Rajskie wyspy
Hits: 7226

polinezja-palmy.jpgPOLINEZJA FRANCUSKA

"Znalazłem się w ogrodach Edenu" pisał po dotarciu tutaj XVIII-wieczny francuski żeglarz Louis Bougainville. Pod względem scenerii nic się od tamtej pory nie zmieniło - górzyste, pokryte bujną zielenią wyspy, błękitne laguny i jasnozłote, porośnięte palmami plaże sprawiają, że i teraz, w XXI wieku, Polinezja Francuska uważana jest za tropikalny raj.






Według legendy wyspy Polinezji pojawiły się za sprawą syna boga słońca Maui. Po prostu złowił je na wędkę i wydobył z dna oceanu. Trochę musiał się napracować, co zresztą sugeruje nazwa "Polinezja" wywodząca się z greckich słów " poly" i "nesos", czyli "wiele wysp".

Dokładnie Polinezja Francuska składa się z ok. 180 wysp i 5 archipelagów (Wyspy Towarzystwa, Tubuai, Tuamotu, Gambiera i Markizy). Wpływy francuskie są bardzo wyraźne - mówi się tu po francusku (choć autochtoni używają też języka tahitańskiego), walutą są franki Pacyfiku (ale euro też jest akceptowane), a największym świętem jest 14 lipca, czyli rocznica zburzenia Bastylii. Francuzów jest zresztą sporo - wielu z nich przenosi się tu na emeryturę (oczywiście mowa o tych, których nie odstraszają wysokie ceny). Sporo jest też Chińczyków - ci zajmują się głównie biznesem (dowodem na to są choćby liczne chińskie knajpy w Papeete i chińskie supermarkety). Stosunki narodowościowe najlepiej oddaje miejscowe powiedzenie: "Francuzi mają władzę polityczną, Chińczycy pieniądze, a Polinezyjczycy - same przyjemności".

polinezja-samolot.jpgNie rusz tiki!


Dla większości turystów pobyt na Polinezji zaczyna się od Tahiti (niektórzy mylą ją z Haiti, choć to przecież zupełnie gdzie indziej). To właśnie na tej wyspie znajduje się Papeete - stolica tego zamorskiego terytorium Francji i praktycznie jedyne miasto z prawdziwego zdarzenia (70 tys. mieszkańców, czyli ponad 1/3 populacji całej Polinezji Francuskiej). Tutaj też lądują międzynarodowe samoloty.

Zwiedzanie Tahiti to podróż drogą wzdłuż wybrzeża, dookoła wyspy - w sumie 114 km. Przystaję przy Venus Point - oznaczonym latarnią przylądku, na którym w XVIII wieku kapitan Cook obserwował planetę Wenus (stąd nazwa tego miejsca). Następnie kolej na wodospady Faarumai. Otacza mnie typowy tropikalny las - wilgotność taka, że trudno wytrzymać. Gaszę pragnienie sokiem z kokosa i dalej w drogę. W końcu jest i główna atrakcja Tahiti - Muzeum Gauguina z ekspozycją opowiadającą o życiu słynnego malarza. Niestety wszystkie pokazane prace to... kopie - oryginały można zobaczyć głównie w muzeach europejskich (m. in. w paryskim Musee d`Orsay, amsterdamskim Rijksmuseum, kopenhaskiej Glyptotece czy w moskiewskim Muzeum Puszkina).

Gauguin przybył na Tahiti w 1891 roku zostawiając w Europie żonę i szóstkę swoich dzieci. Już na samym początku pobytu poślubił 13-letnią dziewczynę, którą zresztą uwiecznił w licznych swoich pracach. Później przeniósł się na Markizy - tam w wieku 53 lat wziął sobie kolejną małoletnią żonę (14-letnią). Nie wiodło mu się najlepiej - schorowany, skłócony z miejscowym księdzem zmarł w ubóstwie w 1903 roku.

polinezja -tiki.jpgPrzy muzeum Gauguina stoją typowe polinezyjskie "tiki". Tak nazywa się rzeźby przedstawiające boga, którego uważano za pierwszego człowieka. Wierzono że to właśnie dzieci Tikiego zaludniły ziemię. Raz postawionych posążków nie można było przenosić. Współcześni uważają to za zabobony, ale historia tiki sprzed muzeum budzi dreszcz niepokoju. W czasie transportu posągu z Tuamotu na statku zginęło kilku członków załogi, potem wypadek miała ciężarówka którą wieziono go z portu - kierowca stracił życie... Fatum?

Małe, drewniane na ogół tiki, można kupić w charakterze pamiątek. Prawdziwe wciąż strzegą marae, czyli ceremonialne tarasy, które można zobaczyć zarówno na Tahiti jak i na innych wyspach. Marae było miejscem gdzie toczyło się życie polityczne i religijne - służyły do udzielania ślubów, kobiety przynosiły do nich nowonarodzone dzieci, czasem wykorzystywano je też do składania ofiar z jeńców. Marae miały również specjalne platformy dla łuczników - strzelanie z łuku w dawnych czasach było sportem świętym, zarezerwowanym tylko dla dostojników i wyższych rangą wojowników. Do walki strzał nie wykorzystywano.

Perły z tęczy


Trudno mi wysiedzeć na Tahiti skoro tuż obok mam, co tu kryć, ładniejszą wyspę. To Moorea. Przelot na nią samolotem zajmuje niecałe 10 minut.

polinezja - owocki.jpg Jeszcze do niedawna Moorea słynęła z plantacji wanilii, ale problemem stał się proces zapylania kwiatów przyszłej przyprawy. Owady, które kiedyś się tym zajmowały teraz już na wyspie nie występują, pozostaje więc pracochłonne zapylanie ręczne. Wielu miejscowych przestawiło się więc na uprawy ananasów, no i obsługę turystów. Na szczęście nie ma tu hoteli-blokowisk - te które są, to na ogół kryte palmową strzechą bungalowy ukryte pośród palm i krzewów kolorowych hibiskusów.

Moje lokum to chatka na palach z widokiem na ocean. Miło pomyśleć, że od wielkich, hałaśliwych metropolii dzielą mnie tysiące kilometrów - do Sydney mam ok. 6 tys. km, do Santiago de Chile, z którego przyleciałam, jeszcze więcej - ponad 8 tys.

Najsłynniejsze miejsce na Moorea to zatoka Cooka, koło wioski Pao Pao, reklamowana jako jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Z jednej strony mamy morze, z drugiej - charakterystyczną, porośniętą zielonym gąszczem góra o postrzępionym szczycie (dawny wulkan). Czy okręty Cooka faktycznie kotwiczyły w zatoce (stąd niby jej nazwa), czy też w sąsiedniej Opunohu, to kwestia sporna. W każdym razie w tym rejonie kręcono sceny do filmu "Bunt na Bounty".

Marynarzom z żaglowca "Bounty" polinezyjskie wyspy bardzo się spodobały. Zresztą nic dziwnego - w tamtych czasach "vahine" jak po thaitańsku nazywa się kobiety, chodziły topless, tylko w krótkich spódniczkach, a seksualne orgie nie były w lokalnej tradycji czymś niegodziwym. W tej sytuacji trudno było oczekiwać, że po pół roku sielankowego życia, decyzja kapitana o wypłynięciu spotka się z entuzjazmem polinezja-z samolotu1.jpgzałogi. Zresztą Marlonowi Brando, który był główną gwiazdą słynnego filmu, też się na Polinezji spodobało - poślubił nawet rodowitą Thaitankę z którą żył przez 42 lata, aż do śmierci (w 2004 r.) i miał z nią dwójkę dzieci. Poza tym Brando kupił dwie wyspy - na jednej miał hotel, na drugiej hodowlę homarów.

Kto nie może zafundować sobie wyspy, może poprzestać na czarnych perłach, choć to również wcale nie tania "inwestycja". Kilkadziesiąt dolarów za skromną perełkę to standard, ale nie zdziwmy się, jeśli ta, która nam się spodobała będzie kosztować np. 2 tys. Dawniej wierzono, że perłopławy, w których wnętrzu powstawała cenna kulka, zapładniała tęcza dotykająca powierzchni oceanu. Dzisiaj naturze pomaga człowiek - hodowane na specjalnych farmach małże otwiera się i wszczepia specjalne jądro wokół którego powstaje potem cenna kulka. Jednak zaledwie 2 proc. małży wykształca rzeczywiście perfekcyjne perły. Na ich wartość wpływ ma nie tylko wielkość, ale kształt, jakość (np. brak zarysowań) oraz kolor.

Oko w oko z rekinem


polinezja-lezaki w wodzie.jpg Przyjemności należy sobie stopniować, tak więc dopiero na końcu lecę na słynną wyspę Bora-Bora. Już z okien samolotu zdobywa ona maksimum punktów w mojej skali zauroczenia. Nie jest duża - zaledwie 30 km kw. Wyrastające z morza zielone góry otoczone wianuszkiem białych plaż, nieprzyzwoicie niebieska woda i zamykająca lagunę naturalna bariera w postaci wysepek zwanych "motu", wzbudzają okrzyki zachwytu również innych pasażerów.

Lotnisko znajduje się na wyspie, tak więc do Vaitape - jedynej na wyspie "metropolii" (jej centrum to praktycznie jeden placyk), dowozi nas nie żaden busik, tylko statek. Do zwiedzania za wiele tu nie ma - można zobaczyć pozostałości kolejnych marae i działa z II wojny (Bora Bora w latach 1942-46 było ważną amerykańską bazą wojskową), ale przecież nie dla zabytków tu się przyjeżdża. Swoistą atrakcją jest wizyta w najsłynniejszym z miejscowych restauracji - "Bloody Mary", gdzie z wywieszonej na zewnątrz tablicy z nazwiskami gości można dowiedzieć się, kto na Bora Bora wypoczywał. Na liście są m.in. Jane Fonda, Patrick Swayze, Roman Polański, Pierce Brosnan, Julio Iglesias, Harrison Ford, Ringo Starr, Meg Ryan, David Copperfield, Diana Ross i wiele innych gwiazd. Jednak główny magnes wyspy  to widoki, kolory (zwłaszcza morza i kwiatów), no i morskie zwierzęta. Najwięcej wrażeń dostarcza nurkowanie z mantami - ogromnymi płaszczkami o kilkumetrowej rozpiętości "skrzydeł".

polinezja-rekiny.jpgJeśli nie mamy licencji nurkowej, nic straconego, bo przy odrobinie szczęścia manty można zobaczyć także pływając z fajką i maską. Oczywiście nie przy samym brzegu - najlepiej wykupić po prostu całodniową wycieczkę statkiem albo tradycyjną łodzią z bocznym pływakiem i zdać się na doświadczenie kapitana, który doskonale wie, gdzie jakie zwierzaki można spotkać. Jest na przykład miejsce gdzie przypływają zwykłe płaszczki (czyli takie "małe", raptem ok. metrowe). Turyści brodzący po pas w wodzie mogą je nawet głaskać, bo płaszczki są na tyle oswojone, że same ocierają się o nasze nogi.

Oswojone są też... rekiny. W pewnym momencie łódź staje i zaczyna się karmienie groźnie wyglądających morskich drapieżników wiezionymi w wiadrze rybami. Kiedy rekiny mają już zaspokojony apetyt, do wody mogą wskoczyć turyści. Wprawdzie w naszej ekipie do przyjrzenia się im z bliska chętnych zbyt wielu nie ma, ja jednak korzystam z okazji. Nurkując czuję przyśpieszone bicie serca. Co z tego, że na kursie nurkowym mówiono mi, że większość rekinów wcale nie jest dla człowieka niebezpieczna, a te przecież były jeszcze nakarmione - dawka adrenaliny i tak jest niezła.

polinezja-spontaniczny koncert.jpgPo takich emocjach miło jest dopłynąć do bezludnej wysepki, na której obsługa łodzi przygotowuje lunch. Za talerze służą liście bananowca, menu to typowo polinezyjskie potrawy. Jest wśród nich pyszna, marynowana ryba podawana z dodatkiem mleczka i wiórków z kokosa, maniok i oczywiście dużo owoców w tym papaje, mango, guawy i banany (-Najsmaczniejsze te małe, czerwone... - życzliwie podpowiadają tubylcy). Kiedy wszyscy są już najedzeni, nasi gospodarze łapią za instrumenty - od małych gitar po muszle, a właściwie wielkie konchy i dają koncert polinezyjskich pieśni.

Kurpulentna Polinezyjka wyciąga nas do tańca - biustonosz zastępują jej skorupki od kokosa, we włosy ma wpięte kwiaty gardenii, biodra przepasała kolorowym pareo. Z zazdrością patrzymy z jaką gracją się porusza - mimo starań daleko nam do niej. Potem jest nauka rozłupywania kokosów. Żadne maczety, dłuta itp. narzędzia nie wchodzą w grę - wystarczy... sękaty, odpowiednio mocny kij i wyczucie, w który punkt orzecha go wbić.

Żal opuszczać te wyspy szczęśliwe. Na pożegnanie dostaję "leis" - zawieszany na szyi sznur muszelek. Może kiedyś jeszcze tu wrócę?



 

Back to top