Co kryje bieszczadzki Worek?
Hits: 7996

 BIESZCZADY

Przez długie lata legalne dojście do źródeł Sanu i legendarnego Grobu Hrabiny było zabronione. Teraz nie ma z tym problemu, ale i tak mało kto tam dociera.

 


W Bieszczadach w kwietniu jest pusto. Nawet w Siekierezadzie, kultowej knajpie w Cisnej gdzie wpadamy na herbatę, poza barmanką - nikogo. Jedyny człowiek stoi przed knajpą. To Janek, typowy bieszczadzki zakapior, który częstuje nas "Miśkiem". "Misiek", lokalne wino kosztuje 5,40 zł za dużą butelkę, 2,20 zł za małą. Tak naprawdę sikacz nazywa się "Bieszczady", ale na etykietce ma przecież niedźwiedzia.

Potem króla bieszczadzkich kniei (nie Janka rzecz jasna), widzimy na znaku. Przy drodze wzdłuż Otrytu ostrzega kierowców, żeby zwolnić, bo spotkanie z niedźwiedziem jest jak najbardziej realne. -Jak wejdziecie do Worka, to macie dużą szansę go zobaczyć - mówi właściciel pensjonatu, w którym mieszkamy.

No właśnie, to dla tak zwanego Worka tu przyjechaliśmy. Położony wzdłuż granicy z Ukrainą południowo-wschodni kraniec Polski (jak spojrzymy na mapę faktycznie może skojarzyć się z workiem) to jeden z najsłabiej zaludnionych i ucywilizowanych zakątków naszego kraju. Za czasów PRL-u  oficjalnie wstępu dla turystów tu nie było. A że owoc zakazany najbardziej smakuje, pamiętam jak w trakcie robionego przeze mnie w tamtych czasach kursu Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich, ambicją wielu z nas stało się eksplorowanie tego rejonu, rzecz jasna nie dając się przy tym złapać. Jeszcze pal sześć jeśli delikwentów złapały nasze WOP-y (choć to też groziło problemami), gorzej jeśli wpadłoby się w ręce radzieckich pograniczników.

Teraz do Worka może wejść każdy, ale nadal wciąż jest to miejsce rzadko odwiedzane. Tak naprawdę trafiają tu tylko prawdziwi turyści, ci, którzy lubią się nachodzić, nie przeszkadza im brak barów, sklepów, ani nawet sieci komórkowej. Co mają w zamian? Chaszcze, pustki i prawdziwe Bieszczady.


Był browar, zostały jabłonie

Wyruszamy wcześnie rano, bo wiemy, że czeka nas całkiem długa wędrówka. Po drodze, w okolicach wioski Muczne, zatrzymujemy się aby popatrzeć na żyjące w zagrodzie pokazowej żubry. Niestety, żubry uznały, że przed byle kim paradować nie będą i schowały się gdzieś w gąszczu.

Samochód zostawiamy na parkingu w Bukowcu (752 m n.p.m.), czyli przy początku całkiem dobrze oznakowanej Ścieżki Przyrodniczo Historycznej "W dolinie górnego Sanu".

Sam Bukowiec to teraz tylko miejsce. Razem z pobliską Beniową, do której dochodzimy po 45 minutach, mają podobną historię. Obie wioski powstały w latach 30-tych XVI wieku, w 1709 roku zostały spalone przez przechodzących tędy Szwedów (czasy konfliktu szwedzko-rosyjskiego w ramach III wojny północnej). Potem jakoś podźwignęły się - na początku XX wieku były tu tartaki, młyny wodne, piekarnia, zakład produkcji beczek, karczma, a nawet browar i huta szkła! Z tablicy przy szlaku wyczytuję, że w 1921 roku w Beniowej mieszkało 617 osób, a wśród nich 483 grekokatolików, 25 rzymsko-katolików i 85 osób wyznania mojżeszowego (w czasie II wojny wywieziono ich do getta w Równem - obecnie na terenie Ukrainy, co niemal dla wszystkich równało się z zagładą).

Wszystko zmieniła wojna. Przecinający wioskę San stał się granicą, w 1946 roku mieszkańców wysiedlono na tereny ZSRR. Stan obecny to po stronie ukraińskiej kilkanaście domów, po polskiej - żadnych. Niemym świadkiem burzliwych zdarzeń, jakie miały tu miejsce, została w Beniowej dwustuletnia lipa. O tym, że kiedyś mieszkali tu ludzie, przypominają rosnące tu i ówdzie drzewa owocowe, fundamenty domów, a przede wszystkim cmentarz. Kluczymy bez słowa wśród obtłuczonych  nagrobków, patrzymy na pochylone krzyże i zapisane cyrylicą, coraz mniej czytelne tabliczki. Zastanawiamy się, czy następne pokolenia będzie jeszcze interesowała zagmatwana historia tych ziem?


Gdzie Jaroszewicz do niedźwiedzi strzelał

Pierwszy odcinek szlaku to jeszcze normalna droga, potem robi się już bardziej "dziko", aż w końcu idziemy leśną ścieżką. Co i rusz pokazuje nam się San - na tym odcinku niepozorny, płytki, wijący się niczym megadługi wąż. Gdyby nie widok słupków granicznych i pojawiających się co jakiś czas tablic: "Granica państwa. Przekraczanie zabronione", trudno byłoby oprzeć się pokusie, by przeskoczyć na drugą stronę.

W kilku miejscach spotykamy ślady działalności bobrów - charakterystycznie ścięte drzewa, przegradzające rzekę żeremia. Zwierzak ten (dokładniej: bóbr europejski) stał się nawet symbolem ścieżki przyrodniczej, którą idziemy. Z kolejnej tablicy dowiadujemy się, że mamy szansę spotkać również rysie (są symbolem Bieszczadzkiego Parku Narodowego), wilki, wspominane już niedźwiedzie, jelenie (okej, ich tropy akurat widzimy), a z ptaków np. myszołowy, orlika krzykliwego czy bociana czarnego. To że ich nie ma, zwalamy na karb psującej się coraz bardziej pogody.

Ale zwierzyna w Worku jest - w końcu nie na darmo w czasach "komuny" były to tak lubiane przez różnych VIPów tereny łowieckie. Ze znanych notabli lubił tu przyjeżdżać m.in. Piotr Jaroszewicz - upolowanego przez niego niedźwiedzia, w tamtych czasach również chronionego, można zobaczyć w Muzeum Przyrodniczym w Ustrzykach Dolnych. Do grona bywalców należał też Edward Gierek i Czesław Kiszczak, zaś z obcych np. Josip Broz-Tito czy bliscy ówczesnego szacha Iranu. Droga, którą teraz wjeżdża się do Worka to pozostałość z tamtych czasów - zbudowano ją aby zapewnić dojazd do powstałego w Mucznem pilnie strzeżonego, zamkniętego ośrodka myśliwskiego, w którym dla gości gotował specjalnie sprowadzany szef kuchni kojarzącego się wtedy z luksusem warszawskiego hotelu Grand. Swoją drogą organizowane w Bieszczadach polowania obrosły legendą. Myśliwi z grona politycznej elity nie zamierzali wcale zadawać sobie trudu z tropieniem zwierzyny - odstrzeliwali ją przy paśnikach.

Tajemniczą poliszynela było to, że bieszczadzki Worek stał się wówczas praktycznie prywatnym ranczo zawiadującego tu pułkownika Kazimierza Doskoczyńskiego, z przekąsem nazywanego Wielkim Łowczym PRL, ewentualnie Czerwonym Księciem na Bieszczadach. Do dzisiaj opowiada się, jak to usiłujących wlepić mu mandat milicjantów w ramach nauczki rozebrał do bielizny i zmusił, aby przez tydzień rąbali mu drewno. Z kolei kiedy żołnierz kierujący ciężarówką wypełnioną karmą dla zwierzyny na widok rozpędzonego landrovera pułkownika ustąpił mu drogi ostatecznie zjeżdżając do rowu, najpierw otrzymał pięć dni urlopu za eleganckie zachowanie, a kiedy wrócił z urlopu, trafił na pięć dni do paki, bo skoro zjechał do rowu...

Koniec władzy bezkarnego Doskoczyńskiego rozpoczął erę Igloopolu - Kombinatu Rolno-Przemysłowego, którego prowadzona na wielką skalę hodowla bydła i owiec oznaczała dla bieszczadzkiego Worka i doliny Sanu spustoszenie i dewastację (do "zagospodarowania" tych dzikich terenów używano m.in. ładunków wybuchowych i ciężkiego sprzętu wojskowego). Na szczęście w 1991 roku, w aurze wielkiej afery polityczno-gospodarczej, Igloopol przestał istnieć. Rok później nastąpił powrót do natury -  okoliczne tereny te przejął Bieszczadzki Park Narodowy.


Podzielona wioska

Po 2,5 godzinach od wyruszenia z parkingu dochodzimy do Sianek. Nazwa nie nawiązuje wcale do siana, ale do Sanu (ukr. Sian), który w tych okolicach ma swoje źródła (tak na marginesie to w latach 1977-1981 władze Ludowej Polski miejsce to przemianowały na Sanniki). Kiedy wioska powstawała (w połowie XVI wieku, z lokacji starosty przemyskiego Piotra Kmity), nie było tutaj nic - zaludnienie nie przekraczało jednej osoby na kilometr kwadratowy, a utrzymać się można było jedynie z pasterstwa lub rolnictwa. Aż trudno uwierzyć, że w latach 20-30 XX wieku Sianki stały się modnym, tętniącym życiem letniskiem liczącym1500 stałych mieszkańców, podczas gdy tutejsze pensjonaty, kwatery i luksusowe schronisko mogły przyjąć około dwóch tysięcy gości. W wiosce były nie tylko sklepy i restauracje, ale także dancingi, biblioteka, a nawet amatorska scena teatralna. Przyjeżdżano o każdej porze roku - latem do dyspozycji były różnego typu boiska i korty tenisowe, zimą - wyciągi narciarskie, tor saneczkowy i - uwaga - skocznia narciarska! Ze znanych osób Sianki odwiedzili: Wincenty Pol, a także Józef Piłsudski który wraz z córkami chodził po okolicznych górach. Z kolei generał Stefan Grot-Rowecki zimą 1933 roku urządził w Siankach szkolenie narciarskie dla swoich oficerów (potem pojawił się jeszcze prywatnie - celem było polowanie na grubego zwierza i wycieczka narciarska na Pikuj).

Zagładę wiosce przyniosło jej położenie. Bliska Przełęcz Użocka, ważny punkt strategiczny, sprawiła, że już w czasie I wojny światowej, na przełomie 1914 i 1915 roku, toczyły się w tych okolicach krwawe walki pomiędzy broniącymi się wojskami austriackimi i atakującymi Rosjanami. Inna sprawa, że zabójcą żołnierzy była też natura - mróz i śnieg.

Prawdziwy dramat przyniosła II wojna. Wielokulturowość która wcześniej nikomu nie przeszkadzała, nagle przeszkadzać zaczęła. Pierwszym zgrzytem, jeszcze w marcu 1939 roku, było uczestnictwo polskiej delegacji w uroczystościach przywrócenia granicy polsko-węgierskiej (Węgrzy zajęli wówczas Zakarpacie), co potem Ukraińcy nam wypomnieli. Wkrótce wioskę podzielono - granicę stanowił San. Na lewym brzegu ulokowali się Niemcy, na prawym Sowieci którzy wysiedlili ludność na Wołyń (wysiedleńcy wrócili dwa lata później, po tym jak również i prawy brzeg zajęli Niemcy plus oddział węgierski).

Drugi podział wioski nastąpił już po II wojnie - tym razem rzeka stała się granicą między komunistyczną Polską a ZSRR, przy czym "bratnie" kraje rozdzieliła nie tylko woda, ale również zasieki, zaorany pas i czujne straże. Mieszkańców znowu wysiedlono - wojska radzieckie zrobiły to na swoim brzegu już w 1945 roku, Wojsko Polskie po lewej stronie rok później, przy okazji paląc wszelkie zabudowania (włącznie z cerkwią).

Po stronie ukraińskiej wioska z czasem odżyła. Z punktu widokowego na opisywanym szlaku nawet i bez lornetki widać ukraińskie domy (mieszka tam około 50 rodzin), stację kolacjową, cerkiew. Po polskiej stronie jest cisza. I pustka. Jak było dawniej przypominają pokazane na tablicy pocztówki z lat 30-tych. Ale jak się dobrze rozejrzymy, znajdziemy ślady przeszłości - fundamenty cerkwi i dworku, pozostałości piwnic (napisy ostrzegają, by ze względu na ryzyko zawalenia do nich nie wchodzić), a czasem nawet pordzewiałe sprzęty domowe.


Dwa groby - jedna miłość

W okolicy dawnej cerkwi, tuż obok wąziutkiego Sanu, znajdują się pozostałości cmentarza. Już z daleka widzimy kaplicę, a przed nią słynny Grób Hrabiny. Właściwie to groby są dwa - Klary (zm. 1867) i Franciszka Stroińskich (zm. 1893), właścicieli Sianek, z którymi wiąże się romantyczna, a zarazem wzruszająca historia. Zakochali się w sobie ponoć od pierwszego wejrzenia, a kiedy już po ślubie wziętym we Lwowie przyjechali do Sianek, przywitała ich wielka burza. Silny wiatr zerwał wówczas krzyż jaki wieńczył starą cerkiew, wbijając go w ziemię. Hrabina potraktowała to jako znak z niebios i poprosiła męża, aby w tym właśnie miejscu zafundował nową świątynię, zaś Franciszek spełnił życzenie ukochanej żony, zwłaszcza że miało być to wotum na poczet ich szczęśliwego małżeństwa. Mijały lata... Po śmierci ukochanej żony Hrabia pochował ją przy ufundowanej na życzenie Klary cerkwi, a na postawionej przy grobie kapliczce umieścił epitafium: "Tej, co uczyniła mnie najszczęśliwszym z ludzi". Kiedy 25 lat później zmarł też Franciszek, zgodnie z jego wolą pochowano go obok żony.

Owocem ich związku był syn Stanisław, który jako dziedzic Sianek, wraz z żoną Wandą postawił w wiosce jeszcze jedną kaplicę grobową (wiadomo że stała w 1903 roku, naprzeciw dworu, po obecnie ukraińskiej stronie Sanu), a przeznaczyli ją dla swoich córek, o których wspominał w swej relacji z wizyty w wiosce unicki biskup: "Mieli ci państwo dwie córki (synów nie mieli): jedna umarła jako 8-letnie dziecię, druga, panienka w kwiecie wieku, przed dwoma laty pojechawszy do Częstochowy, tam nagle zachorowała i umarła.". Niestety, kaplica ta nie istnieje - ok. 1970 r. Sowieci wysadzili ją w powietrze.

Co do unitów to tym, którzy nie za bardzo orientują się w karpackich zawiłościach przypominam, że mowa o terenach, na których dawniej dominował kościół greckokatolicki (unicki). W uproszczeniu: nabożeństwa w nim odbywają się w obrządku wschodnim (tak jak w prawosławiu), zaś świątyniami są cerkwie o charakterystycznej dla Karpat architekturze (choć nazywanie ich kościołami też jest poprawne). Grekokatolicy podlegają zwierzchnictwu papieża i mają hierarchię analogiczną jak w kościele rzymskokatolickim.

A wracając do grobów Stroińskich... Cóż, przez długie lata niszczały. Mało tego, w latach 80. XX wieku zostały rozkopane, prawdopodobnie w poszukiwaniu ukrytych kosztowności . Jak pisał Stanisław Kryciński, ceniony ekspert w tematyce bieszczadzkiej (i nie tylko), który w latach 90. w ramach obozów konserwatorskich wraz z grupą ochotników porządkował cmentarz, aby dostać się do trumien nieznani "poszukiwacze skarbów" musieli przy odsuwaniu płyt nagrobnych wspomagać się ciągnikiem gąsienicowym!
Niedawno, poniekąd dzięki funduszom unijnym, przeprowadzono zaawansowany remont kaplicy i zrobiono nowe ogrodzenie. Niewątpliwie Grób Hrabiny stracił na swej "tajemniczości", ale za to przetrwa o ileś lat dłużej.



Dyskusyjne źródełko

Od Grobu Hrabiny już tylko 40 minut dzieli nas od źródeł Sanu. Teraz już cały czas idziemy przez gęsty las, aż wreszcie wychodzimy na polanę z dwoma słupkami pomalowanymi w barwy polskie i ukraińskie. Między nimi stoi krzyż (postawiono go w 1996 roku w piątą rocznicę uzyskania przez Ukrainę niepodległości) i obelisk z tabliczką informującą że jesteśmy przy źródle Sanu (polskie oznaczenie szlaku wskazuje: "źródło Sanu - 10 metrów"). Tak naprawdę wiele osób neguje, czy rzeczywiście wypada ono w tym miejscu, tym bardziej ukraińska tablica podaje zawyżoną wysokość - 950 m, podczas gdy w rzeczywistości jest ona w tym miejscu dobre 60 m niższa.

Ciekawym różnych hipotez w tym temacie polecam artykuły w 32 i 36 numerze almanachu karpackiego "Płaj" (można znaleźć w internecie). Swoją drogą interesujące, że ponoć do zaborów źródła Sanu oficjalnie wskazywano pod Opołonkiem (najbardziej na południe wysunięty punkt Polski), ale specjalna komisja "przeniosła" je, zamieniając prawdziwy San na niby jego dopływ.

My tymczasem uznajemy, że cel osiągnęliśmy, co postanawiamy uczcić pijąc źródlaną wodę. W międzyczasie Zbyszek zauważa w krzakach ukrytych żołnierzy ukraińskich - a naiwnie myśleliśmy że teraz już się granic specjalnie nie pilnuje!

Machamy im (oni nam nie :) ), po czym zaczynamy odwrót, trzy godziny drogi w trakcie których mamy istne cztery pory roku. Zaczyna się deszczem, potem się wypogadza i nawet pojawia się błękitne niebo, ale że nie można mieć za dużo szczęścia na raz, potem znowu kropi, następnie leje, a wreszcie, gdy już jesteśmy solidnie przemoczeni, zimny wiatr przywiewa kolejne chmury i sypie śnieg. No cóż, kwiecień-plecień... Za to jak po takich doznaniach smakuje zupa z czosnku niedźwiedziego i naleśniki na które wpadamy do Wilczej Jamy, na obrzeżach Smolnika nad Sanem. To już prawdziwa cywilizacja.

 


Informacje praktyczne:

* Nie liczmy na szlaku na telefon komórkowy, a jeśli nawet zadziała, uważajmy z rozmowami - może być to dość kosztowna sieć ukraińska.
* Telefon do Grupy Bieszczadzkiej GOPR: 601 100 300 lub 985.
* Podane na tablicach czasy dojścia od parkingu w Bukowcu wynoszą:
- do cmentarza w Beniowej (2,6 km) - 45 minut
- do Grobowca Hrabiny (8,7 km) - 2 godz. 45 minut
- do źródeł Sanu (10,7 km) - 3 godziny 25 minut
* Trudność szlaku: szlak jest długi (całość, w obie strony, to prawie 22 km), ale łatwy. Biegnie po części po drodze, potem jest to wyraźna ścieżka, nachylenie znikome.
* Latem trzeba uważać na żmije. Między innymi z tego powodu bezpieczniej jest założyć wyższe buty (za kostkę).

Back to top