że naród prezydenta bardzo lubi, a może po prostu akurat na takich ludzi trafiałam?

W ramach przerywnika usiedliśmy sobie w lokalnej knajpce, bo Ali chciał coś zjeść. Knajpka była typowa „lokaleska”, co oznaczało dwa stoliki wystawione na ulicę i pana mieszającego w garach w jakiejś malutkiej kuchni. Ali zamówił jakąś ostrą potrawę z baraniny, my wzięliśmy jeszcze po herbatce i tak sobie nad tym stołem przykrytym gazetami miło posiedzieliśmy.

Ogólnie Sana to takie miasto, gdzie co chwila odkrywa się coś niezwykłego. A to pięknie zdobione, drewniane drzwi, z kołatką zamiast dzwonka, a to pomieszczenie które okazuje się fabryczką oleju sezamowego, w której kierat do obsługi prasy napędza chodzący w koło wielbłąd... Łatwo tu zapomnieć, że mamy XXI wiek. A tymczasem jutro już wyjeżdżamy ze stolicy. Wrócimy do niej za dwa tygodnie!



8 listopada, 2 dzień
Sana – Al Hajarah – Hoteib - Manakha
Wieżowce na skałach


jem-z sany do manakha.jpgDziś rano opuściliśmy Sanę. Wyjazd był lekko nerwowy, bo wciąż nie mamy wieści, co z bagażem Tomka (ponoć został na przesiadce w Katarze), a mam wrażenie że w biurze Qatar Airways nikt się sprawą nie przejmuje. Niestety, ja się przejmuję, więc poranek rozpoczęłam od prób wymuszenia jakiejkolwiek informacji i zmuszenia ekipy przewoźnika do nieco bardziej ruchliwych działań.

Oczywiście nie wpływa to na fakt, że jesteśmy Jemenem zauroczeni. Po wyjeździe z Sany i minięciu dwóch cmentarzy – chińskiego (nawet tutaj ta nacja jest obecna) oraz egipskiego (w latach 60.-tych XX wieku w trwającej wówczas wojnie zginęło w Jemenie ok. 60 tys. żołnierzy egipskich), wjechaliśmy w góry Haraz. Sama Sana położona jest na wysokości 2300 m n.p.m., ale dotarliśmy naszymi dżipami na jakieś 2700 m,  tuż na wyciągnięcie ręki mając najwyższy szczyt Jemenu – Jabal an-Nabi Shu`ayb (Góra Proroka o imieniu Shu`ayb, który na szczycie jest pochowany). Mimo całkiem sporej  wysokości – 3760 m, góra nie zrobiła na nas dużego wrażenia – jakaś taka za bardzo pagórkowata, nie mówiąc o tym, że na sam szczyt można dojechać samochodem (tzn. można lokalnym pielgrzymom, bo cudzoziemcom nie).

jem-tarasy.jpgCałkiem dobre drogi tu mają! Na pewno mniej dziurawe niż u nas. A jakie widoki! Co chwila wysoko na skałach odsłaniają się kolonie domów-wieżowców wybudowanych z kamieni i oblepionych gliną. Z kolei zbocza gór pokrywają uprawne tarasy. Chcąc wykorzystać każdy kawałek ziemi, już od wieków lokalesi budują takie kamienne „schody dla Gigantów”, na których widać wysuszone poletka. Ponoć tylko 3% terenu Jemenu to ziemie uprawne (w końcu to głównie pustynny kraj), a z tych 3% ponad 25% upraw jest właśnie na takich  tarasach. W regionie gór Haraz główne uprawy to sorgo, kawa oraz najbardziej dochodowe - plantacje gatu.

Co do gatu to chodzi o takie zielsko, które tutaj wszyscy popołudniami żują (przynajmniej faceci, bo kobitki w mniejszym stopniu i raczej nie publicznie). W niektórych krajach Europy traktuje się je jak narkotyk, ale to mocna przesada, choć fakt, że można się od tego uzależnić. Dość powiedzieć że Jemeńczycy, gdzie gatu żuje się najwięcej (bo jest on też i w innych krajach – np. w Dżibuti  jako qat, a w Etiopii – czat) wydają na ten cel 1/3-1/4 swoich dochodów.  Ja akurat za gatem nie przepadam, ale czasem jak podróżuję na własną rękę w krajach tego regionu, żuję go żeby zbratać się z miejscowymi.  Lokalesi ubóstwiają cudzoziemców, którzy żują owe liście i chętnie nimi częstują.

jem-z karabinem.jpgAkurat kupowałam gat dla grupy, żeby wszyscy mogli go spróbować (bądź co bądź to część tutejszej kultury), a tu okazało się że stanęliśmy przy posterunku wojskowym z wielkim karabinem i taśmą pełną naboi. Oczywiście rzuciliśmy się do robienia zdjęć, najpierw z ukrycia, potem już jawnie, ale bardzo nieśmiało, aż w końcu żołnierze sami zaczęli prosić się o foty! Obfotografowaliśmy posterunek z każdej strony! Tu nawet wojsko jest miłe!

A co do gatu, to grupie niespecjalnie ten specyfik smakował. Inna sprawa że nikt z nas nie doszedł do takiego etapu, żeby wzorem miejscowych upchać sobie przerzutą papkę w policzku, który u lokalesów wygląda tak jakby trzymali tam piłeczkę ping-pongową, albo nawet – tenisową! 

jem-al hajarah.jpgCo do programu, to mieliśmy dzisiaj do zwiedzania dwie wioski – Al-Hajarah oraz Hoteib. W tej pierwszej pokluczyliśmy trochę między przylepionymi do szczytu wzgórza wielopoziomowymi domami, z których najstarsze powstały ponoć tysiąc lat temu. Co ciekawe - w najstarszym domu nikt nie mieszka, bo są w nim ponoć duchy!  Hoteib ma zupełnie innych charakter – dominuje w nim atmosfera religijna,  w związku z czym innowiercy nie mają tam prawa wstępu, a z kolei lokalesów obowiażuje zakaz żucia  gatu. To ze względu na grobowce islamskich świętych mężów – jeden był Jemeńczykiem, drugi przybył z Indii, co sprawia, że przybywa tu wielu pielgrzymów rodem z Indii. 

jem-hoteib.jpgPrzed kolacją, już w Manakha, gdzie mieszkamy, poszłam do kafejki internetowej. Trochę się zdziwiłam, że  w takiej dziurze jak Manakha, gdzie nie ma prądu na światła na ulicach, internet jest, choć dość drogi (4,5 dolca za godzinę), ale specjalnie z dobrodziejstw sieci nie skorzystałam, bo okazało się że wszelkie napisy są po arabsku, a na dodatek zgodnie z językiem arabskim – układ strony jest od prawej do lewej. Cóż, nawet zalogować się na swoją skrzynkę mailową nie potrafiłam. Zaoszczędzoną na Internecie kasę, wydałam na naszyjnik z turkusami, bo tu takie rzeczy są jakoś śmiesznie tanie. Zresztą trudno nic zupełnie nie kupić, bo sprzedawcy choć nie są  tak nachalni jak w Egipcie, skutecznie potrafią przekonać do kupna. Kiedy Paweł bronił się przed kupnem bransoletki która do niczego nie była mu potrzebna, bystry sprzedawca stwierdził, że to świetny prezent dla żony. Paweł na to, że nie ma żony. Sprzedawca wcale nie zbity z tropu: -No ale kiedyś pewnie będziesz miał…

jem-tance.jpgWieczorem, po wyjątkowo dobrej kolacji (różne lokalne specjały), przyszedł czas na zapowiadaną przez szefa hotelu imprezę. Akurat dopijaliśmy piwko (bezalkoholowe, bo tego z procentami nie da się tu kupić, nawet w knajpie), kiedy przyszła chyba cała obsługa hotelowa plus krewni i ich kumple, przytachali różnego rodzaju bębny i zaczęli grać, tudzież tańczyć i śpiewać. Prawdziwy spontan, ale naprawdę fajny, bo naturalny, a poza tym naprawdę fajnie im to wychodziło. Potem oczywiście zaczęło się wyciąganie do tańca (poza nami byli jeszcze Słoweńcy, Włosi i Niemcy – w sumie ze 20 osób bo Manakha to punkt startowy na trekingi) – mimo prób udawania, że jestem pochłonięta robieniem zdjęć, nie było zmiłuj się – w sumie cztery razy musiałam  produkować się może nie tyle na parkiecie, co na dywanach. Najfajniej jednak zrobiło się kiedy  turyści  już  poszli do pokojów, więc Jemeńczycy grali  i śpiewali już właściwie tylko dla siebie. Aż miło patrzeć, jak się fajnie bawią bez kropli alkoholu. U nas (w Polsce) chyba by się tak nie udało…



9  listopada, 3 dzień
Manakha – Wadi Surdut – Mahwit – Shibam
Po górach i dolinach

jem-przez wadi.jpgDzień rozpoczęłam baaardzo wcześnie. O 4.15!  Wiem, bo spojrzałam na zegarek. Zakładałam że wyśpię się wreszcie za wszystkie czasy, ale gdzie tam – o wspomnianej barbarzyńskiej porze obudził mnie głos muezzina wzywającego do porannej modlitwy (tzw. ezan). Ogólnie głosy muezzinów mi nie przeszkadzają, uważam je nawet za miły folklor, no ale tym razem głośnik minaretu był po sąsiedzku z moim oknem, na dodatek jeszcze otwartym. Właściwie to miałam wrażenie, że ów głośnik mam tuż przy uchu, trudno więc było się nie obudzić. –Zaraz skończy! – pomyślałam sobie, bo zazwyczaj ezan trwa może ze dwie minuty. Gdzie tam – tym razem nadawano chyba jakąś modlitewną transmisję, bo głośnik trąbił przez bite 45 minut! Oczywiście o spaniu nie było  mowy, a jak już się śpiewy skończyły to i tak już zasnąć nie mogłam.

jem-grupa dzieci.jpgHumor po wczesnoporannym wkurzeniu poprawił mi tuż przed śniadaniem  Mohamed (tu co drugi facet ma tak na imię), a konkretnie przewodnik Słoweńców, z którym wczoraj najczęściej tańczyłam. No więc Mohamed  przyniósł mi w prezencie srebrną bransoletkę z naturalnymi koralami plus jeszcze ładny wisiorek. Zaskoczył mnie ogromnie, bo co tu dużo gadać – to miłe… Oczywiście Mohamed nie omieszkał też dodać, że jeśli kiedyś tu przyjadę, to weźmie mnie gratis na treking (w końcu jest przewodnikiem), na co żeby nie robić mu przykrości (bo przecież nie przyjadę) grzecznie odpowiedziałam po tutejszemu: „Inszallah” (czyli: jak Bóg, znaczy się Allah pozwoli).

Dzień spędziliśmy głównie w samochodzie, choć z częstymi postojami na zdjęcia. Było ciekawie, bo z wysokości ponad 2500 m n.p.m. na jakiej leży Manakha, zjechaliśmy do poziomu mniej więcej 500 m n.p.m., przez co  zmienił się nie tylko klimat (na gorąc i duchotę), ale także roślinność (zamiast drzewek gatu pojawiły się bananowce, papaje itp.). W pewnym momencie przejechaliśmy w bród rzekę i ponieważ mamy samochody terenowe, pokonaliśmy  całkiem spory kawał po jednej z tutejszych wadi (chodzi o koryto rzeki), które wcale nie było zupełnie wyschnięte – odcinki po rzece też były. Fajne były lokalne obrazki – pastuszkowie goniący swoje stada kóz, ktoś tam jadący na targ na osiołku, piorące w rzece kobiety, dzieciaki pozujące do zdjeć…

jem- mahweet.jpgOd powrotu do głównej szosy znowu zaczęliśmy nabierać wysokości – kulminacyjny moment naszej dzisiejszej trasy przekroczył 3000 m n.p.m., dzięki czemu znowu zrobiło się przyjemnie rześko i przeprosiliśmy się z odłożonymi na bok polarami. Mimo, że pasmo górskie w którym teraz jesteśmy ma zupełnie inny wygląd od tego wczoraj, tutaj też jest tarasowata uprawa poletek, co nadaje zboczom niezwykle malowniczy wygląd.

Na obiad stanęliśmy w Mahwit – sporym mieście, pełnym motorów służących jako taksówki,  którymi kierują szaleni kierowcy. Tym razem jedliśmy nie w hotelu, ale w typowej lokalnej knajpce pełnej miejscowych facetów (lokalne kobiety w takich lokalach nie jedzą) – może nie było wykwintnie, ale za to szybko, tanio i smacznie. A co do kobiet to wraz ze zmianą regionu zmieniły się barwy ich ubrań. W Mahwit kobiety noszą czarne szaty, ale z bordowymi dodatkami. Z kolei w górach ich ubrania są bardziej kolorowe. Niestety tutejsze panie nie pozwalają na robienie im zdjęć.

jem-widoki na shibam.jpgDzisiaj nocujemy w Shibam – swoją drogą warto wiedzieć, że w Jemenie są cztery miasta o tej nazwie, co doprowadza do częstych pomyłek. Wysokość 2500 m n.p.m. więc jest przyjemny chłodek, a w nocy pewnie będzie wręcz zimno. Hotel jest dość skromny – właściwie to „fundoq”, czyli taki z założenia tańsza miejscówka, ale za to jest lokalny klimacik, bo np. kolację podano nam w tradycyjnym stylu, czyli na rozłożonych na dywanie poduchach. Turystów poza nami nie ma tym razem żadnych, po drodze też dzisiaj nikogo nie spotkaliśmy.

Aaaa, zapomniałam! Dzisiaj wreszcie Tomek odzyskał swój bagaż, jaki linie Qatar Airways zostawiły mu w Doha. Bagaż dowieziono do hotelu w którym dzisiaj śpimy i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że kazano Tomkowi zapłacić 5000 YR (25 dolców) za taksówkę z Sany, która z pechową walizą przyjechała! Jakaś totalna paranoja – nie dość że gubią pasażerowi bagaż, narażają go na nerwówkę (trudno się nie denerwować jak nie wiadomo co się dzieje z rzeczami), a także na wydatki (no bo najpotrzebniejsze rzeczy trzeba przecież kupić, a linie Katarskie nie dają żadnych pieniędzy w ramach rekompensaty), to jeszcze na koniec każą za zwrot bagażu płacić. Tak mnie tym wkurzyli, że zamierzam napisać maila do szefostwa katarskiego przewoźnika z pytaniem czy to normalne praktyki w takich renomowanych liniach, które nawet w swoim haśle mówią o „pięciogwiazdkowej jakości obsługi”.




10  listopada, 4 dzień
Shibam- Kawkaban – Zakati – Hababa – Thula – Kohlan – Hajja
Od wioski do wioski


W miasteczku Kawkaban.Dzień zaczęliśmy od mini-trekingu. Kierowcy podrzucili nas do położonego w górze ponad Shibam miasteczka Kawkaban, skąd  zeszliśmy sobie z powrotem do Shibam (około 40-minutowy spacerek). Oczywiście po samym Kawkaban też trochę pochodziliśmy. Jest to obronne miasto (już sam fakt, że tak wysoko je zbudowano, o tym świadczy), w dużej mierze  zrujnowane (efekt bombardowań w czasie wojny o zjednoczenie Jemenu 20 lat temu), ale wciąż oddające klimat życia sprzed setek lat. Jedynie trochę uprzykrzający życie są sprzedawcy biżuterii – wożą towar na taczkach i trudno się od nich opędzić.

Hababa i jej urokliwy basen ze szmaragdową wodą.Po powrocie do Shibam trafiliśmy na targ. Najciekawsza była sekcja z bydłem – tutejsze krowy przypominają koleżanki afrykańskie – mają  potężne rogi i wielki garb wypełniony tłuszczem. Było też trochę owoców – dałam się skusić na pięknie wyglądające pomarańcze, które nie dość że wcale nie były tanie (wyszło 2,5 dolca za kilogram, czyli drożej niż w Polsce), to po zdjęciu wyjątkowo grubej skóry w smaku przypominały suche wióry.

Z Shibam pojechaliśmy do Hababy – mocno zaśmieconej wioski z mającym kilkaset lat basenem wypełnionym szmaragdową, sprowadzaną z gór wodą, którą teraz służy do pojenia zwierząt oraz do prania. Oczywiście były też te pięknie zdobione domy-wieżowce, ale dla nich z kolei specjalnie pojechaliśmy do Thuli,  8-tysięcznego miasteczka starającego się aktualnie o wpisanie na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Muszę powiedzieć, że Thula rzuciła mnie na kolana – mieścina jest po prostu śliczna i zdecydowanie za krótko tam byliśmy. Jest tam 25 meczetów,  górująca nad miastem cytadela, a przede wszystkim labirynt brukowanych uliczek z wąskimi przejściami. Rewelacja!

jem-penis bladena.jpgZ Thuli czekał nas dość długi przejazd górską drogą budowaną ponoć przez Chińczyków (10 z nich zginęło w czasie wysadzania skał). Szosa jest imponująca, bo wije się niczym wstążka  po stokach gór, które są w tym rejonie całkiem wysokie (samochodem wjechaliśmy na 3100 metrów). Jeden z postojów na zdjęcia był przy śmiesznej skale, nazwanej przez jednego z naszych kierowców „Fiutem Bin-Ladena”.

Dzisiaj śpimy w mieście Hajja – to już całkiem nisko (ok. 1200 m n.p.m.) więc jest też dużo cieplej – przed kolacją termometr w zegarku Zbyszka wskazywał 25 stopni. W wolnym czasie wyskoczyłam do kafejki internetowej – znowu to samo co wcześniej, czyli napisy po arabsku i wszystko od prawej do lewej, ale za to Internet tylko 150 riali za godzinę (zdaje się, że w Makhali dałam się nieźle przerobić płacąc 55 riali za 40 minut). A tak w ogóle to niełatwo było o miejsce przy komputerze – stanowisk było ze dwadzieścia, ale przy każdym siedziały pochłonięte akcją na ekranie dzieciaki (właściwie to chłopcy, dziewczynki żadnej). Oczywiście chodzi o gry – największym powodzeniem cieszą się takie, przy których grający jest snajperem strzelającym do uciekających ludzi. Prawda, że fajne?  Interes kafejki kwitnie do tego stopnia, że nawet opłaciło się zainwestować właścicielom w generator, bo w Hajja wyłączenia prądu są niemal nagminne (nas złapało to trzykrotnie w ciągu 5 godzin).

A co do strzelania to dzisiaj widzieliśmy jak miejscowi strzelają sobie z kałaszy. Tak na wiwat, z okazji wesela. Jemeńczyk aby czuł się stuprocentowym mężczyzną musi mieć następujące trzy atrybuty: dżambiję (noszony za pasem nóż), komórkę i kałasza. Aaa, i torebkę gatu. Nasi kierowcy wprawdzie kałasza nie mają (tzn. może mają, ale nie ze sobą), za to bez gatu nie mogą się jem-pan z gatem.jpgobejść. Przez pierwszą część dnia są ospali, małomówni, aż w końcu przychodzi wyczekiwany długo moment, gdy kupują torebkę z liściastą zawartością i momentalnie promienieją w uśmiechu szczęśliwości.  Mohamedowi z drugiego samochodu to już się od tego momentu ponoć gęba nie zamyka . Co ciekawe, Ali (nasz przewodnik) powiedział, że ponoć w sąsiedniej Arabii Saudyjskiej gat jest zakazany! Inna sprawa że Saudyjczycy przyjeżdżają na żucie gatu do Jemenu (nie potrzebują wiz, więc mogą sobie przekraczać granicę ile razy chcą). Inna sprawa że z Jemenu do Arabii Saudyjskiej idzie ponoć niezły przemyt wszelakich używek. Chodzi m.in. o narkotyki, które na czas pokonania granicy ponoć zaszywa się wielbłądom w brzuchu albo w garbach. Z kolei do Jemenu owe używki (alkohole i narkotyki) przywozi się z pobliskiego Dżibuti – obydwa kraje dzieli zaledwie 25 kilometrowy przesmyk, który pod osłoną nocy przemytnicze łodzie pokonują błyskawicznie. 




11 listopada, 5 dzień
Hajja – Hudaydah
Prawie jak w Afryce

Ale numer! Nie mogę sprawdzić, czy to co tu klepię, oby na pewno się zapisuje. Każda próba wejścia na swoją stronkę (czyli www.monikawitkowska.pl) kończy się komunikatem od jakiegoś Yemen Net, że nie mogą pozwolić na otworzenie strony, bo zawiera ona treści... pornograficzne!

jem- hajja.jpgCo do objeżdżania Jemenu to chwilowo pożegnaliśmy  się z górami.  Dziś już nocujemy na wybrzeżu – Hudaydah to drugi co do wielkości port Jemenu (po Adenie do którego jedziemy później), za to nad Morzem Czerwonym największy i najważniejszy. W każdym razie mamy już tropikalny upał i gwar wielkiego miasta (w Hodeidzie mieszka 2 mln ludzi!). 

Realizowani programu  rozpoczęliśmy od pozostałości twierdzy, która  z punktu widzenia turystów jest najciekawszym zabytkiem Hajji w której nocowaliśmy. Już sam widok na miasto jest warty tego, aby się do wzniesionej na szczycie wzgórza twierdzy wdrapać, a choć jest ona w stanie mocno zrujnowanym, to i tak jest w niej dużo ciekawiej, niż może się wydawać . Stoją tam np. jakieś mocno wiekowe armaty („rosyjskie” – konspiracyjnie poinformował jeden z lokalesów), które odpala się przy okazji ważnych uroczystości albo przy obwieszczaniu początku ramadanu. Ponieważ w czasach wojny między Jemenem Północnym i Południowym  twierdza służyła rojalistom jako więzienie, pokazano nam miejsce gdzie przetrzymywanych tu więźniów wieszano (widać pozostałości szubienicznego drąga). Najciekawsze są wykute w skałach kazamaty (warto wziąć latarkę!), w których więziono republikańskich jeńców – ciągi mozolnie wydrążonych korytarzy. Ponoć odkryto też tajny tunel który łączył  twierdzę i  stojący w dole, już w mieście, pałac imama.

jem- wioska afr.jpgZ Hajji zjechaliśmy na równinne, porośnięte plantacjami sorgo wybrzeże, gdzie odwiedziliśmy kilka tamtejszych wiosek. Najciekawsza była wioska ludu Hama. Ludzie z tej grupy mają afrykański (uproszczając: murzyński) wygląd i mieszkają w domkach z zewnątrz podobnych do takich jakie są w Etiopii, Ugandzie, czy innych krajach afrykańskich (chodzi o kryte strzechą okrąglaki). Podkreślam jednak słowo „z zewnątrz”, bo zarówno w domach, jak i na zewnątrz jest niemal sterylnie czysto, czego w Afryce raczej nie ma, a poza tym charakterystycznym elementem zdobniczym ścian (w środku) są pozawieszane na nich kolorowe talerze, dzbanki i inne sprzęty kuchenne. Zwłaszcza talerze są cenione – całe ściany są nimi obwieszone.

Co do tego ludu Hama to w skrócie historia jest taka, że w połowie VII wieku przybył na Półwysep Arabski król abisyński (czyli z dzisiejszej Etiopii), któremu zamarzyło się podbić Mekkę, ale nie dość że Mekki nie zdobył, to jeszcze gdzieś na terenie Jemenu biedakowi się zmarło. Została po nim rzesza żołnierzy, służby i niewolników, którzy już tutaj zostali, z czasem przechodząc na islam (Etiopia była i jest krajem głównie chrześcijańskim i takiej też wiary był wspomniany król).

Kolorowe talerze jako ozdoby we wnętrzach domów.Zajrzeliśmy jeszcze do innej wioski, która już nie składała się z „afrykańskich” chatek, tylko z murowanych domów, była mocno zaśmiecona i co najgorsze – zaraz po wyjściu z samochodów, zostaliśmy osaczeni przez wielką gromadę dzieciaków i ciekawskich facetów. Wszyscy chcieli aby zrobić im zdjęcie, pchali się, krzyczeli, i w efekcie jpo 5 minutach wszyscy  już mieliśmy ból głowy. Szczerze mówiąc to najchętniej opuścilibyśmy hałaśliwą wioskę, no ale trzeba było obfotografować znajdujący się tam ładny meczecik, zrujnowany zamek (też z czasów tureckich), a poza tym poszliśmy do bardzo ciekawego domu, w którym mieszka pan mający ponoć 110 lat! Leciwy gospodarz ciągle chodzi o własnych siłach i wygląda całkiem zdrowo. Ponoć nigdy nie miał żony – czyżby to recepta na długowieczność? No ale wracając do jego domu, bo w końcu poszliśmy oglądać nie pana tylko chałupę  – z zewnątrz zarówno dom jak i płot pomalowany jest w jaskrawe wzorki, a wewnątrz, na ścianach, też wiszą kolorowe talerze. Zetknęłam się z czymś podobnym w miasteczku Harar we wschodniej Etiopii – ciekawe kto na kim się wzorował: Jemeńczycy na Etiopczykach, czy odwrotnie?

Zjeżdżając nad morze pożegnaliśmy się z takimi górami. Już takich widoków nie będzie...A tak w ogóle to dzisiaj przez większą część dnia jeździliśmy z policyjną obstawą. Od momentu wyjazdu z hotelu w Hajja do dojazdu na wybrzeże, cały czas mieliśmy na przedzie albo z tyłu radiowóz (przy przejeździe przez niektóre miasteczka, nawet na sygnale). Szczerze mówiąc nasi ochroniarze nie robili wrażenia komandosów którzy gdyby coś, mogliby nas obronić, no ale przynajmniej chętnie pozowali do zdjęć.

Z innych ciekawostek dzisiejszego dnia to:  1) wraz z dotarciem na równiny pojawiły się całe tabuny wielbłądów. Ciągle przełażą przez drogę, włóczą się dosłownie wszędzie, nawet po ulicach Hodejdy.  2) Dzisiaj po raz pierwszy mieliśmy możliwość kupna piwa z alkoholem (produkowane w Szwajcarii!). W hotelu gdzie mieszkamy można je kupić za 2300 riali (prawie 12 dolców!), podczas gdy piwo bezalkoholowe to już tylko 300 riali.  3) Okazało się że nasz Ali (przewodnik) ma posiadłość w Etiopii, a konkretnie  dom i własnego konia (Araba rzecz jasna). Jak na obywatela biednego w sumie kraju to ciekawy pomysł na wydawanie pieniędzy.   



12 listopada, 6 dzień
Hudaida  – Bayt al Faqih - Zabid – Al Khawkhah - Ta`izz
Znad Morza Czerwonego znowu w góry


Na targu rybnym można kupić np. rekina.Ale na świetnym targu rybnym rano byliśmy! Widziałam wiele tego typu miejsc, ale to, w Hudaidzie, podobało mi się najbardziej. Było wszystko co powinno być: kolorowe łodzie, rybacy naprawiajacy sieci, kłębiący się tłum, licytacje wystawionych na sprzedaż ryb, no i same ryby – małe, duże, a wiele takich, jakich w życiu nie widziałam. Najbardziej podobały mi się sumiaste (znaczy się z wąsiskami) „cat-fish” czyli „ryby-koty” (to od tych wąsów), malutkie rekiny-młoty i ogromne rekiny z nie wiem jakiego gatunku, ale z groźnie wyglądającą szczęką.

Na bazarku zaczepili mnie Brytyjczycy,  którzy spali w tym samym hotelu, co i my. Pytali się, dokąd jedziemy, a w miarę jak im mówiłam o naszej trasie, ich oczy robiły się coraz większe i większe. Zdaje się że oni i tak uważali się za super odważnych(siedmiu facetów w stylu macho), no bo przyjechali do Jemenu na całe 4 dni i z Sany zrobili szybki wypad nad morze. Niestety na ich nieszczęście nagle  pojawia się grupa z Polski, i to głównie kobiety, z programem obejmujący dwutygodniowy objazd niemal całego kraju. Przewodnik brytyjski nie mógł uwierzyć, że mamy załatwione zezwolenia, aby dostać się w wymieniane przeze mnie miejsca  - twierdził, że to niemożliwe. Swoją drogą jeszcze nie spotkaliśmy żadnej grupy, która robi naszą trasę – wszyscy inni cudzoziemcy, z którymi mieliśmy kontakt, ograniczają się do okolic Sany i wypadu na wyspę Sokotrę.

jem- bazar zwierzecy.jpgNastępnym przystankiem po Hudejdzie było miasteczko Bayt al. Fagih. Samo miasteczko nie jest ciekawe, ale raz w tygodniu, w piątki (a dziś akurat piątek) odbywa się tam wielki targ zwierzęcy, ponoć jeden z największych na całym Półwyspie Arabskim. Targ rzeczywiście jest ogromny – można kupić/przedać na nim na przykład te śmieszne garbate krowy (dotknęłam takiego garbu – to tłuszcz przypominający miękką gąbkę), różnego rodzaju kozy, tudzież owce, no i oczywiście wielbłądy (młode w cenie przeciętnie 500 dolców, dorosłe za 1500-2000 dolarów). Ludu na targu co nie miara, ale wszyscy bardzo sympatycznie nastawieni do turystów i sami proszący się o „sura, sura” co oznacza zdjęcie (bez żadnego płacenia). Oczywiście w ciągu kilku minut cały bazar wiedział że przyjechali turyści z „Bolanda”, czyli z Polski, co chyba jest na nasz plus, bo lepiej aby nie brano nas za Amerykanów czy Brytyjczyków.

jem- zabid.jpgDłuższy postój zrobiliśmy sobie w Zabid – mieście, którego starówka została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Niestety, widać że brakuje kasy na renowację starych budynków, choć Abdullah, chłopak który nas oprowadzał, mówił że trochę udzielali się tu archeolodzy z Niemiec (ich rząd dał kasę na wybrukowanie uliczek) i Kanadyjczycy (przyjeżdżają zimą pracować przy cytadeli). Aż trudno uwierzyć, że w IX wieku w Zabid, które było ważnym centrum religijnym, istniało 280 meczetów, teraz zaś jest ich już tylko 29, w tym 4 przeznaczone wyłącznie dla kobiet (kazania wygłasza w nim „imama”, no bo facet-imam też tam nie ma prawa wstępu). Szkoda że nie mogliśmy wejść do Wielkiego Meczetu (może modlić się w nim jednorazowo 6 tys. osób) – to jeden z niewielu meczetów w Jemenie, gdzie turyści są wpuszczani, poza piątkami, czyli dniem modlitw, a dzisiaj akurat piątek.  Za to widzieliśmy meczet, gdzie w IX wieku jeden z ówczesnych uczonych wykładał przedmiot „al-jabr” od czego ponoć pochodzi nazwa „algebra” (innymi słowy: teraz mieszkańcy Zabid uważają, że to właśnie ich miasto jest kolebką algebry).

Główny meczet miasta Zabid.Abdullah zabrał nas też do domu, w którym przez jakiś czas mieszkał Pier Paolo Pasolini, włoski reżyser który w 1972 roku, 3 lata przed swoją śmiercią, wyprodukował film „Kwiat tysiąca i jednej nocy” (sceny do niego kręcono w Sanie i właśnie w Zabid). Przyznaję – filmu nie widziałam, ale wiem że Jemeńczycy nie byli nim zachwyceni, ze względu na sceny erotyczne. Tak czy owak teraz Zabid jest w programie każdej włoskiej wycieczki– Abdullah mówił, że Włosi potrafią wpaść do Zabid jedynie na 20 minut, odwiedzają wspomniany dom – pamiątkę po swoim rodaku i wracają do aut, bo żadne meczety i inne zabytki ich już nie interesują. Co do nas, to nikt pana Paoliniego nie kojarzył, ale trzeba przyznać że dom jest ładny i mimo konieczności zapłacenia bakszyszu (czyli dania "w łapę") warto do niego wejść.

Na koniec, zmęczeni upałem, pojechaliśmy jeszcze nad morze, gdzie co niektórzy z nas nawet trochę popływali, a pozostali oddali się poszukiwaniom muszelek (nic super ładnego nie było). Niestety, była kiepska widoczność (burza piaskowa, bo to tereny pustynne), więc nie mogliśmy zobaczyć pobliskich wysepek które w latach 90-tych stały się powodem konfliktu między Jemenem a Erytreą. Problemem stało się to, że nagle oba państwa rościły sobie prawo do tych wysp, choć ogólnie na żadnej z nich Miejscowi w drodze na plażę.niczego ważnego nie ma. Nawet przez pewien czas armia Erytrei więziła złapanych 200 wojaków jemeńskich (wszyscy zostali bez szwanku wypuszczeni), aż w końcu sąd arbitrażowy przyznał wysepki Jemenowi.

Na nocleg w Ta`izz dotarliśmy już  po zmroku. Od morza do Ta`izz jest 90 km, niby niewiele, a mimo to zaliczyliśmy chyba z pięć posterunków gdzie nam sprawdzali zezwolenia! Niby jest bezpiecznie, ale…  A co do jemeńskich hoteli, to tak jak w Europie w każdym przyzwoitym hotelu leży Biblia, tak tutaj jest dyżurny dywanik modlitewny!



13 listopada, 7 dzień
Ta`izz – wypad do Ibb i Jibli
Suki, sorgo i królowa Arwa


Ale ci ludzie tutaj uczynni. Siedzę przy hotelowym barze, stukam w komputer, wściekła że znowu nic mi nie wychodzi z łączności przez skype`a, a tu przychodzi barman i zupełnie bezinteresownie, za darmo, podaje mi szklanicę lokalnego drinka, a dokładniej wody z korą cynamonową. Jak to w Jemenie - alkoholu tu nie mają, ale ten schłodzony cynamonowy napój (bez krztyny procentów, za to z cukrem) jest naprawdę rewelacyjny.

jem-sorgo.jpgDzisiejszy dzień minął nam na objeżdżaniu okolic Taiz, gdzie zatrzymaliśmy się na dwie noce. Zaczęliśmy od miasteczka Jibla, normalnie jakieś 1,5 godziny jazdy od Taiz, choć nam zajęło to dłużej bo 1) nie obeszło się od przystanków na zdjęcia (droga wspina się na wysokość prawie 2800 m, więc widoki są fajne)  2) kierowcy postanowili zrobić skrót i wjechaliśmy w terenową drogę na której wytrzęsło nas jak diabli, ale za to zatrzymaliśmy się na plantacji sorgo, bo wszyscy chcieli z bliska przyjrzeć się tej roślinie (z daleka przypomina kukurydzę, przy czym wiechcie z ziarnami są albo biało-żółte, albo bordowe).

Co do Jibli to miasteczko jest śliczne. Brukowane, ciasne uliczki, domy sprzed kilku wieków… Zajrzeliśmy do meczetu, w którym pochowana jest królowa Arwa – XI-wieczna władczyni, która mimo że była kobietą, do tej pory jest przez Jemeńczyków bardzo pozytywnie oceniana.  Mądra, dowcipna, świetnie wyedukowana, a zarazem piękna kobieta, sprawowała władzę za swojego męża, który do końca nie wiadomo czy był niepełnosprawny, czy po prostu z założenia wolał zajmować się muzyką i różnymi przyjemnymi zajęciami. Arwa bardzo dbała o równouprawnienie - za jej czasów meczetów dla kobiet było w mieście tyle samo co dla mężczyzn (po 25 dla każdej płci), a zresztą i teraz, w przeciwieństwie do innych jemeńskich miast, proporcje są bardzo sprawiedliwe (20 damskich, 30 męskich).

W Jibli są dziesiątki meczetów.Niestety pałac królowej Arwy, wielki budynek w którym było 365 pokoi (można było spędzić każdą noc w roku w innej komnacie), to teraz ruina. Może kiedyś uda się przynajmniej jego część odrestaurować, bo miasteczko jest  na liście miejsc kandydujących do wpisania na listę UNESCO.

Jibla ma jednak także smutną, nieprzyjemną kartę w swojej historii. Chodzi o założony przez jedną z organizacji charytatywnych szpital, w którym lecząc Jemeńczyków pracowali lekarze z zagranicy, głównie Amerykanie. W 2002 roku do szpitala wpadł jakiś Jemeńczyk z pokrwawionym zawiniątkiem wyglądającym na noworodka. Oczywiście zaraz zbiegli się lekarze, a wtedy facet wyciągnął z pieluch karabin i zaczął strzelać. Co do ofiar to są rozbieżne dane, bo ja słyszałam o 3 zabitych i 1 rannym, a nasz lokalny przewodnik twierdził, że zginęła 1 Amerykanka. Jeśli chodzi o zamachowca, to 3 miesiące później go powieszono, ale… kilka miesięcy później historia się powtórzyła! Scenariusz był niemal identyczny, ale na szczęście tym razem przy wejściu były już zamontowane wykrywacze metalu i do tragedii nie doszło, bo zamachowca ochrona od razu zabiła. Pytałam, czy po takich wydarzeniach jacyś cudzoziemcy pracują w szpitalu – ponoć nie!

jem- w  jibli.jpgJeśli chodzi o temat szpitali jemeńskich to Ali powiedział mi też historię o innym szpitalu, w Adenie. Wybudowany i wyposażony przez Brytyjczyków miał renomę jednego z najlepszych w kraju. Po opuszczeniu Adenu (Brytyjczycy władali tym portem od 1839 do 1967 roku),  Brytyjczycy nadal szpital sponsorowali, aż w końcu poprosili aby nadać mu imię brytyjskiej królowej. Władze Południowego (czyli komunistycznego) wówczas Jemenu nie zgodziły się, no więc w odwecie Brytyjczycy przestali dawać kasę na szpital (trudno się dziwić). Inna sprawa, że teraz, kiedy Jemen jest już zjednoczony, w Adenie jest ulica brytyjskiej monarchini.

Ale wracając do tego co dzisiaj zwiedzaliśmy. Pojechaliśmy jeszcze na krótko do miasta Ibb (Jemeńczycy z Sany czytają: ib, lokalesi: eb), gdzie też jest niewielka, ale urokliwa starówka, choć szczerze mówiąc większość czasu przeznaczonego na ten punkt programu przestaliśmy w ulicznych korkach. Drogę powrotną do Taiz mieliśmy pod hasłem "szukanie gatu". Nasi opiekunowie (kierowca i przewodnik) nie mogą przeżyć ani jednego popołudnia bez tego narkotycznego zielska (w końcu to nałóg) - o godzinie 15-tej zaczyna się rytuał żucia. Tyle że tym razem nadchodziła 15-ta, a Mohamed i Ali wciąż gatu nie mieli. Nie to że nie mogli jem-taiz  z gory.jpgkupić - sprzedawców gatu jest od mnóstwo, no ale Mohamed jest wybredny, więc ciągle mu coś tam nie pasowało z jakością. W końcu w przypływie desperacji, za którymś razem zdecydował się na torebkę liści, złorzecząc że drogo. Chwilę potem już żuł, cały szczęśliwy i znowu chętny do rozmów.

Na zachód słońca przyjechaliśmy do Taiz. Wjechaliśmy na punkt widokowy na stokach Góry Saber, co ponoć tłumaczy się jako Góra Cierpliwości, a skąd doskonale widać jak wielkie jest to miasto (z 2,5 mln mieszkańców największe w całym Jemenie, większe nawet od Sany). Rzutem na taśmę wpadliśmy jeszcze do twierdzy, która jeszcze do niedawna była zamkniętym dla turystów obiektem wojskowym, a teraz remontując robi się z niej główną atrakcję miasta. Twierdza jest niesamowita – wielka, z labiryntem schodków i różnych przejść, a choć turystów (poza nami) ni widu, ni słychu, przychodzi tam sporo lokalesów. A tak w ogóle to gdy już zjeżdżaliśmy do miasta minęliśmy się z… prezydentem. Nie wiem czy jechał do twierdzy, czy gdzieś dalej, ale kawalkada samochodów była niezła. W którym jechał prezydent w końcu nie wiemy (i chyba nikt poza ochroną nie wie).

jem-sery w taiz.jpgPonieważ tuż obok hotelu mamy suk (bazar), trudno było nie skorzystać z okazji i nie pochodzić trochę wzdłuż zatłoczonych wieczorem straganów. Część z nas wróciła z zakupów z dżambijami (zakrzywionymi nożami), różną biżuterią (Taiz słynie z wyrobów ze srebra), a niektórzy także z serami, bo to miejscowa specjalność (takie okrągłe sery o smaku przypominającym nasze oscypki czy bryndzę). Inną lokalną specjalnością są malutkie suszone rybki, ale jakoś nie mieliśmy na nie ochoty (świeżych ryb nie ma, bo Taiz leży w górach, jakieś 200 km od morza).



14 listopada, 8 dzień
Ta`izz – Aden
O nieco innym Jemenie i trzęsieniu ziemi

Zacznę od końca, czyli od kolacji przy której zaliczyliśmy wydarzenie dnia, czyli trzęsienie ziemi. No więc siedzimy sobie przy stole, na piątym, ostatnim piętrze hotelu z widokiem na port, a tu budynek zaczyna się kiwać. Akurat wsuwaliśmy pyszną „King Fish” (rybę królewską), więc powiedziałam znad talerza, że to trzęsienie ziemi, ale że ogólnie obsługa hotelu nie zdradzała żadnego niepokoju, więc my też żadnej paniki nie robiliśmy. Zresztą Ali, jak mu powiedziałam że to trzęsienie ziemi, stwierdził że to… prace remontowe przy budynku.

Aden to największy jemeński port.Zjedliśmy spokojnie kolację, ale po kolacji pytam się kelnera czy to normalne. A on na to, że nie, i że dzisiaj to już trzeci raz, bo podobnie było rano i po południu. Ciekawość mnie zżerała, w pierwszej wolnej chwili odpaliłam więc swojego laptopa (w hotelu jest sieć bezprzewodowa), wstukałam w wyszukiwarkę „Aden, earthquake”, a tam czarne na białym że faktycznie, trzęsienie ziemi było, i to całkiem spore, bo w kluczowym momencie doszło do 5,6 stopnia! Mam nadzieję, że przynajmniej w nocy nic  się już nie będzie trzęsło.

Ale to dopiero początek... Żebyśmy nie mieli za mało adrenaliny, kierowca z drugiego samochodu pokazał jakąś gazetę ze zdjęciem po wybuchu. Ja tej gazety nie widziałam, ale skoro osoby jadące w tamtym dżipie o tym powiedziały, oczywiście zrobiłam wywiad. Okazało się że faktycznie, dwa dni temu dwóch samobójców owiniętych materiałem wybuchowym gdzieś w tych okolicach się wysadziło. Mało tego – dzisiaj widzieliśmy ich pogrzeb! Akurat przejeżdżaliśmy koło konduktu pogrzebowego, jednak nie wiedząc kogo niosą, dziwiliśmy się że tak razem – dwie osoby…

W meczecie-grobowcu należącym do bardzo konserwatywnych Braci Muzułmańskich.Szczerze mówiąc to jeśli chodzi o bezpieczeństwo, zrobiło się mało przyjemnie. Ali i kierowcy już z samego rana zapowiedzieli, że lepiej nie robić po drodze za wielu postojów, tylko jak najszybciej przejechać do Adenu. Początkowo myślałam że to wybieg wynikający z lenistwa, tym bardziej że zmienili program i odmówili wjazdu do trzech wiosek które mieliśmy w programie, nieco z boku głównej trasy. Niby mówili że chodzi o bezpieczeństwo, ale uwierzyłam im dopiero jak wypatrzyliśmy że nasz normalnie bardzo spokojny kierowca wkłada sobie pod koszulę nabity pistolet.

Teraz dopiero co jestem po rozmowie z Alim, który zakazał mówienia nam dokąd jedziemy, gdzie mieszkamy, nakazał unikania rozmów z ludźmi z grupy Braci Muzułmanów (znak rozpoznawczy – długie brody) i polecił mi, abym uważała na takich co nie wiadomo co pod swoją dżalabiją mogą nosić. Dwa lata temu Ali stracił w zamachu swojego dobrego kumpla – zginęła wtedy grupa Koreańczyków i cztery Hiszpanki. Ponoć zamachowiec wcześniej rozbił sobie z nimi zdjęcia, popijał herbatkę, aż w końcu będąc w ich otoczeniu odpalił ładunek.

Dziewczyny, które o dziwo bardzo chętnie zgadzały się na zdjęcia.Oczywiście żeby była jasność – normalni Jemeńczycy odcinają się od tego typu praktyk, tym bardziej że nie ma to nic wspólnego z religią (samobójstwo jest przez Koran zabronione!). W grę wchodzi polityka  - część zamachów robi Al.-Qaida, a część separatystyczne organizacje, które chcą doprowadzić do ponownego rozdziału kraju na Jemen Północny i Południowy. Ali i nasi kierowcy są z Sany, czyli Jemenu Północnego i wcale nie kryją swojej niechęci do rodaków z południa, gdzie jak twierdzą pełno jest takich, co tylko robią problemy. A tymczasem mamy w tym newralgicznym rejonie jeszcze 4,5 dnia…

Co do dzisiejszej trasy to krajobrazy były bardziej urozmaicone niż myślałam że będą – sporo gór, ale już niższych niż wcześniej, trochę pustyni (w tym piaszczyste wydmy), wysuszone koryta rzek, uprawne poletka, aż wreszcie morze, czy raczej Zatoka Adeńska, prowadząca z jednej strony do Morza Czerwonego, a z drugiej – do Morza Arabskiego i dalej do Oceanu Indyjskiego. Tak w ogóle to zaskakują nas tutejsze drogi – naprawdę dobre, często wielopasmowe (w Taiz była nawet droga z 6 pasmami z każdej strony!), choć ruch na nich to "wolna amerykanka", bo nawet stojący policjant nie ma wpływu na przestrzeganie  (czy raczej nieprzestrzeganie) przepisów drogowych. A co do organów władzy – dzisiaj posterunki  wojskowe plus rozstawione stanowiska uzbrojonych żołnierzy, były dosłownie co krok!

jem-pomnik.jpgPo drodze zatrzymaliśmy się na lokalnym targu (przewodnik i kierowcy musieli przecież kupić gat), a potem jeszcze przy pomniku ofiar wojny domowej z 1994 roku (po zjednoczeniu obu Jemenów w 1990 roku nie wszystkim się ta unifikacja podobała, więc zaczęły się walki).  Pomnik jest dość specyficzny, bo przypomina fragment bomby, a zrobiony jest z… granatów (nie tych do jedzenia, tylko tych wybuchowym), w środku zaś stoi figura człowieka z urwaną nogą.

Co do Adenu, który był naszym celem, to całkiem ładne miasto. Pod względem liczebności, mając 1,5 mln mieszkańców, jest czwartym co do wielkości miastem Jemenu (największa metropolia to Taiz, na drugim miejscu jest Sana, potem Hudejda). Fajne ma Aden położenie – nad morskimi zatoczkami, między wysokimi na kilkaset metrów wzgórzami. Ponoć na jednym z nich Kain pochował zabitego przez siebie Abla, a poza tym jakoby z okolic Adenu wyruszyła Arka Noego.

jem-aden-hotel.jpgMimo że i tu nie brak tradycyjnie ubranych ludzi (kobitki w czarnych czadorach, panowie w spódniczkach fota, z dżambijami (nożami) u pasa), widać że równocześnie to całkiem niezły kurort – jest tu sporo dobrych hoteli, całkiem przyjemne plaże, działają kluby nocne i dyskoteki, no i można kupić alkohol (w hotelu - puszka Heinekena za 1500 riali). Po brytyjskim panowaniu nad miastem (Brytyjczycy byli tu od 1839 do 1967 roku), pozostała wieża zegarowa zwana „Małym Benem” (w analogii do londyńskiego Big Bena), trochę kolonialnych budynków, kościół anglikański i wielki cmentarz. Co do kościołów to odwiedziliśmy kościół katolicki – ksiądz z Indii który nas tam wpuścił, mówił że w Adenie są 3 kościoły katolickie, ale na msze, które odprawia raz w tygodniu z każdej z tych świątyń, przychodzi mu co najwyżej ze 20-30 osób.

Najważniejszy zabytek Adenu - starożytne zbiorniki na wodę.Z innych ciekawych miejsc byliśmy też przy cysternach (zbiornikach na wodę), które nie wiadomo ile mają lat, ale na pewno nie mniej niż tysiąc. Cysterny od roku są już ponoć na Liście UNESCO, ale pal sześć cysterny – największą przy nich atrakcją było spotkanie z grupą ubranych w czadory dziewczyn. Dziewczyny czaiły się, aby zrobić nam zdjęcia, my czailiśmy się aby im zrobić zdjęcia, aż w końcu doszliśmy do porozumienia i zrobiliśmy sobie wspólne foty. Potem jeszcze na chwilę do dziewczyn wróciłam – już sama, a ponieważ nie było w okolicy żadnych facetów, więc odsłoniły swoje twarze, wycałowały (!), i na koniec obdarowały wafelkiem. Sympatyczne!

Byliśmy też przy meczecie Abu Bakr al-Aydarusa. To patron Adenu, potomek Mahometa w którymś tam pokoleniu, a zarazem święty mąż, który żył w XV wieku. W środku meczetu jest jego grób – po zdjęciu butów i zasłonięciu głowy (panie) mogliśmy tam nawet zajrzeć (ewenement, bo w Jemenie do meczetów raczej nie wpuszczają).

Ok, czas kończyć, bo jutro wczesna pobudka - mamy poranny lot do Mukalli. Jechać lądem nie możemy ze względu na bezpieczeństwo.



15 listopada, 9 dzień
Aden – Mukalla
Samolotem z portu do portu

Reklama odbywających się w Adenie Piłkarskich Mistrzostw Krajów Półwyspu Arabskiego.Dobrze, że już opuściliśmy Aden. Nawet nie chodzi o trzęsienie ziemi (w nocy był kolejny wstrząs), ale o zapowiedzi zamachów w związku z mającymi się rozpocząć za tydzień Piłkarskimi Mistrzostwami Krajów Zatoki (w domyśle: Zatoki Perskiej). Kilka dni temu złapano już jednego nawiedzonego z siatki nastawiającej się na bomby w hotelach i na stadionie, ale diabli wiedzą co im jeszcze przyjdzie do głowy. A  przy okazji tych Mistrzostw – śmieszna sprawa dotycząca plakatów reklamujących ową imprezę. Słowo „zatoka” to po angielsku „gulf”, ale komuś coś się pomyliło (tu często robią pomyłki w angielskiej pisowni) i po zamianie jednej literki wydrukowano plakaty ze słowem „golf” , co wygląda na mistrzostwa w grze w golfa.  :-)

Liczący około 650 km dystans z Adenu do Mukalli, portowego miasta położonego bardziej na wschód, mieliśmy według programu pokonać naszymi dżipami. Program jednak zmieniono, to znaczy ze względu na zagrożenia porwaniami na tym odcinku i brak szansy na ochronę, kontrahent zafundował nam samolot. To, że linie jemeńskie są na czarnej liście przewoźników lotniczych jem-samoloty.jpg(chodzi o stan techniczny maszyn), to drobiazg, a zresztą optymizmem napawała już sama nazwa przewoźnika, z którego usług korzystaliśmy, czyli Felix Airways, „Szczęśliwe” Linie Lotnicze  :-).  Uczciwie muszę przyznać, że źle jeśli chodzi o ten lot nie było – samolot z zewnątrz wyglądał całkiem przyzwoicie, w środku wygodne siedzenia, wystartował w miarę punktualnie, obsługa miła, a mimo że lot na tej trasie trwa tylko 50 minut, były i soczki, i woda, i babeczka. Tak w ogóle to w samolocie było całkiem sporo Europejczyków, choć wszyscy lecieli dalej, tzn. na Sokotrę – należącą do Jemenu wyspę, która jest typowo wakacyjnym, zupełnie bezpiecznym rejonem. Była wśród pasażerów m.in. rodzinka z Niemiec – facet przyjechał na 4-letni kontrakt i zabrał z sobą żonę plus trójkę dzieci. Żona i najstarsza córka chodzą w czadorze, ale że mają odkrytą twarz, spod chusty widać blond włosy.

Mukalla od strony nadmorskiego deptaka.Widoki z samolotu były ciekawe, ale na dłuższą metę mało urozmaicone - bezkresna, dochodząca do morza skalista pustynia i wysuszone, zupełnie bezdrzewne góry o płaskich wierzchołkach, a między nimi – wadi, czyli suche doliny. Jedyna oznaka cywilizacji to nadmorska droga którą mieliśmy jechać.

Co do Mukalli to pierwsze co zwróciło naszą uwagę to… sztuczne palmy! I to miejscu gdzie mogą rosnąć prawdziwe! Pewnie zrobiono je dlatego, że plastikowe mogą być czerwone, niebieskie i inne, a co jak co, ale żywe kolory Arabowie lubią. Za to podoba nam się, że Mukalla jest dużo czystsza niż inne, poznane do tej pory miasta (poza równie czystą Saną) – nie ma takiej ilości fruwających torebek foliowych.

Po zakwaterowaniu w hotelu, na dobry początek Ali zakazał nam samodzielnego wychodzenia w miasto, tłumacząc to względami bezpieczeństwa – Makala to miejsce gdzie bardzo silni są nie lubiący cudzoziemców Bracia Muzułmańscy. Kiedy jednak po południu poszliśmy się przejść całą grupą, wyszło na to, że nie jest wcale tak źle. Jak wszędzie w Jemenie  ludzie są bardzo mili, niekiedy wręcz sami proszą się o zdjęcia (za wyjątkiem brodatych Braci Muzułmańskich, no i kobiet), choć trzeba przyznać, że w czasie spaceru mieliśmy cały czas czujną obstawę trzech uzbrojonych żołnierzy.

W Mukalli zamiast żucia qatu wielu panów woli grę w odmianę warcabów.Najładniejsze miejsce w mieście to nadmorski deptak, skąd jest też fajny widok na wybudowane na skałach wiekowe wieże obserwacyjne, stojące w zatoczce kolorowe łódeczki i szpaler białych budynków przy głównej ulicy. Z kolei miejsce najruchliwsze to oczywiście suk, który znajduje się w okolicy starego meczetu. Ponieważ w tym rejonie ludzie nie żują gatu (nie ma gdzie go uprawiać, nie ma też za bardzo jak transportować, czyli nie ma jak zdobyć świeżych liści), popołudnia tutejsi panowie spędzają na graniu na ulicy w karty czy coś w stylu warcabów. Jeśli chodzi o lokalne specjalności jedzeniowe, które można kupić na ulicznych straganach to np. suszone odnóża ośmiornicy czy suszone rekinki. Poza tym część suku to różnego rodzaju „chińszczyzna”, no i stragany z kolorowymi, często bardzo seksownymi sukienkami. Oczywiście to kreacje do podziwiania jednynie przez najbliższe grono – wszystkie kobiety, w tym starsze dziewczynki, na ulicę wychodzą w czarnych czadorach, jedynie ze szparą na oczy.

A co do bezpieczeństwa... Wieczorem posiedzieliśmy trochę na dachu naszego hotelu, skąd jest ładny widok na miasto. Było miło i beztrosko, ale trochę nieswojo mi się zrobiło, gdy Ali pokazał mi porozstawianych na dole, odpowiednio ukrytych żołnierzy. 






16 listopada, 10 dzień
Mukalla – Sharma Beach - Mukalla
Święto na plaży

Krowa z okazji święta czekająca na rytualne zabicie.Dziś dla muzułmanów wielkie święto. Właściwie to zaczęło się już wczoraj, ale dzisiaj jest jego najważniejszy moment, choć wakacje, wolne od pracy będą jeszcze trwały przez najbliższe kilka dni. Ogólnie to czas kiedy odbywa się hadż, czyli główna pielgrzymka do Mekki – w tym roku jest tam ponoć 1,5 mln pielgrzymów. W telewizji ciągle pokazują tłumy w białych szatach, obchodzące miejsce zwane Kaaba - najważniejsze islamskie sanktuarium, czyli prostopadłościan ze świętym, „czarnym” kamieniem.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie trwające niemal przez całą noc modlitwy w meczecie, rzecz jasna transmitowane przez głośniki na całe miasto, prosto w okna naszego hotelu. Rozumiem – w końcu jesteśmy tu gośćmi, lokalne klimaty, egzotyka etc., no ale czasem człowiek jednak chce się przespać. W każdym razie na śniadaniu wiedziałam, że lepiej nie pytać grupy „jak się spało?”, bo odpowiedź była wiadoma. Bożenka, która przerobiła z zegarkiem wszystkie sesje śpiewów muezzina, stwierdziła że modlitwy były co godzinę, każdorazowo mniej więcej po kwadrans. Ja na szczęście miałam koreczki, więc budziłam się tylko przy tych najgłośniejszych modłach.

jem-plaza.jpgJednym z najważniejszych dzisiejszych rytuałów w każdej muzułmańskiej rodzinie było „złożenie ofiary” a dokładniej – zabicie jakiegoś zwierzaka (krowy, wielbłąda, kozy, owcy – w zależności od tego na co kogo stać). Co do zabicia zwierzaka to dokonuje się tego w określony, rytualny sposób – zwierzę musi być zdrowe, związuje mu się trzy nogi i w odpowiedni sposób, jednym ruchem ostrego noża, podrzyna gardło. W miastach robi to zwykle doświadczony rzeźnik – byliśmy dzisiaj w jednym takim zakładzie gdzie na swoją kolejkę do śmierci czekało kilka pogodzonych z losem cielaczków. Co prawda przy nas zabijania zwierząt nie było, za to widzieliśmy jak się oprawia mięso – 1/3 idzie do spożycia przez rodzinę, która nabyła zwierzę, 1/3 przeznacza się dla dalszej rodziny, sąsiadów i znajomych, a ostatnią 1/3 oddaje się biednym i potrzebującym.

Ogólnie jednak dzisiejszy dzień mieliśmy przeznaczony na plażę i leniuchowanie. Ponieważ w samej Mukalli nie moglibyśmy się kąpać (nie chodzi nawet o niezbyt czystą wodę, ale o to, że nie przystoi Znalezionego na plaży przewodnika wypada napoić  :)pokazywać się w negliżu), w obstawie samochodu policyjnego (a w pewnym momencie dwóch samochodów), plus  z uzbrojonymi żołnierzami w każdym z naszych dżipów, pojechaliśmy na plażę Sharma Beach 130 km od Mukalli.

Już sam przejazd przez pustynię był w miarę ciekawy, ale plaża okazała się bajkowym miejscem. I to o dziwo mówię ja, ta którą plaże zwykle nie interesują! Biały piaseczek, lazurowe morze, skały o różnokolorowych warstwach – rewelacja! Czas zlececiał nam całkiem szybko i to nawet bez klasycznego rozłożenia się na piachu i opalania. Poza kąpielami zrobiliśmy sobie przyjemne spacery, wybudowaliśmy zamek z piasku, zaprzyjaźniłyśmy się (to już tylko damska część grupy) z rodzinką z Sany, która też przyjechała poplażować i obdarowała nas pomarańczami, no a poza tym zostawiliśmy po sobie wyryty w piachu wielki napis „Polonia”. To co fajne, to zintegrowaliśmy się też z naszymi nowymi kierowcami (bo od Mukalli mamy nowe autka – komfortowe Land Rovery, więc i nowych kierowców). Wczoraj chłopcy byli trochę onieśmieleni, ale dzisiaj było już bardzo sympatycznie – zbudowali piaskowego bałwana, dołączyli do konkursu, kto dłużej wytrzyma pod wodą (cieniasy…), a na koniec Sabrin – kierowca z mojego auta, puścił lokalną muzykę i zaczęły się tańce na piachu.

Ubrane świątecznie dzieciaki.Po powrocie do Mukalli poszłam się chwilę przejść,  a raczej – zrobić zdjęcia dziewczynkom, które z okazji dzisiejszego święta są ubrane niczym małe królewny w przepiękne sukieneczki. Było miło, bo dzieciaki chętnie pozowały, a ich zakutane w czadory mamusie życzliwie machały. Gorzej ze spacerem wieczornym. Wyszliśmy po kolacji w kilka osób, zdążyliśmy przejść ze 100 metrów, a tu przybiega zdyszany Ali (przewodnik) mówiąc, że dostał telefon od rozstawionej w okolicach hotelu policji z nakazem ściągnięcia nas z powrotem. Powiedział jednak, że druga strona kanałku po którym pływają oświetlone stateczki, jest ok, więc zmieniliśmy kierunek spaceru, podczas gdy Ali wrócił do hotelu. Zrobiliśmy ze 200 metrów we wskazaną stronę, gdy Ali znowu się koło nas pojawił, twierdząc że znowu go nasłała policja, bo te 200 metrów to już od hotelu trochę za daleko. Cóż było robić, wróciliśmy. Poczułam się trochę jak w Korei Północnej – tam też nie ma mowy o wychodzeniu z hotelu.



17 listopada, 11 dzień
Mukalla – Wadi Do`an - Seijun (Wadi Hadramawt)
Ósmy cud świata

Trochę różnych miejsc w świecie widziałam i szczerze mówiąc coraz trudniej mi znaleźć coś, co sprawia, że mnie zatyka z wrażenia. A dzisiaj mnie zatkało! Co niby? Widoki które tutaj są! Na pewno Jemen, a dokładniej rejon Hadramawt, mogę zaliczyć do najpiękniejszych miejsc na Ziemi.

Na wyjeździe z Mukalli ciekawostką jest ciekawa wieża.Większość drogi mieliśmy dzisiaj przez góry. Pokonując serpentyny wjechaliśmy na wysokość mniej więcej 1600 m n.p.m. (a wjeżdżaliśmy od samiutkiego morza), a tam, zamiast jakiejś przełęczy i zjazdu w dół, rozciągał się rozległy płaskowyż, sądząc po różnych maszynach do odwiertów i kursujących co i rusz cysternach – wykorzystywany gdzie niegdzie jako pola naftowe. Pewnie dlatego po drodze mijaliśmy tak wiele posterunków – wojska i policji jest tu od groma. Swoją drogą my też mieliśmy ochronę – znowu jechała z nami furgonetka z policjantami, a dodatkowo w każdym z naszych land roverów – jeszcze po uzbrojonym żołnierzu. Żeby pokazać nam, że nie ma żartów, po drodze Ali pokazał nam miejsce, gdzie dwa lata temu zginęła dwójka Belgów – zostali zastrzeleni w samochodzie, chociaż też mieli ochronę… Tutaj muszę wyjaśnić że te zamachy nie mają nic wspólnego z islamem jako religią. Fakt, robią je ludzie z ugrupowania Braci Muzułmańskich, ale chodzi o grubszą politykę. Jemen to od dawna teren mieszania się wpływów komunistycznego Związku Radzieckiego (dopóki istniał), USA i Arabii Saudyjskiej, walki separatystów pragnących ponownego oddzielenia Jemenu Południowego, no i działalności terrorystów z Al-Kaidy (przez samych Jemeńczyków raczej nie popieranej).

Ok, o polityce nie będę pisać...

Jeden z widoczków po drodze na trasie przez Wadi Doan.Po drodze zatrzymaliśmy się w przepięknym miejscu. Dokładniej był to hotel – bardzo elegancki i nowy (oddany do użytku rok temu), ale nie sam hotel był ważny, ile widok z jego tarasu. Widok był na głęboki kanion, wcale nie gorszy niż osławiony amerykański Grand Canyon, w dole którego uwagę przykuwała zielona oaza palm daktylowych i wybudowane na skale wysokie, wielopiętrowe domy z gliny. Przy okazji napawania się panoramką był też czas na herbatkę, choć ja akurat zamówiłam sobie jemeńską kawę. Od normalnej kawy różni się ona tym, że jest nie z prażonych ziaren, tylko z ich łusek (przez co wygląda jak popłuczyny po herbacie), a dodatkiem do niej są duże ilości imbiru, przez co jest cholernie ostra. Podano mi ów napój w glinianym naczyńku chyba ręcznej roboty, bo o dość topornym w wyglądzie, ale przez to tak urokliwym, że nie omieszkałam dogadać z obsługą, aby sprzedali mi  ten elementu zastawy (zapłaciłam w przeliczeniu 2 zł). A co do różnych napojów to dzisiaj, ale jeszcze jak byliśmy bliżej wybrzeża, zafundowałam sobie za całe 100 riali (pół dolca) kokosa. Tu jakoś inaczej je otwierają niż w innych znanych mi miejscach – praktyczniej, nie mówiąc o tym, że był to najlepszy kokos jaki piłam-jadłam w moim życiu.

jem-kolorowo.jpgNajciekawszą częścią dzisiejszego programu był przejazd  przez Wadi Do`an – dolinę wzdłuż której ulokowały się różne miasteczka o niezwykłej zabudowie. Nawet rozmowy w samochodzie umilkły, takie wrażenie zrobiły na nas widoki.  Wszystko tu jest inne niż w pozostałych rejonach Jemenu.  I architektura, i sposób malowania domów (pastelowe barwy), poza tym pełno jest malutkich budowli wyglądających jak przydrożne kapliczki, choć to ufundowane przez różnych ludzi ujęcia wody. Również tutejsze kobiety się wyróżniają, a to za sprawą wielkich, szpiczastych kapeluszy, jakie u nas kojarzą się z czarownicami (takie kapelusze noszą tu Beduinki). Z innych ciekawostek – Wadi Do`an słynie z miodu, który jak mówił Ali, cieszy się taką sławą, że może kosztować nawet 100-150 dolców (dolarów USA) za kilogram. Ma ponoć właściwości lecznicze, a w dawnych czasach często stanowił prezent dla władców i różnych ważnych gości.  Zakoczyły nas natomiast  rozwieszane w wielu miejscach plakaty zniechęcające do żucia gatu. Oczywiście ludzie i tak żują, ale zdecydowanie mniej i na mniejszą skalę niż np. w Sanie. Nasi kierowcy na przykład nie żują. Nawet zażartowałam z Sabrina, że pewnie nie żuje, bo należy do Braci Beduinka z Wadi Doan wygląda w kapeluszu niczym wróżka.Muzułmańskich (z Sabrinem można pożartować, bo to bardzo wesoły facet), a on na to, zupełnie poważnie, że tak, należy…  I w tym przypadku to wcale nie żart… Swoją drogą po przyjeździe do hotelu, kiedy już zakwaterowałam grupę, okazało się że przy holu recepcyjnym jest akurat spotkanie jakiejś wierchuszki Braci Muzułmańskich. Nie powiem, trochę nieswojo mi się zrobiło. Mam nadzieję że to ci, którzy zbieraja się wyłącznie w celach religijnych. Na wszelki wypadek na kolację założyłam koszulkę z arabskim napisem "Jestem za wolną Palestyną" (kupioną jak na ironię w Izraelu, choć "spod lady").





18 listopada, 12 dzień
Sayun – Tarim – Szibam – Sayun (Wadi Hadramawt)
Manhattan Pustyni, security  i… Japończycy


Dziś było mało jeżdżenia, bo wszystkie trzy miasta jakie zwiedzaliśmy, leżą blisko siebie. Zaczęliśmy od Sayun, gdzie głównym zabytkiem jest wielki, pomalowany na biało-niebiesko pałac, w którym mieści się muzeum. Poszło szybko, bo muzeum było tradycyjnie nieczynne („tradycyjnie”, bo jeszcze żadnego muzeum w Jemenie nie udało nam się zwiedzić – wszystkie są pozamykane). Niestety, ponieważ wciąż trwają święta (obchody pielgrzymki do Mekki to taka świąteczna 5-dniówka), również na suku niewiele się działo, choć akurat stragany z owocami były (kupiłam pyszne mandarynki i wyjątkowo słodkiego granata).

Najbardziej charakterystyczną budowlą Tarim jest meczet z ponad 50-metrowym minaretem.Ciekawiej było w Tarim, gdzie dumą miasta jest meczet z 54-metrowym minaretem. Tabliczka głosząca, że „wstęp tylko dla muzułmanów” rozwiała nadzieje, że wejdziemy do środka, ale nawet z zewnątrz budowla jest ładna.  Poza tym siedząc przy herbatce, w knajpce naprzeciw meczetu, mogliśmy pogapić się na miejscowych ludzi, którzy w Wadi (Dolinie) Hadramawt są wyjątkowo konserwatywni i bardzo religijni. Do tej pory (znaczy się: w innych rejonach) kobiety chodziły w czadorach, ale mogły patrzeć na świat przez szparę na oczy – tutaj nawet szpary nie mają, całkowicie zasłaniają głowę. A zresztą nie tylko głowę, nawet ręce, bo mimo upału noszą czarne rękawiczki. Co do facetów to w przeciwieństwie do Jemeńczyków z zachodnich rejonów, nie noszą zwykle dżambiji, za to swoją „tradycyjność” okazują tym, że częściej mają brody, są bardziej na dystans, no i wielu z nich nie zgadza się na zdjęcia. Dzisiaj jeden z nich zaczepił mnie skąd jesteśmy. Mówię, że „Bolanda”, czyli z Polski, na co on że super, bo my też byliśmy komunistycznym krajem, a po chwili zadaje pytanie, czy teraz nam się żyje lepiej, czy gorzej. Ponieważ jesteśmy na terenie dawnego Jemenu Południowego (czyli tego komunistycznego), diabli wiedzą  co odpowiadać, bo nie wiadomo na kogo się trafi. Powiedziałam wymijająco, że to temat na długą dyskusję, a teraz mam z grupą zwiedzanie, bo przecież Jemen to taki ciekawy kraj… Cóż, wolę mieć dobre układy z lokalesami, uważam więc by ich czymś nie urazić…

Wielki pałac w centrum Saiyun służy teraz jako muzeum (przy nas nieczynne).Co do bezpieczeństwa to dzisiaj chodziliśmy w obstawie dwóch uzbrojonych żołnierzy – jeden był na początku, drugi jako zamykający. Ale to nie wszystko – w Szibam okazało się, że jeszcze pilnują nas tajniacy po cywilnemu, a poza tym był jeszcze jakiś gostek na motorze, który ciągle uzgadniał z Alim ile mamy czasu na zobaczenie danego miejsca. W tej sytuacji nie mogłam powstrzymać się od pytania, jak jest z indywidualnym podróżowaniem. Według Alego „no problem”, poza tym że trzeba jeszcze w Sanie załatwić stosowne zezwolenia i na miejscu zgłosić się po ochronę. Rewelacja - wakacje z bodyguardem! Ale i tak nasza ochrona okazała się niczym w stosunku do grupy Japończyków, których ku naszemu zdumieniu dzisiaj spotkaliśmy (śpią w naszym hotelu). To jedyni turyści jacy spotkaliśmy w Hadramawt! Mają na swoją grupę cztery samochody jeżdżące w obstawie radiowozu na sygnale, przez co wyglądają nie gorzej niż konwój prezydencki, który widzieliśmy w Taiz. Ponieważ dostatecznie zwracają na siebie uwagę, zakładam że jeśli kogoś miano by zaatakować, Azjaci mają na to większą szansę (czego rzecz jasna absolutnie im nie życzę).

A skoro wspomniałam o prezydencie Jemenu… Portrety rządzącego od 1978 roku (!) męża stanu, swoją drogą sympatycznie wyglądającego faceta pokazywanego zwykle w marynarce i pod krawatem, wiszą w Jemenie dosłownie wszędzie. Jednak w Tarim jest jeden szczególny portret, w samym centrum, tuż przy placu na którym odbywają się różne uroczystości i parady. No więc tym razem prezydent pokazany jest w bardziej tradycyjnym ubraniu i z dżambiją, którą podarował mu jakiś miejscowy biznesmen. Owa dżambija ma ponoć wyjątkową wartość, bo jest zdobina złotem, a jej rękojeść wykonano z rogu nosorożca (ciekawe czy zabitego przez kłusowników?).

W zaułkach Shibam, jednym z najsłynniejszych jemeńskich miast.Wracając do naszego zwiedzania. Po krótkiej przerwie obiadowej w hotelu, mieliśmy popołudniem wyjechać na zwiedzanie Shibam. Już byliśmy gotowi aby wsiąść do samochodów, kiedy Ali z niewyraźną miną oświadczył, że coś się stało w Shibam i nie możemy tam jechać. Co się stało, nie umiał wyjaśnić, mieliśmy po prostu czekać na dalsze dyspozycje od kogoś z bezpieki. Szczerze mówiąc nie zbyt miłe było to oczekiwanie, choć nieco się uspokoiłam, jak pół godziny później dano nam znać, że nie był to żaden atak na turystów, tylko kłótnia dwóch rodzinnych klanów, które złapały za broń (bo tu strzelbę w domu posiada wiele osób) i trochę się tam postrzelały. Na szczęście nikt nie zginął, ale zanim porywczych awanturników powyłapywano i zabrano na komisariat, trochę potrwało. Problem w Shibam polega na tym, że do otoczonego murami miasta prowadzi tylko jedna brama, którą na wszelki wypadek policja w międzyczasie zamknęła.

Kiedy już wreszcie dostaliśmy zgodę na wjazd do Shibam, słońce chyliło się już powoli ku zachodowi, tak więc niewiele czasu mieliśmy na spacer w labiryntach uliczek. Szkoda, bo miasto jest niezwykłe. Mówi się o nim „Pustyny Manhattan” albo „Jemeńskie Chicago”, bo na stosunkowo małej przestrzeni skupionych jest ponad 500 ulepionych z gliny „wieżowców” – domów mających nawet i 9 pięter, przy czym wiele z nich ma nawet i 500 lat! Miasto jest wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, i dobrze, bo dzięki temu przynajmniej są fundusze, aby ratować to, co może się wkrótce zawalić. Jak na razie atmosfera w mieście nie różni się zbytnio od tego co było 500 lat temu, z tą różnicą, że część domów została skanalizowana, a rury jednak trochę psują wygląd wiekowych murów.

Shibam o zachodzie słońca.Sympatycznym zakończeniem dnia był zachód słońca na wzgórzu widokowym, z którego widać „wieżowce” Shibam. Inna sprawa, że dla mnie i Alego był to najbardziej stresujący punkt programu, bo właśnie w tym miejscu dwa lata temu zamachowiec-samobójca odpalił bombę, przez co zginęła grupa Koreańczyków i Hiszpanów plus jemeński przewodnik (przyjaciel Alego). Teraz bezpieka dba o to, aby żadni lokalesi z turystami na wzgórze nie wchodzili, ale szczerze mówiąc nigdy nie wiadomo czy z któregoś z pobliskich wzgórz ktoś nie strzeli np. z granatnika, jak to było w niedawnym zamachu na ambasadora Wielkiej Brytanii. Widok na Shibam był fajny, ale po zejściu do samochodu spojrzeliśmy z Alim na siebie i głęboko odetchnęliśmy, wiedząc co każde z nas ma na myśli.


19 listopada, 13 dzień wyjazdu
Sayun – Sana – Pałac na Skale – Sana
Zamknięcie kółka

I znowu jesteśmy w stolicy! Po dwóch tygodniach podróżowania po Jemenie zamknęliśmy pętlę. Przylecieliśmy z Sayun porannym lotem, naszymi znajomymi już „Felix Airways” (czyli „Szczęśliwymi Liniami”). Wczoraj przy kolacji sam Ali mówił, że można dziękować Allahowi, że nie lecimy Yemeni Airlines, które mają duże problemy ze stanem technicznym swoich samolotów. Ale że strzeżonego Pan W Sanie ludzie są bardziej otwarci niż w Wadi Hadramawt. I nawet kobiety chętniej namówić na zdjęcia...Bóg (Allah) strzeże, więc przed startem, zaraz po instrukcji bezpieczeństwa, także i w "Felixie" puszczana jest przez głośniki modlitwa do Allaha za szczęśliwą podróż.

Tym razem widoki z samolotu były takie sobie - pod nami rozpościerała się piaszczysta pustynia. Po prostu bezkres piachu, jedynie sporadycznie przecięty jakąś drogą. Jedynym urozmaiceniem było Marib – miasto które kiedyś było stolicą królestwa Saby. To właśnie tutaj, dziesięć wieków p.n.e.  władała słynna, a zarazem piękna i mądra królowa, o której w Polsce często błędnie mówi się „królowa Saba”, choć poprawnie powinno być „królowa Saby” (w znaczeniu: państwa Saby). Niestety, starożytnych ruin z perspektywy samolotu nie mogliśmy dostrzec, widać jednak było wielki zbiornik wodny, którego historia jak najbardziej jest starożytna, bo Marib słynęło z wielkiej tamy.

Właściwie wszyscy pasażerowie samolotu byli cudzoziemcami. Poza nami leciała jeszcze poznana wczoraj grupa Japończyków kilku pracowników okolicznych pól naftowych i biznesmeni, zdaje się z Indii. Co do Japończyków to podpytałam ich pilota ile dają na napiwki. Odpowiedź była, że niewiele, bo to Jemen, więc zarobki niskie, to i napiwki symboliczne. Okazało się że „niewiele” oznacza trzy razy więcej niż myśmy dali.

Pałac na Skale - dawniej rezydencja imama, teraz muzeum.Pobyt w Sanie zaczęliśmy od wyjazdu do znajdującego się 15 km za Saną „Zamku na Skale”, czyli po tutejszemu Dar al-Hajar. Dokładniej jest to wzniesiony w latach 30.tych XX wieku  pałac stanowiący letnią rezydencję ówczesnego imama. Budowla z zewnątrz wygląda dość oryginalnie, zaś po wejściu do środka (bilet to 500 riali czyli 2,5 dolca, bo to teraz muzeum) można zobaczyć jak imam sobie  mieszkał. Warto do Pałacu na Skale przyjechać w piątek (nam właśnie tak wypadło), bo wtedy jest szansa jeszcze na dodatkowe atrakcje w postaci tłumu lokalesów (okazja do ciekawych zdjęć) plus tradycyjne tańce, w jakich spontanicznie udzielają się mężczyźni. Ogólnie wygląda to tak, żę panowie tańczą w kółeczku, wymachując dżambijami (nożami) i drepcząc jeden za drugim (rytm narzucają bębny i prowadzący, którym w tym przypadku był żwawy staruszek). Przy okazji narobiłam też sporo zdjęć kobietom. Normalnie kobiety w Jemenie unikają zdjęć, ale dzisiaj przy Pałacu na Skale były całe rodziny – czytaj panowie z wianuszkiem żon, sióstr i ich latorośli, a jak facet pozwoli, to fotografować kobiety można. Dziś o dziwo panowie sami prosili, by uwiecznić ich piękniejsze połowy, ewentualnie one po zgodzie męża lub brata pytały, czy mogą zapozować.

Po powrocie do Sany przeczytałam sobie artykuł z „Yemen Observer” (taki tytuł ma anglojęzyczna gazeta, reklamująca się jako „najlepiej poinformowana i profesjonalna”, choć z tym profesjonalizmem to byłabym ostrożna). Konkretnie w tekście  chodziło o relację z procesu Jemeńczyka, który jakoś niedawno zastrzelił francuskiego biznesmena, notabene swojego szefa, którego miał chronić.  No ale tak zupełnie za nic to morderstwo jednak nie było – Francuz ogólnie nie był lubiany wśród Jemeńczyków, a przeholował w momencie, kiedy zabrał i wyrzucił chłopakowi telefon, z którego ten, nie mogąc iść na modlitwy, odsłuchiwał sobie Koran.

jem -starowka.jpgWracając do dnia... Po krótkiej sjeście w hotelu wybraliśmy się całą naszą grupką na spacer na starówkę. Ali mówił co prawda że to maksimum pół godziny na piechotę, a wyszła prawie godzina, ale pal sześć – najważniejsze, że było miło i jak zwykle ciekawie, bo na ulicach Sany ciągle się coś dzieje.  Dla mnie to naprawdę magiczne miasto, zwłaszcza starówka, po której mogłabym kluczyć godzinami. Spacer zakończyliśmy na dachu znajomego już nam hotelu, z którego przy okazji popijania herbatki jest super widok na miasto.

Do naszego hotelu wróciliśmy taksówkami. Tu za dolara z małym haczykiem można przejechać dobre pół miasta! Kierowca jak usłyszał, że przylecieliśmy dziś z Hadramawt, mocno się zdziwił. Pytał jak z bezpieczeństwem. Widać, że nawet rodowici Jemeńczycy nie mają dobrego zdania o swoich nieobliczalnych rodakach z tamtych terenów.




20 listopada, 14 dzień
Sana
Pożegnanie z Arabią

jem-muzuem.jpgDziś już ostatni dzień naszej podróży po Jemenie. Rano pojechaliśmy zobaczyć Muzeum Narodowe, które mieści się w dawnym pałacu jednego z imamów. Tematyka eksponatów jest mocno zróżnicowana – od archeologicznych znalezisk z Marib (czyli ze stolicy królestwa Saby), przez biżuterię, broń (m.in. ciekawy nóż z trzema ostrzami), tradycyjne stroje, narzędzia rolnicze, po wyliniałe, wypchane lwy (podarowane w prezencie - jeden przez Etiopię, drugi przez Kenię. Pewnie kiedy je podarowano, były żywe). Aaa, jest też misternie haftowana narzuta na Kaabę – sanktuarium ze świętym kamieniem w Mekce (co roku narzuta jest zmieniana, więc tę wykorzystaną traktuje się jak rodzaj relikwi).

Po muzeum wyskoczyliśmy kawałek za Sanę zobaczyć położoną na skraju skalistego wzgórza urkliwą wioskę Bait Baws. Dawniej mieszkali w niej Żydzi, ale w 1948 roku, po powstaniu państwa Izrael, Żydzi się ogólnie z Jemenu wynieśli (do Izraela właśnie, albo do USA). Teraz wioska jest w połowie opuszczona, choć ruch w niej ogólnie jest, bo przychodzą pielgrzymi. Celem wizyt jest grobowiec męża królowej Arwy, czyli tej mądrej i szanowanej jem-wioska bb.jpgwładczyni, o której wspominałam przy zwiedzaniu Taiz. Kiedy zapytałam  Alego dlaczego „ pan mąż” nie został pochowany wraz z dostojną małżonką, Ali wyjaśnił, że był alkoholikiem i nie było to udane małżeństwo. Może i tak było, ale w takim razie dlaczego muzułmanie pielgrzymują do grobu kogoś, kto bynajmniej nie jest dla nich wzorem moralnym? Niestety przewodnikom miejscowym, także Alemu, nie we wszystkim można wierzyć – plączą im się daty (zwłaszcza ery – lata przed naszą erą i naszej ery), a szczerze mówiąc to ogólnie zdarza im się mówić bzdury. Dzisiaj w muzeum Ali wskazując rzeźby ewidentnie greckie twierdził, że to dzieło stworzone na zamówienie jednego z imamów. Czasy islamskich imamów to najwyżej VII wiek (naszej ery oczywiście), bo wcześniej islamu nie było, natomiast tabliczka przy rzeźbie wskazywała na okres Aleksandra Wielkiego, co oznacza IV wiek przed naszą erą!

Żeby nie podważać autorytetu miejscowych przewodników, zmiana tematu. W drodze z Sany do wioski (lub odwrotnie) widzi się położoną na stoku góry wielką rezydencję – to podobno dom córki prezydenta Jemenu. Kiedy córcia wychodziła za mąż, tatuś ufundował jej właśnie taką wielką, nieco bunkrowatą Meczet zwany prezydenckim, bo wybudowany na polecnie prezydenta.posiadłość. Prezydent Jemenu ma teraz dwie żony. Wcześniej była jeszcze jedna, zresztą wybrana jako pierwsza, ale zginęła w wypadku drogowym. Jeśli chodzi o potomstwo to prezydent doszedł do szesnastki!

Ale żeby nie było, że tylko prywatne rezydencje prezydent funduje, jest też w Sanie ogromny meczet, niedawno zresztą powstały, który nazywa się „prezydenckim”, bo wybudowany jakoby przez prezydenta (w rzeczywistości rzecz jasna z pieniędzy narodu). Wpuszczono nas do sympatycznego parku otaczającego meczet, gdzie jemeńskie mamusie spacerują sobie z dziećmi po ładnie utrzymanych trawnikach (rzadkość w tym kraju), co było dla nas wcale nie mniej ciekawe niż możliwość popatrzenia z bliska imponującą budowlę ozdobioną aż sześcioma minaretami (rzadkość, bo zwykle meczetu mają jeden, dwa, sporadycznie cztery minarety).

Nasze ostatnie popołudnie w Sanie (i w Jemenie) wypełnił czas wolny na starówce, a zwłaszcza na suku, bo cała grupa wpadła w zakupowy szał. Kupiłam daktyle, trochę przypraw (cynamon, kardamon, szafran itp.), no i jemeńską kawę. Co do kawy to choć Jemen kojarzy się z kawą, i to taką najlepszego gatunku (Arabica), wcale nie tak łatwo dostać kawę w lokalnych kawiarenkach. Narodowym napojem jest herbata, czyli po jem-kawa.jpgtutejszemu: szaj. Dzisiaj jednak na kawiarenkę z kawą trafiłam, właśnie na suku, na placyku przy głównej bramie prowadzącej przez mury. „Lokal” składał się z dwóch stolików przy których siedzieli jak to zwykle w Jemenie sami faceci i popijali brązowawą ciecz, która w tutejszej wersji była kawą.

Przygotowanie czegoś takiego wygląda w ten sposób, że pan kawiarz:
- wsypuje do tygielka trochę kawy (ale w końcu nie wiem czy takiej zmielonej z ziaren, czy z łupin kawy, bo w Jemenie raczej ta druga wersja jest praktykowana),
- potem dosypuje cukru,
- wlewa dużo gęstego, skondensowanego mleka (takiego baaaardzo słodkiego),
- dopełnia tygielek zimną wodą,
- doprowadza na ogniu do wrzenia
- i na końcu rozlewa świeżo przygotowaną, niesamowicie słodką ciecz do szklanek, inkasując za swój trud 50 riali (jakieś 70 groszy).

Zapytałam panów z kawiarenki czy moja kobieca osoba nie będzie im przeszkadzała, ale okazało się że nie, wręcz  przeciwnie. W rezultacie nie tylko zrobili miejsce, ale wręcz prosili o zdjęcia, a na końcu jeszcze podarowali mi breloczek z miniaturową dżambiją.

Stara Sana od strony murów miejskich.Co do kontaktów z lokalesami to dzisiaj, wchodząc na mury miejskie (za drobną opłatą można to zrobić przy bramie Bab-Al-Jemeni) wdałam się w dyskusję z chłopakiem z Litwy, który siedział ubrany jak lokales (czyli w "spódniczce" zwanej fota, przepasany pasem za którym miał dżambiję i w zawiniętej na głowie chuście-turbanie) i żuł gat. Wyglądał w tym stroju jak przebieraniec,  szczerze mówiąc śmiesznie, bo na kilometr było widać że to „białas”, który na siłę chce przeistoczyć się w lokalesa, a niespecjalnie mu to wychodzi. On oczywiście uważał, że każdy biały powinien ubierać się po miejscowemu, aby pokazać respekt dla lokalnych tradycji. Oczywiście każdy ma prawo robić co chce, choć ja akurat jestem za wersją pośrednią. Innymi słowy: jak najbardziej respekt dla tradycji, ale nic na siłę, czyli wersja ubioru zakryte ramiona i nogi, u pań - w konserwatywnych wioskach chusta na głowę. Uważam że to starczy i że głupio bym wyglądała w czadorze z plecaczkiem i aparatem na szyi.

A tak w ogóle to już koniec naszej jemeńskiej eskapady. Kiedy już w hotelu pakowałam swoje bety (w nocy wylatujemy), z przyjemnością słuchałam dolatujących zza okna ezanów (śpiewnych wezwań do modlitwy).  Głosy muezzinów nakładały się tworząc swoistą melodię, którą w Sanie brzmi wyjątkowo pięknie. Obiecałam sobie, że muszę jeszcze wrócić do tej niezwykłej „Arabii Felix” (Arabii Szczęśliwej), jak już w starożytności nazywano Jemen.








INFORMACJE PRAKTYCZNE:

Wizy: kiedyś wystawiano je na granicy, teraz trzeba je załatwić w Ambasadzie Jemenu w Warszawie (dość długo się czeka). Trzeba dać 2 zdjęcia, wypełniony druk i zapłacić 40 dolarów amerykańskich.

jem -wymiana.jpgPieniądze: riale jemeńskie (RY). 1 USD = 213 riali, 1 EUR = 299 riali, 100 riali = 1,3 zł. Wymiany można dokonywać np. w banku na lotnisku albo w kantorach na starym mieście (przy głównej ulicy, ok. 50 m od bramy Bab al-Jamn). Do wymiany nie trzeba dokumentów, nie pobierają żadnej prowizji. 

Połączenia telefoniczne do Polski: polskie komórki, przynajmniej Ery i Plusa – działają. Wykonanie telefonu przez komórkę kosztuje 10 zł za minutę, bardziej opłaca się dzwonić z hotelu (w naszym kasują 350 riali czyli ok. 4 zł za minutę).

Przykładowe ceny: kawa/herbata – 50-100 YR, piwo bezalkoholowe w knajpie hotelowej – 400 YR

 
partnerzy

projekt i wykonanie: StudioWWW